sobota, 14 lutego 2026



Amerykanie w Monachium podkreślili, że są zadowoleni ze wzrostu wydatków na obronność, ponieważ Stany Zjednoczone znów skupiają się na własnej półkuli i regionie Azji i Pacyfiku.

USA chcą "energicznych, zdolnych i bardziej samowystarczalnych europejskich sojuszników" — powiedział podsekretarz obrony Elbridge Colby, dodając, że Ameryka od dawna dźwiga "nieproporcjonalnie dużą część" ciężaru. Pochwalił przy tym Niemcy za "historyczną, ogromną zmianę" w wydatkach na obronność.

To wyraźna różnica w stosunku do tonu zeszłego roku, kiedy to wiceprezydent USA J.D. Vance wywołał burzę na konferencji w Monachium, ostro atakując europejskie wartości i politykę.

Obecnie obie strony twierdzą, że pozostają zaangażowane w NATO. Jednak ostatni rok — od przemówienia Vance'a, przez groźby Trumpa dotyczące włączenia Kanady (do USA jako 51. stanu), jego lekceważenie sojuszników, którzy walczyli u boku USA w Afganistanie, a zwłaszcza jego powtarzające się wezwania do aneksji Grenlandii — pozostawił swoje ślady.

Stosunki europejsko-amerykańskie przypominają stare małżeństwo, które się nie rozwodzi, ale przenosi do oddzielnych sypialni.

(...)

Przed wyjazdem do Niemiec sekretarz stanu USA Rubio podkreślił, że sojusz będzie kontynuowany. Przyszłość Ameryki i Europy "zawsze była powiązana i tak pozostanie... więc musimy po prostu porozmawiać o tym, jak ta przyszłość będzie wyglądać" — powiedział.

(...)

Jednak przed nami mogą pojawić się punkty zapalne, a europejscy przywódcy wyznaczyli granice, jeśli chodzi o cła handlowe i wysiłki Make America Great Again mające na celu kształtowanie europejskiej polityki na wzór Trumpa poprzez wspieranie partii populistycznych.

— Wojna kulturowa ruchu MAGA nie jest naszą wojną — powiedział Merz. — Wolność słowa kończy się u nas, gdy wypowiedzi te są sprzeczne z godnością ludzką i konstytucją. Nie wierzymy w cła i protekcjonizm, ale w wolny handel.

W swoim przemówieniu Macron podkreślił, jak bardzo Europa różni się od Ameryki pod przewodnictwem Trumpa we wszystkich kwestiach, od wolności słowa po regulacje technologiczne i szacunek dla nauki.

— Taka Europa będzie dobrym sojusznikiem i partnerem dla Stanów Zjednoczonych. Będzie partnerem, który jest szanowany, [bo] musimy być szanowani. Zrobiliśmy wiele i zrobimy jeszcze więcej — stwierdził Macron.

onet.pl\POLITICO


Z jednej strony sobotnie przemówienie Marco Rubio wyglądało jak misja ratunkowa, która ma załagodzić dotychczasowe spory administracji Trumpa z Europejczykami wokół Grenlandii, ceł czy też polityki wobec Ukrainy.

Rubio przybrał zupełnie inny ton niż J.D. Vance w ubiegłym roku. Nie zarzucał Europejczykom odejścia od demokracji, wolności słowa i fundamentów cywilizacji zachodniej. Zwracał się do nich per "przyjaciele", dużo mówił o wspólnych korzeniach cywilizacyjnych Europy i USA i przekonywał, że nadal tworzą one jedną, zachodnią cywilizację, która nie jest tylko jedną z wielu, ale jest wyjątkowa i — mówiąc wprost — lepsza niż wszystkie pozostałe.

Z drugiej jednak strony Rubio powtórzył ubiegłoroczny przekaz Vance'a: nie chcemy, żeby Europa była słaba, bo to osłabia też Amerykę; Europa musi być silna, bo wtedy odżyje cywilizacja zachodnia.

(...)

Sekretarz stanu chciał uspokoić Europejczyków i zapewnić ich, że USA nadal chcą współpracy i dobrych relacji, ale przekazał też wprost, że zasady gry w sojuszu transatlantyckim się zmieniły i że Ameryka oczekuje, iż Europa wzmocni się militarnie oraz duchowo i że ponownie będzie "dumna ze swojego dziedzictwa, ze swojej tradycji i historii".

W praktyce oznacza to, że USA oczekują od Europy tego wszystkiego, co u siebie w kraju robi administracja Trumpa: zatrzymania imigracji z krajów globalnego południa, walki z ideologią woke w przestrzeni publicznej, na uczelniach itd., czyli odwrócenia "wymazania cywilizacyjnego", które — jak stwierdził Rubio — zagraża zarówno USA, jak i Europie.

Oznacza to też utrzymanie poparcia Ameryki Trumpa dla państw narodowych w Europie, a nie dla Unii Europejskiej. W swoim przemówieniu Rubio sięgnął do idei, którą Vance głosi od dawna: Amerykanie nie mogą walczyć i umierać za abstrakcyjne wartości, tylko za konkretnych ludzi, konkretne miejsce na ziemi i konkretny naród. Naturalnie jest to sposób myślenia pokrewny klasycznemu europejskiemu nacjonalizmowi. Choć amerykański sekretarz stanu tego nie dodał, w tym sposobie myślenia ukryta jest oczywista intencja: Amerykanom dużo łatwiej będzie wpływać na politykę Europy, kiedy każde z państw europejskich z Waszyngtonem będzie rozmawiało osobno.

Bezpośrednio po Marco Rubio w Monachium przemawiał szef dyplomacji Chin Wang Yi. Potępił amerykański unilateralizm i protekcjonizm, i stwierdził, że w ostatnich miesiącach na arenie międzynarodowej zapanowało prawo dżungli. W tym kontekście przedstawiał Chiny jako fundament globalnej stabilności i przewidywalności, a następnie apelował o reformę "globalnego systemu zarządzania".

Wang Yi nie tylko potępił konkretne działania USA, ale też zdecydowanie je napominał. Odnosząc się do ataku na Wenezuelę i porwania Nicolasa Maduro, stwierdził, że Waszyngton przekroczył linię, której nie wolno przekraczać, a mówiąc o sytuacji w Iranie, przekonywał, że USA powinny zachować się "roztropnie" i odstąpić od dalszej eskalacji napięcia.

Jednocześnie szef chińskiej dyplomacji zwrócił się do Europejczyków. W obliczu sporów z administracją Trumpa największe państwa europejskie coraz chętniej dywersyfikują swoje partnerstwa. Stąd m.in. zatwierdzenie umowy z Mercosurem, negocjacje handlowe z Indiami, a także liczne wizyty przywódców europejskich — premiera Wielkiej Brytanii Keira Starmera, prezydenta Francji Emmanuela Macrona, a niedługo również kanclerza Merza — w Chinach.

W tym właśnie kontekście Wang Yi mówił, że Europa i Chiny to dwie wielkie cywilizacje, "dwa nieodzowne bieguny w świecie wielobiegunowym", które są partnerami, a nie rywalami. — Dopóki będziemy o tym pamiętać, będziemy mogli podejmować prawidłowe wybory w obliczu wyzwań. Będziemy mogli zatrzymać ruch w kierunku coraz większych podziałów i będziemy mogli razem działać, by stworzyć lepszy świat — mówił szef chińskiej dyplomacji. Dodał też, że Europa i Chiny mogą "osiągnąć harmonię bez uniformizacji" i zaapelował, by Europejczycy przyłączyli się do reformy globalnego systemu zarządzania zdefiniowanego przez Xi Jinpinga.

To wprost zaproszenie dla Europy do zrywania z USA, odrzucenia amerykańskiego unilateralizmu i protekcjonizmu oraz przyłączenia się do działań na rzecz zwiększenia głosu tzw. globalnego południa w instytucjach międzynarodowych.

/Raczej propozycja dialogu - red./

Wang Yi postawił jednak warunek: Europa powinna "mieć odwagę rozmawiać z Rosją" na temat zakończenia wojny w Ukrainie i powinna wyjść w tym zakresie z nowymi inicjatywami. Jego zdaniem Europa powinna włączyć się w rozwiązanie "podstawowych przyczyn konfliktu" (tego zwrotu używa również Moskwa), z czego następnie powinna wyłonić się "nowa architektura bezpieczeństwa" na kontynencie.

/Czyli Europa powinna być silniejsza - red./

(...)

Europa zamierza więc pozostać bliżej USA, ale jednocześnie równoważyć ten sojusz partnerstwami z państwami niezachodnimi. Nie zamierza jednak spełniać warunków postawionych ani przez Rubio, ani przez Wanga Yi. Merz stwierdził, że "wojny kulturowe MAGA nie są naszymi wojnami", tym samym dając do zrozumienia, że nie podziela diagnozy Rubio i Vance'a o "cywilizacyjnym wymazywaniu" Europy. Wbrew oczekiwaniom Pekinu nic nie mówił też o rozmowach z Putinem ani o konstruowaniu nowej architektury bezpieczeństwa w Europie — w domyśle wespół z Moskwą.

onet.pl


Prezydent Trump twierdzi, że prezydent Izraela Herzog powinien wstydzić się z tego powodu, że nie ułaskawił premiera Netanjahu.

Tu kilka słów wyjaśnienia:

👉 Na Netanjahu ciążą zarzuty korupcji i nadużycia władzy (Sprawa 1000: przyjęcie prezentów o wartości do 260 000 USD; Sprawa 2000: proponowanie niekorzystnych dla rozwiązań prawnych dla jednego medium w zamian za przychylną obsługę medialną; Sprawa 4000: zapewnienie zmian legislacyjnych wartych setki milionów dolarów spółce telekomunikacyjnej i medialnej w zamian za obsługę medialną korzystną dla premiera i jego rodziny). Proces trwa.

👉 Trump żąda od prezydenta Izraela  ułaskawienia Netanjahu, który nie został uznany jeszcze za winnego. Brzmi znajomo. W Izraelu to jest możliwe do przeprowadzenia zgodnie z prawem, ale ułaskawiony najpierw musiałby przyznać się do winy i zobowiązać do poprawy, co by oznaczało odejście z polityki. Tymczasem nie taki jest cel zabiegów. 

🗣️Trump jako suzeren dba o wasali, dopóki ci są w pełni posłuszni. Tak jest z Netanjahu. Może liczyć na poparcie, dobre słowo i przywileje, ale do momentu, w którym nie wyjdzie z szeregu. Netanjahu zaatakował Katar wbrew interesom USA, co jest uznawane przez analityków izraelskich za "katastrofę strategiczną". Izrael naruszył interesy suzerena, który brutalnie przywołał go do porządku, zmusił do przerwania wojny w Gazie, a teraz narzuca kolejne warunki także wbrew wasalowi (potencjalne zaangażowanie Turcji i Kataru w odbudowę Gazy). 

Relacje USA - Izrael pokazują, że globalny feudalizm budowany przez Trumpa jest korzystny dla jego wasali, ale na poziomie personalnym, ale już niekoniecznie na poziomie państw, które tracą suwerenność na rzecz seniora. 

To paradoks, bo Netanjahu przekonuje, że walczy o suwerenność Izraela i pod tym hasłem prawdopodobnie wystartuje w wyborach jesienią 2026. Relacje USA - Izrael w warunkach hołdu złożonego Trumpowi przez Netanjahu powinny dawać do myślenia każdemu  politykowi, który rozważa taką relację. 

x.com/JarekKociszewsk