wtorek, 19 września 2017
20 sierpnia 1968 roku dziesięć minut przed północą dziewięciu komandosów z 1. Batalionu Szturmowego w Dziwnowie wyszło z posterunku polskich wopistów w Lubawce. Cel – czeska strażnica w Královcu. Stąpali cicho i ostrożnie. Na czele szturmowców, ubranych w budzące zazdrość w wojsku spadochroniarskie mundury, szedł porucznik Jerzy Wróbel. Najlepiej znał okolicę.
Dwa dni wcześniej był już u Czechów. Przebrał się w mundur szeregowego i udawał brata dowódcy strażnicy WOP w Lubawce. Szef polskiej strażnicy powiedział czeskim kolegom, że brat dostał urlop w swojej jednostce i wpadł na parę dni w odwiedziny. Chciał zobaczyć życie po drugiej stronie i napić się czeskiego piwa. Czesi w Královcu niczego nie podejrzewali. Sami otworzyli butelki staropramena i poczęstowali.
Oprowadzili „szeregowego” z bratniej armii. Pokazali mu całą placówkę. Por. Wróbel szkicował w głowie plan wszystkich pomieszczeń.
Noc z 20 na 21 sierpnia 1968 roku była ciepła. Blasku księżyca było jednak niewiele i szturmowcy z Dziwnowa szli w ciemnościach. Daleko nie mieli. Sto metrów.
Pod Královcem grupa komandosów rozbiegła się na boki. Nasłuchiwali przez chwilę, ale nic nie wzbudziło podejrzeń. Porucznik Król pierwszy wtargnął do środka. Za drzwiami – ciemność. Chwila zastanowienia. Czy to jednak nie zasadzka, czy za chwilę nie rozlegną się strzały? Trzeba będzie wtedy odpowiedzieć ogniem – komandosi mają polecenie strzelania, gdyby pogranicznicy nie ustąpili.
Dowódca komandosów słyszy głosy z bocznego pomieszczenia. Puka. Otwiera mu zdziwiony czeski wopista. Polacy wpadają do pokoju. Rozbrajają Czechów i każą im stanąć pod ścianą. Nie ma tylko dowódcy posterunku. Kapitan Duszanek kąpie się po służbie. Plutonowy Chojnacki wywala drzwi od łazienki i aresztuje go w wannie. Teraz jeńców jest dziesięciu.
Porucznik Wróbel nadaje przez radio sygnał: granica otwarta. Skoty i czołgi z białymi pasami wymalowanymi wapnem na burtach i z numerami taktycznymi zasłoniętymi brezentem przetaczają się z chrzęstem obok strażnicy. Długa kolumna wozów bojowych 2. Armii Wojska Polskiego rusza na Hradec Králové. Jest 21 sierpnia 1968 roku. Rozpoczęła się operacja „Dunaj”.
wyborcza.pl
Jak będą układały się relacje Moskwy z Waszyngtonem?
Nieprzewidywalność Donalda Trumpa, transformacja Waszyngtonu w cyrk polityczny i obrócenie USA w czynnik destabilizujący to zupełnie nowe zjawisko. Ameryka zawsze była czynnikiem stabilizującym, nawet przy ryzykownych działaniach w Iraku i w Afganistanie, czy podczas wojny z terroryzmem, którą rozpoczął George W. Bush.
Z jednej strony Trump zabiera Kremlowi jego atut i silny instrumentu polityki zagranicznej – nieprzewidywalność. Putin mógł być nieprzewidywalny, ale tylko w sytuacjach, gdy wiedział, jaka będzie reakcja na Zachodzie, wiedział, co powie Ameryka. Przy Trumpie on nie może sobie pozwolić, aby tak się zachowywać, ponieważ może otrzymać najbardziej zwariowaną odpowiedź.
Z drugiej zaś strony Trump ma pewną cechę, która jest Kremlowi bliska i z której ten bardzo się cieszy. Trump pokazał ją w szczególności podczas wizyty w Arabii Saudyjskiej: on nie dba o zasady demokratyczne, nie przeszkadzają mu autorytarne reżimy. Jest mu znacznie bliżej do przywódców takich krajów jak Turcja czy Arabia Saudyjska niż do Angeli Merkel. Było to oczywiste, kiedy się spotkali z kanclerz Niemiec: Trump nie był wówczas w stanie nawiązać normalnych stosunków.
Prawdopodobnie u Trumpa istnieje głęboko zakorzeniona sympatia do Putina jako potężnego przywódcy i silnego człowieka. Jemu rzeczywiście imponuje autorytarny model przywództwa Putina, a rosyjskiemu prezydentowi imponuje w Trumpie to, że ten opowiada się przeciwko kolorowym rewolucjom, przeciw wspieraniu demokracji. Pomimo jednak bliskości ich języka i cech, w Trumpie jest coś niebezpiecznego dla Putina i Kremla. Trump wygłaszając slogan America first dał do zrozumienia: „będę realizować swoje interesy, jak zechcę i nie istnieją żadne przepisy ani czerwona linia dla mnie, chcę zbombarduję Syrię, zechcę Afganistan albo przyniosę swoje oddziały do Krajów Bałtyckich. Zrobię to, co chcę”. To jest nie do przyjęcia dla Kremla. Nieuniknione jest zderzenie ich osobowości. Te okoliczności uniemożliwiają nowe otwarcie w polityce lub tak zwany reset. Uniemożliwiają również stabilne relacje.
new.org.pl
– Po kilku latach wojny Ukraińcy czują jeszcze, że toczy się ona w ich kraju? Czy może Donbas jest już na tyle obcym miejscem, że sama wojna stała się dla nich abstrakcyjna?
– Pamiętam jednego z mieszkańców Debalcewe, który śledził informacje o toczących się działaniach wojennych w niedalekim Słowiańsku. Mówił mi, że dla niego było to jak doniesienia o wojnie w Syrii; że nie było to dla niego interesujące, dopóki bomby nie zaczęły spadać na jego dom. W ogóle bardzo często nawet na terenach objętych wojną spotykałem się z tym, że ludzie wypierają ten konflikt, żeby nie zwariować. Często wygląda to dość absurdalnie: ktoś w przerwie między ostrzałami sprząta swoje podwórko; ktoś mimo walk toczących się pod jego miastem jak gdyby nigdy nic chodzi na dyskoteki. Oczywiście, im dalej od frontu, tym zainteresowanie tą wojną mniejsze.
(...)
– Opisuje pan zresztą, jak stopniowo entuzjazm do tej wojny opadał na Ukrainie. Początkowo ludzie niesieni patriotycznymi uczuciami rwali się na front, a cywile organizowali się, by dostarczać zaopatrzenie dla wiecznie zabiedzonej armii ukraińskiej. Dziś od wojny ucieka każdy, kto może, a i pomoc się skończyła.
– Tak, bo ta wojna wyprała się już trochę z emocji. Zaraz po Majdanie było przekonanie, że trzeba odeprzeć rosyjską agresję, by po zwycięstwie zbudować nowe, lepsze państwo. Jednak przegrana w 2014 r. pod Iłowajskiem, która zatrzymała ukraińską ofensywę i uniemożliwiła pokonanie sposobem militarnym separatystów wspieranych przez Rosjan, sprawiła, że w Kijowie zabrakło pomysłu, co dalej z tym wszystkim zrobić. To samo zresztą dzieje się po stronie separatystów, którzy już wiedzą, że żadna Noworosja ani ZSRR-bis nie powstanie. Z kolei mieszkający w Donbasie cywile nie wierzą już w nic.
se.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)