poniedziałek, 28 kwietnia 2025



Ciekawy szczegół wypłynął na temat niedawno zabitego w podmoskiewskiej Bałaszycha generała lejtnanta Jarosława Moskalika.

Okazuje się, że wśród całego szeregu obowiązków służbowych, które wykonywał i „nadzorował” ten z wyglądu niepozorny pan w strukturach głównego zarządu operacyjnego rosyjskiego sztabu generalnego, było REGULARNE planowanie, koordynacja i przygotowywanie odpowiednich raportów dotyczących kompleksu działań związanych z przeprowadzaniem złożonych uderzeń rakietami dalekiego zasięgu na terytorium Ukrainy. W tym także – tak delikatne kwestie, jak wybór celów, uzasadnienie celowości ich rażenia, szczegółowe planowanie i określanie odpowiedniego zestawu sił i środków.

Innymi słowy, to właśnie ten generał stał, jak to się mówi, „u źródeł” ataków na Krzywy Róg, Sumy, Kijów, Charków itd. To od niego w zasadzie zaczynało się to, co potem zamieniało się w uderzenia „szahidami”, rakietami manewrującymi i balistycznymi w gęsto zaludnione dzielnice ukraińskich miast.

Fatalne dla generała-lejtnanta Moskalika spotkanie z „nie tam zaparkowanym” produktem niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego nie było ani przypadkowe, ani spowodowane „wewnętrznym rosyjskim czynnikiem”. To indywiduum w lampasach doskonale wiedziało i rozumiało, co robi i jaki miało związek z zabijaniem cywilnej ludności Ukrainy, w tym dzieci.

x.com/PrzemekShura


Gerasimow po raz pierwszy oficjalnie potwierdził udział północnokoreańskich wojsk w rosyjskich operacjach w obwodzie kurskim, dziękując północnokoreańskim żołnierzom za pomoc w rosyjskich wysiłkach wyparcia sił ukraińskich z regionu. Gerasimow oświadczył 26 kwietnia, że ​​siły północnokoreańskie „udzieliły znaczącej pomocy” w wyparciu sił ukraińskich z obwodu kurskiego, zgodnie z rosyjsko-północnokoreańskim Traktatem o wszechstronnym partnerstwie strategicznym. Gerasimow pochwalił północnokoreańskich oficerów i żołnierzy za wykazanie się „profesjonalizmem” oraz „wytrwałością, odwagą i bohaterstwem” podczas operacji wojskowych w obwodzie kurskim. Rzeczniczka rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych (MFA) Maria Zacharowa oświadczyła 26 kwietnia, że ​​Rosja nigdy nie zapomni swoich „przyjaciół” z Korei Północnej. Ani Gerasimow, ani Zacharowa nie wskazali, jaką rolę, jeśli jakąkolwiek, siły północnokoreańskie odegrają teraz we wspieraniu rosyjskich operacji wojskowych przeciwko Ukrainie.

(...)

Trump i prezydent Ukrainy Zełenski spotkali się w Watykanie 26 kwietnia, aby omówić trwające rozmowy pokojowe. /Z "okazji" pogrzebu papieża Franciszka - red./

(...)

understandingwar.org


Pekin od ponad dekady systematycznie ogranicza takie bezpośrednie zaangażowanie na rynku długu USA. W szczytowym punkcie w 2013 r. przekraczało ono 1,3 bln dol. W rezultacie od 2019 r. największym wierzycielem Waszyngtonu formalnie jest Japonia, która obecnie w rezerwach walutowych ma amerykańskie obligacje warte blisko 1,1 bln dol.

Równocześnie ze spadkiem zaangażowania Chin w obligacje USA rosło zaangażowanie instytucji z takich państw, jak Belgia i Luksemburg. Łącznie od 2013 r. zwiększyły one swój stan posiadania tych papierów o około 460 mld dol., do niemal 790 mld dol.

Brad Setser, amerykański ekonomista specjalizujący się w tematyce handlu i międzynarodowych przepływów kapitałowych, uważa, że spora część obligacji z rachunków tych państw w rzeczywistości należy do Chin. Czyli Pekin trochę ograniczył zaangażowanie w amerykańskie obligacje, ale przede wszystkim zmniejszył jego widoczność. To zjawisko przybrało na sile po tym, jak Zachód nałożył na Rosję sankcje finansowe za atak na Ukrainę, m.in. zamrażając część rosyjskich rezerw walutowych.

Z drugiej strony, nawet jeśli Chiny bezpośrednio i pośrednio utrzymują mniej więcej stały stan posiadania amerykańskich obligacji, to ich udział w tym rynku maleje. Wynika to wprost z szybkiego wzrostu zadłużenia USA.
  • W 2015 r. wynosiło ono 24,1 bln dol., a w 2024 r. sięgało już 35,5 bln dol.
  • Dług rynkowy - tzn. z tytułu obligacji, które są przedmiotem obrotu na rynkach finansowych - wzrósł w tym czasie z 13,1 do 28,9 bln dol.
money.pl


Stany Zjednoczone już teraz borykają się z niedoborem pracowników przemysłowych. Z raportu Deloitte i Manufacturing Institute z kwietnia 2024 r. wynika, że połowa z 3 mln 800 tys. nowych miejsc pracy w przemyśle, które mają powstać do 2033 r., prawdopodobnie pozostanie nieobsadzona. Powody są różne — starzejąca się siła robocza, spadek imigracji, brak wyszkolonych pracowników i zmieniające się preferencje zawodowe. Milenialsi i przedstawiciele pokolenia Z wiedzą, że fabryczne posady ich rodziców i dziadków są dziś rzadkością, a nawet jeśli by wróciły, to niekoniecznie by ich chcieli. Post w serwisie X porównywał dwie oferty pracy z Tennessee: jedna w myjni samochodowej, druga w pobliskiej fabryce Nissana. Myjnia płaciła więcej. I pewnie też była przyjemniejsza.

— Trudno pogodzić ten rzekomy wielki apetyt na pracę w przemyśle z faktem, że już teraz mamy problem z obsadzeniem istniejących stanowisk — mówi Colin Grabow, ekspert ds. polityki handlowej z libertariańskiego think tanku Cato Institute.

Rzeczowa odpowiedź na cały ten entuzjazm brzmi tak: miejsca pracy w przemyśle, które Biały Dom próbuje przywrócić, miałyby być "dobrymi" miejscami pracy — z przewidywalną ścieżką kariery, godną pensją na całe życie i solidną emeryturą na starość. Tyle że w praktyce współczesne zatrudnienie w przemyśle już nie spełnia tych warunków. Średnie zarobki pracowników przemysłu w USA są dziś niższe niż przeciętne zarobki w ogóle. Członkostwo w związkach zawodowych w USA spada od dekad, co osłabiło ruch, który niegdyś wywalczył wyższe płace i prawa czyniące pracę w przemyśle atrakcyjną.

— Samo przywrócenie miejsc pracy w przemyśle wcale nie oznacza poprawy jakości zatrudnienia w USA — mówi Josh Bivens, główny ekonomista z progresywnego think tanku Economic Policy Institute. — Powodem, dla którego te prace były kiedyś dobre, było to, że były związkowe. Jeśli teraz stworzymy mnóstwo niezwiązkowych miejsc pracy w przemyśle, to nie zadziała — ocenia.

Rozmowa o amerykańskim renesansie przemysłowym ma w sobie sporo nostalgii. Zwolennicy tej wizji opowiadają o niej w sposób sielankowy — często odwołują się do lat 50., kiedy mężczyźni byli żywicielami rodzin, ich żony nie musiały pracować, a gospodarka USA wychodziła z Wielkiego Kryzysu i dwóch wojen światowych. Pomijają przy tym niewygodne fakty — niebezpieczeństwo, monotonię i fizyczne obciążenie wielu z tych miejsc pracy. Ignorują też, że Ameryka to dziś zupełnie inny kraj niż wtedy.

— Ludzie mają w głowie obraz pracy w przemyśle jako posady w General Motors, dobrze płatnej, związkowej, z porządną emeryturą — mówi Colin Grabow. — Ale to już nie ten świat — stwierdza.

Przez spadek uzwiązkowienia pracownicy w przemyśle — i wielu innych branżach — nie mają już takiej ochrony ani siły negocjacyjnej jak kiedyś. Postęp technologiczny umożliwia firmom cięcie kosztów, również poprzez redukcję zatrudnienia, łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej. Tradycyjnie "męskie" zawody to dziś ani nie to, czego amerykańska gospodarka potrzebuje, ani nie to, jak wygląda współczesna produkcja.

Wiele miejsc pracy, które firmy przeniosły za granicę, to prace, których Amerykanie po prostu nie chcą wykonywać, a już na pewno nie są to fizycznie wymagające "męskiego" etosu pracy. Nikt się nie pali do siedzenia godzinami w fabryce odzieży czy na linii montażowej iPhone’ów. (Pomijając już kwestię, czy ktokolwiek w ogóle powinien tak pracować, zwłaszcza za głodowe stawki). W chińskich mediach społecznościowych pojawiły się nawet memy pokazujące Amerykanów wykonujących taką właśnie żmudną, fizyczną pracę.

— Trudno sobie wyobrazić amerykańskich pracowników siedzących przy maszynie do szycia za 7,50 albo 8 dolarów na godzinę — mówi Betsey Stevenson, profesor polityki publicznej i ekonomii na Uniwersytecie Michigan. — A nawet takie stawki podniosłyby koszty produkcji Nike do tego stopnia, że ich buty kosztowałyby fortunę — dodaje.

Niechęć do podejmowania monotonnych i niewdzięcznych prac to naturalna konsekwencja rozwoju gospodarczego. Ameryka jest dziś bogatszym krajem. Ludzie mają wyższy standard życia i więcej pieniędzy do wydania, również na rzeczy i doświadczenia, które chcą, a nie muszą mieć.

— Korzystamy z tych wszystkich wspaniałych gadżetów, luksusowych aut i samochodów elektrycznych — mówi Kyle Handley. — Może nie są one produkowane w USA, ale możemy sobie na nie pozwolić dzięki pensjom z sektora usług. Myślę, że większość ludzi nie chce z tego rezygnować tylko po to, żeby wróciło kilkaset tysięcy miejsc pracy w przemyśle — dodaje.

I nawet pomijając kwestię, czy Amerykanie chcieliby wracać do takich zajęć, to i tak nie wiadomo, czy te miejsca pracy w ogóle by wróciły. Wiele z najcięższych i najbardziej monotonnych prac w przemyśle zostało już zautomatyzowanych. W rezultacie wojna celna Trumpa może stworzyć bardzo niewiele — albo wręcz żadnych — nowych stanowisk w sektorze, który sam uznaje za wskaźnik sukcesu.

— Postęp technologiczny zmniejszył liczbę potrzebnych pracowników w przemyśle — mówi Stevenson. — To nie są już miejsca pracy rodem z lat 50. — dodaje.

Niektórzy członkowie zespołu prezydenta przyznają to otwarcie. Sekretarz handlu Howard Lutnick mówił jasno: robotyzacja i automatyzacja są częścią planu. Biały Dom przekonuje, że roboty same stworzą nowe miejsca pracy dla ludzi, na przykład przy ich obsłudze i konserwacji.

— Miliony ludzi przykręcających malutkie śrubki do iPhone’ów, taka armia pracowników wróci do Ameryki, ale w formie zautomatyzowanej — powiedział Howard Lutnick, sekretarz handlu, w kwietniowym wystąpieniu w programie "Face the Nation". — A wspaniali Amerykanie, mistrzowie fachu, będą te maszyny naprawiać, serwisować. Będą mechanikami, specjalistami HVAC, elektrykami — dodał.

Nie wszystkie z tych prac da się jednak zautomatyzować od razu. Śrubki do iPhone’ów w Chinach nadal przykręcają ludzie, a nie roboty. A w przypadku "niezrobotyzowanych" stanowisk pomocniczych wciąż nie wiadomo, ile ich powstanie, czy będą dostępni pracownicy z odpowiednimi kwalifikacjami, ani czy ktokolwiek w ogóle będzie ich chciał.

— To wymagałoby gruntownego przemeblowania rynku pracy — mówi Lydia Boussour, starsza ekonomistka w EY. — Przebudowy siły roboczej, domknięcia luki kompetencyjnej i odpowiedzi na niedobory kadrowe, które już teraz dotykają amerykański przemysł — dodaje.

I tutaj temat robotyzacji szybko prowadzi do pytania, które wielu pracowników nie daje spać po nocach: czy moje stanowisko też wkrótce przejmie sztuczna inteligencja? Produkcja ucierpiała z powodu automatyzacji bardziej niż jakikolwiek inny sektor, a politycy i liderzy biznesu mówią o tym zupełnie otwarcie. W efekcie każdy "ciężki" przemysłowy etat, który uda się Trumpowi przywrócić, może być i tak skazany na zniknięcie.

— Czy my naprawdę przywracamy zawody z przyszłością? — pyta retorycznie Grabow.

Nie znaczy to, że Trump i jego zwolennicy nie mają racji, sugerując, że Ameryka powinna przyjrzeć się na nowo swojej bazie przemysłowej i polityce handlowej. William Boone Bonvillian, wykładowca MIT i doradca inicjatywy ds. nowego przemysłu, twierdzi, że istnieją powody zarówno gospodarcze, jak i związane z bezpieczeństwem narodowym, by przynajmniej część produkcji wróciła do USA. Chodzi choćby o możliwość wytwarzania kluczowych produktów, jak broń, we własnym kraju. I o to, że kiedy coś się projektuje w USA, ale już nie produkuje, to traci się innowacyjność właśnie w tym etapie procesu.

— Produkcja to bardzo kreatywna faza — mówi Bonvillian — I właśnie tę fazę USA dziś omijają — dodaje.

Dodaje też, że rozwój przemysłu ma inne zalety, miejsca pracy w sektorze produkcyjnym generują więcej stanowisk pośrednich niż te w usługach, a ponadto są obecnie czystsze i mniej fizycznie wymagające niż kiedyś. Jeśli technologia sprawia, że produkcja staje się bardziej wydajna, firmy osiągają większe zyski. A to powinno być dobre dla wszystkich.

— Jeżeli zwiększysz produktywność firmy, zyskujesz coś realnego — mówi. — Możesz robić więcej za mniej. A skoro tak, możesz też podnieść płace — dodaje.

Zresztą przemysł nie jest dziś domeną wyłącznie jednej partii — zainteresowanie polityką przemysłową, protekcjonizmem handlowym i odbudową produkcji wykazuje także administracja Bidena. Tyle że nie wiadomo, co właściwie obecny system ceł realnie zmienia w amerykańskiej gospodarce — ani czy zachęca ludzi do podejmowania pracy tam, gdzie faktycznie jest potrzebna.

— Jeśli naprawdę chciałbyś wzmocnić konkretne sektory gospodarki USA jako źródła solidnych miejsc pracy dla klasy średniej, to stworzyłbyś znacznie bardziej przemyślany i ukierunkowany system ceł — mówi Stevenson.

A prawda jest taka, że część naprawdę potrzebnych miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych to nie te "męskie", przemysłowe zawody z połowy XX wieku. W najbliższej przyszłości, w miarę jak pokolenie wyżu demograficznego starzeje się, a siła robocza maleje, najbardziej brakuje pielęgniarek, pielęgniarzy, opiekunów i pracowników opieki domowej. Nie potrzebujemy w trybie pilnym większej liczby osób produkujących w fabrykach tanie gadżety importowane z Chin. Potrzebujemy ludzi do opieki nad innymi ludźmi.

— Realna strategia płacowa polegałaby na tym, żeby zachęcać więcej mężczyzn do podejmowania zawodów stereotypowo "kobiecych" i podnosić ich jakość, przez uzwiązkowienie, regulacje, standardy — mówi Bivens.

onet.pl/Business Insider


Ołeksandr Spytsin, dowódca jednostki dronów w dywizji Omega Gwardii Narodowej, rozmieszczonej w pobliżu Pokrowska, powiedział, że Rosjanie działają nieustannie. Zadaniem jego jednostki jest ich zlokalizowanie i uniemożliwienie dotarcia do pozycji ukraińskiej piechoty.

— Często obserwujemy ten sam schemat: kiedy otrzymują poważny cios, następnego dnia ich aktywność słabnie, trochę się uspokajają — powiedział Spytsin. — Potem nie działają przez jeden dzień lub skupiają się na innym kierunku, a następnie znów są tutaj, zachowując się tak, jakby nic się nie stało — dodał.

Janovsky ocenił, że przyszłe zdobycze Moskwy zależą od zasobów, które jest w stanie przeznaczyć, biorąc pod uwagę, że sprzęt odziedziczony po Sowietach szybko się zużywa.

Jeśli straty Rosji przekroczą jej zdolności produkcyjne, Moskwa — zdaniem analityka — może w tym roku nadal zaopatrywać swoje jednostki, wykorzystując m.in. pojazdy cywilne zamiast transporterów opancerzonych.

onet.pl


Zdaniem politologa Trump wyróżnia się wśród amerykańskich prezydentów co najmniej od zakończenia II wojny światowej radykalnym stanowiskiem w sprawie protekcjonizmu. Zwłaszcza w kwestii taryf prezydent posunął się bardzo daleko, jak pokazują ostatnie wydarzenia, nawet dalej, niż życzyliby sobie niektórzy jego partyjni koledzy.

Trump najpierw nałożył cła na niemal wszystkie kraje świata, w tym państwa członkowskie Unii Europejskiej, a następnie zawiesił je na 90 dni, gdy rynki zaczęły się załamywać. Wyjaśnił ten zwrot, mówiąc, że nie spodziewał się, że ludzie zaczną aż tak panikować, a sytuacja tak szybko się pogorszy. Wywierały na niego również dużą presję firmy amerykańskie, które szybko odczuły skutki pogarszającej się sytuacji.

Brooks podkreśla, że ​​chaos został wywołany sposobem obecnego funkcjonowania Białego Domu. — Proces podejmowania decyzji w Białym Domu jest teraz zupełnie inny od wszystkiego, co znaliśmy do tej pory, łącznie z pierwszą kadencją Trumpa — wyjaśnia.

Wcześniej podobna propozycja byłaby szczegółowo omawiana nie tylko w gronie doradców prezydenta, ale także na szczeblu departamentów i Kongresu. Jakie są koszty z tym związane? Jakie są zalety? W jaki sposób można to wdrożyć? Decyzja zostałaby podjęta wyłącznie na podstawie szczegółowej analizy. Jednak w obecnej sytuacji o nowym planie wiedziało tylko bardzo niewiele osób. Co więcej, nawet Jamieson Greer, przedstawiciel Trumpa do spraw handlu, był nim zaskoczony – odpowiadał wówczas na pytania Kongresu dotyczące wprowadzenia ceł i najwyraźniej nie został wcześniej poinformowany o ich zawieszeniu.

Zapytany, czy Trump rzeczywiście wprowadzi ponownie cła po trzymiesięcznej przerwie, Brooks oczywiście nie daje jasnej odpowiedzi. Między innymi dlatego, że nie jest jasne, dlaczego Trump właściwie ich chce.

— Dzieje się tak z wielu powodów, często bardzo sprzecznych. Na przykład mówi, że chce, aby cła sprowadziły firmy z powrotem do USA. Ale jednocześnie twierdzi, że chce, aby cła zwiększyły przychody. Gdyby faktycznie udało mu się to zrobić jako pierwszemu i wiele firm wróciło do USA, przychody z cła zniknęłyby. Którą z tych rzeczy próbuje zrobić? Tak naprawdę może mieć tylko jedną z nich – ilustruje nielogiczną politykę konkretnym przykładem.

(...)

Trump zazwyczaj broni swojej polityki zagranicznej, mówiąc, że Stany Zjednoczone są stale wykorzystywane przez innych i że inni się na tym bogacą. Ale czy Stany Zjednoczone kiedykolwiek dają komuś cokolwiek za darmo? — Może chodzi o pomoc zagraniczną — zgaduje Brooks, który w swojej książce z 2016 r. pt. "America Abroad: The United States' Global Role in the 21st Century" jasno wykazał, że obecna sytuacja USA jest bardzo zadowalająca.

— Po 1945 r. Stany Zjednoczone starały się utrzymać pokój w Azji i Europie nie z hojności, ale po prostu dlatego, że w interesie Ameryki leży pokój i bezpieczeństwo w Europie i Azji. A także jak najmniej broni jądrowej w tych regionach – wyjaśnia. Innymi słowy, interesy USA i ich sojuszników czasami się pokrywają. Czy zatem niektóre z ich działań przynoszą pożytek innym krajom? Brooks przyznaje, że tak.

— Ale czy robiliśmy te rzeczy specjalnie, aby przynieść korzyści innym krajom? Szczerze mówiąc, nie potrafię sobie przypomnieć zbyt wielu. Nikt nie przystawił pistoletu Stanom Zjednoczonym do głowy i nie zmusił Ameryki do globalnego zaangażowania. Sami podjęliśmy tę decyzję. A moje badania pokazują, że była to bardzo mądra decyzja — dodaje.

W wyżej wymienionej książce Brooks wraz ze swoim kolegą Williamem Wohlforthem przewidywał, co by się stało, gdyby Stany Zjednoczone zaczęły wycofywać się ze świata. Twierdził, że świat stałby się bardziej niebezpieczny i mniej zamożny z wielu powodów, np. dlatego, że wiele krajów dążyłoby do zdobycia broni jądrowej. W momencie publikacji książka była ewenementem w tej dziedzinie – inni amerykańscy naukowcy przedstawiali argumenty za większym lub mniejszym wycofaniem się Stanów Zjednoczonych ze świata i nie poruszali zbyt wielu kwestii negatywnych konsekwencji tych zmian.

(...)

Brooks, zdając sobie sprawę z paradoksu, przyznaje, że choć jako naukowiec cieszy się, że jego praca jest doceniana, to jako obywatel świata miał nadzieję, że się myli.

Podobne odczucia ma w związku ze swoimi ostatnimi badaniami na temat niepodległości Europy, które przeprowadził ze swoim kolegą Hugo Meijerem z Uniwersytetu Sciences Po w Paryżu. W artykule zatytułowanym "Illusions of Autonomy", opublikowanym w 2021 r. w czasopiśmie naukowym "International Security", opisują osiem aspektów, w których USA obecnie przyczyniają się do obrony Europy. Od konwencjonalnych wojsk i broni, przez logistykę, szkolenie, broń nuklearną, po dowodzenie, wywiad i świadomość sytuacyjną na polu bitwy.

Europa powinna zacząć nad tym pracować już teraz. Według Brooksa najbardziej dostępnym i najłatwiejszym sposobem na rozpoczęcie jest wykorzystanie sił konwencjonalnych, czyli wzmocnienie armii zarówno pod względem militarnym, jak i technicznym.

— Gdyby Europa próbowała zastąpić USA we wszystkich obszarach naraz, ostatecznie zostałaby w tyle we wszystkich. Lepiej dla Europy byłoby, gdyby w pełni ukończyła prace nad konwencjonalnymi wojskami i bronią, których zapewnieniem USA najbardziej się martwi i gdzie Europa może najlepiej stać się niezależna — podkreśla, dodając, że ​​jeśli amerykańscy żołnierze nie będą już potrzebni w Europie, Stany Zjednoczone będą mogły bezpiecznie kontynuować zapewnianie innych aspektów mających kluczowe znaczenie dla obronności Europy.

(...)

Brooks podkreśla, że ​​kluczową rolą, jaką siły amerykańskie mogą i powinny odgrywać w przyszłości, jest wspieranie, a nie zastępowanie europejskich zdolności militarnych. Dodaje, że dopiero rosyjski atak na Ukrainę pokazał, jak ważna jest ta rola w takich aspektach jak wywiad, logistyka i wyznaczanie celów na polu walki. — Szczerze mówiąc, do czasu [inwazji na] Ukrainę nie doceniłem w pełni, jak dobre Stany Zjednoczone są w logistyce i jak ważne to jest — przyznaje.

onet.pl


Zdaniem Karoliny Lewickiej z TOK FM, Sławomir Mentzen "doszedł do ściany ze swoją formułą prowadzenia kampanii". Jej zdaniem, polityk Konfederacji musiałby wymyślić się na nowo. - Zużył się. Prowadzi kampanię w tym formacie od września ubiegłego roku i musi mieć na siebie jakiś pomysł. Wtedy mówiono o tym pomyśle, który pozwoliłby mu przejść przez szklany sufit, a teraz o takim pomyśle, który pozwoliłby mu się jeszcze lekko odbudować - stwierdziła.

Bobiński ocenił, że Mentzen popełnił dokładnie ten sam błąd, co jego ugrupowanie w wyborach z 2023 roku. - Wystartowali za wcześnie, pikowali za wcześnie. Ewidentnie przegapili moment. Mieli najlepsze sondaże w momencie, kiedy kampania jeszcze się nie rozpędziła. A kiedy się rozpędziła, oni już byli zużyci, zgrani, nudni, a wszyscy inni rosną - mówił.

tokfm.pl