sobota, 23 września 2023


Nie sposób jednak obiektywnie ocenić tego, komu idzie lepiej w tym wzajemnym wyniszczaniu się. Ukraińcy mają lepszą dyscyplinę informacyjną i wypływa mniej informacji o ich stratach oraz sytuacji na froncie. Rosjanie są natomiast dziurawi jak durszlak i można przeczytać mnóstwa narzekań na to, jak jest źle i ciężko. Jak to brakuje amunicji, a jak jest, to jest do d**y. Jak artylerzyści są wysyłani bez przygotowania do mięsnych szturmów bez żadnych szans powodzenia, no ale dowództwo się uparło, bo trzeba odzyskać straconą pozycję. Jak to ciężarówki jeżdżą na oponach tak łysych, że nadałyby się do Formuły 1 i jak nadejdą słoty, to będą albo stały w błocie, albo leżały w rowach. I tak dalej. Można by odnieść wrażenie, że rosyjska armia się rozkłada. W rzeczywistości to dobry przykład na ograniczoną wartość dowodów anegdotycznych. Bo ogólnie rzecz biorąc, rosyjska armia ciągle walczy zawzięcie. Pomimo wielu słabości.

Widać to wyraźnie w tych miejscach, gdzie aktualnie Ukraińcy starają się iść naprzód. Na Zaporożu z początkowych trzech osi natarcia, po trzech miesiącach teraz została już tylko jedna. Rejon wsi Robotyne i Werbowe, na strategicznym kierunku miast Tokmak i Melitopol. To tam obie strony skoncentrowały większość swoich odwodów i to tam toczy się kluczowa bitwa na wyniszczenie. Od czasu poprzedniego raportu frontowego na mapie nie zmieniło się wiele. Ukraińcy ponownie posunęli się miejscami naprzód o 1-2 kilometry w linii prostej, co oznacza w praktyce do kilku pól otoczonych przez wąskie pasy drzew. Głównie w rejonie Werbowego. Ukraińcy przekroczyli tam główną linię rosyjskich umocnień. Nagrania z ostatnich dni pokazują, że operują za nią już nie tylko małymi grupkami piechoty, ale też pojazdami opancerzonymi. Są to jednak nagrania rosyjskie i widać na nich, jak rzeczony sprzęt wspierający atakujących żołnierzy dostaje się pod ostrzał artylerii. Uszkodzony i porzucony zostaje jeden ex-niemiecki bojowy wóz piechoty Marder, co jest pierwszą potwierdzoną stratą takiego pojazdu.

Jest istotne, że potwierdzone nagraniami dotarcie Ukraińców do jakiegoś punktu na mapie, nie oznacza jego opanowania. Często jest tak, że atakująca grupa zbliża się do swojego celu (aktualnie to zawsze oznacza jakieś skupisko umocnień), wdaje się w bezpośrednią walkę z przeciwnikiem, po czym w wyniku celnego ostrzału artyleryjskiego, strat wśród wspierającego ciężkiego sprzętu czy silnego oporu i braku możliwości oczyszczenia okopów z obrońców, następuje mniej lub bardziej zorganizowany odwrót. Następnym krokiem jest ponowne obłożenie punktu oporu ogniem artylerii, nękanie dronami i ponowna próba bezpośredniego szturmu po pewnych modyfikacjach na przykład trasy dotarcia do celu. W tle tego wszystkiego toczą się starcia czołgów i innych wozów opancerzonych próbujących wspierać ogniem swoją piechotę. Nawet jeśli szturm jest udany, to Rosjanie prawie zawsze próbują jak najszybciej kontratakować, aby odbić utraconą pozycję z rąk Ukraińców. I tak dzień w dzień. Zagajnik za zagajnikiem.

Ewidentne są dwie kwestie. Z jednej strony Ukraińcy ciągle posuwają się naprzód, pomimo twardej rosyjskiej obrony. Z drugiej strony są to postępy mozolne, okupione stratami i wymagające zaciętej walki z przeciwnikiem, który ciągle nie przejawia oznak załamania się. Mimo że według rosyjskich relacji ukraińska artyleria dominuje w tym rejonie i jej ostrzał ma być morderczy. Na korzyść Rosjan przemawiają bardzo rozbudowane umocnienia, które miejscami przyjmują nawet postać przykrytych okopów, czyli w praktyce płytkich tuneli, łączących poszczególne stanowiska ogniowe i ziemianki. Dodatkowo w powietrzu przewagę ma rosyjskie lotnictwo, które regularnie atakuje Ukraińców mało celnymi, ale tanimi i ciężkimi bombami lotniczymi z prostymi układami naprowadzania. Często lądują gdzieś w środku pola, ale jeśli już trafią, to efekty są mordercze, wobec czego jest to broń darzona respektem.

Co jednak szczególnie istotne, to Rosjanie kontynuują swoją bardzo kontrowersyjną strategię, którą można porównać do historycznego stalinowskiego "ani kroku wstecz". Obrona ma być do ostatka. Nawet jeśli nie ma to już większego sensu i generuje wysokie straty, to pozycji nie można po prostu oddać wrogowi. Natomiast jak już coś Ukraińcy zajmą, to organizowane są raz po razie kontrataki. Nawet jeśli kończą się one szybko hekatombą pod ukraińskim ogniem, to kolejne próby są podejmowane. Choć Rosjanie próbowali też większego i silnego ataku u podstawy ukraińskiego włamania. Czyli czegoś podręcznikowego w takiej sytuacji, mającego na celu uderzenie w bok przeciwnika wbijającego się w linie obronne. Nie udało się jednak. Ukraińcy utrzymali swoje pozycje i ich wysunięte naprzód siły nie zostały odcięte.

Takie rosyjskie podejście do obrony jest dyskusyjne. Część zachodnich analityków (np. Michael Koffman z think-tanku CNA) dowodzi, że przed ukraińską ofensywą Rosjanie szykowali się do obrony manewrowej. Czyli takiej, w której nie broni się sztywno każdej piędzi ziemi, ale kiedy trzeba, cofa się i pozwala wrogowi posunąć się naprzód. Tak, aby w optymalnych dla siebie warunkach go wykrwawiać, spowalniać, a w końcu stworzyć dogodną sytuację do kontrataku i zdecydowanego pobicia. Ma za tym przemawiać zbudowanie kolejnych linii obronnych na Zaporożu i trzymanie znacznych rezerw daleko za frontem. Po czym wszystko zostało postawione na obronę statyczną i proste, brutalne wzajemne wyniszczanie się do cna na pierwszej linii obrony. Może to się skończyć tym, że obie strony w końcu staną w miejscu podobnie wyczerpane i Ukraińcy poniosą porażkę. Może jednak być też tak, że bardziej wyczerpani Rosjanie pękną i nie będą mieli już sił skutecznie bronić kolejnych linii obronnych, co skończy się zwycięstwem Ukrainy. Takiego przesilenia jednak ciągle nie widać.

Poza tą kluczową bitwą w rejonie Robotyne i Werbowe na Zaporożu obie strony nie podejmują poważniejszych działań. Ukraińcy próbują wywierać presję dalej na wschód w rejonie miasta Wełyka Nowosiłka, gdzie odnieśli największe sukcesy na początku ofensywy. Od miesiąca linia frontu w tym miejscu pozostaje jednak statyczna, poza niewielkimi korektami.

Relatywnie dużo wydarzyło się dalej na północny wschód w rejonie Doniecka i Awdijiwki. Ukraińcy zdołali znacząco odrzucić Rosjan w rejonie donieckiego lotniska i wsi Opytne. Dotarli nawet do zabudowań. W wartościach bezwzględnych to niewielki sukces, bo może dwa kilometry naprzód w linii prostej, ale rosyjskie wojsko zdobywało ten teren za cenę ogromnych strat na przestrzeni ponad pół roku. Jego utrata to ciężki cios w morale i prestiż donieckich pseudoseparatystów, formalnie nadzorujących ten odcinek frontu.

Dalej na północny wschód w rejonie Bachmutu Ukraińcy dokończyli dzieła zdobycia ruin wsi Kliszczijiwka i Andrijiwka, o które toczyły się zażarte boje. O tę pierwszą przez ponad dwa miesiące. Rosjanie się jednak nie poddają i nieustannie próbują kontratakować.

To w tym rejonie grupa rosyjskich artylerzystów nagrała swoje żale, których treść posłużyła do opisu na wstępie artykułu. Odmówili wykonania rozkazu szturmu na Kliszczijiwkę, ponieważ nie mieli do tego broni i wyszkolenia, a wszystkie wcześniejsze próby w wykonaniu ich oddziału skończyły się rzezią. Ponieważ zwykłej piechoty już dawno zabrakło, dowództwo miało już wcześniej popchnąć do ataku kucharzy, kierowców i tego rodzaju doborowych żołnierzy. Kiedy przyszło na artylerzystów, ci odmówili. Nie wiadomo co się z nimi stało, ale na coś takiego żadne wojsko nie patrzy łagodnym okiem, a rosyjskie zwłaszcza.

Dalej na północ aż do rejonu Swatowa nie dzieje się nic, co by wykraczało poza lokalny charakter walk. Małe ataki i kontrataki, ostrzał, nękanie dronami. To samo co od wielu miesięcy. Ludzie giną, ale linia frontu co najwyżej jest nieznacznie korygowana o jeden umocniony zagajnik na tydzień. W rejonie Swatowa Rosjanie próbują atakować na większą skalę, wykorzystując swój sukces z lipca, kiedy przekroczyli na odcinku kilkunastu kilometrów rzekę Żerebiec. Bez większego powodzenia. Ugrzęźli, ale też Ukraińcy nie są w stanie ich wyrzucić z powrotem na drugi brzeg. Pomimo prób.

Walki najdalej na północ, w rejonie Kupiańska, wyglądają podobnie. W lipcu i sierpniu Rosjanie wiązali z tym odcinkiem duże nadzieje, ale ukraińska obrona wytrzymała i front stoi pomimo rosyjskich prób zmiany tego stanu rzeczy.

gazeta.pl

Prezeska Stowarzyszenia „O Wolną Rosję” Anastasiia Sergeeva w listopadzie ubiegłego roku powołała w Warszawie Radę Obywatelską, która zrzesza przedstawicieli różnych regionów Rosji i grup etnicznych, a także rekrutuje ochotników na wojnę po stronie Ukrainy. O „federacji rosyjskiej” pisze w cudzysłowie i małymi literami – jej zdaniem to failed state, państwo upadłe. To żadna nowość dla Ukraińców czy Janusza Bugajskiego, starszego badacza w think tanku Jamestown Foundation, autora słynnej ostatnio książki o upadku Federacji Rosyjskiej Failed State: A Guide to Russia’s Rupture. Dla rosyjskiej opozycji czy diaspory ta myśl jednak póki co wydaje się być zbyt radykalna.

Dlatego po buncie Jewgienija Prigożyna Sergeeva rozpoczęła kampanię uznania Rosji za państwo upadłe, która po jego śmierci stała się jeszcze bardziej aktualna: Federacja Rosyjska jest po prostu mafijną korporacją, uważa Sergeeva, choć wielu badaczy Rosji nadal postrzega ten organizm jak państwo. Popełniające błędy czy zbrodnie, ale państwo.

„Federacja Rosyjska jest odbierana jako sformułowany z Moskwy monolit” – podkreśla Sergeeva. „Zatraca się specyfika różnorodności regionów i rzeczywiste zrozumienie, że nie ma takiego społeczeństwa jako takiego, z wyjątkiem propagandy. Chociaż nawet teraz ten kraj jest zlepkiem społeczności, które różnią się regionalnie, narodowo, etnicznie, ideologicznie. Aby zrozumieć wewnętrzną esencję, trzeba iść «od dołu», od regionów i od tego, co się tam dzieje. To jest problem ekspertyzy – bo to drogie, trudne i prawie niemożliwe do wykonania z zewnątrz. W związku z tym ocena jest z punktu widzenia tego, co na powierzchni. Chcąc nie chcąc, sami eksperci kultywują stanowisko Moskwy”.

Zgadza się z nią Denis Sokolov, z którym współzakładała Radę Obywatelską i który z zawodu jest antropologiem badającym rosyjskie regiony.

„Reżimowi przy użyciu nowoczesnych technologii komunikacyjnych udało się stworzyć coś, co w Związku Sowieckim nazywano dominującą ideologią. Większość ludzi odczuwa to jako coś wiszącego w powietrzu. Istnieją narracje, które ludzie postrzegają jako dozwolone, bo narzucane przez biurokrację państwową, w tym machinę medialną propagandystów, Cerkiew, partię Jedna Rosja, regionalne biurokracje, siły bezpieczeństwa i tak dalej. W rezultacie ludzie, podobnie jak w Związku Sowieckim, «wbudowują się» w dominującą narrację. Budują swój dyskurs w dyskursie. Nawet «opozycja», która zdaje się sprzeciwiać temu dominującemu dyskursowi, nie zaprzecza mu, ale protestuje, integrując się z nim. Ale robią to również muzułmanie z Północnego Kaukazu”.

Sokolov pożyczył pojęcie dominującej ideologii od Aleksieja Jurczaka, autora książki "To było na zawsze, dopóki się nie skończyło. Ostatnie pokolenie sowieckie." Rosyjsko-amerykański antropolog apeluje o „prowincjonalizację” w analizie ZSRR w rozumieniu odejścia od tego, co mówi centrum: „Jeśli dominująca figura dyskursu ideologicznego zniknie, stopniowo doprowadzi to do silnych zmian wewnętrznych w ideologii i w końcu do kryzysu legitymizacji władzy w ogóle” – pisze Jurczak. „Wraz ze zniknięciem dominującej figury stojącej poza dyskursem ideologicznym znika także metanarracja, która wcześniej dokonywała publicznej oceny wypowiedzi i reprezentacji ideologicznych pod kątem ich zgodności lub niezgodności z obiektywną prawdą. Nowym, uderzającym faktem było to, że chociaż obiektywna prawda zewnętrzna (niepodważalność komunizmu i marksizmu-leninizmu) nadal istniała i nadal odwoływał się do niej dyskurs ideologiczny, nie było już podmiotu, który posiadałby wyjątkową i niepodważalną wiedzę na ten temat. Najważniejszym skutkiem tych zmian było nie tyle obalenie konkretnego przywódcy czy konkretnych zbrodni, ile masowa reorganizacja całego reżimu socjalizmu – reorganizacja, która miała ogromne, choć na wstępie niewidoczne konsekwencje dla sowieckiego systemu. W wyniku tej reorganizacji coraz ważniejsze stało się odtworzenie dokładnej formy strukturalnej wypowiedzi ideologicznych i rytuałów, niż zbytnie zagłębianie się w ich dosłowne znaczenie”.

„Jak w czasie pierestrojki, tak i teraz słowa mają inne zupełnie znaczenie w zależności od mówcy” – zwraca uwagę Sokolov. „«Specjalna operacja wojskowa», «walka z korupcją», «stabilność», «tradycyjne wartości». Jedno znaczą dla propagandysty, który może nawet w nie wierzyć; drugie zaś dla moskiewskiego ucznia, który chce dostać piątkę – dla niego to aksjomatyczne stwierdzenia, które są filarami bezpieczeństwa”.

Właśnie tak, twierdzi Sokolov, odbywa się „wbudowywanie” w dominującą narrację. Dlaczego Związek Sowiecki tak niespodziewanie skończył się nawet dla ówczesnych sowietologów? Bo nie miał realnego oparcia, gdy zniknął temat dominującej narracji.

„Z jakiegoś powodu akademicy na Zachodzie powtarzają to samo, może to jest problem?” – pyta Sokolov. „To tylko dominujący dyskurs i frazesy leżące na powierzchni. A żeby zrozumieć interesy człowieka czy grup, trzeba zejść piętro niżej. Tam zaczyna się prawdziwa historia. Ta sama osoba, która mówi, że «nie da się pokonać atomowej potęgi», po kilku zdaniach powie, jaki horror i bałagan dzieje się w jego miejscu pracy”.

Dlatego, twierdzi Sokolov, w Rosji nie będzie wojny domowej jak w 1917 roku – bo nie ma realnych interesów, nie ma mas chłopskich gotowych do walki o swoją ziemię.

„Prigożyn to pokazał: ktoś pojechał na Moskwy, a jak zareagowali moskwianie, na to, że «biali» lada moment wyjadą, a «czerwoni» przyjdą? Demonstrowali, że będą czekać na ponowne otwarcie kawiarni. Kiedy Rosjanie zaatakowali Ukrainę, widać było niemałą grupę ludzi, którym nie trzeba wydawać rozkazu strzelania. Naród polityczny zaczął walczyć z Rosjanami, którzy weszli. W Federacji Rosyjskiej nie ma takich grup. Nie rozumieją, o co walczyć. Dopóki nie pojawią się konkretne interesy grup lokalnych” – twierdzi Sokolov.

Poza pasywną ludnością wyzwaniem dla Rosji jest terytorium. Ukraiński historyk Hryhorij Kasjanow ostatnio napisał: „Jeśli w Rosji nagle zapanuje rosyjski nacjonalizm etniczny, będzie to oczywiście droga do jej rozpadu. Drugą drogą do rozpadu jest demokratyzacja. Jeśli Rosja nagle stanie się krajem z prawdziwą, a nie fasadową demokracją, to od razu zacznie się rozpadać. Jako całość Rosja może istnieć tylko w reżimie autorytarnym lub totalitarnym”.

Sokolov tłumaczy: „Ta przestrzeń często była zaludniana siłą. Efektywność ekonomiczna jej populacji jest wysoce wątpliwa. Terytorium nie jest konsekwencją imperializmu, to jego bezpośrednie narzędzie. Dlaczego jeszcze się nie zmieniło? Bo to przeraża. Kiedy zaczynamy reformy, spotykamy się z faktem, że na przykład w obwodzie tomskim znajduje się ogromna liczba osiedli, które nie mają jakiejkolwiek racji bytu. A miasta na północy takie jak Urengoj w ogóle nie są do tego, żeby tam mieszkali ludzie na stale – w innych krajach w podobnie wrogich warunkach surowce wydobywają robotnicy sezonowi. Tymczasem w Rosji ludzie dobrowolnie w nich żyją. Mamy świadomość, że przebudować trzeba wszystko, począwszy od systemu zasiedleń. To jest konieczne, bo tak się nie da żyć, bo ta konstrukcja ciągle będzie niosła coś takiego jak ta wojna”.

Inny przykład, który podaje Sokolov: beneficjenci całego systemu wyjeżdżają zwykle na Zachód, bo w ogóle nie zamierzają mieszkać na terenie Rosji. Jego zdaniem, patrząc w przyszłość, Rosję i jej regiony trzeba traktować jak korporację polityczną, która będzie w stanie ująć kraj czy region jak projekt inwestycyjny.

(...)

Sokolov zgadza się, że tożsamości regionalne w Rosji są zdławione i poniekąd lekceważone, choć Rosjanie, szczególnie ci spoza Moskwy czy Petersburga na ogół mniej identyfikują się z krajem, a bardziej z własnymi regionami. Nawet wyraźne grupy narodowe, typu tych na Kaukazie, sprowadzone są do poziomu etnicznych, bo przeważnie nie ma projektów politycznych: „Z wyjątkiem Czeczenów, którzy dwukrotnie walczyli z Federacją Rosyjską, choć z wieloma zastrzeżeniami”.

„Mimo tego narody Kaukazu Północnego zbudowały swój system zbiorowego bezpieczeństwa w powiązaniu z Kremlem. Właśnie «wbudowali się» w ten sposób w dyskurs dominujący, a gdzieś nawet używają Kremla do walki z konkurencyjnymi projektami, jak na przykład Osetyjczycy z Inguszami. Dlatego, kiedy słyszymy coś o separatyzmie, tak naprawdę chodzi o aktywizm etniczny, który, ogólnie rzecz biorąc, jeszcze nie dorósł do separatyzmu. Choć Ukraińcy, zainteresowani upadkiem Federacji Rosyjskiej, są gotowi poprzeć każdego, kto coś o tym powie” – mówi Sokolov.

A skoro nie widać żadnego namacalnego projektu przekształcenia przestrzeni politycznej Rosji, to jedyne, co w tej chwili można robić, to odwoływać się do doświadczeń Związku Sowieckiego. Republiki związkowe, które miały wyraźne strategie utrzymania władzy i kontroli nad zasobami, bardziej opowiadały się za suwerennością. Moskwa w pewnym momencie kontrolę straciła.

„Problem polegał na tym, że niepodległość została osiągnięta, ale reformy polityczne – z wyjątkiem krajów bałtyckich – nie nastąpiły. Społeczeństwo pozostało skorumpowane, z tymi samymi sowieckimi instytucjami. Wypadła z tego Gruzja – po prostu dlatego, że nie miała już zasobów na utrzymanie sowieckich instytucji, więc Saakaszwili mógł pozwolić, by wszystko budowano w nowy sposób” – uważa Sokolov.

new.org.pl

Pisząc o demokratycznej opozycji, nie ujmuję demokracji jako niezgody na putinizm i autorytaryzm. Mam na myśli jej pozytywną definicję, czyli przywiązanie do wolności, pluralizmu i przestrzegania prawa. Z tym demokratyczna opozycja w Rosji ma problem, który leży u fundamentów jej konsolidacji po rozpadzie ZSRR.

Zmarły w 1997 roku eseista i historyk literatury Andriej Siniawski wspominał, jak w latach 90. spotkał się z Bułatem Okudżawą. Na pytanie, dlaczego Okudżawa popiera Jelcyna, ten odpowiedział, że po pierwsze, bo jego teksty nie są już cenzurowane, a po drugie, bo może swobodnie podróżować po świecie. Dla Siniawskiego był to skrajny przejaw cynizmu demokratycznie nastawionych inteligentów. W tym sensie elity władzy wywodzące się przecież wprost z aparatu komunistycznego oraz opozycja miały ten sam polityczny genom. Dlatego Siniawski mówił wtedy o Rosji zabijanej przez dwa nieszczęścia: autokratyzm na poziomie ogólnym i inteligencję na poziomie szczegółowym, bo ta nie potrafi się wyzbyć pozostałości autokratycznego (imperialnego?) myślenia.

Klinicznym przykładem mieszanki cynizmu i czegoś, co Theodore Adorno nazwał osobowością autorytarną, jest Ksienia Sobczak, celebrytka, dziennikarka, dawniej polityczka, córka Anatolija Sobczaka, nieżyjącego mera Petersburga, mentora Putina, za którym przyszły prezydent nosił polipropylenowe nesesery. Plotka głosi, że Putin jest ojcem chrzestnym Ksieni. Przez wiele lat elitarne pochodzenie i koneksje na Kremlu tłumaczyły pozycję, jaką zajmowała Sobczak w przestrzeni publicznej. Jako dziennikarce pozwalano jej zadawać niewygodne pytania Putinowi, nie grożono jej aresztem za publiczne wypowiadanie ostrych politycznych sądów, gdy jeszcze była ku temu okazja.

Obeznana z kremlowskimi mechanizmami Sobczak doskonale wiedziała, że koncesja na reprezentowanie liberalnej Rosji wiąże się z świadczeniem usług dla organów koncesyjnych. Prawdopodobnie dlatego zgodziła się na pełnienie funkcji czynnika rozładowującego społeczne napięcie i wystartowała w wyborach prezydenckich w 2018 roku. Po tej kompromitacji zaczęła balansować na granicy lifestyle’u i polityki, prowadząc projekty medialne, dzięki którym dociera do szerokiej publiki i między lokowanymi reklamami znanych marek przemycała kremlowski przekaz.

Pełnoskalowa wojna zmieniła jednak zasady gry i parasol bezpieczeństwa przestał działać. Sobczak przekonała się o tym, kiedy funkcjonariusze struktur siłowych zapukali do jej domu, a jej dyrektorowi finansowemu postawiono zarzuty wyłudzenia pieniędzy i zamknięto go w areszcie. Sama Sobczak salwowała się ucieczką. Rosyjski internet zalały nagrania, na których pieszo przekracza granicę z Litwą. (Ku zaskoczeniu wielu okazało się, że oddana sprawom ojczyzny Ksienia ma dodatkowo obywatelstwo Izraela). Przeszukanie domu było sygnałem od władzy dla niej i dla innych osób o podobnym statusie publicznym, że teraz za odmowę współpracy grozi nie tylko odebranie majątku, intratnych kontraktów czy dostępu to eteru. Stawką stała się wolność.

Sobczak udało się załagodzić sprawę, wróciła do Rosji, wyrzekła się swojego dyrektora finansowego i skwapliwie wypełnia stawiane przed nią zadania. Poza rolą drobnej prowokatorki, kiedy jedzie do Tbilisi i dowodzi, że Gruzini dyskryminują Rosjan w nocnych klubach, pełni rolę sygnalistki à rebours. Co to oznacza?

Otwarta inwazja na Ukrainę rozpoczęła się od ustanowienia swoistego przestępczego sprzymierzenia między członkami ścisłego kierownictwa Federacji Rosyjskiej skupionych w Radzie Bezpieczeństwa RF. 21 lutego 2022 roku Putin zebrał ich na Kremlu na transmitowanym w mediach posiedzeniu, gdzie każdy musiał publicznie wypowiedzieć słowa, w których popierał rozpoczęcie wojny w Ukrainie. Zawarcie sprzymierzenia było więc rodzajem quasi-mafijnej praktyki przypominającej obrzędy przejścia, a jej uczestnicy uzyskiwali status przestępców wojennych na równi z Putinem.

Rytualne przeniesienie odpowiedzialności za wojnę w kolejnych miesiącach stało się powszechne. Każdy, kto pozostaje w Rosji i chce funkcjonować publicznie, np. w mediach, musi wypowiedzieć formułę, w której popiera atak na Ukrainę. Niedozwolone są eufemizmy ani zawoalowane przekazy, bo tutaj oczekuje się jednoznaczności. Ksienia Sobczak jest przydatną figurą, bo może służyć jako widoczny sygnał dla środowiska showbiznesu i mediów. Między innymi dlatego FSB niedawno wypuściło informację, jakoby udaremniło zamach terrorystyczny na Ksienię Sobczak i … Margaritę Simonian.

Terrorystami okazała się grupka faszyzujących chuliganów, część z nich nieletnich, którzy mieli przyjąć zlecenie od Służby Bezpieczeństwa Ukrainy i „rozpracowywać” propagandystki. Ujawniona przez FSB konspiracja była tak mało wiarygodna, że w Rosji wywoływała raczej ironiczny śmiech i większość komentatorów, w tym sama zainteresowana, interpretowała to jako medialną wrzutkę. Zestawiając w roli ofiar wzorcową propagandystkę Simonian i udającą demokratkę Sobczak, służby wysłały wiadomość do zwolenników i odbiorców tej ostatniej – wy, uznający siebie za liberałów, jesteście tacy sami jak ci, którzy popierają nawołującą do rozprawy z Ukrainą Simonian i jak trzeba będzie, przyjdziemy także po was. Dlatego nazywam Ksienię Sobczak sygnalistą na odwrót: to nie ona zgłasza naruszenie norm prawnych, ale poprzez nią sygnalizuje się, że anomia staje się normą.

Nie powinniśmy nie doceniać wpływu Kseni Sobczak na życie społeczne w Rosji. Ogromne doświadczenie medialne i polityczne, które zdobywała od wczesnej młodości, pozwala jej umiejętnie manipulować opinią publiczną. Jak się okazuje, nie tylko w Rosji. Na łamach „The New York Timesa” korespondent gazety w Moskwie opisuje Sobczak jako główną konkurentkę polityczną Nawalnego po liberalnej stronie. Poznając ją, amerykański czytelnik zostaje postawiony tym samym w pozycji podobnej do dawnego rosyjski wyborcy, kiedy kazano mu uwierzyć, że znana córka swego ojca jest poważną kandydatką w wyborach prezydenckich.

Tym razem, w wywiadzie sprawozdawanym przez NYT Sobczak wypełnia inne, chociaż wciąż kluczowe dla Kremla zadanie. Formułuje i wypowiada racjonalizację, logiczną formułę instant dla wszystkich, który nie zgadzają się z Putinem, ale zdecydowali się zostać i konformistycznie nie sprzeciwiać się jego zabójczej polityce. Sobczak racjonalizuje to tak: w obecnej sytuacji nie można nic zrobić, więc trzeba znaleźć sposób, żeby żyć z Putinem. Wyjazd nie jest dobry, bo oznacza ciągłe przepraszanie za własny kraj, czego oczywiście nie należy robić. Nie należy też wypowiadać wprost tego, co się myśli, szczególnie o władzy. Odwrotnie – trzeba przestrzegać prawa. Sobczak wypowiada te obronne frazy z pełną świadomością przestępczej natury napadu na Ukrainę i absurdalnego legislacyjnego pędu Dumy. W tym sensie jej słowa to nic innego jak nawoływanie jej milionowej publiczności do zgody na nieme wzięcie na siebie współodpowiedzialności za decyzje Putina i pogodzenie się z tym.

To bardzo ciekawe zjawisko społeczne, zaczerpnięte z religijnego fatalizmu cerkwi prawosławnej w Rosji. Patriarcha Moskiewski Władimir Gundiajew głosi go w wersji mesjanistycznej, w której narodowi rosyjskiemu Bóg przeznaczył poświęcenie życia w walce z Szatanem (rozumianym różnie, jako kolektywny Zachód, światowe „gejostwo”, wartości demokratyczne itp.). Sobczak oskrzydla rosyjskie społeczeństwo z liberalnej strony, głosząc fatalizm natury politycznej: kości na Kremlu zostały rzucone i nic nie możemy zrobić. W wersji Sobczak ten fatalizm miesza się ze wspomnianym już cynizmem, który naturalnie także jest racjonalizującym narzędziem przeznaczonym dla mas. Tłumacząc akceptację dla bezsilności mówi: „Ludzie rodzą się, żeby prowadzić spokojne i szczęśliwe życie, nie każdy rodzi się przecież bohaterem”.

Cynizm milionerki Sobczak polega na tym, że akurat ona urodziła się i wzrastała do dostatniego i szczęśliwego życia. Jednocześnie do wczesnych lat pozostawała bohaterką medialnych skandali obyczajowych i politycznych. Spokój i szczęście Sobczak ma inne znaczenie dla większości jej publiki, bo w przeniesieniu z elit w masy dokonuje się silna dewaluacja znaczeń. Maybach zmienia się w ładę, dom w Monako – na ogród z zagonem kapusty pod Kostromą, a uśmiech szczęścia wywołany wschodem słońca na hiszpańskiej riwierze – w uczucie ulgi, gdy bliski nie dostał powołania w trwającej kampanii poborowej. Sobczak nawołuje do akceptacji bezradności w zamian za dostęp do bogactwa, podczas gdy „zwykły” Rosjanin powinien zrezygnować ze społecznej podmiotowości za pietruszkę.

Ksienia Sobczak od zawsze była częścią establishmentu, jej matka, Ludmiła Narusowa, po dziś dzień zasiada w Radzie Federacji. Jej drugi mąż, znany reżyser, a obecnie dyrektor Teatru na Bronnej Konstantin Bogomołow to oddzielna historia przekuwania przez putinizm dawnego liberała w reżymowego teatralnego szmirusa. Z takimi osobami władza obchodzi się w specjalny sposób. A zwykłych celebrytów, np. estradowców, którzy nie wyjechali, stygmatyzuje wojną w banalny sposób. Na przykład zaprasza do występów podczas masowych koncertów, gdzie występują pod banerami z literami Z i V, śpiewając piosenki krzepiące bojowy duch narodu. W dzisiejszej Rosji publiczna celebracja wojny to właściwie jedyny sposób na pozostanie na estradzie dla tych artystów, którzy nie zdecydowali się wyjechać, oraz tych zapomnianych, którzy na wojennej fali złapali nowy wiatr w żagle.

Inaczej ma się sytuacja z młodym pokoleniem muzyków, zawsze buntowniczym w stosunku do starszych kolegów i władzy jako takiej. Głównym orężem Kremla w walce z młodzieżowym undergroundem, który potrzebuje platform internetowych dla funkcjonowania, są zapisy penalizujące propagowanie narkotyków lub innych niebezpiecznych zachowań. W praktyce każda wzmianka o narkotyku, nawet bez zachęty czy romantyzacji, może być zinterpretowana jako propagacja. Efektem jest postępująca kastracja żywej, młodzieżowej subkultury, zastępowanej sformatowanym surogatem.

Ksienia Sobczak to celebrytka, kto stanowi większość Rosji zastygłej w stuporze? To przycupnięci w kącie politycy, zdziesiątkowani dziennikarze, uzależnieni od państwowych transferów twórcy kultury, działacze ekologiczni i blogerzy, nauczyciele i wielu innych. Każde z tych środowisk pozostaje w stuporze wywołanym strachem przed formalnym lub nieformalnym aparatem represyjnym państwa. I z tygodnia na tydzień ten strach nabiera cech coraz bardziej paranoicznych, bo w represjach nie chodzi już o znaczenie słów, których wypowiedzenie może być zinterpretowane jako obraźliwe lub ekstremistyczne. Represjonowana staje się sama gotowość do wyrażenia opinii, intencja, gest. Dlatego zawołanie Sobczak do pozostawania spokojnym i szczęśliwym w państwie upodabniającym się do kolonii karnej dobrze mieści się w tej paranoidalnej logice. W dzisiejszej Rosji znowu stają się aktualne słowa Stalina: „Życie stało się lepsze, towarzysze, życie stało się weselsze”.

new.org.pl


Jest 1 sierpnia 2023 roku. Ambasador USA w Budapeszcie ogłasza zmiany w amerykańskim programie ruchu bezwizowego. W ich konsekwencji zezwolenie na podróż za Atlantyk będzie ważne dla Węgrów przez rok (zamiast dwóch lat), a także trzeba będzie o nie każdorazowo występować. Decyzję Amerykanie tłumaczą nieprawidłowościami w wydawaniu węgierskich paszportów węgierskiej diasporze w latach 2011–2020, głównie w Ukrainie i Serbii. Według strony amerykańskiej ich posiadacze stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa USA. To najnowsza odsłona trwającego od lat systematycznego pogarszania się relacji. W obecnej narracji węgierskich władz ekipa Joego Bidena każe Węgry za brak poparcia amerykańskiego podejścia do wojny w Ukrainie, a więc – dążenia nie do pokoju, a eskalacji. Jak to możliwie, że w czasie, w którym Waszyngton stanowi dla Europy Środkowej i Wschodniej gwarant bezpieczeństwa, a Europejczycy z satysfakcją przyjmują słowa Bidena dotyczące obrony „każdego cala” terytorium NATO, w Budapeszcie postrzeganie USA stale się pogarsza?

Tamás Magyarics, badacz relacji amerykańsko-węgierskich na uniwersytecie ELTE, zwrócił uwagę na łamach portalu gospodarczego G7.hu, że „Stany Zjednoczone zawsze były dla Węgier drugo- bądź trzeciorzędnym partnerem”. Jak wskazuje, „relacje między dwoma krajami zostały zdeterminowane przez ich stosunki ze strategicznymi przeciwnikami Waszyngtonu w XX i XXI wieku”. Sięgnijmy zatem do historii, bowiem to w niej można upatrywać jednego z kluczy do zrozumienia podejścia Węgier do USA.

Prezydent Thomas Woodrow Wilson w styczniu 1918 roku wygłosił słynne czternaście punktów. Dla Polaków fundamentalny był punkt 13, w którym wezwał on utworzenia niepodległego państwa polskiego. Węgrów dotyczyły punkty 10 i 11, które przypieczętowały koniec austro-węgierskiej hegemonii. Wilson wezwał bowiem do stworzenia „możliwości autonomicznego rozwoju narodom Austro-Węgier”, a zatem wsparł dążenia narodowowyzwoleńcze żyjących w ramach Wielkich Węgier Słowaków i Rumunów. W kolejnym punkcie wezwał do odzyskania przez Rumunię, Serbię i Czarnogórę utraconych w czasie wojny terytoriów.

Już dwa lata później, 4 czerwca 1920 roku, Amerykanie byli stroną traktatu z Trianon, w wyniku którego Węgry zostały okrojone o 1/3 terytorium i podobny odsetek ludności. Ale to nie koniec. Amerykanie z Węgrami w obu wojnach światowych stali po przeciwnych stronach. W 1947 roku w traktacie paryskim (zwanym „małym Trianonem”) potwierdzono ustalenia pokojowe pomiędzy Węgrami a Aliantami, na mocy których Węgry okrojono z ziem, które zostały do nich przyłączone w wyniku kolaboracji z Hitlerem. Ponadto do dzisiaj na Węgrzech jest żywy żal o to, że w 1956 roku, w czasie węgierskiego powstania, Zachód (a zatem także Waszyngton) nie pomógł. Premier Orbán w lipcowym przemówieniu w czasie letniego uniwersytetu w Rumunii, w miejscowości Băile Tușnad (węg. Tusnádfürdő), mówił o tym, że w ciągu powojennych 80 lat pierwszych 45 lat przypadało na okres, w którym „Anglosasi oddali nas sowieckim komunistom”.

Bliższe nawiązanie stosunków politycznych nastąpiło dopiero w dniach 11–13 lipca 1989 roku, kiedy z wizytą na Węgrzech przebywał prezydent USA George Bush. W czasie swoich przemówień wskazywał, że już niebawem nastąpi koniec podziału Europy, a demokratyczna transformacja jest możliwa. Wizyta Busha nastąpiła prawie miesiąc po pogrzebie bohaterów 1956 roku, wydarzenia, które przyjęło się uważać za początek obecności Viktora Orbána w wielkiej polityce.

Punktem przełomowym wzajemnych relacji było udostępnienie przez Węgrów lotniska Amerykanom na potrzeby operacji „Joint Endeavour” na Bałkanach. W Taszár utworzono bazę logistyczną sił IFOR. Stacjonowało w niej 1,5 tysiąca amerykańskich żołnierzy, a 13 stycznia 1996 roku odwiedził ją Bill Clinton. Relacje węgiersko-amerykańskie za jego prezydentury były zresztą najlepsze. W 1998 i 1999 roku wizyty w Białym Domu złożyli prezydent Árpád Göncz i premier Viktor Orbán. Ten ostatni na ponowne pojawienie się w Waszyngtonie w ramach dwustronnych oficjalnych rozmów czekać musiał aż do maja 2019 roku, kiedy został zaproszony przez Donalda Trumpa. Prezydent Węgier nie został podjęty w Białym Domu od 1999 roku.

Kto w narracji węgierskich władz eskaluje konflikt w Ukrainie? O tym, że robi to Rosja, która ostrzeliwuje codziennie Ukrainę, słyszy się niewiele. Cała odpowiedzialność spoczywa bowiem na Ameryce i jej sojusznikach. „USA są naszymi przyjaciółmi, a także naszym ważnym sojusznikiem, ale nie pozwolimy na to, by wciągnęły Węgry do wojny”, powiedział 14 kwietnia 2023 roku Viktor Orbán w wywiadzie dla państwowego radia Kossuth. Ten wątek wciągania w wojnę przewija się zresztą w debacie publicznej od samego początku pełnoskalowej inwazji Rosji w lutym 2022 roku. „Tak naprawdę liczy się to, co chcą zrobić Amerykanie. (…) Jeśli zdecydują, że chcą pokoju, to będzie pokój” – słowa te, wypowiedziane po raz pierwszy w głośnym wywiadzie dla niemieckiego „Bilda”, przewijały się w czasie letniego uniwersytetu w Rumunii w lipcu 2023 roku. O tym, że USA mogłyby zakończyć wojnę, kiedy chcą, Orbán mówił także w niedawnym wywiadzie udzielonym byłemu dziennikarzowi Fox News Tuckerowi Carlsonowi (Tucker on X). Do 8 września program wyświetlono ponad 127 milionów razy.

W mediach sympatyzujących z rządem w Budapeszcie można przeczytać, że Waszyngton na tej wojnie się bogaci na kontraktach zbrojeniowych czy energetycznych z Europą Środkową i Wschodnią, włączając w to zyski generowane na handlu droższym od rosyjskiego gazem LNG. Politycy Fideszu uważają, że Stany Zjednoczone prowadzą na świecie wojny zastępcze, próbując tłumaczyć je koniecznością chronienia demokracji. Co dzieje się później, mieliśmy zobaczyć w Afganistanie. Orbán w Rumunii mówił o tym, że Amerykanie używają „wartości” w celu walki z państwami, które ich nie podzielają – a zatem także Węgrami.

Badanie GLOBSEC Trends 2023 pokazuje, że 33% Węgrów zgadza się z twierdzeniem, że „USA wciągają mój kraj w wojnę z Rosją, ponieważ czerpią z niej zyski”. Z sondaży wynika także, że chociaż Węgrzy wojny nie popierają i nie chcą pomagać Ukrainie w dostawach broni, to jednak nie są tak prorosyjscy, jak można byłoby sądzić po działaniach ich władz. Zbieżność między jego podejściem do Waszyngtonu a nastawieniem społeczeństwa do „Wielkiego Brata” widać w sondażach Pew Research Center, których wyniki zostały opublikowane pod koniec czerwca. Najbardziej proamerykańskim narodem są Polacy (93% respondentów zadeklarowało pozytywny stosunek do USA), podczas gdy na drugim końcu skali lokują się Węgry (44%). Rozbieżność jest jeszcze większa, jeżeli zapytać o zaufanie wobec prezydenta Joe Bidena. W Polsce ufa mu 83%, a na Węgrzech 19%. Co więcej, gdyby badanie udało się ograniczyć wyłącznie do grupy wyborców rządzącej koalicji Fidesz-KDNP, dane byłyby z pewnością jeszcze gorsze.

Zaledwie 15% Węgrów (wobec 67% Polaków) uważa, że USA w swojej polityce kierują się dobrem także innych państw, a zaledwie co trzeci respondent z Węgier sądzi, że Amerykanie uczestniczą w zapewnieniu pokoju i stabilności na świecie. W Polsce odsetek ten wynosi 85%. Prorządowy instytut Nézőpont przeprowadził w kwietniu badanie, z którego wynikało, że 40% Węgrów jest zwolennikami zacieśnienia relacji Węgry–USA. Przeciwnego zdania jest 16%, a 26% uważa, że nie trzeba ich zmieniać. Jak to tłumaczyć? W dużej mierze propagandą, która sączy się ze sprzyjających władzy mediów – te stanowią nawet 80% rynku. Kreowanie rzeczywistości władzom wychodzi nad wyraz sprawnie.

Symbolem tego, co w Ameryce najgorsze z perspektywy Budapesztu, jest David Pressman, który od lata 2022 roku pozostaje ambasadorem USA na Węgrzech. O ile ataki na prezydenta Bidena wrażenia na nikim nie robią (pozostają zresztą bez odpowiedzi strony amerykańskiej), o tyle autentyczne kłótnie z Pressmanem wpisały się w krajobraz węgiersko-amerykańskich relacji. Pomimo krótkiego czasu sprawowania urzędu dorobił się już niejednej nagonki na siebie w sympatyzujących z rządem mediach. Sam premier mówi o nim per „Présember”, co jest grą słów złożonych z nazwiska ambasadora; literalnie określa go „człowiekiem mediów”. Ambasador jest aktywny w mediach społecznościowych, ostro recenzując głównie antyamerykańską i antyzachodnią propagandę. Sam na Węgry przyjechał z dziećmi i mężem, w naturalny sposób angażuje się zatem w ochronę praw osób LGBT+. Zorganizowany przez niego w połowie lipca Family Pride Picnic spotkał się ze stanowczą krytyką władz Węgier.

W ubiegłym roku Pressman postanowił nie tylko wspierać tęczowe środowiska, ale także walczyć z antyamerykańską i prorosyjską propagandą. W kwietniu na ulicach Budapesztu pojawiły się hasła „Ruskie do domu”, które nawiązywały do węgierskiego, antysowieckiego powstania 1956 roku. Pressman z problemami dotyczącymi Węgier udał się dotychczas dwukrotnie do Brukseli, a także na konsultacje do Waszyngtonu. Spotkał się tam m.in. z Sekretarzem Stanu Antonym Blinkenem. Na entuzjazm węgierskich decydentów na sukcesy sondażowe Trumpa David Pressman zareagował, polecając nieangażowanie się w wybory w innym państwie, skoro Węgrzy nie chcą takich działań nad Dunajem.

Kolejnym elementem antypressmanowej nagonki były słowa Tuckera Carlsona, który w trakcie swojego programu stwierdził, że administracja Bidena wydaje pieniądze amerykańskich podatników na nękanie Węgier. Carlson był również gościem festiwalu jednej z węgierskiej uczelni (Kolegium Macieja Korwina); w trakcie swojego przemówienia przeprosił za amerykańskiego ambasadora, określając jego zachowanie „obrzydliwym i niewybaczalnym”. Stwierdził także, że ambasador „niczego nie wie o Węgrzech, bowiem nie zna węgierskiego – odejdź!”. Krytyczne słowa dziennikarza pod adresem ambasadora USA na Węgrzech były cytowane wielokrotnie w prorządowej prasie.

Chociaż polityczny wymiar relacji amerykańsko-węgierskich jest fatalny, to ten gospodarczy rozwija się jak najlepiej. Wspominany Tamás Magyarics uważa, że we wzajemnych amerykańsko-węgierskich relacjach „interesy zawsze miały (i mają) pierwszeństwo przed oficjalną retoryką USA”. Co to oznacza? Ano to, że bez względu na doraźnie spory, relacje gospodarcze pomiędzy państwami są co najmniej poprawne. Widać to było z ustaleń dziennikarzy portalu śledczego Direkt36. Przed kilkoma laty ujawnił on treść depeszy ambasadora Węgier w Waszyngtonie (László Szabó) wysłanych do centrali Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Handlu w Budapeszcie. Dotyczyły ono rozmowy, jaka w 2018 roku odbyła się między wiceszefem węgierskiej dyplomacji Levente Magyarem a Wessem Mitchellem, w latach 2017–2019 zastępcą sekretarza stanu ds. Europy i Euroazji.

Z relacji Szabó wynikało, że strona amerykańska zrewidowała obszary, w których krytykowała Budapeszt. A było to już, co warte podkreślenia, za przychylnej Orbánowi administracji Donalda Trumpa. Mniej liczyły się kwestie związane z uderzeniem w wolność mediów czy nauki (procedowano wówczas m.in. ustawę likwidującą funkcjonowanie na Węgrzech amerykańskiego Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego). Ambasador Szabó twierdził, że priorytetami Amerykanów są dwa elementy współpracy: wojskowa i energetyczna. Z obydwu paradoksalnie niewiele wychodzi. W ramach programu modernizacji sił zbrojnych Węgrzy nie wybrali się na zakupy za ocean, a do Niemiec. Nie nabędą także systemu HIMARS, bowiem jego sprzedaż została zablokowana na etapie komisji w amerykańskim Senacie. Węgierskie ministerstwo obrony narodowej informowało w związku z tą sprawą, że wcale ich kupić nie zamierzało.

Szeroko rozumiany biznes na Węgrzech miewa się jednak nad wyraz dobrze. Według informacji przekazanych na ostatnim forum Węgiersko-Amerykańskiej Izby Handlowej USA pozostają drugim największym inwestorem na Węgrzech (pierwszym pozostają Niemcy). Ponad 1,7 tysiąca amerykańskich firm zatrudnia około 107 tysięcy pracowników. W ostatnich ośmiu latach rząd Węgier wsparł 103 amerykańskie inwestycje kwotą 2 miliardów dolarów. W 2022 roku obroty handlowe między państwami osiągnęły rekordową wartość, wzrastając o 16%. Z przytoczonego badania Pew Research Center wynika, że w latach 2019–2023 odsetek Węgrów uważających, że USA mają dominującą rolę ekonomiczną na świecie, wzrósł do 52% (w Polsce sięga 55%).

Dbając o swoje interesy, Amerykanie nie tolerują na Węgrzech dwóch rzeczy – uzależnienia od Rosji i prochińskiej orientacji władz. Już w kwietniu Amerykanie nałożyli sankcje na funkcjonujący w Budapeszcie rosyjski Międzynarodowy Bank Inwestycyjny. Dopiero sankcje doprowadziły do wycofania się z tej instytucji przez Węgry. Wcześniej zrobiły to Rumunia, Bułgaria, Czechy i Słowacja. Jednak bankowość nie lubi próżni, wypełnia ją China Construction Bank. W lipcu 2023 roku minister spraw zagranicznych i handlu Péter Szijjártó oraz minister rozwoju gospodarczego Márton Nagy złożyli niezależnie od siebie wizyty w Chinach, w czasie których odbyli szereg spotkań. Ich konsekwencją ma być nie tylko pogłębienie współpracy z Huawei, ale także przyciągnięcie na Węgry jeszcze więcej chińskiego kapitału. Obecnie najwięcej Pekin inwestuje na Węgrzech w produkcję ogniw do baterii stosowanych w samochodach elektrycznych. Nowym zagłębiem tego typu działalności są okolice drugiego największego miasta na Węgrzech – Debreczyna.

Kształt przyszłych amerykańsko-węgierskich relacji rozstrzygnie się w kolejnych miesiącach, po wyborach prezydenckich w USA. Jeżeli ponownie wygra Biden, Budapeszt zostanie zmuszony albo do dalszej obstrukcji, albo do porozumienia się z Waszyngtonem. Jeśli zaś wygra Trump, nad Dunajem wystrzelą korki szampana. Jest to zresztą absurdalne, bo poza wizytą w Waszyngtonie i rozmowami telefonicznymi Trump Węgrom niczego nie dał. Jedyną wymierną korzyścią dla Orbána było to, że kiedy ustępujący ze stanowiska Barack Obama przyznał wsparcie niezależnym węgierskim mediom w wartości kilkuset tysięcy dolarów, to Donald Trump ten fundusz zlikwidował.

Obecnie polityczna pozycja Węgier została poważnie nadszarpnięta nie tylko w konsekwencji podejścia Budapesztu do wojny, ale także demonstracyjnego wydłużania głosowania ustawy umożliwiającej przystąpienie najpierw Finlandii, a następnie Szwecji do NATO. W strukturach Sojuszu czy w Waszyngtonie nikt Węgier podmiotowo w tej sprawie nie traktuje. Głośnym echem odbił się gest, który miał miejsce w czasie szczytu NATO w Wilnie. Viktor Orbán był jedynym politykiem, któremu prezydent Biden podał dłoń w czasie przygotowań do wspólnego zdjęcia. Szef biura politycznego premiera Balázs Orbán (niespokrewniony z szefem rządu) stwierdził, że Biden rozpoznał go, bowiem premier Węgier jest obecny na wielu okładkach amerykańskich periodyków.

new.org.pl

Spacerując kaukaskimi ulicami, można często dostrzec wizualizacje kształtu terytorium państw odbiegające od ich aktualnego przebiegu granic. W każdym z krajów regionu istnieje starannie pielęgnowane przeświadczenie o dziejowej niesprawiedliwości, która objawia się okrojeniem współczesnego terytorium w zestawieniu z deklarowaną domeną kulturową danego narodu. A ta w warunkach kaukaskiego nacjonalizmu, wciąż często tkwiącego w ramach, gdzie naród postrzegany jest jako wspólnota odwieczna, pokrywa się z tym, jak wyobrażany jest zasięg państw narodowych. Biorąc pod uwagę historyczne uwarunkowania, ten wymarzony przebieg w oczywisty sposób musi się opierać na pozbawieniu sąsiadów ich własnych terytoriów.

W Azerbejdżanie na etykietkach win, magnesach, pamiątkach, a nawet książkach dla dzieci i emblematach umieszczonych w przestrzeni publicznej można odnaleźć wizualizację terytorium kraju, który obejmuje przestrzeń wschodniej Armenii (prowincję Tawusz, Wajoc Dzor, Sjunik oraz Gegharkunik), a czasem – całe jej terytorium. W państwie, w którym dyskurs polityczny jest zmonopolizowany przez władzę, tego rodzaju zawłaszczenia są wygodnym sposobem kreowania polityki symbolicznej. Zgodnie z bieżącymi potrzebami są one aktywizowane lub czasowo wyłączane z narracji. Niektóre odniesienia, przez podkreślanie konieczności zastosowania mechanizmów posttranzycyjnej sprawiedliwości, są stałym elementem agendy państwowej.

Przez lata w ten sposób traktowano kwestię Górskiego Karabachu. Reintegracja separatystycznego terytorium z Azerbejdżanem była podstawą dyskusji o integralności terytorialnej przez cały okres prezydentury Hejdara Alijewa oraz dominowała w pierwszym okresie rządów jego syna Ilhama. Być może od zakończenia II wojny karabachskiej, a z pewnością od końca 2022 roku, władze azerbejdżańskie uznają kwestię Górskiego Karabachu za zamkniętą, co jeszcze wyraźniej widać po 20 września 2023 roku. Narracja jest prosta: nie ma blokady Korytarza Laczyńskiego, nie ma nim spowodowanego kryzysu humanitarnego, nie ma aresztowań karabachskich Ormian pod wątpliwymi zarzutami. Jest przestrzeń do inwestycji i konieczność reintegracji terytoriów, które przez 30 lat znajdowały się pod armeńską okupacją. Jest też konieczność usunięcia separatystycznych, terrorystycznych władz, które zawłaszczyły odwiecznie Azerbejdżanowi przynależne terytorium.

Współczesna tożsamość państwowa w Azerbejdżanie jest ufundowana na militaryzacji społeczeństwa, renegocjowalnym nacjonalizmie i normalizacji przemocy. Widać to w wypowiedziach prezydenta Alijewa. Przykładowo w niedawnym wywiadzie udzielonym Euronews, azerbejdżański przywódca użył sformułowania, że wygrana wojna była celem jego życia, który udało mu się osiągnąć. W tej sytuacji autorytarna władza w znacznej mierze sankcjonuje i legitymizuje swoje trwanie przez nieustanne odniesienia do figury wroga. Ten jest jednoznacznie sprecyzowany: to Ormianin, a uniwersalizując – państwo armeńskie. Antyormiański resentyment również jest stałym elementem komunikacji azerbejdżańskiej władzy, będąc nie tylko instrumentalizacją polityczną, ale też ważną składową postsowieckiej tożsamości.

Na przełomie 2020 i 2021 roku krótko wydawało się, że budowany przez lata dyskurs o narodowej traumie, kolektywnej krzywdzie i dziejowej niesprawiedliwości znalazł wreszcie wypełnienie i upust w tryumfalizmie związanym ze zwycięstwem w II wojnie karabachskiej. Szybko jednak pojawiły się naciski władz Azerbejdżanu na realizację budowy tzw. korytarza zangezurskiego łączącego zachodnią część Azerbejdżanu z Nachiczewanem przez południową armeńską prowincję Sjunik. Rosyjska inwazja na Ukrainę i będące jej konsekwencją osłabienie Rosji w regionie pozwoliło Alijewowi na implementację agresywniejszej narracji i polityki. Ich skutkiem były napięcia graniczne z Iranem, eskalacja w Karabachu we wrześniu 2022 roku i wreszcie wprowadzona w grudniu zeszłego roku blokada górskiej enklawy, zaostrzona w czerwcu.

W takich uwarunkowaniach trudno zatem uznać, że rzeczywistą agendą Azerbejdżanu jest prowadzenie kompromisowego procesu pokojowego z Armenią i karabachskimi Ormianami oraz poszukiwanie modelu permanentnej stabilizacji w regionie z zastrzeżeniem wzajemnego respektowania terytorium. Bo jaki cel w tym przypadku miałaby mieć cała narracja o Zachodnim Azerbejdżanie? (Uwaga, ta polityczna idea jest całkowicie odrębna od prowincji Azerbejdżan Zachodni w północno-zachodnim Iranie, choć w irredentystycznej idei Całego Azerbejdżanu również ona docelowo ma się stać częścią „historycznych ziem azerbejdżańskich”).

Narracja ta skierowana do azerbejdżańskiego odbiorcy sugeruje, że Ormianie nie są jedynie okupantami na terenie Górskiego Karabachu, ale również w samej Armenii. Armeńska SRS była w jej świetle sztucznym tworem, utworzonym na gruzach carskich guberni erywańskiej i jelizawietpolskiej, która w istocie jest częścią kulturowej domeny Azerbejdżan. W konsekwencji cała polityka imperialna, a następnie sowiecka i armeńska, była oparta na dyskryminacji muzułmanów/Azerbejdżan, ostatecznie doprowadzając do sytuacji, w której Armenia jest praktycznie pozbawionym mniejszości homogenicznym państwem. Jest to oczywiście kolejna niesprawiedliwość, której doświadczyli Azerbejdżanie, której nie można tak po prostu zostawić. Kolejną misją prezydenta Alijewa staje się więc naprawienie historycznych krzywd.

To nie jest tak, że przed zachodnim odbiorcą ten dyskurs jest skrzętnie ukrywany, Wręcz przeciwnie, najważniejsze osoby definiujące i produkujące pożądane narracje regularnie podkreślają odpowiedni przekaz. Niemniej jego forma jest skonstruowana znacznie subtelniej aniżeli w propagandowych materiałach skierowanych do wewnętrznego odbiorcy oraz generowanych w celu podtrzymywania polityki straszenia przeciwnika. Również w treści nacisk jest kładziony na odmienne aspekty, celując w wartości dla Zachodu newralgiczne. W tym przypadku: uniwersalne prawa człowieka, a konkretnie prawa osób uchodźczych oraz sprawiedliwość tranzycyjną, która przynależy się każdemu pokrzywdzonemu (indywidualnie i kolektywnie) jako konsekwencja działania autorytarnego systemu politycznego (w tym przypadku sowieckiego). Te pojęcia, dla obywateli zachodu oczywiste, w przypadku ich interpretacji w przestrzeni postimperialnych peryferii, stają się wydmuszką. Nie chodzi bowiem o rzeczywistą sprawiedliwość po okresie represji, ale raczej o autowiktymizacje, która służyć ma konkretnym interesom. Oczywiście obie wersje są oparte na umiejętnej manipulacji narracjami historycznymi, statystykami demograficznymi w ramach instrumentalizacji pamięci i technologizacji dyskursu. Skąd wobec tego wzięła się idea Zachodniego Azerbejdżanu i w jaki sposób jest manifestowana?

Tereny dzisiejszych Republik Armenii i Azerbejdżanu są nieszczęśliwie ulokowane na styku interesów imperiów, stale stanowiąc przestrzeń konfliktu. Zaczynając od partyjskich i sasanidzkich potyczek z Rzymianami, przez wojny Bizancjum z Arabami, a następnie plemionami tureckimi, wreszcie po wojny persko-osmańskie oraz rosyjsko-perskie i rosyjsko-tureckie. Przetaczająca się przez Wyżynę Armeńską i Mały Kaukaz historia skutkowała powtarzalnymi zmianami demograficznymi, często implementowanymi jako polityki mające stabilizować newralgiczne pograniczne terytoria, albo też wpływać na modernizację w miejscach przesiedleń. Tak było w przypadku deportacji szacha Abbasa I na początku XVII wieku, kiedy setki tysięcy Ormian, a także Gruzinów i Czerkiesów, zostało przesiedlonych z Kaukazu do centralnego Iranu.

Podobne konsekwencje miały exodusy i przesiedlenia ludności w pierwszej połowie XIX wieku, po zajęciu dzisiejszego tzw. Kaukazu Południowego przez Cesarstwo Rosyjskie. Tysiące szyickich muzułmanów powędrowało na południe na terytoria nadal kontrolowane przez Persję, w drugą stronę migrowali chrześcijanie, głównie Ormianie. Zmieniała się także struktura administracyjna. W czasach perskich na terenie Kaukazu istniało kilkanaście chanatów, księstw i prowincji znajdujących się pod jurysdykcją lokalnych, zwykle szyickich, elit. Po traktatach w Gulistanie i Turkmenczaju, które legalizowały rosyjską aneksję Kaukazu Południowego, utworzono w pierwszej połowie XIX wieku system guberni, obwodów i okręgów. Terytoria dzisiejszej Armenii i Azerbejdżanu wchodziły w skład guberni erywańskiej (obejmującej Nachiczewan), jelizawietpolskiej (obejmującej Karabach) i bakijskiej oraz okręgu zakatalskiego (utworzonego później).

W latach 1921–1923 Biuro Kaukaskie, główna jednostka władzy bolszewickiej odpowiedzialna za sowietyzację regionu, podjęło szereg decyzji o kształcie współczesnych granic Kaukazu Południowego. Proces ten nastąpił po okresie intensywnych konfliktów o sporne terytoria regionu. Azerbejdżanie i Ormianie rościli sobie pretensje do Nachiczewanu, Górskiego Karabachu oraz Zangezuru (Sjuniku i Wajoc Dzoru). Zdecydowano, że Górski Karabach stanie się obwodem autonomicznym w ramach Azerbejdżańskiej SRS, Nachiczewan – republiką autonomiczną w jej ramach, a Sjunik i Wajoc Dzor zostaną bezpośrednio włączone do Armeńskiej SRS. Była to zmiana zasadniczo odbiegająca od kształtu granic administracyjnych w Cesarstwie Rosyjskim.

Wbrew oficjalnym deklaracjom socjalistyczne imperium nigdy sobie nie poradziło z rozwiązaniem kwestii narodowościowych. Co więcej, modernizacyjne technologie władzy – represje i przesiedlenia – szczególnie realizowane w epoce stalinowskiej – dziś są elementem konfliktów pamięci i odmiennych interpretacji historii. W czasie i po II wojnie światowej została zorganizowana deportacja dasznaków (rzekomych członków nielegalnej ormiańskiej partii Dasznakcutjun) do Azji Centralnej, która poza znamionami przesiedlenia motywowanego politycznie miała również podtekst etniczny. Od 1947 do 1950 roku przesiedlano również Azerbejdżan z Armeńskiej SRS do Azerbejdżanu. Oficjalnie przyczyną była konieczność zasiedlenia świeżo wówczas zirygowanych stepowych terenów Niziny Kurańskiej.

Rozpad ZSRS spowodował kolejne zmiany demograficzne. Od 1988 roku trwały wzajemne prześladowania, w efekcie których niemal wszyscy Azerbejdżanie opuścili Armenię, a Ormianie – Azerbejdżan. Szacuje się, że swoje miejsce zamieszkania musiało wówczas opuścić pół miliona osób. W niepodległych republikach nastąpił też swobodny rozwój dotychczas niedopuszczalnych irredentystycznych i nacjonalistycznych narracji.

W początkowym okresie istnienia niepodległego Azerbejdżanu głównym wątkiem narracyjnym, który służyć miał do konsolidowania tożsamości, był azerbejdżanizm rozumiany jako przynależność do narodu w ramach granic republiki. Ta koncepcja skonstruowana przez Hejdara Alijewa miała wówczas zminimalizować postrzegane jako szkodliwe koncepcje „powiększonego Azerbejdżanu” promowane przez Abulfaza Elczibeja, pierwszego prezydenta niepodległej republiki. Jednocześnie, w kontekście Górskiego Karabachu istotne znaczenie miało pozycjonowanie się w roli ofiary ormiańskiego nacjonalizmu.

Sytuacja zmieniła się pod koniec pierwszej dekady XXI wieku, a przybrała na sile szczególnie wraz z umacnianiem się władzy Ilhama Alijewa po 2013 roku. Koncepcja uregulowania kwestii terytorialnej integralności zaczęła wówczas być stopniowo uzupełniana o kolejne elementy narracyjne. Idea irredentystyczna nie opiera się jednak na zjednoczeniu z Azerbejdżanami irańskimi, jak za Elczibeja, ale na Republice Armenii. W azerbejdżańskim języku politycznym (ale również akademickim), pojawił się Irewan i Republika Irewanu, Zangezur oraz Göyçə (Jezioro Sewan). Ilham Alijew często podkreśla, że ziemie te są historycznie azerbejdżańskie. Początkowo taktyka była zapewne odpowiedzią na ormiański irredentyzm w Górskim Karabachu, a kwestia uchodźców z sowieckiej Armenii była intensywnie eksploatowana w narracjach produkowanych dla zachodniego odbiorcy. Jednocześnie była to karta przetargowa w negocjacjach z Armenią – odpuszczenie pretensji do Zangezuru w zamian za odpuszczenie pretensji do Karabachu. Z czasem do tej kwestii zostały dołączone kolejne aspekty. W pierwszej kolejności, narracja ta wpisuje się w szerszy kontekst militarystycznego nacjonalizmu, który jest ideowym zabezpieczeniem azerbejdżańskiego petroautorytaryzmu. Populistyczna, nacjonalistyczna narracja pozwala utrzymywać tożsamość ufundowaną na antagonizmie wobec Ormian.

W momencie zakończenia II wojny karabachskiej wydawało się, że ta instrumentalizowana narracja zostanie zmarginalizowana. Paradoksalnie, stało się zupełnie inaczej i między innymi trudności z implementacją postanowień zawieszenia broni z 9 listopada 2020 roku poskutkowały intensyfikacją eksploatacji kwestii Zachodniego Azerbejdżanu. Alijew wielokrotnie groził, że jeśli środki pokojowe nie doprowadzą do otwarcia tzw. korytarza zangezurskiego, możliwe będzie użycie siły. W lipcu 2021 roku został utworzony region ekonomiczny Wschodniego Zangezuru, a Alijew stwierdził, że jeśli jest wschodni Zangezur, to jest i zachodni, a Azerbejdżanie muszą wrócić – i wrócą – na ziemie swoich przodków.

Eskalacja konfliktu we wrześniu 2022 roku, która miała niespotykany wcześniej charakter (Azerbejdżan zaatakował terytorium Republiki Armenii, a nie Górski Karabach), być może była urzeczywistnieniem tej idei. Zaatakowane prowincje Gegharkunik (wokół jeziora Sewan), Wajoc Dzor i Sjunik w Azerbejdżanie były określane mianem „zachodniego Zangezuru”, a co bardziej zagorzali zwolennicy irredentystycznych idei nawoływali do utworzenia separatystycznej Republiki Göyçə-Zangezur na potencjalnie zajętych terenach. W grudniu 2022 roku, niemal równolegle z początkiem blokady, uroczyście został zainaugurowany program Wielki Powrót, który promuje osadnictwo Azerbejdżan na odzyskanych terytoriach. Również tam, gdzie Ormianie zawsze stanowili zdecydowaną większość, jak na przykład w Hadrucie. Zadziwiająco, to wszystko splata się z powtarzaniem zobowiązania do uznania armeńskiej integralności terytorialnej w granicach Armeńskiej SRS. Konflikt stanowi podstawę legitymizacji i stabilności azerbejdżańskiego reżimu. Po II wojnie karabachskiej został on zredefiniowany; jako że reintegracja Górskiego Karabachu jest już kwestią wewnętrzną. 24-godzinny blitzkrieg 19 i 20 września 2023 roku tylko potwierdził ten stan rzeczy. Antagonizm wobec Ormian musi zostać przeniesiony na poziom międzypaństwowy.

Biorąc pod uwagę deklaracje azerbejdżańskiego patrona – Turcji – oraz skomplikowaną rolę Iranu i Rosji na Kaukazie Południowym, trudno uważać opisane narracje za realne polityczne plany. Jednak raz zasiane ziarno nacjonalistycznego irredentyzmu, rewanżyzmu i etnicznej nienawiści bardzo ciężko usunąć. Potencjalnie więc, próbując zwiększać władzę i kontrolę, Alijew wiesza nad swoją głową miecz Damoklesa. Z drugiej strony, ufając w racjonalność decyzji i wstrzemięźliwość działań Alijewa i azerbejdżańskiego reżimu, warto pamiętać, że aktualnie w Górskim Karabachu ponad 120 tysięcy Ormian żyje w blokadzie, która powoli z kryzysu humanitarnego zaczyna się zamieniać w zbrodnię przeciwko ludzkości popełnianą na oczach świata. Nic więc nie jest całkowicie wykluczone.

new.org.pl