wtorek, 7 marca 2023


Nagranie z apelem Prigożyna roznosi się w portalach społecznościowych. "Jeszcze raz dokładnie objaśniam, aby wyeliminować dodatkowe pytania - nerwowo opowiada kucharz Putina. – PFW "Wagnera" blokuje Bachmut. Aby odblokować Bachmut, najlepiej jest zablokować PFW "Wagnera". W tym celu SZU utworzyły szereg ugrupowań. Jedną ugrupowanie w Słowiańsku – 67. brygada, drugie ugrupowanie - w Siwersku (81. i 66. brygada), jedna grupa w Czasowym Jarze i jedna grupa w Kostiantynówce. Sytuacja w Bachmucie wkrótce będzie przypominać tzw. "pierożek", dlatego jeszcze raz błagam dowództwo o pomoc, bo bez dodatkowej amunicji i wzmocnienia żołnierzom będzie niezwykle ciężko".

Prigożyn zapewnił, że są jeszcze szanse na otoczenie ukraińskich obrońców. "Wojska ukraińskie, aby zagwarantować odblokowanie Artemiwska, konieczne muszą zablokować PFW "Wagnera", a wtedy będzie "pierożek" (potoczne określenie oznaczające okrążenie przez wrogą armię przy. red.). W przypadku całkowitego okrążenia Bachmutu nadzieniem będą otoczone przez nas części ukraińskich wojsk, a wierzchnią warstwą będzie PFW "Wagnera". Dlatego pukam do wszystkich drzwi i biję na alarm w sprawie amunicji i wzmocnienia. A także, aby nasze flanki zostały osłonięte. Jeśli wszyscy wykonają tę wspólną pracę w skoordynowany sposób, bez ambicji, bez popisywania się i histerii, to my blokujemy Siły Zbrojne Ukrainy, a SZU nie zablokują nas. Jeśli nie, to znaczy, że z tym wszystkim będzie koniec" – relacjonował zrozpaczony Prigożyn.

ukrayina.pl

Wizyta Olafa Scholza w Waszyngtonie w piątek miała wyjątkowy charakter, nawet jeśli w języku protokolarnym określona została jako „robocza”. Kanclerz Niemiec udał się w wielogodzinną podróż za ocean po to tylko, by przez 60 minut porozmawiać z Joe Bidenem w cztery oczy – i wrócić do domu. Nie zabrał ze sobą delegacji ani dziennikarzy. Nie było konferencji prasowej ani żadnych innych spotkań.

Scholz znalazł czas (a raczej chęć) tylko na wywiad z CNN. I tyle. Tuż przed wyjazdem wygłosił w Bundestagu przemówienie podsumowujące rok Zeitenwende (punktu zwrotnego), jak sam niegdyś określił transformację światowej i niemieckiej polityki pod wpływem wojny w Ukrainie. Ale o celu wizyty u Bidena nie powiedział ani słowa. „Po co jedzie pan do Stanów Zjednoczonych?” – pytał szef chadeckiej opozycji Friedrich Merz.

(...)

Dla Scholza postawa Stanów Zjednoczonych ma kluczowe znaczenie. Niemcy nie podjęły się roli przywódczej w Europie, nawet jeśli w kontekście Zeitenwende tamtejsi politycy bardzo dużo o takich ambicjach mówili. Berlin spogląda raczej przez ocean i podejmuje kroki tylko wtedy, kiedy ma pewność błogosławieństwa, ale i pełnego wsparcia Waszyngtonu. To dlatego tak długo zwlekał z wysłaniem swoich leopardów do Ukrainy – decyzję w tej sprawie Scholz uzależniał od tego, czy Amerykanie wyślą także swoje czołgi. Dopiero taka obietnica skłoniła go do wyrażenia zgody.

Ale taka polityka chowania się za wielkimi plecami amerykańskiego brata dochodzi do ściany. Biden bardzo długo przychodził Berlinowi z pomocą. Jeszcze przed wojną wbrew Kongresowi odmówił nałożenia sankcji na Nord Stream 2. Nie przyłączał się do krytyki za ślamazarność i brak klarownego kursu w sprawie Ukrainy. Zadeklarował – wbrew własnym doradcom – gotowość do wysłania czołgów Abrams, żeby przełamać impas w sprawie leopardów. Był to wyraz i konieczności (spójność Sojuszu i kluczowa rola Niemiec w UE), i kredytu zaufania dla zmian w niemieckim podejściu, tej osławionej Zeitenwende. Ale w ten sposób niemiecki dług wdzięczności wobec Bidena urósł. Zaś temu, w jaki sposób miałby zostać spłacony, przywódcy z pewnością poświęcili co najmniej dobry kwadrans rozmowy.

To pytanie dotyka sedna Zeitenwende i jej bilansu. Bo chodzi o przebudzenie się Niemiec w nowej rzeczywistości geopolitycznej, która nijak ma się do filarów tamtejszej kultury polityki zagranicznej, opartej na przekonaniu, że to Niemcy – stawiające na globalizację, współzależność, siłę ekonomiczną, a nie militarną – są najlepiej dostosowane do warunków XXI w. Wojna w Ukrainie pokazała, że jest dokładnie odwrotnie. I odtąd trwa proces przyswajania tej niewygodnej prawdy i wyciągania z niej wniosków.

Amerykanie wiedzą, że od tempa i sukcesu tej ewolucji zależy to, czy Niemcy będą mogli w adekwatny do potrzeb sposób przejąć choć część odpowiedzialności za bezpieczeństwo w Europie. Będzie to potrzebne raczej prędzej niż później, zwłaszcza gdyby w 2024 r. Biały Dom trafił znowu w ręce Trumpa lub innego nastawionego izolacjonistycznie lub antyeuropejsko Republikanina.

Podsumowując w Bundestagu rok tych przemian, Olaf Scholz kładł – słusznie – nacisk na ich kompleksowy charakter. Nie chodzi tylko o dodatkowych 100 mld euro na zbrojenia, które przed rokiem stały się symbolem Zeitenwende. Bundeswehra przez lata była tak zabiedzona i zaniedbana, że przestawienie wajchy w kierunku zasadniczego zwiększenia wydatków wojskowych było absolutną koniecznością. Ale idzie przecież o więcej.

Partnerstwo energetyczne z Rosją, które było najcięższą hipoteką niemieckiej polityki zagranicznej ostatnich dekad, zostało zakończone. Spółka Nord Stream 2 przestała istnieć, a gazociąg został w niewyjaśnionych okolicznościach uszkodzony. Niemcy nie importują już żadnych węglowodorów z Rosji, a największe firmy przez lata budujące sojusz gazowy (BASF) wycofały się z ogromnymi stratami. To w istocie najważniejsze wskaźniki „punktu zwrotnego”, bo zamykają drogę powrotną do układu, który kształtował interesy i politykę Niemiec przez lata. W dodatku w przyspieszonym tempie (dumnie nazwanym przez kanclerza „tempem niemieckim”) i ogromnym kosztem powstaje cała alternatywna infrastruktura energetyczna (np. terminale LNG), która zmienia wektor interesów biznesowych – przeciwko Rosji.

Towarzyszy temu debata o kierunkach polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, jakiej nie było od dekad. Nowy przywódca SPD Lars Klingbeil otwarcie przyznaje się do błędów Ostpolitik (będącej dla tej partii świętością), zaś nowe dokumenty programowe mówią o konieczności budowy porządku bezpieczeństwa europejskiego „przeciwko Rosji”. Co dla Polaków może wydawać się oczywistością, w SPD do niedawna było anatemą. A także w dużej części społeczeństwa.

Ale nastroje zmieniły się w istotny sposób, nawet jeśli co rusz jakiś list na rzecz „pokoju” gromadzi setki tysięcy podpisów zwolenników „kompromisu” z Rosją. Badania opinii publicznej pokazują, że naiwność wobec Rosji ustępuje otrzeźwieniu. Według sondażu przeprowadzonego na zlecenie European Council on Foreign Relations pod koniec zeszłego roku prawie 70 proc. Niemców uważa Rosję za rywala lub przeciwnika. To tylko nieco mniejszy odsetek niż w Polsce.

Niemniej dla Bidena, który prowadził męską rozmowę z Scholzem, ważniejsze są zapewne dwie inne kwestie, które w Zeitenwende odgrywają nie mniej kluczową rolę niż Rosja i energetyka: nakłady na wojsko i polityka wobec Chin. Jakikolwiek scenariusz wojny w Ukrainie sobie wyobrazić, zasadnicze zwiększenie zdolności produkcyjnych przemysłu zbrojeniowego w Europie i zapewnienie stałych, zwiększonych dostaw amunicji i sprzętu wojskowego do Ukrainy będzie musiało być priorytetem polityki bezpieczeństwa UE i NATO. Ukraina będzie ich potrzebować, by pokonać Rosję, ale w nie mniejszym stopniu także wtedy, gdyby linia frontu ustabilizowała się, a walki zamarły na lata (scenariusz koreański). Wschodnia granica pozostanie wtedy wschodnią rubieżą Europy, która będzie musiała być ufortyfikowana po zęby, by odstraszyć potencjalną nową agresję Putina.

Objęcie Ukrainy członkostwem i gwarancjami NATO pozostaje odległym celem, ale jego osiągnięcie będzie trudne. Dlatego Scholz mówił w swoim ostatnim przemówieniu o czym innym: „zobowiązaniach w sprawach bezpieczeństwa” dla Ukrainy. „Wall Street Journal” donosił z kolei niedawno, że Niemcy, Francja i Wielka Brytania chcą zaproponować w NATO „pakt obronny” dla Ukrainy. Niezależnie od nazwy chodzi o propozycję długofalowego i kompleksowego wsparcia wojskowego dla Ukrainy, tak aby miała siły i środki do tego, by sama bronić się przed ewentualnym nowym atakiem.

Żeby Niemcy mogły wypełnić takie ewentualne „zobowiązania” treścią, wojskowa Zeitenwende będzie musiała jednak zasadniczo przyspieszyć. Eksperci do spraw militarnych krytykują, że miniony rok był stracony. Zamówienia sprzętu dla Bundeswehry nastąpiły dopiero pod koniec 2022 r., Niemcy nadal nie wypełniają natowskiego celu nakładów na wojsko w wysokości 2 proc. PKB, a siły zbrojne są w nie mniej fatalnym stanie, niż były przed rokiem. Ten bilans jest rozczarowujący.

Ale jest nadzieja. Nowy minister obrony Boris Pistorius zabrał się w styczniu solidnie do roboty. Współpraca z przemysłem zbrojeniowym ma zostać zacieśniona, zamówienia rządowe na większą skalę przygotowane, a minister domaga się też dodatkowych 10 mld euro w budżecie obronnym na przyszły rok. Cudów nie ma. Zanim Niemcy staną się kluczowym filarem europejskiej obrony, w Szprewie i Renie upłynie sporo wody. Ale od tego, z jakim zaangażowaniem będą w tym kierunku zmierzać, zależy wiarygodność Berlina zarówno w relacjach z Europą Środkowo-Wschodnią, jak i Stanami Zjednoczonymi.

polityka.pl