wtorek, 24 kwietnia 2018


Zdaniem prof. Przemysława Śleszyńskiego, głównego autora ekspertyzy PAN, perspektywy rozwojowe mniejszych ośrodków warunkuje odległość od bogatych centrów wzrostu.

„Stosunkowo najgorzej wypadły ośrodki położone peryferyjnie, w różnych częściach kraju, nie tylko, jak się to utarło uważać, we wschodniej części Polski – na Podlasiu i Lubelszczyźnie, ale także np. na Pomorzu Środkowym, Mazurach, w Sudetach i na Mazowszu. Natomiast najlepsze wskaźniki zdecydowanie osiągnęły miasta położone w strefach podmiejskich dużych aglomeracji” – ocenił.

Obok peryferyjnego położenia gmin problemy rozwojowe wynikają m.in. ze starzenia się populacji, spadku liczby ludności – szczególnie osób młodych i wykształconych - zachwiania równowagi na rynku pracy i idących w ślad za tym zaburzeniami.

Według prof. Śleszyńskiego należy wspierać rozwój średnich miast, ale już niekoniecznie, w ten sam sposób, wszystkich obszarów peryferyjnych. Wraz ze starzeniem się ludności będą bowiem rosnąć ich potrzeby finansowe wynikające np. z konieczności zapewnienia mieszkańcom opieki zdrowotnej.

Podkreślił, że w związku z postępującą depopulacją wiele gmin i powiatów „być może trzeba będzie łączyć”, gdyż będą za słabe ekonomicznie. „W niektórych regionach z najmniejszych wsi niestety ludzie będą musieli wyemigrować, przenieść się do miast i miasteczek, bo inaczej lokalne systemy osadnicze i społeczno-gospodarcze będą coraz bardziej niewydolne, aż wreszcie mogą upaść” – uważa ekspert.

Jak zaznaczył, kraj rozwija się nierównomiernie, w efekcie dochodzi do polaryzacji ekonomicznej; rośnie przy tym nieefektywność podziału administracyjnego Polski. „Według moich analiz województwa powinny być mniejsze, a szczebel powiatowy być może należałoby nawet zlikwidować. Drugie rozwiązanie to jeszcze większe województwa, ale też i znacznie większe powiaty - być może optymalny byłby układ do 12 województw i około 100 powiatów” – ocenił.

naukawpolsce.pap.pl

29 grudnia rosyjski sąd skazał pana zaocznie na dziewięć lat więzienia za oszustwa podatkowe. Czuje się pan bezpieczny w Londynie?

Jeśli pyta pan, czy żyję w strachu, odpowiedź brzmi „nie”. Gdybym tak żył, już bym przegrał. Ale Rosjanie prowadzą zakrojoną na szeroką skalę operację przeciwko mnie. Plany mogą zakładać wszystko. Od zabicia przez porwanie, aresztowanie, ekstradycję po pozywanie mnie i szerzenie czarnej propagandy. Moją sprawą zajmuje się w Moskwie 250 osób z Federalnej Służby Bezpieczeństwa, MSW, prokuratury i administracji prezydenta. Grudniowy wyrok był częścią tej operacji.

Siergieja Magnitskiego, który ujawnił przekręt, skazano pośmiertnie. Co skłoniło Moskwę do tak makabrycznego postępowania?

Magnitski ujawnił wyprowadzenie z budżetu równowartości 230 mln dol. Zamiast otrzymać nagrodę, został zamordowany w areszcie. Władimir Putin, zamiast ukarać tych, którzy go zabili, przyłączył się do zamiatania sprawy pod dywan. Dlaczego? Bo w całym tym kleptokratycznym, angażującym tysiące ludzi systemie poświęcenie jednego sprawiłoby, że reszta mogłaby odmówić współpracy. Jedynym wyjściem z jego punktu widzenia było odwrócenie narracji. Po pierwsze, że Magnitski nie został zamordowany. Po drugie, że sam był przestępcą. Dlatego w średniowiecznym stylu postawili go przed sądem i skazali już po śmierci.

Proszę przypomnieć mechanizm, który ujawnił Magnitski.

W 2005 r. jako szef funduszu Heritage Capital zostałem usunięty z Rosji jako zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Uznaliśmy, że Rosjanie w kolejnym posunięciu mogą aresztować naszych ludzi lub zająć nasz majątek. Udało nam się ewakuować kadrę i wyprzedać aktywa. Sprzedanie ich sprawiło, że wykazaliśmy zysk 1 mld dol., od którego w 2006 r. odprowadziliśmy 230 mln podatku. Rok później 25 milicjantów weszło do biura naszych prawników i zajęło dokumenty, w tym pieczątki naszych spółek. Te dokumenty zostały użyte, by sfałszować papiery poświadczające przerejestrowanie spółek na nazwisko Rosjanina w przeszłości skazanego za morderstwo. Następnie podrobiono umowy, które miały świadczyć, że spółki są winne podstawionym firmom 1 mld dol., a te pozwały ukradzione nam firmy do sądu i uzyskały korzystny dla siebie wyrok. Przestępcy zanieśli orzeczenie władzom podatkowym, bo wykazany przez nas zysk wyzerował się ze względu na zobowiązania. Efektem był nielegalny zwrot 230 mln dol. podatku w oparciu o sfałszowane dokumenty. To największy zwrot podatku w historii Rosji. Wypłacono go 31 grudnia 2007 r.

Kim są ludzie, do których trafiły pieniądze?

Jednym z nich była Olga Stiepanowa, która podpisała się pod decyzją urzędu podatkowego. Udało nam się wyśledzić 11 mln dol., które trafiły na konto jej męża w zurychskim oddziale Crédit Suisse. Te środki zostały potem zamrożone przez władze Szwajcarii. Część pieniędzy trafiła do jej zastępców i została wydana na wille w Dubaju. Inne trafiły do Francji, Holandii, USA, a nawet do Polski.

Do Polski?

To nie były wielkie pieniądze. W Polsce wydano kilkaset tysięcy. O ile pamiętam, na wyposażenie jachtów. Przez osiem lat śledziliśmy przepływy finansowe. Teraz pracujemy z 12 różnymi urzędami z całego świata, które pomagają zamrażać i zajmować środki, by ci ludzie nie mogli korzystać z owoców przestępstwa.

forsal.pl

(...) w 2012 roku prezes amerykańskiej sieci domów towarowych JCPenney Ron Johnson postanowił z dnia na dzień skończyć z polityką obniżek i promocji i ustalić ceny na stałe na takim poziomie, na jakim były po wszystkich „promocjach”.

Klienci nadal płacili tyle, ile zwykle, z tym że nie było już wielkich znaków „obniżka o 80 proc.” przekreślonych wyższych cen i wstawianych niższych. Po prostu przestano sztucznie zawyżać ceny tylko po to, by je następnie obniżać. Ron Johnson uważał, że postępuje słusznie, oszczędzając klientom całego teatru związanego z obniżaniem sztucznie zawyżonych cen. Był przekonany, że to docenią.

Prezes jednak się pomylił, ponieważ nie czytał właśnie takich książek jak ta, którą recenzuję. Są w niej opisane setki eksperymentów, które pokazują, że ludzie nie zachowują się racjonalnie i w sposób zgodny z własnym długoterminowym interesem – szczególnie jeżeli chodzi o pieniądze. W ciągu roku od wprowadzenia uczciwych cen w JCPenney firma poniosła straty w wysokości 985 mln dol., Ron Johnson został zwolniony ze stanowiska prezesa, a ceny znowu powędrowały w górę by zostać obniżone w „promocjach”. Klienci płacili mniej więcej tyle samo co wcześniej, ale teraz mieli poczucie, że upolowali okazję. Wniosek jest taki, że na własne życzenie jesteśmy mamieni okazjami, które żadnymi okazjami nie są.

obserwatorfinansowy.pl