poniedziałek, 8 stycznia 2018


Najpierw, w 1992 roku, w Czechach pojawia się Verlagsgruppe Passau, która wydaje ukazujący się w 71 regionalnych mutacjach dziennik Deník i tabloid Šip plus ponad ćwierć setki czasopism. Dwa lata później Rheinisch-Bergische Druckerei- und Verlagsgesellschaft z Düsseldorfu kupuje większość udziałów w spółce Mafra, wydającej dwa wiodące czeskie dzienniki: Mladą fronta DNES i Lidové noviny.

Z kolei Verlagsgruppe Handelsblatt, także z Düsseldorfu, w 1994 roku przejmuje Economię – wydawnictwo drukujące ekonomiczny dziennik Hospodářské noviny oraz tygodnik Ekonom.

Wreszcie w 2010 roku zuryski dom mediowy Ringier łączy się z berlińskim wydawnictwem Axel Springer. Ringier jest na czeskim rynku już od 1991 roku. Wszedł tam – wtedy jeszcze do Czechosłowacji – z tygodnikiem ekonomicznym Profit. Rok później zaczyna wydawać tabloid Blesk, który od 2002 jest najlepiej sprzedającą się czeską gazetą. Potem kupuje jeszcze tygodnik Reflex i dziennik Sport. Z chwilą fuzji wszystkie one stają się w połowie niemieckie.

To się zaczyna zmieniać w 2006 roku, kiedy Zdeňek Bakala – jeden z czeskich magnatów, siódmy na liście najbogatszych Czechów według Forbesa, właściciel kopalni węgla kamiennego OKD i ČMD, kupuje tygodnik Respekt. Dwa lata później przejmuje wydawnictwo Economia, a z nim dwa wymienione wyżej, najważniejsze tytuły ekonomiczne w kraju.

W 2013 roku tym samym tropem idzie Andrej Babisz, numer dwa z listy Forbesa, właściciel rolno-spożywczego koncernu Agrofert, który kupuje Mafrę. I choć się zarzeka na zdrowie dzieci i wnucząt, że nie będzie ingerować w pracę redaktorów, mało kto mu wierzy. I słusznie, jak się okaże po czterech latach, kiedy wycieka nagranie, jak instruował dziennikarza jednej z gazet, co ma pisać o jego przeciwnikach.

Bo Babisz w przeciwieństwie do Bakali jest nie tylko biznesmenem, ale i politykiem – szefem założonego przez siebie ruchu politycznego ANO 2011 („ano” znaczy po czesku „tak”, ale w tym wypadku to akronim Sojuszu Niezadowolonych Obywateli). Jeszcze w 2013 roku staje się wicepremierem i ministrem finansów Czech.

Kolejny rok, kolejna zmiana. Z medialnego pejzażu znika Ringier Axel Springer, a pojawia się Czech News Center. Właścicielami spółki już nie są Szwajcarzy i Niemcy, lecz Czesi: Daniel Křetínský (numer sześć na czeskiej liście Forbesa), który przejmuje połowę akcji, Patrik Tkáč i Roman Korbačka.

Wreszcie w 2015 roku do czeskich rąk wraca prasa lokalna. Kupuje ją spółka Penta Investments, wprawdzie zarejestrowana na Cyprze, ale należąca do Marka Dospivy (czeski nr osiem u Forbesa).

(...)

I tak na czeskim rynku medialnym, przynajmniej na jego opiniotwórczym odcinku, nie ma już chyba żadnego znaczącego inwestora z Niemiec. Poza wydawnictwem Hubert Burda Media z Offenburga, którego czeska córka Burda Praha wydaje kilkanaście magazynów, jak Chip czy ELLE.

O czym to świadczy? – Czeskie media opanowane przez superbogatych przedsiębiorców okazują się czymś o wiele gorszym, niż gdy były w rękach zagranicznych – mówi dyrektor New York University w Pradze, politolog Jirzí Pehe. – Czescy oligarchowie mają bowiem swoje polityczne i handlowe interesy, a to jest niestety widoczne w ich mediach – dodaje. Jego zdaniem różnorodność i jakość mediów w Czechach wyraźnie się obniżyły.

dw.com

Współczesna ekonomia skręca coraz bardziej w stronę interwencjonizmu i „ręcznego sterowania” zarządzania globalizacją. Takie działania mają sens?

Profesor Kołodko twierdzi, że tak. Ja co do tego mam bardzo poważne zastrzeżenia, które przytaczam w naszej wspólnej książce „Nowy pragmatyzm kontra nowy nacjonalizm” . Przede wszystkim powinniśmy najpierw odpowiedzieć na pytanie skąd się bierze ten odwrót od globalizacji i cały zespół działań, które dziś nazywamy „nowym nacjonalizmem”. Otóż podłożem społecznym i politycznym tych zjawisk jest klasa średnia w najbogatszych krajach świata, która traci pozycję zarówno w sensie finansowym jak i prestiżowym. Ulega degradacji na skutek zmian zachodzących na rynku pracy i wpada w panikę. Współczesna technologia eliminuje zawody, które określilibyśmy jako wymagające średnich kwalifikacji, m.in. agentów ubezpieczeniowych, agentów biur podróży, sprzedawców, komiwojażerów, urzędników średniego szczebla czy księgowych. Wszystkie te profesje są w tej chwili zastępowane przez komputery. Jeśli nastąpi jeszcze powszechniejsze zastosowanie sztucznej inteligencji, zmiany okażą się jeszcze dotkliwsze. Nie zapominajmy też o konkurencji tańszej siły roboczej napływającej z całego świata. Już teraz analizy badań medycznych w USA są masowo przekazywane do Indii. A to przecież było zajęcie klasy średniej. Kolejnym zagrożeniem jest niekontrolowany przepływ osób – migranci zagrażają nie tylko miejscom pracy, ale również bezpieczeństwu i gospodarce. Koszty utrzymania i przyjęcia przybyszów spadną na barki podatników klasy średniej. Klasa średnia ma tego dosyć i właśnie dlatego domaga się działania ze strony państwa.

Państwo jest w stanie tylko zarządzać strachem czy realnie rozwiązać te problemy?

Strach jest bardziej zarządzalny niż problem i można na nim zbudować duży kapitał polityczny. To przecież szansa dla ugrupowań, które znajdowały się do tej pory na marginesie realnej polityki. Ludzie działający w tych formacjach zazwyczaj nie mają szczególnych kwalifikacji czy osiągnięć. Po wyborach w Stanach Zjednoczonych przeprowadzono badania w których głównym zarzutem przeciwko Hillary Clinton były jej kompetencje. Pojawiło się zjawisko określane mianem „demand for incompetence” („wymogu niekompetencji”). Uważa się, że ktoś niewykształcony i nieobyty będzie lepszy niż osoba o szerokich horyzontach, która zdradzi społeczeństwo.

forsal.pl