środa, 8 maja 2019
Od kilku lat mówi się coraz więcej o uzależniających, manipulacyjnych mechanizmach stosowanych przez twórców aplikacji i gier. Jednym z najskuteczniejszych krytyków firm, które stosują te mechanizmy jest Tristan Harris, współtwórca pojęcia Time Well Spent oraz organizacji Center for Humane Technology. Na problem zaczęli zwracać uwagę nawet byli pracownicy i inwestorzy największych gigantów z Doliny Krzemowej. Wszyscy oni uważają, że w pogoni za uwagą użytkowników stosowane są praktyki, które są szkodliwe zarówno dla pojedynczych ludzi, jak i całych społeczeństw.
O jakich manipulatorskich mechanizmach mówimy? Do najpowszechniejszych należą:
Losowa nagroda – użytkownik aplikacji Facebooka nigdy nie wie ile powiadomień zobaczy, gdy sięgnie po smartfon. To mechanizm znany dobrze w branży hazardowej – losowa nagroda uzależnia silniej niż taka, którą możemy przewidzieć.
Informacje zwrotne – lajki i komentarze pod wpisem wywołują emocje u autora i komentujących osób. Dla osoby dającej lajka to tylko kliknięcie, dla odbiorcy sygnał „zostałem doceniony”. Komentarze z kolei prowokują do niekończących się dyskusji („jak mogę nie odpowiedzieć?”).
Szybkość komunikacji – „Muszę zareagować na ten głupi komentarz natychmiast, bo za 30 minut nikt już nie będzie o tym pamiętał.”
Powiadomienia o tym, że odbiorca przeczytał wiadomość – „jeśli zobaczył wiadomość, to dlaczego nie odpisuje?” I w drugą stronę: „ok, on wie, że przeczytałem tę wiadomość. Wypada jakoś zareagować.”
Wywoływanie silnych emocji – o tym, co widzimy w mediach społecznościowych decydują algorytmy, a one premiują treści, które wywołują silne emocje.
Niekończący się strumień treści – nie da się przewinąć instagramowego feedu do końca, tak samo, jak nie da się obejrzeć wszystkich filmów, które podsuwa nam automatycznie YouTube. To my musimy podjąć decyzję i wyjść z aplikacji.
Ta lista to tylko czubek góry lodowej. Technik stosowanych przez twórców aplikacji jest znacznie więcej.
gazeta.pl
Przyglądając się rzeczywistości polskiego stalinizmu, trzeba też zwrócić uwagę na postawy „zwykłych Polaków” wobec niego. Nie były one jednoznaczne, składały się raczej na barwną mozaikę poparcia, oporu i przystosowania. Akceptację dla przemian wyrażali chociażby ideowo zaangażowani członkowie Związku Młodzieży Polskiej, z entuzjazmem uczestnicząc w akcjach kolektywizacyjnych. Władza odwoływała się bowiem do emocji młodzieży, oferując jej poczucie sensu, odgrywania doniosłej roli w dziejowych przeobrażeniach. Ale zawodowy aparat ZMP, PZPR, a także struktury takie jak milicja czy wojsko były też po prostu przestrzenią kariery połączonej z awansem społecznym. W te szeregi masowo napływały nie homunkulusy wyhodowane przez Minca i Bermana, lecz dzieci polskich robotników i chłopów. I to oni występowali często w roli władzy, która zastraszała i biła swoich dawnych sąsiadów.
Awans społeczny następował też dzięki bezpłatnej edukacji oraz przenosinom setek tysięcy ludzi ze wsi do miasta, co stało się udziałem setek tysięcy ludzi. Choć warunki, na jakie natrafiali tam młodzi chłopi, bywały często dramatyczne, już samo znalezienie się w mieście, fabryce czy na ogromnej budowie otwierało szansę wielkiej życiowej zmiany. Wobec nieufności do „burżuazyjnych specjalistów”, robotników masowo awansowano w strukturze zawodowej. W 1949 roku około 15 tysięcy pełniło funkcje kierownicze – trzy lata później było to już 36 tysięcy. Co czwarty dyrektor lub naczelnik należący do partii swoje stanowisko uzyskał na drodze bezpośredniego awansu z pracy fizycznej. Ich kompetencje bywały często wątpliwe, na szczęście często mieli u boku apolitycznych fachowców, z których wcale nie zamierzano zrezygnować.
Nastąpiło spłaszczenie zarobków pracowników fizycznych i umysłowych, poprawiły się nieco standardy mieszkaniowe: w 1950 roku 42,4 procent lokali dysponowało wodociągiem, a 25 procent ustępem, pięć lat później było to 47 procent i 31 procent. Praca – jaka by ona nie była – stała się dobrem powszechnym w kraju, który 20 lat wcześniej żył w cieniu grozy masowego bezrobocia (aczkolwiek wciąż zdarzało się bezrobocie lokalne). Właśnie w okresie stalinowskim widma głodu pozbyła się polska wieś. Jak jednak zauważył Dariusz Jarosz, jeden z najwybitniejszych historyków badających te zagadnienia, było to bardziej wychodzenie z nędzy niż biedy, która wciąż była powszechnym doświadczeniem. Trudno oczywiście winić za polską biedę jedynie komunizm – była to bowiem spuścizna odziedziczona po w poprzednich okresach naszej historii. Nie chodzi tu tylko o katastrofę dwóch wojen światowych: (...), z nędzą i wykluczeniem nie umiała sobie poradzić również II Rzeczpospolita. Wyzysk robotników i chłopów były praktyką komunistycznej władzy – i jednocześnie głęboko zakorzenionym w poprzednich generacjach doświadczeniem milionów Polaków.
Ta niesprawiedliwość rodziła też jednak postawy buntu. Choć władze nakręcały (i same jej ulegały) psychozę obaw przed „sabotażystami” sypiącymi piach w tryby Planu, choć w fabrykach działały Referaty Ochrony, czyli ekspozytury UB walczące z „wrogiem”, w latach 1949–1952 wybuchło co najmniej 430 strajków, z reguły krótkotrwałych i bez zorganizowanego kierownictwa. Wiosną 1951 roku protestujący górnicy prawie pobili wiceministra. Reakcją władz były zaś zarówno groźby i represje – jak i ustępstwa. Przeciwko kolektywizacji aktywnie występowali chłopi: tylko między czerwcem a wrześniem 1953 roku naliczono 128 takich wystąpień, w których wzięło udział ponad 2,5 tysiąca osób (aresztowano 53). W 1950 roku takie protesty pod Starachowicami przerodziły się w bójki z aktywistami ZMP; trzy lata później w innym miejscu protestujący chłopi nie dopuścili do przeprowadzenia pomiarów gruntu i pobili gminnego sekretarza partii.
Z tego, że strajki nie są wynikiem działalności reakcji, ale ciężkich warunków życiowych i rozchodzenia się haseł propagandowych z rzeczywistością, zdawali sobie sprawę również niektórzy działacze PZPR. Od swoich zwierzchników słyszeli jednak, że ulegają nastrojom społecznym (zamiast je kształtować) i nie rozumieją znaczenia każdej wydobytej tony węgla – a na tym tle również panowała prawdziwa psychoza. Na poziomie zakładu pracy czy urzędu gminy „władzy” od „społeczeństwa” nie musiał oddzielać nieprzenikalny mur. Rzeczywistością był nie tylko totalitarnie spójny scenariusz ideologiczny, ale również lokalne układy. Swoje gry z PZPR prowadzili na przykład dyrektorzy przedsiębiorstw. Jesienią 1948 roku w pewnym kole partyjnym w województwie olsztyńskim nie udało się przeprowadzić czystki przeciwko „odchyleniu prawicowo-nacjonalistycznemu”, bo okazało się, że prawie wszyscy jego członkowie byli ze sobą spokrewnieni. Choć setki tysięcy chłopów skazano za nielegalny ubój albo niewykonanie dostaw obowiązkowych, to wielu tych kar nigdy nie wyegzekwowano, a parasol ochronny roztaczali między innymi sołtysi. W innych przypadkach wytwarzały się kliki lokalnych działaczy i urzędników dbające o głównie o swój interes. Do tego dochodziły takie strategie radzenia sobie z ciężkim polskim życiem jak korupcja, malwersacje i czarny rynek.
kulturaliberalna.pl
Według niego rozziew ten najmocniej ujawnił się w wyobrażeniu, że polityka dużo może i dużo sprawia. W rzeczywistości była raczej bierna i bezsilna. W wyobrażeniu niemal wszystko zależało od niej, w rzeczywistości zależało niewiele. Okazało się też, że ciekawsze od samej polityki stają się z czasem złudzenia na jej temat. Zdaniem Krasowskiego, większość z nich wyrasta z czegoś głębszego – z kurczowego oporu przed prawdą, który pojawia się zawsze, gdy w centrum uwagi staje polityka własnego kraju i własnej epoki . "Ten opór nie jest zwykłym błędem umysłu, jest jego protestem. Odmową przyjęcia do wiadomości obrazu realnej polityki. Odmową, która polityce towarzyszy od zawsze" – twierdzi.
"Dlatego obywatel realnej polityki nie widzi i dostrzec nie może. Wierzy w inną, lepszą równie mocno, jak inni wierzą w Boga. To go czyni odpornym na fakty. Obywatel broni swoich wyobrażeń wytrwale i zaciekle, wbrew doświadczeniu i wbrew logice. Chętnie zagląda za kulisy polityki, ale równie chętnie zapomina, co tam zobaczył. Bo nie szuka dowodów na to, że jego boga nie ma, ale potwierdzenia, że on tam jest. Że w polityce istnieją narzędzia budowy lepszego świata. I że możliwość tej naprawy jest na wyciągnięcie ręki" – dodaje.
(...)
"Mieszkańcy demokracji zbyt pospiesznie uwierzyli, że polityka została ujarzmiona. Że demokracja zmieniła ją w udomowione zwierzątko (...) Książka nie opisuje bieżących wydarzeń. Ale je tłumaczy. Bo to, co się w Polsce dzieje, ilustruje główne tezy książki. Partię traktującą władzę i państwo jak własność prywatną. Zarozumiałe elity, które nic nie pojmują z polityki, przez co są niezdolne stawić jej czoła. Zdezorientowany demos, miotający się w kręgu niemądrych decyzji. I obojętną na nich wszystkich rzeczywistość. Konflikt przeżywany przez wielu jako apokalipsa nie jest niczym nowym. Jest kolejnym rozdziałem tego, co zawsze. Może bardziej gorącym. Ale nawet to nie jest pewne" - przekonuje dalej Robert Krasowski.
Na kolejnych stronach obala liczne mity czy wyobrażenia o polityce i demokracji, którą żyje wielu z nas. Mówi wprost: obywatele nie analizują realnej polityki, oni kurczowo bronią swojej. Potrafią patrzeć, a nie widzieć. Potrafią zobaczyć i chwilę potem zapomnieć. Nie można ich uświadomić ani przez uszy, ani przez oczy. "Z tej postawy zrodziły się po 1989 roku nowe obywatelskie praktyki. Ich głównym mechanizmem było zapomnienie. Skupieni na marzeniach, obywatele nie chcieli pamiętać przeszłości. Każdego dnia polityka zaczynała się dla nich na nowo. Dzień w dzień czytali tą samą powieść. Zawsze ciekawi, jak tym razem się skończy. Zapominali, że każdy polityk, w którego wierzyli, ich zawiódł. Zapominali, że żaden nie zrobił tego, co zapowiedział" – twierdzi.
"Gdy z kolejnych kadencji wykreślimy nazwiska i twarze polityków, zobaczymy wiecznie to samo widowisko, tę samą fabułę, ten sam kalendarz. Zobaczymy zachowania, które pozornie ogniskują się wokół konkretnych wydarzeń i konkretnych polityków. Ale naprawdę są rytuałami odklejonymi od realnych wydarzeń i od realnych polityków. Obywatele nie śledzą polityki. Nie próbują jej zrozumieć. Odmawiają zapamiętywania dawnych doświadczeń. Ich zachowania są rytuałami wiary w znaczenie polityki. Są rytuałami jak każde święta – co roku te same piosenki, te same rekwizyty, te same stroje. Obywatele pozbawili politykę treści, zostawiając sobie czyste emocje" – dodaje.
"W Polsce po 1989 roku zobaczyliśmy polityków zacięcie walczących o władzę. Nie byli skończonymi cynikami, ale walka o władzę tak mocno ich absorbowała, że na rządzenie czasu nie mieli. Gdy jednak czasem próbowali rządzić, odnosili głównie porażki. Nie z własnej winy, po prostu natrafiali na ścianę. Raz był to opór polityki – złośliwość opozycji albo oportunizm własnego zaplecza – innym razem był to opór ze strony rzeczywistości. To sprawiło, że państwo w swoich działaniach rzadko wykraczało poza administracyjną rutynę. Poza działania podejmowane poniżej poziomu politycznego, wyznaczone przez aktywność urzędników oraz nacisk rzeczywistości, lokalnej i globalnej" – wylicza dalej autor.
"Mimo tak wątłego udziału polityki rzeczywistość niezbyt ucierpiała. A przecież przez kraj przetaczały się wielkie procesy. Kruszyła się władza autorytarna, załamała się gospodarka komunistyczna, tworzyła się demokracja, wolny rynek oraz prywatna gospodarka. Na geopolitycznej mapie również zmieniało się wszystko – nowi sąsiedzi za granicami, wprowadzający nowe porządki, co rodziło nowe sojusze. Trwający przez pół wieku układ z Moskwą został zamieniony na wojskowy sojusz z Waszyngtonem, polityczny z Brukselą i ekonomiczny z Berlinem. Tak wielkie zmiany nawet w skali długiego życia państw zdarzają się rzadko. A jednak powiodły się w całości, mimo że polscy politycy nawet nie próbowali nimi pokierować" – czytamy dalej.
(...)
Kolejny raz też przypomina prostą prawdę: wszystkie wydarzenia w walce o władzę mają drugie dno. Brudne, mroczne, ukryte przed okiem publicznym. "Kiedy te wszystkie brudne gry się przetoczą, przychodzi konwencjonalna wiedza i udaje, że wydarzenia rozumie. Ale rozumie tyle, co dziecko patrzące na prostytutkę idącą w południe do sklepu. Nawet się nie domyśla, co ta pani robi nocami. Powszechna wiedza o polityce, nawet gdy jest mocno krytyczna, jest opisem tego, co oficjalne. Jest krytyką tego, co polityk robi w dzień. Ale nie sięga w prawdziwą noc" – tłumaczy.
I dodaje kolejną prawdę, której często nie chcemy znać - tam, gdzie opinia publiczna szuka u polityków planu albo krytykuje ich brak, zazwyczaj jest... czekanie na przypadek. "Konwencjonalna wiedza nie wychwytuje głównych parametrów walki o władzę. Bo się przeciw nim buntuje. Buntuje się przeciw brudowi jej motywacji, brutalności metod, przypadkowości rozgrywki. Inteligentni obserwatorzy buntują się najmocniej, co sprawia, że w opisie polityki mylą się najbardziej" – pisze Krasowski.
onet.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)