poniedziałek, 31 października 2022


Wszystko wskazywało na to, że pracujący w leningradzkim KGB koledzy Putina nie szukali sposobu zniszczenia nowej rzeczywistości politycznej, ale raczej starali się znaleźć w niej miejsce dla siebie. Wydawało się także, że tę drogę obrał również sam Putin; zamiast obrazić się i odejść ze służby, jedynie nieco się nadąsał, po czym szukał sobie nowych znajomych, mentorów i sposobów wpływania na sprawy zza kulis.

W stwierdzeniu, że szpiegiem zostaje się na całe życie, kryje się bardzo wiele prawdy. KGB nigdy nie spuszczało swoich pracowników ze smyczy. Gdzie zatem podziewali się wszyscy niepotrzebni już agenci? Służba bezpieczeństwa miała dobrze przygotowane zaplecze, pozwalające lokować tego rodzaju ludzi w społeczeństwie. Była to tak zwana aktywna rezerwa – niezliczona i najpewniej nigdy nierejestrowana rzesza pracowników bezpieki, rozsiana po wszystkich instytucjach Związku Radzieckiego.

Rok później liberalny Gorbaczow mianował przewodniczącym KGB Wadima Bakatina, stawiając przed nim zadanie rozwiązania służb specjalnych. Najbardziej kłopotliwe okazało się uporanie właśnie z aktywną rezerwą, ponieważ namierzenie jej członków było z wielu przyczyn praktycznie niemożliwe. Bakatin pisał potem: „Agenci ci byli oficjalnie zatrudnieni przez różne organizacje rządowe i instytucje cywilne. Zazwyczaj większość pracowników zakładów i urzędów miała świadomość, że dana osoba pracuje dla KGB. Członkowie aktywnej rezerwy pełnili różne funkcje – niektórzy zajmowali się sprawami bezpieczeństwa, inni kontrolowali nastroje pracowników, przysłuchiwali się ich rozmowom i podejmowali odpowiednie działania w stosunku do osób, które uznali za dysydentów. (...) Z pewnością wszędzie zdarzają się sytuacje, gdy służby muszą umieścić swoich informatorów w określonych kręgach, ale zazwyczaj oczekuje się, że ich rola będzie tajna. Jakie służby specjalne potrzebowałyby agenta, o którym wszyscy wiedzieliby, że jest agentem?”.

Bakatin sam udzielił odpowiedzi na to pytanie. „KGB, w takiej postaci, w jakiej istniało, nie mogło nigdy pełnić roli służb specjalnych. Powołano je wyłącznie w celu kontrolowania wszelkich przejawów sprzeciwu wobec władzy i tłumienia ich. Wydaje się, że głównym jego zadaniem miało być organizowanie spisków i przeprowadzanie zamachów stanu – dysponowało przygotowanymi specjalnie do tego siłami oraz zapleczem pozwalającym śledzić i kontrolować środki komunikacji: organizacja ta miała swoich funkcjonariuszy wszędzie i jako jedyna dysponowała monopolem na informacje”. KGB było potworem, którego macki sięgały w każdy zakamarek radzieckiego społeczeństwa. Władimir Putin zdecydował się przyjąć na siebie funkcję jednej z takich macek.

Putin zwierzył się kiedyś zaprzyjaźnionemu wiolonczeliście, że planuje przenieść się do Moskwy, by dołączyć do rozległej armii urzędników KGB w stolicy. Później jednak zdecydował się pozostać w Leningradzie i zapewne dlatego, że cenił sobie poczucie bezpieczeństwa, jakie dają znajomości, zwrócił się do jedynej poza KGB instytucji, z którą miał kiedykolwiek do czynienia – do leningradzkiego uniwersytetu. Został zatrudniony na stanowisku doradcy rektora do spraw współpracy z zagranicą. Uniwersytet w Leningradzie, wzorem innych instytucji państwowych, przekonywał się dopiero, że pojawiła się możliwość nawiązania kontaktów z innymi krajami. Wykładowcy i studenci zaczynali wyjeżdżać, by kształcić się w ramach wymiany międzynarodowej bądź uczestniczyć w konferencjach, mimo że napotykali liczne przeszkody natury biurokratycznej.

Możliwość wyjazdu za granicę, dotąd dostępna jedynie nielicznym, stała się nagle dobrem dla wszystkich. Przepływ ludzi występował oczywiście w obydwie strony; w Leningradzie zaczęli się pojawiać wykładowcy i studenci z innych krajów (do tej pory taką możliwość mieli wyłącznie obywatele krajów bloku wschodniego, czasem jakiś starannie wybrany student z Zachodu). Uniwersytet Leningradzki cierpiał wówczas na ciągły niedobór funduszy, jego władze liczyły więc, że kontakty ze światem – niezależnie od formy, jaką przybiorą – przyniosą także bardzo pożądany napływ twardej waluty. Kontrola nad tego rodzaju działalnością była wymarzonym zajęciem dla członka aktywnej rezerwy. Po pierwsze, takie stanowiska były zwyczajowo przeznaczone właśnie dla pracowników KGB, po drugie, wszyscy wierzyli, że agenci naprawdę radzą sobie lepiej w nawiązywaniu kontaktów z obcokrajowcami. Ostatecznie tylko oni mieli w przeszłości takie doświadczenia.

Putin planował napisać pracę doktorską, a być może nawet rozpocząć karierę naukową. Okazało się jednak, że jego zajęcie, jak wiele spraw w ówczesnym Związku Radzieckim, było przejściowe. Na uniwersytecie pracował niecałe trzy miesiące.

Opowieść o tym, jak zaczęła się współpraca Sobczaka i Putina, jest doskonale znana i jednocześnie całkowicie nieprawdziwa w większości powtarzanych dziesiątki razy szczegółów.

W najbardziej wątpliwej wersji przedstawia się ją następująco: Sobczak, wykładowca prawa i znany polityk, spotkał Putina na korytarzu uczelni, porozmawiał z nim i zaprosił go do współpracy. Putin utrzymuje, że spotkanie zaaranżował jego dawny kolega z roku; miało się ono odbyć w gabinecie Sobczaka.

Putin miał jakoby uczęszczać w latach siedemdziesiątych na prowadzone przez Sobczaka wykłady, ale nie miał z nim osobistych kontaktów. „Doskonale pamiętam tamto spotkanie”, wyznał Putin biografom. „Wszedłem, przedstawiłem się i powiedziałem mu wszystko. Sobczak był człowiekiem działającym pod wpływem impulsu, więc natychmiast stwierdził: »Porozmawiam z rektorem. Zaczniesz pracę od poniedziałku. To wszystko. Formalności związane z transferem pozostaw mnie«”. W systemie komunistycznym takie przenoszenie pracowników pomiędzy instytucjami, zupełnie jakby byli chłopami pańszczyźnianymi, których właściciele dogadali się na nieosiągalnym dla pracownika szczeblu, było na porządku dziennym. „W zasadzie nie miałem wyjścia, musiałem odpowiedzieć: »Anatoliju Aleksandrowiczu, praca dla pana byłaby prawdziwą przyjemnością. Oczywiście, jak najbardziej jestem zainteresowany tą propozycją, więcej, chciałbym dostać tę posadę, ale jest pewien szczegół, który zapewne uzna pan za poważną przeszkodę«. Zapytał: »O co chodzi?«. Odparłem: »Musi pan wiedzieć, że moja rola tutaj nie ogranicza się do pełnienia funkcji doradcy rektora. Jestem też funkcjonariuszem KGB«. Zastanawiał się przez chwilę, bo rzeczywiście takiego obrotu spraw nie przewidział. W końcu rzucił: »Pie***yć to!«”.

Cała przytoczona powyżej rozmowa wygląda na kłamstwo, do tego bardzo mierne. Dlaczego Putin zachował w tajemnicy informacje o pracy w KGB, dopóki nie usłyszał oferty współpracy, skoro na wstępie zaznacza, że „powiedział mu wszystko”? Dlaczego przedstawia Sobczaka jako niezorientowanego głupca – wszyscy na uniwersytecie wiedzieli, że Putin pracuje dla KGB – a do tego osobę wulgarną? Prawdopodobnie nie przemyślał tej części swojej historii zbyt dobrze, zanim przedstawił ją biografom, gdyż spodziewał się, że pominą tę delikatną kwestię, choć pytanie nasuwało się samo – w jaki sposób oficer KGB dostał się do kręgu najbardziej zagorzałych w kraju zwolenników demokracji? Sobczak przedstawiał tę historię inaczej, ale równie mało prawdopodobnie. W wywiadzie udzielonym w tym samym tygodniu, w którym Putin rozmawiał ze swoimi biografami, oświadczył: „Putin zdecydowanie nie został nasłany przez KGB. Sam do niego dotarłem i zaprosiłem do współpracy. Pamiętałem go jeszcze z uczelni. Dlaczego został moim zastępcą? Spotkaliśmy się przypadkowo na korytarzu na wydziale. Rozpoznałem go i przywitałem się; zaczęliśmy rozmawiać, spytałem, co u niego słychać. Okazało się, że przez kilka lat pracował w Niemczech, teraz zaś został doradcą rektora. Pamiętam, że był dobrym studentem, chociaż nie lubił się wychylać. To jego cecha charakteru, moim zdaniem świadcząca, że jest człowiekiem wyzbytym wszelkiej próżności, pozbawionym niezdrowej ambicji, choć ma przecież charakter przywódcy”.

Anatolij Sobczak musiał wiedzieć, że Putin pracuje dla KGB, nie ma też wątpliwości, dlaczego wybrał takiego właśnie człowieka. Motywem przewodnim całej kariery politycznej Sobczaka były wprawdzie piękne wypowiedzi na temat demokratycznych idei, ale jednocześnie chciał on mieć solidną bazę, która pozwoliłaby mu wprowadzać w życie jego wizje. Dlatego na wicemera w radzie miejskiej wybrał sobie byłego komunistę i kontradmirała. W otoczeniu ludzi ze służb mundurowych Sobczak czuł się nie tylko bezpieczniej: stanowili oni również doskonałą przeciwwagę dla przeintelektualizowanych, skłonnych do ciągłych dyskusji postępowych miłośników demokracji, takich jak Salje i jej podobni. W otoczeniu starych towarzyszy Sobczak miał znacznie większy komfort rządzenia. Pamiętajmy, że przez całe życie wykładał prawo w szkole milicyjnej w Leningradzie, miał więc na co dzień do czynienia z ludźmi, jak sądził, pokroju Putina: pewnymi, ale nie nazbyt błyskotliwymi, pozbawionymi większych ambicji i mającymi wpojony szacunek dla hierarchii. Poza tym Putin był mu potrzebny z tych samych powodów, z których zatrudniono go na uniwersytecie: jako jeden z nielicznych w mieście pracował za granicą, a Leningrad potrzebował stamtąd pomocy i pieniędzy. Poza tym Sobczak, który przeszedł całą ścieżkę uniwersyteckiej kariery (był teraz profesorem zwyczajnym) i znał dobrze realia panujące w partii komunistycznej, wiedział doskonale, że lepiej samemu wybrać sobie wtyczkę z KGB, niż czekać na człowieka, którego mu przydzielą.

Nie można jednak stwierdzić z całą pewnością, że Sobczak faktycznie decydował o wyborze „oficera politycznego”. Dawny współpracownik Putina z czasów jego pracy w Niemczech Wschodnich wyznał mi, że w lutym 1990 roku, podczas wizyty w Berlinie, generał dywizji Jurij Drozdow, szef wydziału do spraw operacji specjalnych kontrolującego „nielegalnych”, spotkał się z Władimirem Władimirowiczem. Siergiej Biezrukow, który w 1991 roku wyemigrował do Niemiec, stwierdził, że „powodem takiego spotkania mogło być wyznaczenie Putinowi nowego zadania. Po cóż innego szef wydziału spotykałby się z agentem, który i tak miał lada dzień powrócić do domu? Takie spotkania po prostu się nie zdarzały”.

Biezrukow i pozostali agenci zastanawiali się, co takiego zlecono Putinowi, że polecenie przekazywał ktoś tak wysoko postawiony, i doszli do wniosku, że sprawa wyjaśniła się z chwilą, gdy Putin przyjął stanowisko zastępcy Sobczaka. Przyjaciel Biezrukowa najwyraźniej został wyznaczony do zinfiltrowania kręgu najbliższych współpracowników jednego z najważniejszych przywódców ruchu demokratycznego w kraju. Posada na uniwersytecie była jedynie odskocznią. Putin poinformował leningradzki oddział KGB, że planuje zmienić pracę. „Powiedziałem: »Anatolij Aleksandrowicz [Sobczak] zaproponował mi przejście z uniwersytetu do kręgu swoich współpracowników. Jeśli jest to niemożliwe, z chęcią złożę rezygnację«. Odpowiedzieli: »Nie ma takiej potrzeby. Proszę przyjąć nową pracę«”.

Przytoczona przez Putina wymiana zdań sprawia wrażenie kolejnej absurdalnej bajki, nawet jeśli się przyjmie, że to nie KGB poleciło mu nawiązać kontakt z Sobczakiem. Putin musiał wiedzieć, że możliwość umieszczenia go w otoczeniu najbardziej wpływowego w mieście demokraty spotka się w firmie z jak najlepszym przyjęciem.

W owym czasie rozwijający się ruch demokratyczny stał się jednym z głównych punktów zainteresowania KGB. Rok wcześniej Gorbaczow powołał do życia nowe ciało prawodawcze, tak zwany Komitet Nadzoru Konstytucyjnego, którego zadaniem było zmodyfikowanie metod działania radzieckich instytucji, tak by pozostawały w zgodzie z nowo powstałą konstytucją. W 1990 roku komitet podjął pierwszą próbę rozprawienia się z nielegalnymi operacjami KGB, zabraniając bezpiece prowadzenia jakichkolwiek działań na podstawie tajnych instrukcji wewnętrznych. Ta zignorowała zakaz, podjęła natomiast akcję dwudziestoczterogodzinnej inwigilacji Borysa Jelcyna oraz innych znaczących działaczy z obozu demokratów. W ich telefonach założono podsłuchy, podsłuchiwane były także rozmowy prowadzone z pokojów hotelowych. Kontrolowano również połączenia z domów ich znajomych, krewnych, fryzjerów i trenerów. Dlatego należy przyjąć, że wersja przedstawiona przez Putina biografom – jakoby nie składał w KGB raportów na temat współpracy z Sobczakiem – jest bardzo mało prawdopodobna. Trzeba przecież pamiętać, że przez cały czas sprawowania funkcji zastępcy przewodniczącego rady miejskiej Putin pobierał wynagrodzenie z KGB.

Co ciekawe, to, w jaki sposób, kiedy i czy w ogóle Putin zerwał stosunki z KGB, nie zostało nigdy ujawnione, zainteresowani nie podali też żadnej spójnej wersji oficjalnej. Putin utrzymuje wprawdzie, że kilka miesięcy po przyjęciu przez niego pracy u Sobczaka jeden z członków rady miasta posunął się do szantażu, grożąc, że wyjawi powiązania nowego pracownika z KGB. Putin zrozumiał wtedy, że musi odejść. „To była trudna decyzja. Wprawdzie praktycznie od prawie roku nie pracowałem dla tajnych służb, jednak poświęciłem tej organizacji całe życie. Był rok 1990; ZSRR istniał nadal, pucz sierpniowy miał dopiero nadejść, nikt więc nie wiedział, jaka będzie przyszłość kraju. Sobczak miał niewątpliwie niezwykłą osobowość, był też liczącym się politykiem, ale wiązanie własnej przyszłości z jego planami wydawało się wtedy ryzykowne. Przecież sytuacja mogła w każdej chwili ulec zmianie. Jednocześnie nie potrafiłem sobie wyobrazić, co by się stało, gdybym stracił pracę w ratuszu. Myślałem, żeby jednak wrócić na uniwersytet, napisać pracę doktorską i znaleźć jakąkolwiek pracę. Miałem stabilną pozycję w KGB, byłem dobrze traktowany. Odnosiłem sukcesy w tym systemie, ale zdecydowałem się odejść. Dlaczego? Po co? Naprawdę cierpiałem. Musiałem podjąć najważniejszą decyzję w życiu. Bardzo długo analizowałem to wszystko, usiłowałem zebrać myśli, w końcu wziąłem się w garść, usiadłem przy biurku i napisałem rezygnację. Od ręki, bez żadnego brudnopisu”.

Wyznanie złożone dziesięć lat po wspomnianych wyżej wydarzeniach jest naprawdę niecodzienne. Jeśliby nawet założyć, że Putin rzeczywiście odszedł dobrowolnie z najbardziej przerażającej i znienawidzonej organizacji w Związku Radzieckim, trudno nie zauważyć, że nigdy – nawet po tylu latach – nie starał się powiązać swojej decyzji z jakąkolwiek ideologią czy ująć jej w aspekcie politycznym czy moralnym. Dekadę później, przygotowując się do objęcia władzy w nowej Rosji, otwarcie przyznawał, że był gotów służyć każdemu panu. Najlepiej zaś byłoby, gdyby mógł się zabezpieczyć na wszystkie strony i służyć każdemu.

I to właśnie zrobił. Pisemna rezygnacja zaginęła gdzieś w KGB; trudno powiedzieć, czy zostało to zaplanowane, czy też wynikało z faktu, że instytucja ta nie dawała rady przetworzyć napływających dokumentów. Tak czy inaczej, w sierpniu 1991 roku, gdy KGB wreszcie zdecydowało się przeprowadzić zamach stanu, do czego wydawało się być stworzone, Władimir Putin nadal pozostawał w jego szeregach.

Masha Gessen -  Putin. Człowiek bez twarzy/onet.pl

Z początkiem października, kiedy ukraińska kontrofensywa przedarła się przez rosyjskie linie nad Dnieprem, docierając pod m. Dudczany, wydawało się, że lada dzień nastąpi załamanie prawej flanki przeciwnika. Rzeczywiście w ciągu kilku dni zanotowano największy postęp ukraiński na południu kraju od początku inwazji wyzwalając m.in. Archanhelskie, Myrolubiwkę i leżące wzdłuż Dniepru Chreszczeniwkę, Zołotę Bałkę i Dudczany. Jednakże po skróceniu frontu siły agresora okrzepły, ryglując jak dotąd skutecznie kierunek berysławsko-kachowski.

Celem ofensywy znad Inhulca na południe i wzdłuż Dniepru na południowy-zachód jest Berysław i Nowa Kachowka, z ważną strategicznie zaporą wodną i jednocześnie przeprawą mostową przez Dniepr. Mimo początkowych sukcesów ataku wzdłuż Dniepru i podejścia do m. Dudczany nie zauważono oznak rozpadu prawej flanki sił rosyjskich na prawym brzegu Dniepru. Nagłą porażkę na wschodniej flance obrony źródła rosyjskie próbowały tłumaczyć m.in. wyczerpywaniem potencjału bojowego BGT 126. Brygady Obrony Wybrzeża, której od miesięcy nie rotowano z frontu (jakoby od marca). Podciągnięte odwody umożliwiły stabilizację tego odcinka frontu.

Dwustronne natarcie - wzdłuż Dniepru na Berysław (po osi Wysokopillia-Złota Banka-Hawryliwka-Dudczany) i jednocześnie znad Inhulca na południe, z przyczółków pod m. Andriiwka (Suchyj Stawok-Kostromka-Bezimenne) i m. Dawidów Brid, napotyka na mniejszy lub większy opór przeciwnika. Sukcesy są stałe, ale mają wymiar taktyczny - przerwanie frontu i dojście do m. Dudczany, o którym pisaliśmy wyżej, było więc pewnym fenomenem.

Narastają jednak rosyjskie problemy logistyczne na prawym brzegu rzeki Dniepr - jak wiadomo przeprawy mostowe przez Dniepr nie funkcjonują, pod stałym ostrzałem są również przeprawy improwizowane (promowe). Odnotowano przypadki przerzutu wojsk promami na lewy brzeg Dniepru, jednak nie można ocenić ich skali, ani charakteru - czy jest to operacyjne wycofanie wojsk, czy elementy np. rotacji grup bojowych.

Każda przeprawa przez Dniepr, czy to pod Chersoniem, czy Nową Kachowką, jest rozpoznawana z powietrza i regularnie atakowana ogniem systemów F142 HIMARS (ostatnio, jak 21 października , również amunicją odłamkową M30A1). Pod ukraińskim ogniem są również dwie przeprawy przez rzekę Inhulec, gdzie w m. Dariwka zniszczony jest most, co również utrudnia przerzut wojsk i logistykę.

Przeprawę promową zbudowano m.in. pod Mostem Antonowskim, wykorzystując podpory, jednak i ona została porażona ogniem HIMARS-ów, podobnie jak przeprawa w rejonie Bersyław-Nowa Kochowka. W ostatnich dniach wzrosła ilość środków przeprawowych (desantowo-promowych) wykorzystywanych dla przeprawy przez Dniepr, co świadczy o chęci zapewnienia w miarę stałego zaopatrzenia zgrupowaniu operacyjnemu na prawym brzegu Dniepru. A zgrupowanie to jest bardzo silne. Ukraiński analityk, Konstanty Maszowiec, szacuje, że ok. 26 października, po wzmocnieniu posiłkami, na kierunku chersońskim operuje nawet do 39 BGT przeciwnika, z tego 21-22 BGT rozwiniętych jest na prawym brzegu Dniepru.

Na rosyjskiej prawej flance chersońskiego frontu, właśnie na kierunku berysławskim, operują prawdopodobnie BGT m.in. z 126. BOW, 810. BPM, 11. i 83. BDes-Szt, 247. Pułk .7 DDes-Szt itd. Widać silną reprezentację wojsk powietrzno-desantowych i desantowo-szturmowych (WDW), co jest charakterystyczne dla całego frontu chersońskiego, gdzie rozwinięto, jako zmechanizowaną piechotę z artylerią, elementy trzech dywizji WDW (7., 76., 98.).

Problemem dla atakujących sił ukraińskich w obwodzie chersońskim, są m.in. pola minowe, otwarty teren poprzecinany rowami irygacyjnymi, stały ostrzał artylerii i aktywność lotnictwa npla (m.in. samoloty szturmowe Su-25 z npr lub Su-34 z klasycznymi bombami oraz śmigłowce, np. szturmowe Ka-52 z npr i ppk Wichr), a na wschodniej flance, na odcinku frontu nad Inhulcem, także przeprawy przez rzekę, pod stałym ogniem npla. Pod artyleryjsko-rakietowym ogniem wroga są nie tylko same inżynieryjne przeprawy mostowe (np. w m. Terniwka i Wełyke Artakowe), ale również drogowe podejścia do nich.

Nad Dnieprem, na lewej flance ukraińskiego kierunku berysławskiego, operują m.in. elementy (BGT) z 60. BPiech (bataliony 96. i 97.), 17. BPanc (bataliony pancerny i zmechanizowany), 128. BGór-Szt (m.in. 15. batalion), grupy bojowe 140. Pułku Sił Operacji Specjalnych (grupy rozpoznawczo-dywersyjne) i inne.

Z kolei na kierunku inhuleckim, z przyczółka pod Andriiwką i Dawidowym Brodem, operują elementy (BGT) obu brygad piechoty morskiej (35. i 36.) z MRAP-ami "Mastiff" i "Wolfhound", 46. BDes-Szt, 61. BPiech, 63. BZmech, 57. BZmot grupy bojowe 73. Centrum Operacji Specjalnych i inne. Na drugorzędnych odcinkach frontu operują elementy OT, np. z nowo formowanej 129. Brygady OT z Krzywego Rogu.

Wsparcie artylerii na wschodniej flance zapewniają dywizjony związków taktycznych, ale też pododdziały 406. Samodzielnej Brygady Artylerii (w tym haubice M777), natomiast osłonę przeciwlotniczą elementy 208. Chersońskiej Brygady OPL (S-300). W drugiej połowie października strona ukraińska zgłosiła zestrzelenie co najmniej kilku szturmowych Ka-52.

Ukraińskie KGT/BGT ponoszą straty, ale są często rotowane. Przykładowo, atak BGT na m. Nowa Kamienka z 15 X zakończył się porażką, podobnie atak z 19 X. W rejonie Nowa Kamienka operował m.in. 15. batalion 12. BGór-Szt, który - według rosyjskich analityków - miał zostać wycofany niedawno jakoby na poligon w Apostołowe.

Na otwartej przestrzeni, przemieszczające się kolumny pancerno-zmechanizowane, np. wielkości kompanii, wykrywane są przez drony, a następnie ostrzeliwane ogniem artyleryjsko-rakietowym. Po podejściu do linii frontu następuje walka, z użyciem m.in. ppk, i kiedy atak załamuje się, pododdział wycofuje się i ponosi straty (sprzęt zniszczony i porzucony). Oczywiście od celnego ognia artyleryjsko-rakietowego dotkliwe straty ponosi również strona rosyjska, zwłaszcza gdy wykorzystywane są systemy HIMARS, albo amunicja precyzyjna M982 Excalibur 155 mm, wystrzeliwana z haubic M777 i naprowadzana przez rozpoznawcze BSP (np. Lelek-100). Celami są punkty dowodzenia, składy amunicji, rejony koncentracji wojsk, ważny jest również codzienny ogień kontrbateryjny, również z użyciem radarów przeciwartyleryjskich, np. wg źródeł rosyjskich jeden lekki radar rozpoznania artyleryjskiego AN/TPQ-50 został rozwinięty pod koniec października w m. Nowa Kamienka.

Zakłada się, że w momencie wycofania własnych sił, lub niezależnie od tego, wysadzona może zostać zapora w Nowej Kachowce. Zapora jest podobno już przygotowana do wysadzenia, obecnie trwa medialne przygotowanie prowokacji: w RUNECIE pojawiają się m.in. analizy z zakresem lokalnej katastrofy (powódź i podtopienia). Ma powstać sugestia, że Ukraińcy celowo wysadzą zaporę, żeby doprowadzić do lokalnej katastrofy i strat wśród ludności cywilnej obwodu chersońskiego. Wg HUR hydroelektrownia została zaminowana jeszcze w kwietniu, teraz minowane są śluzy na samej zaporze.

Zajęcie obszaru Berysław-Nowa Kachowka podważyłoby sens utrzymywania zgrupowania operacyjnego na prawym brzegu Dniepru. W rejonie Bersyławia, w zasięgu ognia F142 HIMARS, znalazłoby się np. lotnisko w m. Czaplynka, wykorzystywane od dawna, a w tej fazie wojny, jako m.in. baza śmigłowcowa oraz bazy i składy, które znowu Rosjanie musieliby przesunąć dalej na południe, poza zasięg HIMARS-ów. Skomplikowałoby to jeszcze bardziej proces logistyczny, już teraz mocno przez Dniepr zdezorganizowany.

Wydaje się, że można przyjąć za prawdopodobny taki scenariusz wydarzeń, że pod naciskiem SZU prawy brzeg będzie utrzymywany jeszcze jakiś czas, ale ostatecznie, jeśli kontynuowana będzie ofensywa ukraińska, agresor się z przyczółka wycofa. Wówczas zalane mogą zostaną tereny nad Dnieprem, a wysadzeniem zapory zostanie przedstawione jako bezduszne, cyniczne działanie reżimu kijowskiego. Tak czy inaczej teren lewego brzegu Dniepru będzie broniony, a dalsza ofensywa SZU na południe, przez szeroki Dniepr i ewentualnie podtopione obszary, wobec eszelowanej obrony po drugiej stronie rzeki, będzie szalenie trudna, w zasadzie niemożliwa. W tym kontekście odbicie Berysławia czy Chersonia będzie miało znaczenie bardziej propagandowe niż stricte militarne. Końcowa ocena całej kontrofensywy chersońskiej może zależeć również od samej operacji ewentualnego wycofania się rosyjskiego zgrupowania operacyjnego za Dniepr - pod silną presją i ogniem artyleryjsko-rakietowym, taka trudna operacja wojskowa, może przekształcić się w katastrofę militarną - z licznymi jeńcami i masowo porzucanym sprzętem.

(...)

defence24.pl