poniedziałek, 24 czerwca 2024



- Czym więc jest ten bunt dla reżimu Putina: chwilą siły — "znowu wygraliśmy" — czy chwilą słabości, jak nadmienił pan na początku?

Niewątpliwie chwilą słabości. To, że potem reżim opamiętał się i wyciągnął niezbędne wnioski, to inna sprawa.

- Jakie wnioski?

Najważniejsze — sam rebeliant Jewgienij Wiktorowicz Prigożyn został faktycznie zniszczony, a jego PKW zlikwidowana. "Grupa Wagnera" jako taka już nie istnieje i jego odtworzenie jest praktycznie niemożliwe.

Następnie podjęte zostały decyzje o przeniesieniu ciężkich pojazdów opancerzonych i czołgów do Rosgwardii Wiktora Zołotowa. Ludzie zdali sobie sprawę, że jeśli nagle coś się stanie, a armia będzie na froncie, to nie będzie nikogo, kto mógłby bronić kraju.

Dziś nadal widzimy wiele konsekwencji buntu. Z jednej strony wojsko staje się coraz silniejsze, zyskuje dodatkowe znaczenie polityczne, dodatkowe zasoby, w tym finansowe. Z drugiej strony, swoimi ostatnimi decyzjami personalnymi Putin próbuje osłabić wysokich rangą oficerów wojskowych. Zmienił ministra obrony i jako zastępcę tego stanowiska umieścił swoją kuzynkę. Wsadził do więzienia byłego dowódcę 58. armii. Ogólnie rzecz biorąc, jeśli się nad tym zastanowić, to nonsens.

Obywatele po raz pierwszy stracili swoją kadrową armię w 2022 r., zaczęli ją ponownie składać ze skazańców, więźniów, nieszczęśników z kredytami, a w 2023 r. udało im się z wielkim trudem powstrzymać ukraińską kontrofensywę, z której byli dumni przez bardzo długi czas, opowiadając o tym na wszystkich kanałach. A rok później okazuje się, że człowiek, który przyniósł wam to zwycięstwo militarne, który dowodził 58. armią i powstrzymał kontrofensywę, jest teraz waszym głównym przestępcą, ukradł jakąś fajkę w obwodzie zaporoskim i musi siedzieć w areszcie śledczym. Wszystko po to, by nikt z generałów i wojskowych nie myślał o nowym buncie.

Myślę, że Putin podjął wszystkie decyzje o tych przetasowaniach rok temu — potrzebował tylko czasu, aby to wszystko przygotować. Teraz, dzięki tym nominacjom, po prostu przekształca Ministerstwo Obrony, które wciąż było niezależną jednostką, która to zyskała na sile podczas wojny, w podręczny departament zarządzany przez jego kuzynkę.

- Wśród tych nominacji wyróżnia się Aleksiej Diumin. W czasie rebelii był gubernatorem obwodu tulskiego, a obecnie sekretarzem Rady Państwa. Został mianowany jednym z negocjatorów z Prigożynem, a potem prawie dostał stanowisko ministra obrony.

W rzeczywistości jest to jedna z głównych tajemnic rebelii. Pamiętamy zdobycie Rostowa nad Donem: wszystkie te piękne zdjęcia z miasta, marsz wagnerowców przez region Rostowa udokumentowany, marsz wagnerowców przez region Woroneża — również udokumentowany, kiedy wszystkie te samoloty i helikoptery zostały tam zestrzelone za pomocą MANPADS.

Do tego dochodzi zmitologizowana historia. Mówi się nam, że kolumny prawie dotarły do Moskwy, ale nie przypominam sobie żadnych udokumentowanych dowodów na to. A co znajduje się między regionami Woroneża i Moskwy?

- Obwód tulski, na czele którego stał pan Diumin.

Zauważyłem również, że podczas gdy wszyscy gubernatorzy pisali te same wiernopoddańcze apele jak manekiny, pan Diumin milczał i w niczym takim nie uczestniczył. W żaden sposób nie zadeklarował swojej "jedności z prezydentem".

Oczywiście był zaangażowany w znacznie ważniejsze sprawy. Nie wiemy, czy wagnerowcy weszli na terytorium regionu Tuły, ale jasne jest, że Diumin odegrał jakąś rolę w rozwiązaniu tego kryzysu.

Co więcej, dwa miesiące później, kiedy Prigożyn został zabity jako uznany zdrajca, który popadł w niełaskę, Diumin pozwolił sobie powiedzieć, że nie był zdrajcą i że ojczyzna Prigożyna o nim nie zapomni. Było to dość śmiałe posunięcie polityczne. I najwyraźniej zasoby, które Diumin włożył w rozwiązanie kryzysu, są dla Putina cenniejsze niż oceny, które Diumin później wystawił Prigożynowi.

- Czy stanowisko sekretarza Rady Państwa to stanowisko dla cennej osoby?

W reżimach takich jak ten w Federacji Rosyjskiej najważniejszym zasobem politycznym, jaki może mieć urzędnik i biurokrata, jest dostęp do pierwszej osoby, możliwość skontaktowania się z nią i bezpośredniego przekazywania jej swoich myśli.

Diumin został asystentem prezydenta i oczywiście zachował dostęp do pierwszej osoby. Rzecz jasna, jest to dla niego awans. Diumin nie wypada z łask, Diumin nadal jest w zespole, a jego możliwości i wpływy nawet rosną. Co innego, jeśli dzwonisz na Kreml z Tuły, a co innego, jeśli sam jesteś na Kremlu.

- Więc negocjacje z Prigożynem zostały uznane za udane?

Najwyraźniej. Kto brał w nich udział, oprócz Aleksandra Łukaszenki? Najwyraźniej Diumin. Także Junus-Biek Jewkurow — pozostał na stanowisku, mimo wszystkich przetasowań w ministerstwie obrony. Także zastępca szefa Sztabu Generalnego Władimir Aleksiejew — on również pozostał na stanowisku.

- W słynnym wideo z Rostowa Prigożyn mówi do Jewkurowa i Aleksiejewa: "Chcemy dorwać szefa Gierasimowa i Szojgu". Jak pan myśli, na co tak naprawdę liczył w tym buncie? Jakie plany miał, pana zdaniem, na wieczór 24 czerwca?

Musimy zdać sobie sprawę, że Jewgienij Wiktorowicz to przecież człowiek z lat 90. Był biznesmenem z konceptualnymi pomysłami na życie. Przez kilka miesięcy publicznie targował się z ministerstwem obrony. I jest oczywiste, że miał nadzieję wytargować jakieś warunki wyjścia z tej sytuacji.

- Jakiej sytuacji?

W styczniu 2023 r. został pozbawiony możliwości rekrutowania więźniów. Przejęło ją ministerstwo obrony. Wiadomo, że w walkach o Bachmut Prigożyn "zlikwidował" 20 tys. tych więźniów (według obliczeń "Mediazony" i rosyjskiego serwisu BBC, w walkach o Bachmut zginęło co najmniej 17 tys. zwerbowanych jeńców. — red.), więc gdyby Grupa Wagnera nadal uczestniczyła w wojnie z taką samą intensywnością, w bardzo niedalekiej przyszłości nic by z niego nie zostało.

Bruksela zapomniała o "flocie cieni", a Putin drwi z Zachodu. Duńczycy biorą sprawy we własne ręce
Prigożyn musiał jakoś wydostać się z tej wojny i zachować swoje aktywa wojskowe. To właśnie próbował wynegocjować. Ale, jak pamiętamy, nie udało mu się osiągnąć porozumienia. Władimir Władimirowicz zawsze staje po stronie biurokracji w takich konfliktowych sytuacjach. W tym przypadku Putin również stanął po stronie biurokracji, mówiąc, że bez względu na to, kto biegał i kto miał jakie zasługi dla Federacji Rosyjskiej, wszystko powinno być ostatecznie ujednolicone — wszyscy powinni podpisać umowy z ministerstwem obrony.

Myślę, że Prigożyn postrzegał to, co się działo, dosłownie jako próbę przejęcia jego głównego atutu. A jego bunt był desperacką próbą wynegocjowania jakichś warunków dalszej egzystencji.

- W końcu przegrał walkę o byt nawet na poziomie fizycznym.

To właśnie najbardziej zaskakuje mnie w tej historii. Jak nawet po zakończeniu rebelii, ale po tym, jak Putin scharakteryzował jego działania jako zdradę, jak mógł uwierzyć w jakiekolwiek zapewnienia, które otrzymał, czy to od Diumina, czy Łukaszenki? Jak to się stało, że pozostał w Rosji? Doskonale wiedział, co dzieje się z ludźmi, których Putin nazywa zdrajcami!

Jeśli Putin nazwał cię zdrajcą, finał twojego życia jest jasny. I ten finał nie potrwa zbyt długo. Wydaje się, że w ostatnich miesiącach Prigożyn po prostu nie ocenił odpowiednio siebie, swojej wagi i tego, co dzieje się na wojnie i wokół niej.

Myślę, że przecenił swoje znaczenie dla systemu. Myślę, że był przekonany, że nawet jeśli Grupa Wagnera wycofa się z frontu w Ukrainie, nadal będzie utrzymywana przy życiu, ponieważ Kreml cenił pracę, którą wykonywała w Syrii i na kontynencie afrykańskim. Sądzę, że Prigożyn myślał, że skoro Afryka była ważnym obszarem dla Kremla, to zostanie utrzymany przy życiu i będzie mógł kontynuować tam swoją pracę. Była to błędna refleksja.

Zamiast Wagnera, w regionie walczy teraz Afrykański Korpus stworzony przez Timczenkę i Jewkurowa. W Mali, Burkina Faso, prowadzą i zajmują się wszystkimi zadaniami, którymi wcześniej zajmował się Prigożyn.

onet.pl


W 14 najważniejszych sondażach krajowych jego poparcie waha się od 8 do 17 proc. To więcej niż jakikolwiek inny trzeci kandydat od czasu, gdy teksański miliarder Ross Perot uzyskał prawie 19 proc. głosów w wyścigu z George'em H. Bushem i Billem Clintonem w 1992 r.

Robertowi F. Kennedy'emu Jr. niewiele zabrakło do zakwalifikowania się do debaty telewizyjnej, która odbędzie się w przyszły czwartek w CNN. Uzyskał ponad 15 proc. w trzech sondażach, a do uczestnictwa w debacie potrzebowałby czterech.

— Prezydenci Biden i Trump nie chcą ze mną debatować, a CNN nielegalnie zgodziło się na ich warunki. To nieamerykańskie i tchórzliwe — skomentował kandydat.

— Miły facet. Niezwykle liberalny. Trochę bardziej zaszkodzi Bidenowi — powiedział Trump w kwietniu o Robercie F. Kennedym Jr.

Miał zagrozić Joemu Bidenowi, a spędza sen z powiek Donaldowi Trumpowi. Prawicowe media pokochały Roberta F. Kennedy'ego
Już miesiąc później republikanin nie był tak neutralnie i łagodnie nastawiony do swojego przeciwnika:

— To radykalny lewicowy szaleniec. Najgłupszy członek klanu Kennedych.

— Kocham mojego brata Bobby'ego, ale jestem przeciwko niemu, ponieważ jego kandydatura może umieścić Donalda Trumpa w Białym Domu — powiedziała jego siostra Rory podczas występu z Joem Bidenem.

Według nieoficjalnych źródeł obóz Demokratów twierdzi, że "On nie jest swoim ojcem. To niebezpieczny prawicowy radykał. Jego zwolennicy po prostu jeszcze tego nie rozumieją".

onet.pl


Rosyjski oddział Al-Azaim Media należący do IS-K /Państwo Islamskie – Prowincja Chorasan/ opublikował 23 czerwca oświadczenie po ataku, w którym chwali „ich braci z Kaukazu” za pokazanie, do czego są zdolni. W szczególności Al-Azaim nie przyznał się do samego ataku, a odniesienie do Kaukazu zdecydowanie sugeruje, że za atak odpowiada Wilayat Kavkaz. Regionalna struktura antyterrorystyczna Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SCO) wyraźnie ostrzegła, że ​​Wilayat Kavkaz stał się bardziej aktywny po ataku na centrum handlowe Crocus City Hall z 22 marca i od kwietnia 2024 r. nasilił apele rekrutacyjne na Kaukazie Północnym. Władze rosyjskie podejmowały od marca 2024 r. próbę przeprowadzenia słabej operacji antyterrorystycznej na Północnym Kaukazie w celu zwalczania rosnących wpływów IS i Wilajatu Kaukazu, ale w dużej mierze skupiły swoją reakcję po Crocus Hall na bezpodstawnym obwinianiu Ukrainy i NATO za atak. Niektórzy rosyjscy urzędnicy już teraz bezpodstawnie twierdzą, że Ukraina i NATO są zaangażowane w atak z 23 czerwca, podkreślając, że obecne podejście Rosji do walki z terroryzmem prawdopodobnie pozostanie powiązane z retoryczną postawą wobec Ukrainy i Zachodu, zamiast identyfikować i neutralizować zagrożenia IS w samej Rosji. Coraz bardziej napięte stosunki Rosji z mniejszością muzułmańską, zwłaszcza na Kaukazie, prawdopodobnie w dalszym ciągu będą zapewniać Wilajatowi Kaukazu i innym grupom ekstremistycznym cenną bazę rekrutacyjną.

understandingwar.org


Źródła w niemieckich służbach bezpieczeństwa poinformowały dziennikarzy "WSJ", że powodem pożaru w fabryce Diehl Metal Applications było podpalenie dokonane na zlecenie Rosji. Kreml miał w ten sposób próbować zakłócić dostawy sprzętu produkowanego przez grupę Diehl do Ukrainy. Jak wskazano, zajmuje się ona między innymi produkcją systemów przeciwlotniczych IRIS-T wykorzystywanych w wojnie w Ukrainie. Natomiast zakłady metalurgiczne Diehl Metal Applications należą do grupy Diehl, ale specjalizują się w produkcji z zakresu branży motoryzacyjnej.

Podobne ustalenia ujawnił 21 czerwca niemiecki dziennik "Bild" powołujący się na jedną z zagranicznych służb wywiadowczych. "Zagraniczni agenci mają konkretne dowody udziału Rosji" - poinformowano. Władze Niemiec mają teraz badać te informacje.

Dowodem w sprawie mają być wiadomości wysyłane przez osoby zaangażowane w podpalenie. Dwóch niemieckich urzędników poinformowało jednak, że "przechwytywanie komunikacji elektronicznej stanowiącej dowód zaangażowania Rosji jest niedopuszczalne przed niemieckimi sądami, co uniemożliwia władzom jednoznaczne przypisanie ataku i postawienie zarzutów karnych". Początkowo niemieccy śledczy twierdzili, że pożar był dziełem przypadku, a ubezpieczyciele firmy Diehl wydali 21 czerwca raport, w którym stwierdzili, że incydent powstał w wyniku problemów technicznych. Rzecznik spółki przyznał jednak, że przyczyną pożaru mógł być "sabotaż".

gazeta.pl


Płaczące ze szczęścia tłumy na ulicach Pjongjangu, uśmiechnięte dzieci wymachujące plastikowymi kwiatkami, defilada wojskowa, uroczysty koncert ku czci „najdroższego przyjaciela narodu koreańskiego”, obdarowywanie się prezentami – takie obrazki z wizyty Władimira Putina w Korei Północnej wypełniły po brzegi oficjalne rosyjskie media. Serdeczne uściski dłoni, toasty i pocałunki przywódców podkreślały atmosferę wzajemnego zrozumienia.

(...)

Victor Cha z amerykańskiego ośrodka analitycznego CSIS sugeruje, że Moskwa zaoferuje wiecznie głodnej Korei dostawy żywności w zamian za niezbędne na ukraińskim froncie arsenały. Zauważa też niebezpieczeństwo płynące z atomowych ambicji Pjongjangu – to nie tylko zagrożenie dla terytorium Stanów Zjednoczonych (w razie możliwości odpalania północnokoreańskich rakiet z głowicami jądrowymi np. z okrętów podwodnych), ale także przymiarka do demontażu całego systemu nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Amerykański ekspert i w tym aspekcie dostrzega decydującą rolę Chin: „Jeżeli Putin faktycznie zdecydowałby się na pomoc w pracach nad bronią jądrową Kima, to wywoła to odpowiedź USA w postaci wzmocnienia obecności wojskowej w sąsiedztwie ChRL. A to grozi efektem domina w regionie, poczynając od Korei Południowej. Chiny są nadal kołem ratunkowym dla Korei Północnej, a mogą przyłączyć się do sankcji”. Jak widać – wszystkie elementy azjatyckiej układanki, również te ostre zagrania Putina, mają swoje ograniczenia.

*

Na obudowaną pompatycznymi zachwytami rosyjskiej i północnokoreańskiej propagandy wizytę można popatrzeć też z innej strony. Putin puścił się wehikułem czasu w pogoń za własnym ogonem. Dokumentalista Witalij Manski wspomina, że podczas poprzedniej wizyty Putina w Korei Północnej w 2000 r. członkowie rosyjskiej delegacji, w tym sam Putin, patrzyli na miejscowe realia z ironią i dystansem. „Teraz po tamtym sarkazmie nie ma śladu. Co więcej: nasz wielki prezydent Władimir Putin uśmiecha się pokornie i przymilnie zagląda w oczy Kim Dzong Una. (…) Myślałem, że to niemożliwe, aby Rosja stała się Koreą Północną, to zbyt okrutny eksperyment nad społeczeństwem. Ale dziś widzę, że Rosja zrobiła krok, może nawet dwa w tym kierunku. (…) Odnoszę wrażenie, że Putin znalazł się w środku filmu »Triumf woli« Leni Riefenstahl i przemierza razem z Hitlerem piękne filmowe przestrzenie”.

(...)

Na koniec jeszcze jedno nawiązanie do tamtej wizyty sprzed lat. Wtedy Putin pojechał do północnokoreańskiego dyktatora jako przedstawiciel nowej Rosji i całego cywilizowanego świata z misją. Chodziło o to, by namówić ówczesnego przywódcę Korei Północnej Kim Dzong Ila do opamiętania się i zaniechania wojskowego programu nuklearnego. Po rozmowach Putin ogłosił, że uzyskał zapewnienie o odstąpieniu od prac nad tym programem. Wkrótce jednak miało się okazać, że Kim wsadził rosyjskiego partnera na minę: wszystkiego się wyparł i powiedział, że być może tłumacz się pomylił, o żadnym zamiarze zwinięcia programu nie ma mowy. Moskwa następnie zachowywała chłodny dystans do reżimu Kimów, nawet więcej niż chłodny: w 2006 r. potępiła próby z rakietą balistyczną, trzy lata później po kolejnej próbie atomowej KRL-D przyłączyła się do międzynarodowych sankcji.

tygodnikpowszechny.pl