- Na jakie ustępstwa Kijów musiałby się zgodzić, żeby w takiej sytuacji podpisać zawieszenie broni lub traktat pokojowy? - dopytuję.
- Putin nie stawia warunków, by Wołodymyr Zełenski przyszedł na Kreml w worku pokutnym i ukorzył się przed nim. Chce czterech ukraińskich obwodów, które "przyłączył" do Rosji: chersońskiego, zaporoskiego, donieckiego i ługańskiego. Zależy mu też na zobowiązaniu Ukrainy, że nie wstąpi do NATO i że nie będzie rozwijała swojej armii. Gdyby te warunki zostały przyjęte, w Ukrainie zaczęłoby się polityczne trzęsienie ziemi. Przez część społeczeństwa Zełenski zostałby uznany za zdrajcę - mówi.
- A co z Putinem? Chyba nie uznałby: "Dobrze, mam, co chciałem. Jestem spełnionym staruszkiem. Odpuszczam"?
- Nie, zrobiłby to, w czym jest najlepszy. Czyli podjąłby próbę zakulisowego osadzenia swoich ludzi w Ukrainie, którzy sprzyjaliby jego interesom. To funkcjonowało przecież przez lata. Oczywiście, wojna wiele zmieniła, społeczeństwo jest na to teraz bardziej wyczulone, ale moim zdaniem taki scenariusz nadal jest możliwy. Gdyby został zrealizowany, Rosja dostałaby oddech, którego potrzebuje.
- Oddech przed marszem na Zachód?
- Wiem, że to scenariusz kreślony przez wielu zachodnich polityków i ekspertów, ale uważam go za mało prawdopodobny. Kreml potrzebuje wiele czasu, żeby odbudować swoje siły zbrojne i by znów uwierzyć w ich potencjał. Bo Putin widział, jak jego armia załamała się w 2022 roku i przestał ufać jej możliwościom bojowym. Ma świadomość, że dzisiaj wygrywa tylko dlatego, że nie zważa na to, ilu Rosjan ginie na froncie. Musi pokonać Ukrainę, bo inaczej jego życie, nie tylko polityczne, byłoby zagrożone. Na Kremlu nie wybaczyliby mu przegranej. Ale nawet jeśli uda mu się wygrać, to zdaje sobie sprawę, że jego wojsko nie poradzi sobie z siłami Zachodu.
- Ile czasu Putin potrzebuje, by jego armia się podniosła?
- Moim zdaniem od 10 do 15 lat. Natomiast mówimy o operacji militarnej, a przecież Rosja jest dobra w kreowaniu innych zagrożeń, których bardziej powinniśmy się spodziewać. To na przykład ataki cybernetyczne i dywersyjne na infrastrukturę krytyczną, ale też przeciąganie na swoją stronę zachodnich polityków oraz partii. Putinowi chodzi bardziej o destabilizowanie sytuacji w Europie, a nie o wysyłanie czołgów - stwierdza Mariusz Cielma.
(...)
A co musiałoby się stać, żeby Kijów wygrał wojnę i jak wtedy wyglądałby jej koniec? Mój rozmówca daje prostą odpowiedź: z Zachodu musiałby popłynąć "potok sprzętu", a na front "potok Ukraińców". Nic jednak nie zapowiada, żeby stało się to w tym roku.
- Zachód nadal ma problem z uznaniem, że jest stroną w tej wojnie. Nie chodzi o to, by zaczął wysyłać na front żołnierzy, ale by w o wiele większym stopniu wsparł Ukrainę. Na razie podtrzymuje wojnę, ale nie tak, żeby Kijów ją wygrał, tylko by jej nie przegrał, a to różnica. USA mają kilka tysięcy czołgów Abrams, a przekazały Ukrainie jedynie trzydzieści. Czy więc dalej uznają, że to ich wojna? Wątpliwe. Podobnie jest z Europą, która wysyła do Ukrainy głównie to, co jest dla niej zbędne. Dania, Holandia, Norwegia oddają jej myśliwce F-16, bo przesiadają się na lepsze F-35. Kijów dostaje pociski do wyrzutni Patriot czy HIMARS, ale ich starsze wersje. To za mało, by zmienić obraz tej wojny - tłumaczy analityk.
- Załóżmy, że Zachód przestawia swój przemysł na wojenną produkcję, wysyła do Ukrainy "potok sprzętu", a tam odradza się nadzieja na zwycięstwo i zaczyna płynąć "potok ludzi" na front. Co dalej? - pytam.
- Kijów jest w stanie przekonać Kreml do negocjacji na swoich warunkach, z których główny mówi o zachowaniu najechanych ziem. Wysyła więc sygnał: "Rozmawiajmy teraz, bo potem będzie tylko gorzej". To ten sam komunikat, który właściwie już teraz może wysłać Moskwa do Kijowa, bo ma nad nią przewagę na froncie. Ukraińscy wojskowi mówią, że znaleźli się w punkcie krytycznym, ale za pół roku mogą marzyć, by do niego wrócić. Bo niewykluczone, że będzie dużo gorzej. W obu scenariuszach nie widzę jednak żadnego spektakularnego końca wojny ani jednoznacznego zwycięstwa którejś ze stron - stwierdza.
- A możliwe jest, że NATO wejdzie do Ukrainy, by pokonać rosyjskiego niedźwiedzia?
- Trudno mi sobie to wyobrazić. Myślę, że to nieprzekraczalna granica. Zwłaszcza teraz, gdy Rosja jest silniejszą stroną w tej wojnie. Oczywiście, mówię o jawnym wejściu na front żołnierzy NATO, bo jego siły specjalne od dawna są zapleczu tej wojny. Nie tyle atakują Rosjan, co zabezpieczają tyły i realizują programy szkoleniowe dla ukraińskiej armii. Otwarte wkroczenie Sojuszu Północnoatlantyckiego byłoby możliwe, gdyby rosyjskie wojsko popadło w kryzys. Ale wtedy NATO byłoby już niepotrzebne w Ukrainie.
- Czyli teraz wojna toczy się po myśli Putina, a optymistyczny dla Kijowa scenariusz się oddala?
- Z pewnością Putin ma więcej powodów do optymizmu, co pewnie daje mu poczucie ulgi, bo ta wojna to walka o jego przetrwanie. Wie, że jesienią Donald Trump znów może zamieszkać w Białym Domu. A wtedy może zacząć naciskać na Ukrainę, by dogadała się z Rosją i jakoś jej ustąpiła. Więc nie zdziwiłbym się, gdyby Putin mówił teraz do swoich wojskowych: "Róbcie swoje na froncie. Odbierajcie Ukraińcom ziemie kilometr po kilometrze. Dam wam wszystko, co mogę wycisnąć z magazynów i z Korei Północnej. A o reszcie porozmawiamy za kilka miesięcy" - podsumowuje Mariusz Cielma.
tokfm.pl