Dzisiejsza Rosja to zatomizowane państwo, w którym nie ma współczucia dla siebie nawzajem. Oczywiście bliscy ludzie współczują sobie i martwią się o siebie nawzajem, ale to, co dzieje się w jednej części kraju, w innej części nikogo nie obchodzi.
Weźmy na przykład bombardowania Biełgorodu. W żadnym stopniu nie sprawiły one, że mieszkańcy Tiumenia przestali być obojętni. Podobne sytuacje miały już miejsce wielokrotnie wcześniej podczas regionalnych katastrof. Kiedy na przykład Rosjanie śledzili wydarzenia w Chabarowsku (protesty z 2020 r. po aresztowaniu gubernatora Siergieja Furgala, według różnych źródeł na ulice mogło wyjść nawet 50 tys. osób — red.), robili to z podekscytowaniem i sportowym zainteresowaniem — jak podczas oglądania meczu piłki nożnej.
Czy ludzie z Chabarowska odniosą sukces, czy nie? Czy Putin się podda, czy zarządzi ostrzał? To był fascynujący spektakl — ale nie rodził współczucia dla mieszkańców Chabarowska, którym napluto w twarz i postawiono na ich czele klauna. W tym sensie nie jest to kraj (postrzegany jako wielka rodzina), ale terytorium. Ten kraj nie zna słowa "MY".
Gdy Rosja będzie bombardowana, jej mieszkańcy ukryją się w schronach, przeklinając banderowców, Putina i Bidena — ale to tylko tam, gdzie spadną pociski. Reszta terytoriów będzie miała to gdzieś. Nie będzie żadnego "wstawaj, rozległy kraju" krzykniętego na masową skalę.
Rosja jest nie tylko zatomizowana, ale i podzielona na warstwy i klasy. Takiego podziału, takiego odrzucenia "outsiderów" we własnym narodzie, nie było od wojny domowej w Rosji. Elita postrzegana jest jako coś wrogiego. Gdyby drony eksplodowały w Rublowce i w Nowo-Ogariowie (w tych przedmieściach Moskwy znajduje się wiele rezydencji zamożnych Rosjan — red.), dokąd najwyraźniej poleciały, reszta ludzi byłaby bardzo szczęśliwa.
(...)
Ten kraj, jak bardzo stary człowiek dotknięty sceptycyzmem co do świata, nie ma bohaterów. Niczego nie podziwia i niczym się nie inspiruje, a za wszystkimi działaniami, nawet tymi najszlachetniejszymi, widzi tylko własny interes. Pieniądze zebrane dla więźniów politycznych są kradzione, a kraje zachodnie pomagają Ukrainie, aby coś zagarnąć.
Jednak po stronie "państwowej" też nie ma bohaterów, chociaż telewizja próbuje ich wymyślać. Wcześniej byli to bandyci z Doniecka, teraz — żołnierze ginący w Ukrainie. To jednak nie działa. Cała Moskwa jest obwieszona identycznymi portretami poległych — i nikogo to nie obchodzi.
Ten kraj nie jest już zdolny do rozpoczęcia czegoś nowego. Nie jest zainteresowany ani czczonymi projektami narodowymi, przełomami, podbojem Północy czy Dalekiego Wschodu, nowymi miastami na Syberii obiecanymi przez Siergieja Szojgu.
Chce żyć ze swoich oszczędności i martwi się tylko o to, by ich nie odebrano. Zdecydowana większość populacji, nawet ta stosunkowo młoda i pracująca, sama postrzega siebie jako emerytów.
Ten kraj nie chce tego, co państwo robi w jego imieniu. Nie interesują go rzekome zakazy mówienia po rosyjsku w Donbasie, nie interesuje go ukrzyżowany chłopiec i laboratoria biologiczne zaprojektowane w celu uczynienia rosyjskich kobiet bezpłodnymi. Nic z tego do niego nie przemawia. Jest to postrzegane jako biały szum, pańska zabawa. Banderowskie okrucieństwa, o których opowiada telewizja, nawet nikogo nie denerwują, nie stają się tematem dyskusji. Ludzie oglądają te programy i idą spać.
Ten kraj nie chce imperium. Rosyjska świadomość imperialna jest mitem — w przeciwieństwie, oczywiście, do imperialnej polityki państwa. Tak zwane "imperialne bóle" pojawiły się dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych. Kiedy imperium upadło na początku lat dziewięćdziesiątych, nie było ich wcale. Nikt nie domagał się na przykład aby zmusić Litwę lub Azerbejdżan siłą do przyjęcia władzy rosyjskiego cara.
(...)
Ten kraj nie ma przywódcy — ma zarządców. Przywódca wzbudza jeśli nie miłość, to chociaż zainteresowanie. Jego słowa mają znaczenie. Audycji radiowych Roosevelta słuchało 60 mln ze 120 mln Amerykanów, a konferencji prasowych i wystąpień Putina od dawna nie ogląda nikt poza tymi, którzy muszą to robić.
Nie ma nikogo, kto przegapiwszy jego przemówienie, zapytałby sąsiada: co powiedział? Nikt nie jest zainteresowany. Kraj nie chce też się z Putina śmiać. Jest obojętny.
Rosja nie identyfikuje się z prezydentem. Nikt — poza rozhisteryzowanymi telewizyjnymi "ekspertami" — nie poczuł się urażony nakazem jego aresztowania. Rosjanie okazali obojętność i okazjonalną radość. A kiedy Pieskow ogłosił, że atak drona na Kreml był zamachem na Putina, nikt się tym nie zainteresował. Cóż, zamach to zamach. Co to ma wspólnego z nami?
Ten kraj, jak to starzy ludzie mają w zwyczaju, ma bardzo niską samoocenę. Uważa, że nie może być wolny. Wierzy, że musi być traktowany tak surowo, jak za czasów Piotra Wielkiego czy Stalina. Akceptuje fakt, że nie był w stanie wyprodukować niczego konkurencyjnego ani teraz, ani w przeszłości (choć chętnie rekompensuje tę niezdolność swoją duchowością).
Jednak kraj ten uwierzył — i jest to bardzo poważne i ma straszne konsekwencje — że wszyscy go nienawidzą i chcą jego śmierci. W kontekście tego światopoglądu łatwo było mu zaakceptować fakt, że został zaatakowany przez NATO i że Rosja zainterweniowała w Ukrainie dosłownie kilka godzin przed Sojuszem Północnoatlantyckim.
Nowa Gazieta/onet.pl


