sobota, 15 czerwca 2019
Zerknijmy jeszcze raz do Barometru Rynku Pracy. Jeżeli niemal 50 proc. pracodawców ma problem ze znalezieniem odpowiedniego pracownika, to świetnie się składa, bo niemal tyle samo (47 proc.) pracowników deklaruje, że zmieniłoby pracę, jeżeli dostaliby ofertę pracy z wynagrodzeniem o 25-50 proc. wyższym. Kolejne 24 proc. zmieniłoby pracę jeżeli dostałoby podwyżki na poziomie 10-25 proc. Tylko, że jedynie 15 proc. pracodawców chce w najbliższym czasie dać podwyżki. Dodatkowo rodzimi przedsiębiorcy raczej niechętnie inwestują w rozwój kapitału ludzkiego w swoich firmach.
Jak więc odczytywać marudzenia pracodawców na to, że nie mogą znaleźć pracowników? Prawda jest brutalna. Należy je traktować jako przejaw nieudolności polskich firm. Jeżeli mamy określać w jakiś sposób obecny rynek, to będzie to rynek nieudolnego pracodawcy – wytwarzającego nisko wydajne produkty (na tle europejskiej konkurencji), niewiele płacącego, niechętnie inwestującego w rozwój pracowników i swoich biznesów. Dla przykładu według raportu KPMG jedynie 44 proc. średnich firm (zatrudniających od 50 do 249 pracowników) z branży przetwórstwa przemysłowego (gros polskiego przemysłu i aż 22 proc. wartości dodanej brutto w gospodarce) zamierza w najbliższym czasie optymalizować procesy biznesowe. To znaczy, że ponad połowa nie zamierza tego robić.
newsweek.pl
Służąca usługiwała nie tylko pani, ale i jej mężowi oraz paniczom. W mieszczańskich domach był taki zwyczaj, że wieczorami wystawiało się do przedpokoju buty, żeby służąca wiedziała, które ma wyczyścić. Jak już je wyczyściła, to - jeśli była zima - rozpalała w piecach, szła po świeże bułki, zajmowała się dziećmi. W mniej zamożnych rodzinach klasy średniej była zwykle jedna służąca, w arystokratycznych służba była bardziej rozbudowana. Ale nawet i w zamożniejszych domach inteligencji, gdy dom był duży, służba liczyła kilka osób. Pisarze Józef Wittlin czy Jarosław Iwaszkiewicz mieli i kucharkę, i służącą, i nianię. Jak ktoś miał służbę męską, czyli lokaja i kamerdynera, to znaczyło, że rodzina jest naprawdę zamożna.
Ile zarabiała służąca?
Średnio 7 złotych tygodniowo, czyli około 30 złotych miesięcznie. Ale w Warszawie więcej - około 50. W fabryce taka dziewczyna zarabiałaby 70-90 złotych miesięcznie. Ale tam nie miałaby mieszkania. I jedzenia. Tak czy inaczej, stawki służących były bardzo niskie, W podręczniku z lat 30. pisano, że służąca może sobie w ciągu roku odłożyć na płaszcz, jak będzie oszczędzała połowę pensji. Ale dziewczyny pracujące w mieście żyły skromnie, bardzo często oszczędzały, głównie na to, żeby pieniądze wysyłać rodzinie na wsi, żeby ta mogła sobie na przykład konia kupić.
Gdy służąca jechała na wieś w odwiedziny, wyróżniała się pięknym ubiorem, którego miejscowe jej zazdrościły. Z opowieści Bronisławy, która nigdy wcześniej nie widziała pociągu, wynika, że praca w mieście była dla niej przygodą życia. W czasie wojny wróciła do siebie na wieś, ale stale wspominała tamte czasy jako najwspanialsze. Te, w których widziała tramwaj, telefon czy odkurzacz. Czuła się częścią wspaniałego świata.
Witka Boguszówna, która przyjechała do Warszawy z małopolskiej wsi, w stolicy po raz pierwszy zobaczyła drewniany parkiet. Zbaraniała. Zdjęła buty i chodziła po nim boso, bo się bała, że się wywróci. U niej w domu było klepisko. Szok cywilizacyjno-kulturowy był ogromny.
gazeta.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)