sobota, 10 września 2022


Ze strategicznego punktu widzenia też mamy do czynienia z niezwykle ciekawym materiałem. Jego Autorzy zastanawiają się bowiem co jest „punktem ciężkości” (center of gravity) w obecnej wojnie i do czego Ukraina powinna dążyć, aby ją wygrać. Przy czym nie chodzi o osiągnięcie jakiejś formuły modus vivendi, bo wyparcie Rosjan na linię z 24 lutego, jest jedną z takich możliwości, ale o poszukiwanie odpowiedzi na pytanie jakie warunki musiałyby zostać spełnione, aby w perspektywie wielu lat Moskwa nie była w stanie i nie dążyła do wznowienia wojny. Punktem wyjścia analizy jest przekonanie, że nie mamy na Ukrainie do czynienia z wojną o charakterze lokalnym. Ani skala działań, długość frontu (2,5 tys. km) ani tym bardziej wielkość zaangażowanych sił i środków nie uprawniają do mówienia, że mamy do czynienia z „małą wojną”. Jest to duży konflikt, a takie wojny nie trwają kilka miesięcy. Oznacza to, w związku z taką ocena sytuacji, że i w tym przypadku musimy liczyć się z tym, iż wojna potrwa przynajmniej cały przyszły rok, a niewykluczone jest jej przedłużenie na 2024.

Ze strategicznego punktu widzenia, argumentują Załużny i Zabrodski, Rosjanie będą chcieli nie tylko „wyzwolić” republiki Donbasu, ale przede wszystkim rozwinąć swoje działania za Dnieprem, najprawdopodobniej w dwóch kierunkach, po to aby opanować Mikołajów i Odessę, ale także posuwając się na północ w stronę Kijowa zagwarantować sobie przynajmniej to, że będą w stanie kontrolować całą lewobrzeżną Ukrainę. To oznacza, że z punktu widzenia strategii obronnej Kijowa kluczowe znaczenie mają, w dłuższej perspektywie, działania Rosjan na południu. Chcąc przeciwdziałać ich ewentualnemu uderzeniu trzeba nie tylko wyzwolić Chersońszczyznę, ale zaatakować to co dla ich możliwości jest „punktem ciężkości”. Chodzi o Krym i dopiero zdobycie półwyspu, z perspektywy Ukrainy, daje pewne gwarancje stabilizacji, z wojskowego punktu widzenia, sytuacji na południu. Jeśli bowiem Krym pozostanie w rękach rosyjskich, to zawsze będzie stanowił on zaplecze logistyczno–wojskowe do wznowienia ataku na południowe obszary Ukrainy.

„Rzeczywiście – piszą - Krym był i pozostaje podstawą linii komunikacyjnych na południowej strategicznej flance rosyjskiego agresora. Terytorium półwyspu pozwala na rozmieszczenie znacznych zgrupowań wojsk i zapasów materiałowych”.

Oczywiście ta diagnoza sytuacji nie oznacza, że ukraińscy generałowie proponują zaniedbanie innych kierunków, w tym iziumskiego i bahmutskiego. Wręcz przeciwnie, tam kontrnatarcia, najlepiej równoczesne również winny być realizowane, ale ich diagnoza jest oczywista – strategicznym celem Ukrainy w 2023 roku będzie przeniesienie wojny na Krym, po to aby na terenach kontrolowanych obecnie przez przeciwnika przesądzić o losie batalii. Ale czy całej wojny i trwałości ewentualnego pokoju? Nie, i to jest w diagnozach Załużnego i Zabrodskiego najciekawsze. Są oni bowiem zdania, iż nawet zdobycie Krymu przez siły ukraińskie nie daje gwarancji osiągnięcia warunków stabilnego pokoju. Dlaczego? Z tego powodu, że, jak argumentują, Rosja czuje się dziś bezkarna, bo ma zdolności prowadzenia ataków o głębi strategicznej wynoszącej, z grubsza, 2 tys. km, czemu strona ukraińska do niedawna była w stanie przeciwstawić uderzenia o głębokości nie przekraczającej 100 km. I to poczucie bezkarności, brak parytetu w tym zakresie, powoduje, że Moskwa, jeśli się tego nie zmieni, będzie zawsze nie tylko państwem groźnym, ale również takim które dążyć będzie do wznowienia wojny. W opinii dowódcy ukraińskich sił zbrojnych to poczucie bezkarności, w dłuższej perspektywie, jest też realnym punktem ciężkości w każdej wojnie z Rosją. Odebranie tego przekonania Moskwie daje widoki na trwały pokój. Jak ten stan można osiągnąć?

„Należy przyjąć kompleksowe podejście – proponują - do ponownego wyposażenia artylerii, sił rakietowych, lotnictwa taktycznego oraz marynarki wojennej Sił Zbrojnych Ukrainy i innych elementów ich potęgi”.

Pod tym sformułowaniem kryje się propozycja zarówno dostaw rakiet o większym zasięgu realizowana przez sojuszników Ukrainy, jak i odbudowa potencjału jej lotnictwa bojowego, ale także odbudowania przez Kijów własnych możliwości produkcyjnych w tym zakresie. Celem tego działania miałoby być osiągnięcie możliwości uderzenie na Rosję, jeśli ta zdecydowałaby się atakować, o strategicznej głębokości wynoszącej co najmniej 2 tys. km. W linii prostej z Ukrainy do Uralu jest ok. 1650 km, co oznacza, że w zasięgu ukraińskich systemów uderzeniowych powinien znaleźć się cały europejski obszar dzisiejszej Rosji. To dopiero, perspektywa odwetowego obezwładniającego uderzenia, odebrałaby Moskalom, nieważne kto będzie nimi rządził, chęć zaczynania jakichkolwiek, w przyszłości, wojen na kierunku zachodnim. Posiadanie przez Ukrainę własnych zdolności, bo dostawy od sojuszników są niezbędne ale tylko jako przejściowy, pomostowy element daje też pewną nadzieję na to, że Moskale nie zdecydują się na rozpoczęcie taktycznej wojny jądrowej. Obecnie to ryzyko, zdaniem autorów wystąpienia, jest duże, gdyby Kijów posiadał możliwości zmasowanej odpowiedzi konwencjonalnej, byłoby ono wówczas znacząco mniejsze.

wpolityce.pl