niedziela, 15 września 2019
Czuł, że wielka historia, która właśnie dzieje się w Polsce, przechodzi obok niego. Miał związki z opozycją, przez pewien czas działał w Komitecie Helsińskim, opublikował kilka tekstów w podziemnej prasie, ale w latach 80. nie był znanym działaczem i jego dorobek polityczny był niewielki. Był prawnikiem, ale nie miał skończonej aplikacji uprawniającej do wykonywania zawodu prawnika. Miał doktorat obroniony w 1976 roku na podstawie mało interesującej pracy o roli ciał kolegialnych w kierowaniu szkołą wyższą, ale kariera naukowa go nie pociągała, choćby dlatego, że nie znał żadnego obcego języka. Przez kilka lat był starszym bibliotekarzem w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego.
wyborcza.pl
Demokracja to ciężka praca. Społeczne "elity" czyli eksperci i osoby publiczne, które pomagają większości radzić sobie z odpowiedzialnością wynikającą z zasad samorządności, są coraz bardziej spychane na margines. W tej sytuacji obywatele okazują się być źle przygotowani, zarówno poznawczo jak i emocjonalnie, do kierowania dobrze funkcjonującą demokracją.
W konsekwencji centrum się rozpadło i miliony sfrustrowanych, nabuzowanych gniewem wyborców zwróciło się w odruchu desperacji w stronę prawicowych populistów.
Przewidywania Rosenberga? – W utrwalonych demokracjach takich jak Stany Zjednoczone, demokratyczna rządność będzie w nieunikniony sposób więdnąć, aż w końcu upadnie – mówi.
Druga połowa XX wieku była złotą erą demokracji. Według jednego z sondaży w 1945 roku na całym świecie było jedynie 12 demokracji. Pod koniec wieku już 87. Potem jednak nastąpił wielki odwrót: W drugiej dekadzie XXI wieku zwrot ku demokracji w sposób raczej nieoczekiwany i złowrogi wyhamował – i przybrał przeciwny kierunek.
Prawicowi populiści przejęli władzę lub są tego bliscy w Polsce, na Węgrzech, we Francji, Wielkiej Brytanii, Włoszech, w Brazylii i Stanach Zjednoczonych. Jak zauważył Rosenberg: – Według niektórych wyliczeń udział prawicowych populistów w podziale głosów w całej Europie wzrósł ponad trzykrotnie, z czterech procent w 1998 r. do blisko 13 procent w 2018.
W Niemczech poparcie dla prawicowych populistów rosło nawet po zakończeniu Wielkiej Recesji na początku tej dekady i po tym, gdy napływ imigrantów przybywających do kraju osłabł, dodał.
W krótkie trzy dekady po tym, gdy niektórzy wieszczyli "koniec historii", niewykluczone, że to demokracja zbliża się do końca. I to nie tylko prawicowi wichrzyciele tak mówią. (...)
Zgodnie z jego teorią w najbliższych kilku dekadach liczne duże demokracje w stylu zachodnim na całym świecie będą dalej obumierać, a te które pozostaną, staną się wydmuszkami. Zdaniem Rosenberga miejsce demokracji zajmie prawicowy populizm, oferujący wyborcom proste odpowiedzi na skomplikowane pytania.
I tu leży fundament jego argumentacji: demokracja to ciężka praca i wymaga wiele od tych, którzy w niej uczestniczą. Wymaga od ludzi by szanowali tych, którzy mają inne poglądy niż oni sami i którzy wyglądają inaczej niż oni. Zobowiązuje obywateli do sortowania wielkiej ilości informacji i oddzielania dobrego od złego, prawdy od kłamstwa. Wymaga uważności, dyscypliny i logiki.
Niestety ewolucja nie sprzyjała ćwiczeniu tych cnót w kontekście współczesnej masowej demokracji. Cytując powszechnie znane ustalenia z dziedziny psychologii, Rosenberg przypomina, że istoty ludzkie nie myślą w sposób uporządkowany. Uprzedzenia różnego rodzaju wypaczają nasze mózgi na najbardziej fundamentalnym poziomie.
Dla przykładu rasizm nieświadomie może obudzić u białych zdjęcie czarnego mężczyzny w kapturze. Odrzucamy dowody, które nie są zbieżne z naszymi celami, a jednocześnie szukamy informacji, które potwierdzałyby nasze uprzedzenia. Czasami słysząc, że nie mamy racji, tylko utwierdzamy się w naszych przekonaniach. I tak dalej i tak dalej.
Nasze mózgi, mówi Rosenberg, okazują się nieprzystosowane do współczesnej demokracji. Ludzie się po prostu do niej nie nadają.
Począwszy od Platona ludziom od dwóch tysiącleci mówi się, że demokracja nie działa. Amerykańscy Ojcowie Założyciele bali się tego tak bardzo, że pozostawili w rękach ludu niewielką tylko część rządu federalnego – resztę wykonują za nich wybrani przedstawiciele. Demokracja w Ameryce od dwóch stuleci mniej więcej funkcjonuje dzięki temu, nie wysadzając się przy tym w powietrze. (...)
Naukowiec dochodzi do wniosku, że przyczyną ostatniego sukcesu prawicowych populistów jest to, że "elity" tracą kontrolę nad instytucjami, które tradycyjnie chroniły ludzi przed ich najbardziej niedemokratycznymi impulsami.
Kiedy ludziom pozostawi się podejmowanie decyzji politycznych, w nieunikniony sposób dryfują oni w kierunku prostych rozwiązań oferowanych przez prawicowych populistów na całym świecie: śmiertelnej mieszanki ksenofobii, rasizmu i autorytaryzmu.
Te elity, tak jak definiuje je Rosenberg, to ludzie trzymający władzę na szczycie ekonomicznej, politycznej i intelektualnej piramidy, którzy mają "motywację do wspierania kultury demokratycznej i instytucje oraz władzę, by robić to skutecznie".
W swoich rolach jako senatorowie, dziennikarze, profesorowie, sędziowie i urzędnicy rządowi, by wymienić tylko kilka z nich, elity te tradycyjnie kontrolowały publiczny dyskurs i amerykańskie instytucje – i w tej roli pomagały zrozumieć społeczeństwu znaczenie demokratycznych wartości.
Dziś jednak to się zmienia. Dzięki mediom społecznościowym i nowym technologiom, każdy kto ma dostęp do internetu, może publikować bloga i promować sprawę, w którą wierzy – nawet jeżeli robi to z ukrycia i opiera się na całkowicie fałszywych przesłankach. Tak było między innymi z kłamliwym oskarżeniem, że Hillary Clinton kieruje gangiem pedofili działającym w podziemiach jednej z waszyngtońskich pizzerii.
O ile elity wcześniej mogły skutecznie demaskować spiskowe teorie i wytykać populistom ich niekonsekwencje, to dziś coraz mniej obywateli traktuje elity poważnie. (...)
W porównaniu z ostrymi wymaganiami stawianymi przez demokrację, która wymaga tolerancji dla kompromisu i różnorodności, prawicowy populizm jest jak wata cukrowa. Podczas gdy demokracja wymaga od nas akceptacji faktu, że musimy dzielić nasz kraj z ludźmi, którzy myślą i wyglądają inaczej niż my, prawicowy populizm oferuje prostą receptę. Zapomnijmy o politycznej poprawności. O ludziach należących do innych szczepów – możemy myśleć dokładnie to, co chcemy.
Prawicowi populiści nie muszą kierować się logiką. Mogą jednocześnie obwiniać imigrantów o to, że zabierają pracę Amerykanom i twierdzić, że ci sami ludzi to lenie, polujący jedynie na socjal. Wszystko, czego potrzebują zwolennicy populistów, to posiadanie wroga, którego mogliby obwinić za swoje poczucie rozczarowania.
/Zjawisko deficytu sprawczości ze strony zbiurokratyzowanych, nieruchliwych "elit", w warunkach piętrzących się wyzwań wewnętrznych i zewnętrznych; tutaj obwinia się "nieracjonalny" lud o wymuszanie owej sprawczości, a raczej poszukiwanie jej u tych, którzy obiecują coś zmienić - red./
onet.pl
onet.pl
Rząd, usiłujący chronić kraj przed rewolucyjnymi bakcylami niby zagrażającymi społeczeństwu, sam padł ofiarą znacznie groźniejszej zarazy. Wciągu pierwszych pięciu lat rewolucji francuskiej niemal wszystkie państwa Europy rozbudowały do nieznanych dotąd rozmiarów systemy zbierania informacji i nadzorowania jednostek, stworzyły lub rozszerzyły sieci informatorów, szpiegów, a nawet agents provocateurs, zachęcały do składania donosów, wykorzystywały nieuczciwą propagandę, piętnowały swoich przeciwników jako „wrogów państwa”, bezpodstawnie zarzucały im „niemoralność” i wielokrotnie próbowały wykorzystywać postępowanie sądowe do celów politycznych. Ponieważ wszystkie te metody zostały zainicjowane lub rozwinięte przez władze rewolucyjnej Francji, można powiedzieć, że zaraza zebrała większe żniwo na szczeblu rządów niż w szeregach prostych ludzi, których owe rządy tak bardzo się bały. Wirus rewolucyjnego buntu okazał się umiarkowanie zaraźliwy, ale infekcja, której objawami były kontrola państwa nad jednostką i polityzacja systemu prawnego, przyniosła poważne szkody.
Adam Zamoyski - Urojone widmo rewolucji
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)