czwartek, 5 października 2023


Litera „Z” razem z „V”, „O”, „X” i „A” na początku wojny były malowane na rosyjskich pojazdach wojskowych, by odróżnić je od ukraińskich. Z biegiem czasu szczególnie „zetka” nabrała niemal sakralnego znaczenia. Uczyniono z niej symbol rosyjskiego wysiłku wojennego i ogólnie prowojennego „patriotyzmu”.

W pewnym momencie pojawiły się takie pojęcia jak „Z-kanały na Telegramie”, „Z-muzyka”, „Z-blogerzy”. Państwowa propaganda wplatała na masową skalę łacińską literę w hasła poświęcone wojnie i do dziś jest ona obecna w rosyjskiej przestrzeni publicznej.

Jednak ostatnio na łamach rosyjskich kanałów propagandowych i to tych do niedawna określanych mianem „Z”, pojawiła się ostra krytyka symbolu. Wszystko zaczęło się od publikacji bożyszcza rosyjskiej myśli imperialnej Aleksandra Dugina, który na swoim kanale Telegramu stwierdził, że „Z” to  „zły symbol i fałszywka piarowska”, która „nic nie znaczy”.

– Walczymy pod sztandarem Zbawiciela. Pod sztandarem Władlena Tatarskiego (rosyjskiego tzw. blogera wojennego zabitego prawdopodobnie w ukraińskim zamachu – Belsat.eu). Oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego. [Rosjanie] nie umierają za Z. Giną za Ruś, za Chrystusa, za nasz naród. To właśnie musimy wszystkim powiedzieć. Czas pozbyć się otoczki „rosyjskiej korporacji”. Do historii powraca Święta Ruś, wielkie Imperium – stwierdził Dugin.

Dugin nie byłby sobą gdyby w swoją wypowiedź nie wplótł odniesień do rosyjskiej symboliki militarystycznej i imperialnej. Fragment prawosławnego Wyznania Wiary: „Oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego”, był również złowieszczym hasłem wypisanym na sztandarze rosyjskiego generała Jakowa Bakłanowa, uczestnika operacji zdławienia antyrosyjskiego powstania ludów Kaukazu w XIX w. Złowieszczym, bo na centralnej części flagi umieszczono wizerunek czaszki ze skrzyżowanymi piszczelami.

Ten akt krytyki natychmiast podchwyciły inne rosyjskie propagandowe kanały.

– Z jest tak naprawdę swastyką dla impotentów. To symbol wstydu niezwyciężonego rosyjskiego żołnierza – napisał nacjonalistyczny bloger Alex Parker Returns w Telegramie.

Administrator kanału stwierdził, że literka przypomina mu „sedes” i że większy sens miałoby już naszycie na mundur takiego symbolu.

Kanały propagandowe, które wsparły Dugina, nagle dopatrzyły się, że litery „Z” i „V” świadczą o klęsce i haniebnym stanie armii rosyjskiej, a nawet kojarzą się z inicjałami Prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego.

belsat.eu/East24.info/nashaniva.com

Konflikt między Iranem a Azerbejdżanem ma bardzo głębokie podłoże historyczno-geopolityczne. Ścierają się tu bowiem dwie wizje historii, które są całkowicie nie do pogodzenia, a które mają kolosalne znaczenie geopolityczne. Żeby to zrozumieć, trzeba się cofnąć do początków XVI w., gdy nowożytny Iran odrodził się pod rządami Ismaila I, założyciela dynastii Safawidów. Władca ten był mieszanego, kurdyjsko-turkmeńsko-bizantyjskiego pochodzenia pod względem etnicznym i posługiwał się językiem azerskim, w którym pisał również wiersze. Swoją stolicą uczynił Tebriz, miasto, które obecnie jest stolicą prowincji Azerbejdżanu Wschodniego w Iranie, a historycznie uznawane jest po prostu za stolicę Azerbejdżanu. Ponadto Ismail I uczynił szyizm religią obowiązującą, a jego głównym geopolitycznym przeciwnikiem było Imperium Osmańskie.

W tym czasie kategorie etniczno-językowe były bez znaczenia, a ciągłe wojny między Imperium Safawidów a Imperium Osmańskim toczyły się w dużej mierze na Kaukazie Południowym. Jednakże poza przejściowym opanowaniem tych terytoriów przez Osmanów na przełomie XVI i XVII w., to należały one do Iranu. W tym czasie tereny te zamieszkane były przez Ormian, ale Safawidzi postanowili ich przesiedlić w głąb swojego imperium, by ożywić handel, a na Kaukazie Płd. osiedlili ludność szyicką, by nie obawiać się o jej lojalność w czasie starć z sunnickimi Osmanami. Warto przy tym dodać, że granicą między Azerbejdżanem a Kaukazem Płd. była rzeka Araks, która dziś oddziela Iran od Nachiczewanu, Armenii i Azerbejdżanu. Sama nazwa Azerbejdżan znana była już w starożytności jako Azar Poyegan, Strażnicy Ognia. Dlatego Irańczycy twierdzą, że mieszkańcy Azerbejdżanu (tego na południe od rzeki Araks) to sturczeni Irańczycy.

Nazwa Azerbejdżan w odniesieniu do terenów na północ od rzeki Araks pojawiła się dopiero w końcu XIX w. pod wpływem ruchu młodotureckiego i związanego z nim projektu pantureckiego (zjednoczenia wszystkich ziem zamieszkanych przez ludność tureckojęzyczną).

Stanowiło to przeorientowanie geopolityczne z kryterium religijnego na etniczne, tym samym czyniąc z szyicko-tureckojęzycznej ludności Kaukazu Płd. sojuszników młodotureckich nacjonalistów. W tym czasie Kaukaz Płd. nie należał już do Iranu, lecz do Rosji, do której ziemie te zostały dołączone w wyniku wojen persko-rosyjskich zakończonych traktatami w Gulistanie (1813) i Turkmenczaju (1828).

W XIX-wiecznych spisach nie występują Azerowie lub Azerbejdżanie, lecz Tatarzy kaukascy lub po prostu muzułmanie. Przyjęcie nazwy Azerbejdżan miało jednak stanowić podstawę do roszczeń terytorialnych Wielkiej Turcji (rozciągającej się od mołdawskiej Gagauzji po chiński Turkiestan Wschodni), wobec Iranu i jego Azerbejdżanu.

Państwo takie jednak nie powstało, a w wyniku turecko-sowieckiego traktatu z 1920 r. Kaukaz Płd. znalazł się w granicach tworzonego państwa sowieckiego. Bolszewicka Rosja utrzymała jednak panturkijskie nazewnictwo wobec republiki ze stolicą w Baku, by również szachować Iran pretensjami terytorialnymi. Po wojnie koalicji sowiecko-brytyjskiej z Iranem w 1941 r. ZSRR powołał w listopadzie 1945 r. marionetkowe państwo o nazwie Autonomiczna Republika Azerbejdżanu ze stolicą w Tebrizie, które przetrwało rok. Gdy ZSRR rozpadł się, potencjał pretensji terytorialnych przeszedł na nową Republikę Azerbejdżanu. Wkrótce panturkiści przyjęli nowe nazewnictwo: Azerbejdżan Wschodni (Baku), Zachodni (Karabach, Sjunik, Erewań i Nachiczewan) oraz Południowy (Tebriz). Wskazywało to na rozmach pretensji terytorialnych Baku. Azerbejdżan przyjął przy tym pseudohistoryczną narrację o rzekomym rozdzieleniu Azerbejdżanu, którą w ostatnich miesiącach tamtejszy prezydent Ilham Alijew coraz częściej przywołuje.

nlad.pl

Flota Czarnomorska nie może otrzymać posiłków — Turcja kontroluje cieśninę Bosfor i nie zezwala na przepływanie przez nią okrętów wojennych — musi więc zadowolić się siłami, które już posiada, opracowując sposoby przechwytywania możliwej przyszłej floty ukraińskich dronów podwodnych.

Oznacza to, że do dyspozycji ma helikoptery Kamow Ka-27 wyposażone w sonar, a także 181. flotyllę zwalczania okrętów podwodnych. Dywizja ta nadzoruje cztery okręty projektu 22160 i trzy korwety zwalczania okrętów podwodnych Grisza-III.

Nowsze, 1700-tonowe okręty projektu 22160 są najwyraźniej pozbawione sonarów: ich zadaniem jest osłanianie starszych, tysiąctonowych Grisza-III, które są wyposażone w dwa sonary: jeden zamontowany pod dziobem i drugi, klasyczny, który okręt opuszcza pionowo na długim kablu.

Okręty Grisza-III mają około 40 lat, więc warto zastanowić się nad ich stanem. Ale w swoich czasach były "potężnymi małymi środkami bojowymi", według słynnego analityka marynarki wojennej Normana Polmara, piszącego w Proceedings - profesjonalnym czasopiśmie Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych - w 1976 r.

Jeśli Flota Czarnomorska może rozmieścić swoje helikoptery Kamow i Grisze-III w sposób, w jaki robiła to radziecka marynarka wojenna, być może będzie w stanie znaleźć i zatopić ukraińskie okręty podwodne, zanim te wślizgną się na kotwicowisko floty.

Radziecka taktyka zwalczania okrętów podwodnych na płytkich wodach była dość wyrafinowana, jak wyjaśnił konsultant morski Troy Bentz w wydaniu Proceedings z 2010 r. "Sowieci polegali na aktywnym sonarze jako preferowanej metodzie wykrywania w wodach przybrzeżnych" - napisał Bentz. "Nauczyli się, że zanurzanie sonaru — opuszczanie przetwornika sonaru do wody z helikoptera — na szybkich platformach było bardzo cenne".

"Wykorzystanie dwóch lub trzech platform w systemie było najbardziej efektywne taktycznie" - kontynuuje Bentz. "Sowieci stosowali sonar zanurzeniowy nie tylko na śmigłowcach, ale także na korwetach ZOP klasy Grisza". Dowolna mieszanka dwóch lub trzech Kamowów albo Grisz byłaby wystarczająca. Korwety i śmigłowce współpracowały ze sobą, stosując taktykę "żabiego skoku", wyjaśnił Bentz. "Jeden okręt dryfował, aktywnie próbkując zanurzającym się sonarem, podczas gdy inny pędził naprzód do obliczonej pozycji".

W ten sposób pary helikopterów lub korwet mogłyby przeciągnąć swego rodzaju łańcuch sonarowy przez kluczowe wąskie gardło — na przykład ujście zatoki.

Wadą tej taktyki było to, że Kamow lub Grisza unosiły się lub pracowały na biegu jałowym podczas zanurzania sonaru. Każdy zanurzający się sonar stanowił stacjonarną przeszkodę, którą ostrożny dowódca okrętu podwodnego mógł ominąć.

Sowieci przewidzieli ten problem. Sonar dziobowy Griszy skanuje w sposób ciągły w trakcie ruchu okrętu. W wystarczająco dużej sowieckiej flotylli zwalczania okrętów podwodnych niektóre z korwet mogły przemieszczać się, gdy inne zanurzały sonar.

Z kolei wadą tej taktyki jest to, że sonar dziobowy zazwyczaj ma za sobą głuchy kąt, w którym znajdują się śruby statku. W 1977 r. okręt podwodny Królewskiej Marynarki Wojennej HMS Swiftsure wykorzystał ten głuchy punkt na rufie, aby przeniknąć do radzieckiej grupy bojowej i spędzić godziny pod nowym wówczas lotniskowcem Kijów. Rezultatem była wywiadowcza żyła złota.

Wszystko to oznacza, że Sowieci dysponowali metodą prowadzenia wojny przeciw okrętom podwodnym w pobliżu brzegu, która była skuteczna... ale nie doskonała. Jeśli Rosjanie będą w stanie powielić tę taktykę, być może przechwycą przyszłe ataki ukraińskich okrętów podwodnych.

Z naciskiem na "być może".

onet.pl/forbes.com