środa, 26 listopada 2025



W 2022 roku, kiedy Pekin zareagował histerycznie na wizytę przewodniczącej Izby Reprezentantów USA Nancy Pelosi na Tajwanie, przeprowadzając duże ćwiczenia wojskowe wokół wyspy. Chińskie pociski balistyczne spadły wtedy na południe od Yonaguni w japońskiej wyłącznej strefie ekonomicznej. Dla Tokio to był moment przełomowy. Jak to określił jeden z ekspertów: Japońskie elity przestały zadawać sobie pytanie, czy Japonia ma się zbroić i przygotowywać na konflikt z Chinami, a zaczęły zastanawiać, jak to zrobić?

Yonaguni jest ostatnią wyspą w łańcuchu wysp Ryukyu, do którego należy także archipelag Miyako. Rozciąga się na kilkaset mil od wysp japońskich. W związku z eskalacją dyplomatyczną z Tokio w ostatnich dniach chińskie media państwowe opublikowały artykuły kwestionujące suwerenność Japonii nad wyspami i podkreślające, że kilkaset lat temu królestwo Ryukyu było niezależne od Japonii.

zawielkimmurem.net


Nadchodzi "wielkie wymieranie" sektora motoryzacyjnego w Europie?

News z dziś: Volkswagen odkrywa, że w Chinach jest w stanie zaprojektować samochód o 50% taniej i 3 razy szybciej. Stąd mały krok, by przenieść tam produkcję i R&D, a do Europy eksportować samochody. Inni z resztą już to robią.

Nic dziwnego, bo Chińczycy intensywnie zabiegają by "udomowić" europejskie koncerny i związać je z własną bazą produkcyjną, coraz częściej licencjonują Niemcom własne technologie. I budują przy okazji polityczną zależność nowego typu. A prawdą jest, że chiński ekosystem przemysłowy jest po prostu znacznie szybszy i bardziej elastyczny, innowacyjny, konkurencyjny kosztowo. A - w dodatku do tego wszystkiego - systemowo subsydiowany.

Z resztą to nie tylko niemieckie koncerny samochodowe spoglądają na chińską bazę produkcyjną. Nie dalej jak w lipcu br. widzieliśmy z OSW w Chinach na deskach kreślarskich chińskiego biura projektowego projekt pewnego europejskiego samochodu, wymyślonego tam i opartego na chińskich komponentach. A teraz, tej, jesieni widzę go już na reklamach polskich auto portali z tytułem "Europa udowadnia, że umie robić tanie samochody elektryczne". Dość to zabawnie wygląda. Nie mówię tu już o Tesli, która długo była największym eksporterem elektryków z Chin do Europy, wysyłając do nas dziesiątki tysięcy samochodów z Gigafactory z Szanghaju.

"Wielkie wymieranie" w zasadzie już trwa, tylko odbywa się po cichu. Jeśli wytężyć wzrok, każdego tygodnia w Niemczech upada jakaś mała lub średnia firma z branży motoryzacyjnej, w całym regionie zwolnienia w fabrykach, na placach składowych rosną góry nieodbieranych części. Najsilniej obrywa mały i średni biznes - niemiecki Mittelstand, ale i cały łańcuch dostaw w Europie Środkowej. Koncerny sobie poradzą, o ile zaczną wybierać Chiny jako bazę przemysłową. 

Nastroje w polskiej branży na tym tle bardzo minorowe, słyszałem niedawno od liderów branży, że interesy Polski i Niemiec (a dokładnie - kilku koncernów, które długo kształtowały politykę Berlina) zaczęły fundamentalnie się rozjeżdżać na tym tle.

Europa ociągała się z cłami na Chiny, podczas gdy cały świat stawiał bariery (nie tylko USA, ale i Indie, Turcja, Brazylia...). Trudno teraz by europejski koncern był konkurencyjny, skoro jego rywal z Chin może wysyłać do Europy samochody wytworzone w ultra-konkurencyjnym ekosystemie przemysłowym w Azji. Więc racjonalne - jeśli myślimy głównie o wynikach w przyszłym kwartale... - jest zrobić to samo. Pytanie tylko, czy potrafimy wyobrazić sobie Europę, Niemcy, bez przemysłu motoryzacyjnego.

Żeby nie kończyć kolejnego posta niekonstruktywnie, strasząc tylko Chinami, powiem tyle - idzie wielkie przetasowanie, w którym musimy szukać szans. Jednym ze sposobów, to tzw. "odwrócony Deng Xiaoping" (copyright: @WnukowskiDamian), czyli dopuszczenie Chin do europejskiego rynku w zamian za transfery technologii i formowanie joint-ventures w Europie. Takie z resztą jest dziś myślenie w Komisji Europejskiej, ale i wielu stolicach UE. Polska ma również karty w tej grze. 

Nie mamy swojego samochodowego koncernu, ale stawka jest wysoka, bo polskim poddostawcom, którzy mogą niedługo zostać "osieroceni" przez koncerny migrujące do Chin, trzeba znaleźć nowe przestrzenie do wzrostu i awansu technologicznego. Być może czas postawić Chinom warunek: dostęp do rynku w zamian za technologię i włączenie w łańcuch dostaw. Skoro daliśmy się jako Europa wyrolować Chińczykom, to przynajmniej czegoś się od nich nauczmy.

x.com/J_Jakobowski


28-punktowy plan przyjęty przez Biały Dom Trumpa w celu zakończenia wojny na Ukrainie, rzekomo napisany przez amerykańskich negocjatorów z „uwagą” Kirilla Dmitriewa, szefa rosyjskiego funduszu majątku narodowego i osoby z wewnątrz Kremla, jest w rzeczywistości w swojej istocie przetworzonym rosyjskim dokumentem, który „The Insider” zobaczył kilka miesięcy temu dzięki źródłu zbliżonemu do rosyjskiego rządu.

Jak donoszą portale Axios i Wall Street Journal, 28-punktowy plan USA, silnie zorientowany na Moskwę, wywołał międzynarodowy kryzys w związku z obawami, że administracja Trumpa forsuje prorosyjską agendę, próbując jednocześnie zmusić Ukrainę do kapitulacji. Dokument miał być miesięcznym wspólnym przedsięwzięciem trzech osób: specjalnego wysłannika USA Steve'a Witkoffa, zięcia Trumpa Jareda Kushnera i Dmitriewa.

Wiele kluczowych założeń planu, który wyciekł do amerykańskiej prasy 18 listopada, zostało w rzeczywistości zaczerpniętych z wcześniejszego projektu, opracowanego przez Dmitrijewa niedługo po powrocie Trumpa do Białego Domu pod koniec stycznia 2025 roku. Należą do nich:
  • Faktyczne uznanie przez Stany Zjednoczone okupowanego przez Rosję Krymu, Ługańska i Doniecka (postrzegane jako wycofanie się Rosji z bardziej wiążącego de jure uznania tych terytoriów);
  • Zamrożenie terytoriów wzdłuż obecnej linii kontaktowej w obwodach zaporoskim i chersońskim;
  • Sekwencyjny proces znoszenia sankcji wobec Rosji;
  • Przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej;
  • Trwałe wykluczenie Ukrainy z NATO;
  • Zakaz obecności sił pokojowych Zachodu i NATO na Ukrainie;
  • Schemat, w ramach którego Stany Zjednoczone czerpią zyski z zamrożonych rosyjskich aktywów w posiadaniu Unii Europejskiej, a jednocześnie inwestują w powojennej Ukrainie, a także zaproszenie dla Stanów Zjednoczonych do inwestowania w Rosji.
Najbardziej niesamowite podobieństwo dotyczy ostatniego punktu:

„100 miliardów dolarów zamrożonych rosyjskich aktywów zostanie zainwestowanych w prowadzone przez USA działania na rzecz odbudowy i inwestycji na Ukrainie” – czytamy w 28-punktowym planie. „Stany Zjednoczone otrzymają 50% zysków z tego przedsięwzięcia. Europa dołoży 100 miliardów dolarów, aby zwiększyć kwotę inwestycji dostępnych na odbudowę Ukrainy. Zamrożone fundusze europejskie zostaną odmrożone”.

„Oligarchowie nadal będą mieli szansę na zyski jako inwestorzy na Ukrainie” – wyjaśniło rosyjskie źródło, które pokazało The Insiderowi pierwszą wersję. Innymi słowy, aktywa nie zostaną utracone, a jedynie przekierowane na przyszłe możliwości biznesowe, aby wzbogacić miliarderów i przyjaciół Putina.

Rosyjska koncepcja zawierała również dwa „słodziki”, mające trafić bezpośrednio do nastawionego na transakcje Białego Domu Trumpa. Oba były niezwykłe, ale tylko jeden z nich został powtórzony w planie, który wyciekł do amerykańskich mediów.

Po pierwsze, Stany Zjednoczone miały zainwestować w powojenną gospodarkę Rosji, która – jak się spodziewano – miała „cierpieć na brak gotówki i pilnie potrzebować inwestycji” po całkowitym przestawieniu się na produkcję wojskową po pełnej inwazji na Ukrainę w lutym 2022 roku. Jak wyjaśniło źródło, zapoczątkowałoby to „nową… erę amerykańsko-rosyjskich inwestycji wewnętrznych, podobną do tej z lat 90.”.

Znajduje to odzwierciedlenie w 28-punktowym planie, który brzmi następująco: „Pozostała część zamrożonych rosyjskich funduszy zostanie zainwestowana w oddzielny amerykańsko-rosyjski instrument inwestycyjny, który będzie wdrażał wspólne projekty w określonych obszarach. Fundusz ten będzie miał na celu zacieśnienie relacji i wzmocnienie wspólnych interesów, aby stworzyć silną zachętę do unikania powrotu do konfliktów”.

Drugie ujawnienie w pierwszym planie jest całkowicie nieobecne w planie Witkoff-Kushner-Dmitriev. Źródło Insidera podsumowało to następująco: „Bylibyśmy skłonni wymienić Chiny na USA”, dodając, że rosyjskie elity są „wkurzone rosnącą rolą Chin w gospodarce cywilnej, wykorzystujących luki pozostawione przez exodus zachodnich inwestorów”. Biorąc pod uwagę dobrze znaną rywalizację Trumpa z Pekinem, oferta dotyczyła koalicji przeciwko wschodzącemu azjatyckiemu supermocarstwu, opisanej przez źródło jako „rodzaj nowej koalicji chrześcijańskiej”. Wydawało się to odpowiadać powszechnemu w MAGA zaleceniu porzucenia Ukrainy – że Waszyngton powinien skoncentrować swoje wysiłki militarne i dyplomatyczne na przeciwdziałaniu wzrostowi Pekinu jako globalnego supermocarstwa. Postanowienie to zostało prawdopodobnie usunięte, ponieważ Rosja nie chciała sugerować, że kiedykolwiek zerwie ze swoim najważniejszym strategicznym sojusznikiem.

(...)

Obecny, 28-punktowy plan jest przesiąknięty tym chaosem. „The Journal” doniósł 24 listopada, że ​​Witkoff i Kushner napisali swój pierwszy projekt /w czasie - red./ „lotu powrotnego z Bliskiego Wschodu, w blasku negocjacji w sprawie porozumienia między Izraelem a Hamasem”, a szczegóły dopracowali wspólnie z Dmitriewem, który w październiku udał się do Miami na spotkania z oboma Amerykanami. „Większość” planu została napisana przez Witkoffa i Kushnera, podała gazeta, powołując się na „osobę znającą się na jego tworzeniu”.

Jednak pomimo ewoluującej i sprzecznej narracji na temat tego, jak te ramy pokojowe zostały skonstruowane, „The Insider” może ujawnić, że dokument zawiera specyficzne sformułowania, które pojawiły się niemal dosłownie słowo w słowo we wcześniejszym tekście – sporządzonym wyłącznie przez Dmitriewa niedługo po drugiej inauguracji Trumpa. Celem tego pierwotnego dokumentu, według źródła, które go opisało, było przedstawienie nowemu prezydentowi USA wielkiej umowy, która utwierdzała maksymalistyczne żądania Rosji, często określane przez Kreml jako „podstawowe przyczyny” wojny: mianowicie ponowne rozpatrzenie amerykańskiej architektury bezpieczeństwa dla Europy po zimnej wojnie, która obowiązywała przez ostatnie 34 lata. Opakowanie tej umowy miało odwołać się do dobrze znanych uprzedzeń administracji Trumpa i skłonności do zawierania umów quid pro quo, nawet jeśli to, co jest przedmiotem handlu, nie należy do Rosji ani Stanów Zjednoczonych.

Skłonności te były w pełni widoczne podczas rozmowy telefonicznej z 14 października między Witkoffem a wysoko postawionym rosyjskim dyplomatą Jurijem Uszakowem, której zapis trafił na łamy Bloomberga po południu 25 listopada.

Podczas tej rozmowy, która miała miejsce dwa tygodnie po ogłoszeniu wynegocjowanego przez Trumpa planu pokojowego dla Gazy, Witkoff doradzał Uszakowowi, jakie podejście powinien przyjąć Putin podczas rozmów ze swoim amerykańskim odpowiednikiem.

„Chciałbym zadzwonić i po prostu powtórzyć, że gratulujecie prezydentowi tego osiągnięcia, że ​​je wspieraliście, że je wspieraliście, że szanujecie to, że jest człowiekiem pokoju i po prostu, naprawdę cieszycie się, że to się stało” – powiedział Witkoff, dodając, że nadchodzące dni to idealny moment dla Kremla na przekazanie takiego przesłania. „Zełenski przyjedzie do Białego Domu w piątek [17 października]” – powiedział Witkoff. „Pójdę tam, bo chcą, żebym tam był, ale myślę, że jeśli to możliwe, porozmawiamy z waszym szefem przed tym piątkowym spotkaniem”.

„Oto, co moim zdaniem byłoby niesamowite” – dodał Witkoff. „Może powie prezydentowi Trumpowi: wiesz, Steve i Yuri omawiali bardzo podobny, 20-punktowy plan pokojowy i to mogłoby być coś, co naszym zdaniem mogłoby trochę ruszyć sprawę, jesteśmy otwarci na takie rzeczy”.

16 października, na prośbę Rosji, Trump i Putin odbyli ponad dwugodzinną rozmowę telefoniczną. Spotkanie z jego ukraińskim odpowiednikiem następnego popołudnia miało podobno charakter burzliwy. Tydzień później Trump wysłał Witkoffa do Miami, aby osobiście spotkał się z Dmitrijewem. 29 października, według innego zapisu rozmowy opublikowanego przez Bloomberga , Dmitrijew i Uszakow rozmawiali telefonicznie po rosyjsku i dyskutowali o tym, jak mocno Moskwa powinna forsować swoje żądania w ewentualnej propozycji pokojowej:

Dmitriev: Nie, posłuchaj. Myślę, że ten dokument po prostu zrobimy, tak jakby, w naszym położeniu, a ja po prostu nieformalnie go przekażę, mówiąc, że to wszystko jest nieformalne. I mogą to przedstawić jako swoje. Nie sądzę jednak, żeby przyjęli dokładnie naszą wersję, ale przynajmniej będzie ona jak najbliższa. [(...)]
Uszakow: No właśnie o to chodzi. Mogą nie przyjąć tego do wiadomości i powiedzieć, że to było z nami uzgodnione. Tego się obawiam.
Dmitriev: Nie, nie, nie. Powiem dokładnie tak, jak ty, słowo w słowo.
Uszakow: Mogą to później przekręcić, i tyle. Jest takie ryzyko. Jest. No dobra, nieważne. Zobaczymy.

Podobnie jak niedoświadczony politycznie Wikoff, Dmitriew jest również postrzegany jako intruz w grze dyplomatycznej. Jednak jego rzekome powiązania z rosyjskimi służbami bezpieczeństwa – wraz z powiązaniami jego żony z córką Putina, Kateriną Tichonową – pomagają wyjaśnić jego nagły wzrost znaczenia w Moskwie. „Kiryl nie wykazał się geniuszem, ale był skłonny przypisywać sobie zasługi za pracę innych i wykorzystywać wymienianie nazwisk i kontakty, aby awansować” – powiedział The Insider źródło bliskie Dmitriewowi . „Biorąc pod uwagę jego przeszłość, nie powinien był otrzymać rosyjskiego zezwolenia ani mieć mandatu do negocjacji, ale teraz jest częścią rodziny i robi się wyjątki, tak jak w Białym Domu Trumpa”.

theins.press


Na sesji 21 listopada wycena amerykańskiego koncernu farmaceutycznego Eli Lilly przekroczyła bilion dolarów. To pierwsza na świecie firma farmaceutyczna o tak wysokiej wycenie, przy czym analitycy twierdzą, iż może się ona utrzymać.

Jak stwierdzają analitycy zapytywani przez Bloomberg i Financial Times ta wycena nie jest przypadkiem – inwestorzy „dali firmie premię” za przejęcie sporej części amerykańskiego rynku leków odchodzących i przeciwcukrzycowych od dotychczasowego lidera, duńskiego koncernu Novo Nordisk. Jeszcze 8 lat temu wartość rynkowa Eli Lilly wynosiła około 100 mld dolarów, zaś jej obecny wzrost wynika właśnie z wygranej w konkurencji na rynku leków GLP-1.

Jak przyznał sam prezes Lilly David Ricks w odcinku podcastu „Cheeky Pint”, leki GLP-1 „stanowią prawdopodobnie 80% wartości ekonomicznej firmy”, zaś lek GLP-1/GIP, tirzepatid – sprzedawany jako Zepbound i Mounjaro – przekroczył 10 mld dolarów sprzedaży w III kwartale, jeśli chodzi o ,wskazania do leczenia cukrzycy i kontroli wagi.

Tym samym Eli Lilly dołączyła do firm sztucznej inteligencji, jak Nvidia, oraz dominujących na rynku technologii, takich jak Meta i Apple. Jak do tej pory ten „klub bilionerów” jest niewielki, bo tego typu wyceny zawsze wiążą się z wygórowanymi oczekiwaniami inwestorów. Jak do tej pory Eli Lilly się udaje, w III kw. sprzedaż koncernu przekroczyła prognozy Wall Street o około 1,5 mld dolarów. Tyle że firma w końcu będzie musiała stawić czoła wygaśnięciu patentów i konkurencji leków generycznych, co znaczy, że jej główne leki trafią na tańszą konkurencję. Ricks twierdzi, że mimo tego Eli Lilly będzie konkurować „z firmami, takimi jak Bristol Myers lub Pfizer”.

„To duże firmy, których przychody nie różnią się aż tak bardzo od naszych, a my konkurujemy z nimi w tych innych segmentach rynku. Ich kapitalizacja rynkowa wynosiła 100-200 mld dolarów. My obracamy około 800 mld dolarów. I ta różnica to fenomen GLP-1. Myślę, że Wall Street również uważa, że ​​nasza produktywność w zakresie badań i rozwoju jest wyższa” – dodał Ricks.

Istotnie, Eli Lilly wydaje około 20-25% swoich przychodów na badania i rozwój. Zapytywany przez inwestorów czy to tempo utrzyma się, jeśli roczna sprzedaż przekroczy 120 mld dolarów, stwierdził, że „postarałby się wydać 20% tej kwoty, co byłoby zbliżone do budżetu” rządowych Narodowych Instytutów Zdrowia.

isbiznes.pl


Jak wynika z sondażu przeprowadzonego przez IBRiS dla "Rzeczpospolitej", na największe poparcie wciąż może liczyć Koalicja Obywatelska, którą popiera 30,4 proc. (bez zmian w stosunku do października). Drugie miejsce na partyjnym podium zajmuje Prawo i Sprawiedliwość z wynikiem 27,1 proc. (spadek o 0,5 pp.) , a trzecie - Konfederacja, na którą głosować chce 16,1 proc. badanych (wzrost o 1,1 pp.). Gdyby teraz odbywały się wybory parlamentarne, do Sejmu weszłyby jeszcze dwa ugrupowania: Lewica (7,2 proc.) i Konfederacja Korony Polskiej (5,1 proc.).

Reszta partii nie przekroczyła progu wyborczego. Na Partię Razem głosować chce bowiem 3,9 proc. respondentów, na Polskie Stronnictwo Ludowe - 3,2 proc., a na Polskę 2050 - 1,7 proc. osób. 5,2 proc. ankietowanych nie wie, na kogo chciałoby oddać swój głos. Frekwencja wyniosłaby 58 proc. - Utrwalił się pozytywny trend dla Koalicji Obywatelskiej i negatywny dla PiS. Niewielkie wzrosty poparcia dla Konfederacji i Lewicy są w granicach błędu statystycznego - powiedział "Rzeczpospolitej" prezes IBRiS Marcin Duma. Jak dodał, "PiS nie ma premii sondażowej po wygranej swojego kandydata" w wyborach prezydenckich. Sondaż został przeprowadzony w dniach 21-22 listopada. 

gazeta.pl