czwartek, 4 kwietnia 2019


Niektórzy rolnicy przechodzą na rolnictwo ekologiczne, ponieważ kuszą ich wysokie ceny pochodzących z niego towarów. Inni dlatego, ponieważ nie chcą, by ich działalność szkodziła środowisku naturalnemu. Jeszcze inni obawiają się o swoje zdrowie, a nawet życie, w związku z częstym kontaktem z chemikaliami szeroko stosowanymi w rolnictwie konwencjonalnym.

Przykładem dla ostatniej z wymienionych grup może być Blaine Schmaltz, z miejscowości Rugby w Północnej Dakocie. Pewnego dnia Schmaltz przeprowadzał opryski herbicydami na jednym ze swoich pól. W pewnym momencie przerwał, ponieważ chciał sprawdzić poziom środka chemicznego w opryskiwaczu. Po tym jak zajrzał do środka, momentalnie poczuł się słabo i zemdlał. Kilka następnych miesięcy spędził w szpitalu z zapaleniem dróg oddechowych, bolącymi mięśniami i bezsennością. Diagnoza: astma zawodowa.

„Doktor doradzał mi, bym odpuścił sobie rolnictwo.” – mówi Schmaltz.”Powiedział, że jeśli tego nie zrobię, umrę w ciągu najbliższych 10 lat.”

W trakcie rekonwalescencji Schmaltz dużo czytał o rolnictwie ekologicznym. Kochał pracę w swoim gospodarstwie i dlatego podjął decyzję o jego dalszym prowadzeniu, jednak tym razem w zgodzie z przyrodą. Pracę rozpoczął już w kolejnym sezonie. Po czasie okazało się, że to był dobry wybór – mimo prowadzenia gospodarstwa objawy chorobowe zniknęły. Teraz uprawia pszenicę, fasolę, len i inne rośliny.

„Nie zdecydowałem się na rolnictwo ekologiczne ze względu na większe pieniądze czy ideologię.” – dodaje Schmaltz. „Zrobiłem to dla siebie i swojej rodziny, by bez obaw o zdrowie móc kontynuować pracę na roli.”

ulicaekologiczna.pl

Problemy ze zdrowiem zaczynają się już po kilku miesiącach. Ludzie skarżą się na bolące stawy, kolana, urazy kręgosłupa, opuchnięte stopy. – W badaniach wyszło mi, że mam za dużo kreatyniny w moczu. Lekarz stwierdził, że prawdopodobnie za dużo stoję. Faktycznie, prawie dziesięć godzin, wykonując tę samą czynność – mówi Roman ze Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza. W Amazonie pracuje od pięciu lat. – Przez pierwsze dwa miesiące zrzuciłem 8 kg. Problemy z kręgosłupem wywołane dźwiganiem okazały się na tyle poważne, że konieczna była wielotygodniowa rehabilitacja. W zeszłym roku byłem ponad miesiąc na zwolnieniu – dodaje Daniel, kolega Romana ze zmiany. – W Amazonie nikogo nie interesuje, kto gdzie pracuje. Na stanowiska wymagające kondycji dają osobę 60-letnią. Na dziale pick w okresie świątecznym spotkałam kobietę, która nie była w stanie wejść po schodach. Tam są trzy piętra, trzeba się dużo schylać, podnosić ciężkie towary – wtrąca z wściekłością jeszcze jedna z pracownic, Beata.

Amazon z myślą o ciężko pracującej załodze nawiązał współpracę z liderem na rynku firm zajmujących się wdrażaniem kompleksowych rozwiązań problemu absencji chorobowych. Działania firmy pracownicy określili jako „wizyty domowe”. – Oni wychodzą z założenia, że jeśli w czasie zwolnienia nie ma cię w domu, to znaczy, że oszukujesz. Nie dość, że kontrolują nas totalnie w pracy, to jeszcze rozszerzyli kontrolę na nasze domy. Wypytują sąsiadów jak policja, która szuka przestępcy. Był przypadek, że udali się pod inny adres i niepokoili starszą kobietę, wypytując o zdrowie jej syna, który nie był pracownikiem Amazona – wytyka Daniel. Jeśli na zaświadczeniu lekarskim jest informacja, że chory może chodzić, to pracownika może nie być w domu tylko z kilku dozwolonych powodów. Może być u lekarza, na terapii, w sklepie albo w aptece, ale na wszystko musi mieć pokwitowanie. – Możesz się z tego wytłumaczyć np. paragonem ze sklepu. Najgorsze jest to, że musisz udowodnić swoją niewinność, bo z góry zakładają, że jesteś winny i udajesz chorego – wyjaśnia Roman.

– Miałem taką sytuację. Usłyszałem, że za wolno wracałem z przerwy po obiedzie. Spóźniłem się niecałe trzy sekundy. Jakiś czas potem rozmawiałem z innym pracownikiem, jemu zwrócono uwagę z powodu dwóch sekund. Mamy zegary nad sobą. Ja mam podaną godzinę z minutnikiem, ale nie mam sekundnika. To nie tylko informacja: byłeś za wolny o trzy sekundy, ale także presja, żeby się racjonalnie wytłumaczyć – mówi Roman. To, jak przebiega praca, zależy od jakości towaru i narzędzi, czy towar daje się np. szybko zeskanować, czy nie brakuje kartonów. – Zepsuje ci się maszyna do taśmy i czasami pięć minut naprawiasz. Dwa razy dziennie wymieniasz taśmę, donosisz sobie kartony. To wszystko ma znaczenie – wylicza Beata. Ale to nie jest racjonalnym wytłumaczeniem spowolnienia pracy.

Kontroli podlega również wyjście do toalety. Na początku tego roku pracownicy musieli meldować menedżerom każde takie wyjście. Szczególnie krępujące było to dla kobiet. – Nie każdy chce opowiadać głośno, że ma okres i pilną potrzebę. Przecież to najbardziej osobista, intymna rzecz w tym zakładzie. Jednemu menedżerowi wystarczyło powiedzieć, że idziemy do toalety. Inni wymagali detali – złości się Beata. Każdy przejaw odpoczynku jest pilnie śledzony i odpowiednio oceniany. – Zawsze na początku zmiany mamy zebranie. Na ostatnim powiedziano nam, że za każdym razem jeśli będziemy wychodzić o minutę czy dwie wcześniej, to będzie permanentne skanowanie i zostaną wyciągnięte konsekwencje w postaci notatek służbowych i nagan – mówi Witek.

– Z mojego działu odbioru do kantyny idę cztery, pięć minut. Mam tam szafkę z kanapkami, herbatę i telefon. Tyle samo zajmuje droga powrotna, więc na odpoczynek i posiłek zostają mi cztery minuty, czasem pięć – Daniel opisuje swoje 15-minutowe przerwy.

tygodnikprzeglad.pl

Prawosławni w Polsce. Swoi czy obcy? – pytano w różnych epokach. Obcy – brzmiała oficjalna odpowiedź w okresie międzywojennym. Polska tworzyła wtedy niepodległy byt, zszywając w jeden organizm ziemie pozostające przez 123 lata w trzech zaborach. Była państwem wielonarodowym i wieloreligijnym – Polacy stanowili 65% społeczności – ale chciała być jednolitym narodowo i wyznaniowo, w którym Polak znaczy katolik. Polak znaczy lepszy, Białorusin czy Ukrainiec zaś „gorszy gatunek Polaków” – to określenie Romana Dmowskiego, przywódcy Narodowej Demokracji. Dlatego w końcu międzywojnia płk Marian Turkowski nakazywał: „Stać twardo na stanowisku, że w Polsce tylko Polacy są gospodarzami, pełnoprawnymi obywatelami i tylko oni mają coś do powiedzenia. Wszyscy inni są tylko tolerowani. Wytworzyć wśród mas polskich kompleks wyższości w stosunku do ludności niepolskiej. Mowa polska winna być wyrazem wyższości tak kulturalnej, jak i obywatelskiej. Polak musi zwracać się do ludności niepolskiej tylko po polsku. A już w żadnym wypadku funkcjonariusz państwowy czy też samorządowy nie może używać innego języka niż polski” („Dalsze wytyczne do akcji rewindykacyjno-polonizacyjnej”, pkt 5, 24 stycznia 1938).

Prawosławnych Białorusinów i Ukraińców było najwięcej wśród mniejszości – ok. 4 mln. Wyprzedzali Żydów (3,1 mln), Niemców (0,9 mln) czy Czechów. W wielu wschodnich powiatach stanowili większość – w hrubieszowskim 78%, w poleskim 77%, w wołyńskim 70%, w nowogródzkim ponad 50%. Ich obecność państwo uważało za najtrudniejszy problem w polityce wewnętrznej. Badacz tego okresu, historyk prof. Eugeniusz Mironowicz, uważa, że nierozwiązywalny. Dlaczego? Ponieważ polskie elity polityczne nie miały koncepcji tworzenia państwa wielonarodowego. Nie uwzględniały aspiracji Białorusinów i Ukraińców do pielęgnowania swojej tradycji, posiadania pewnej autonomii w ramach odrodzonego państwa.

Stworzono program asymilacji milionów prawosławnych. Akcję nazwano rewindykacyjno-polonizacyjną. Uznano, że prawosławny jest obcy, a Cerkiew to rozsadnik rosyjskości, ostoja carskiej reakcji, relikt zaborów. Wyrzucono ze świadomości fakt, że Cerkiew na ziemiach II RP istniała wtedy, gdy nie było ani Imperium Rosyjskiego, ani Księstwa Moskiewskiego. Jej obecność, zdaniem wielu badaczy, datuje się na czasy misji Cyryla i Metodego, czyli IX w., wiek wcześniej, niż dokonano oficjalnego chrztu Polski.

Akcję, która głęboko zraniła obywateli prawosławnej społeczności II RP, przeprowadzono w przeddzień wybuchu wojny, w której prawosławni żołnierze bronili ojczyzny, a ich lojalność wobec państwa budziła zdziwienie dowódców. Stanisław Cat-Mackiewicz, oceniając politykę państwa wobec prawosławia, sugestywnie stwierdzał: „Lojalność Cerkwi prawosławnej była tak dużą i tak szczerą, że tylko cud mógł duchowieństwo prawosławne z tej drogi zawrócić. Tym cudem była głupota naszych władców, istotnie niepospolita”. Dalej dodawał: „Dzikie, głupie i nikczemne wybryki wyrządziły niesłychaną szkodę naszemu państwu, a były przecież absolutnie niczym nieuzasadnione, ponieważ (…) ze wszystkich mniejszości narodowych właśnie koła duchowieństwa prawosławnego były najlojalniejsze”. Od uzyskania niepodległości państwo polskie ostro ingerowało w życie Cerkwi i traktowało ją najbardziej restrykcyjnie spośród wszystkich Kościołów.

Były trzy ich fale. Pierwsza w latach 1918-1924. Katolicy zajmowali wtedy cerkwie w 70% żywiołowo, nie zawsze czekając na decyzje władz centralnych, mając jednak ich przyzwolenie. Według prof. Mirosławy Papierzyńskiej-Turek przejęto wtedy 215 cerkwi. Symbolem tamtych czasów było zburzenie wspaniałej cerkwi św. Aleksandra Newskiego na placu Saskim w Warszawie.

Druga fala – rok 1929. Rzymskokatolicki episkopat złożył do sądów 755 pozwów, roszcząc sobie prawo do około połowy posiadanych jeszcze wtedy przez Cerkiew świątyń i monasterów. Domagano się soborów katedralnych w Pińsku, Krzemieńcu, Łucku, monasteru w Jabłecznej nad Bugiem, a nawet ławry Poczajowskiej. Sąd Najwyższy uznał jednak 23 stycznia 1934 r. tę drogę za niewłaściwą. Władze obawiały się rozruchów na tle religijnym i skandalu międzynarodowego. W tym okresie zdołano zniszczyć 23 cerkwie, choć na listę „zbędnych” trafiło 97.

Statystykę podaję za Małgorzatą Winiarczyk-Kossakowską: w latach 1918-1933 Cerkiew straciła ok. 500 świątyń, w tym 346 na Chełmszczyźnie i Podlasiu. Spośród nich na kościoły katolickie wyświęcono 137, zamknięto 104, 91 zniszczono.

tygodnikprzeglad.pl

– We wrześniu do naszej kamienicy przyszli jacyś ni to powstańcy, ni to policjanci, raczej ci drudzy, tyłowi, bo choć z rozpylaczami na szyjach, to bez bitewnego kurzu i znoju na mundurach i twarzach – opowiadała Krystyna Narożna, w powstaniu 16-letnia pracownica punktu medycznego dla ludności cywilnej na ul. Złotej. – Przynieśli jakieś mięso, niewielkie, obdarte ze skóry zwierzę. Poprosili sąsiadkę, żeby przyrządzić ucztę, bo złapali i ubili królika. Sąsiadka poprosiła, żeby zostawili jej kosteczki dla jej głodującego pieska – jamniczka. Popatrzyli dziwnie, ale natychmiast skwapliwie się zgodzili. Kilka dni później wydało się, że nie królika ubili, tylko tego jamniczka właśnie.

newsweek.pl

Jeśli chodzi o komunikację strategiczną to zrozumieliśmy, że w wielu aspektach cyberataki są w pewnym stopniu powiązane z fałszywą komunikacją angażującą podmioty państwowe. Nie możemy przecież mówić o wolnych mediach w państwach autorytarnych takich jak Rosja. O wiele łatwiej jest im manipulować przekazem informacyjnym. Jeśli czytamy rosyjską doktrynę wojskową to widzimy, że komunikacja jest elementem działań w obszarze wojskowym i manipulacja jest tu czymś normalnym. Stwierdził to w przeszłości Carl von Clausewitz, Sun Tzu, japoński strateg Musashi czy inni. Chodzi tutaj o percepcję.

Państwa autorytarne wykorzystują przeciwko nam naszą największą zaletę, czyli wolność słowa i otwartość?

Wykorzystują przeciwko nam naszą otwartość. Możemy powiedzieć, że w wielu obszarach związanych z komunikacją strategiczną Rosjanie nas wyprzedzają, ponieważ mogą działać szybciej i wykorzystywać wiele narracji. To jest kwestia asymetryczności. Jeśli jest się mniejszym i słabszym, trzeba znaleźć słabe punkty potencjalnie silniejszego, żeby mieć możliwość wpływania na niego. Rosjanie rozumieją, że w konflikcie z Zachodem są stroną słabszą, ponieważ poza bronią atomową udział ich PKB w światowym PKB wynosi tylko 2,5 %, podczas gdy udział Unii Europejskiej to 25 %, a następne 25 % to Stany Zjednoczone. Biorąc pod uwagę gospodarkę, nie mają oni szans konkurować z nami. Dlatego muszą znaleźć jakieś środki, które umożliwią im skuteczną rywalizację. Cyberataki, komunikacja strategiczna, fake newsy oraz inne asymetryczne środki pozwalają Rosjanom na uzyskanie dźwigni nacisku. Proszę zobaczyć jak działa RT, a jak tradycyjne agencje informacyjne. Komunikat kierowany przez aparat propagandowy Kremla do Rosjan musi podkreślać wielkość ich kraju. Jeśli ludzie oglądają te wydarzenia i wierzą w te absurdalne kłamstwa, które są tam prezentowane - to jestem przerażony.

(...)

W tym samym czasie obserwujemy również wzrost popularności haseł i partii populistycznych w Europie. Czy możemy zidentyfikować jakiś element łączący to zjawisko z Rosją?

Jest to zdecydowanie bardziej skomplikowane niż się niektórym wydaje. Obecnie, coraz częściej obserwujemy złą stronę mediów społecznościowych. Media społecznościowe dały możliwość uczestniczenia w życiu politycznym i napisania czegokolwiek każdej osobie. Nie oznacza to jednak, że przyczyniają się one do zwiększenia naszej wiedzy i zdolności rozumienia procesów politycznych. Musimy pamiętać, że demokracja jest oparta na dobrze wyedukowanych obywatelach. Czy możemy powiedzieć, że dzięki mediom społecznościowym obywatele są lepiej wykształceni niż 10 lata temu?

Powiedziałbym, że nawet gorzej.

Dokładnie tak jest. Facebook, Twitter dają szansę przeczytania krótkiego tekstu bez konieczności głębszej analizy. Rozwój mediów społecznościowych wraz z ukierunkowaną propagandą zwiększa naszą podatność. Wcześniej komunikacja strategiczna nie była używana do wpływania na umysły ludzi. Obecnie jest to możliwe i wykonalne dzięki nowoczesnej technologii i dlatego jesteśmy wyjątkowo wrażliwi a demokracja znajduje się w odwrocie. New York Times napisał, że system naszych niepisanych zasad, w jaki sposób organizujemy nasz dyskurs publiczny stale się zmniejsza. Świadczą o tym tweety Trumpa czy innych polityków, obniżający się poziom dyskusji w parlamentach narodowych np. w Bundstagu, po tym jak AfD dostało się do niego. Nie jestem zwolennikiem poprawności politycznej, unikania dyskusji, ale jedną rzeczą jest mówienie otwartym i bezpośrednim językiem, ale czym innym jest ograniczanie dyskusji. To dokładnie się obecnie dzieje na poziomie elit politycznych.

cyberdefence24.pl