W pierwszym rzędzie: Elon Musk (SpaceX, Tesla, X), Mark Zuckerberg (Facebook, Instagram), Sundar Pichai (Google, YouTube) i Jeff Bezos (Amazon). Z tyłu, w dalszych rzędach, widać głowy przyszłych kluczowych urzędników państwowych. Pete Hegseth, który ma kierować Pentagonem, czy Robert F. Kennedy Jr., przyszły szef departamentu zdrowia, musieli się zadowolić pośledniejszymi miejscami.
(...)
Zacznijmy od najbardziej oczywistej postaci, bo akurat Musk reflektorów nie unika. Oficjalnie poparł Trumpa w lipcu, jesienią brykał już po scenie na jego wiecach, wymyślił frakcję "Dark MAGA" w ramach ruchu skupionego wokół Trumpa, przesiadywał w Mar-a-Lago. W nowej administracji dostał stworzony specjalnie dla niego "departament" ds. cięcia kosztów publicznych.
(...)
W 2016 r. Bezos martwił się na głos, że Trump jest zagrożeniem dla demokracji. Trzy lata później, w czasie jego kadencji, Amazon ogłosił, że to ze względu na naciski prezydenta firma nie otrzymała od Pentagonu wielomiliardowego kontraktu rządowego. Według formalnego protestu, który firma skierowała do sądu, Trump wielokrotnie atakował ją i publicznie, i zakulisowo, a Bezosa - jako właściciela gazety Washington Post - postrzegał jako politycznego wroga. Dziś amerykański rząd jest kluczowym klientem Amazon Web Services, czyli jednostki zależnej Amazona, która zajmuje się udostępnianiem platformy chmurowej i hostingu internetowego. W 2021 r. AWS wygrał przetarg Narodowej Agencji Bezpieczeństwa - w ramach kontraktu "Wild and Stormy" ma dostarczać jej usługi chmurowe przez 10 lat za 10 mld dolarów.
A Jeff Bezos ma do Trumpa znacząco inne podejście niż przed laty. W 2024 r. dział opinii Washington Post chciał opublikować tekst udzielający poparcia Kamali Harris (takie oficjalne wskazanie preferowanego kandydata to stary, uznany zwyczaj wśród amerykańskich tytułów prasowych). Bezos - według doniesień etatowych dziennikarzy Washington Post - tekst zablokował. Ostatecznie gazeta nie udzieliła poparcia nikomu. Kiedy Trump wygrał wybory, Bezos pojechał na audiencję do jego domu w Mar-a-Lago. Przeznaczył, podobnie jak kilku innych prezesów, milion dolarów na fundusz na uroczystą inaugurację Trumpa. A w styczniu tego roku Amazon ogłosił, że ma w planach wypuścić dokument o Melanii Trump, który wyprodukuje sama pierwsza dama. Firma miała zapłacić za to 40 mln dolarów.
"Ostatnie wybory to swego rodzaju punkt zwrotny" - stwierdził otwarcie Mark Zuckerberg w swoim styczniowym wideo o tym, jak zmienia zasady gry na Facebooku i Instagramie. W skrócie chodzi o zlikwidowanie fact-checkingu i wprowadzenie specyficznie, po Muskowemu rozumianej wolności słowa (na portalach Zuckerberga będzie można teraz swobodnie napisać, że imigranci kradną, geje to świry, a Żydzi są bardziej pazerni niż chrześcijanie). Jak stwierdził, tego wymaga duch czasów, bo obecne zasady moderacji są "odklejone od dyskursu głównego nurtu". Zuckerberg najpewniej nie wprowadza zmian z bólem serca - w przeszłości zasady moderacji treści na Facebooku ulegały zaostrzeniu nie dlatego, że on sam tak sobie wymyślił, tylko pod presją poprzednich ekip rządzących. Co Meta chce osiągnąć teraz? Proste: większą ekspansję i większe zyski. Deklaracje Zuckerberga ze styczniowego wideo nie pozostawił zbyt wiele pola do domysłów. Sam świetnie się przedstawił przed milionami Amerykanów:
"Będziemy współpracować z prezydentem Trumpem, żeby przeciwstawić się rządom na całym świecie. Ścigają one amerykańskie firmy i naciskają na większą cenzurę. USA ma najsilniejszą konstytucyjną ochronę wolności słowa na świecie. [Tymczasem] w Europie stale rośnie liczba ustaw, które instytucjonalizują cenzurę i utrudniają tworzenie jakichkolwiek innowacji. Kraje Ameryki Łacińskiej mają tajne sądy, które mogą nakazać firmom usuwać treści po cichu. Chiny nawet nie dopuściły naszych aplikacji do działania w swoim kraju. Możemy stawić czoła temu globalnemu trendowi tylko dzięki wsparciu amerykańskiego rządu".
(...)
Pichai - prezes spółki Alphabet (Google, YouTube) - na zaprzysiężeniu siedział w pierwszym rzędzie i, podobnie jak Bezos czy Zuckerberg, przekazał milion na fundusz inauguracyjny Trumpa. Google Cloud też ma rządowe kontrakty -przede wszystkim z Departamentem Obrony, ale także z cywilnymi agencjami federalnymi.
(...)
Prezes OpenAI (ChatGPT) /Sam Altman - red/ też należał do tych, którzy wpłacili milion dolarów na fundusz inauguracyjny Trumpa. I w tym momencie warto wspomnieć, że tego rodzaju hojne dary wywołały reakcję po demokratycznej stronie sceny politycznej. Do Altmana przyszedł list od senatorki Elizabeth Warren i senatora Michaela Bennetta, w którym napisali, że szef OpenAI ma w przymilaniu się do Trumpa "jasny i bezpośredni interes". Altman skomentował, że to śmieszne - i że nikt mu takich listów nie wysyłał, kiedy przekazywał darowizny demokratom. Przedtem, w grudniu, mówił w telewizji Fox News, że z przyjemnością wesprze wysiłki Trumpa służące "wprowadzeniu naszego kraju w erę AI".
Już wiemy: ta przyjemność Altmana nie ominie. 22 stycznia Trump ogłosił, że w ramach nowego programu Stargate firmy Oracle, SoftBank i właśnie OpenAI będą rozwijać w Stanach infrastrukturę związaną z rozwojem sztucznej inteligencji. Potężna inwestycja ma w ciągu czterech lat pochłonąć nawet 500 mld dolarów. "Uważam, że z innym prezydentem nie byłoby to możliwe. Jesteśmy podekscytowani, że możemy to zrobić" - powiedział Altman. Ta ekscytacja jest zrozumiała, bo OpenAI ostatnio cienko przędzie. Jesienią firma przewidywała, że za rok 2024 odnotuje straty w wysokości 5 mld dolarów przy przychodach wynoszących ok. 3,7 mld. Co może najweselsze - OpenAI traci, nie zarabia, nawet na subskrypcjach premium Chata GPT. Plan ChatGPT Pro kosztuje dużo, 200 dolarów miesięcznie, ale ludzie korzystają z niego intensywniej niż zakładał prezes. Jak z rozbrajającą szczerością przyznał Altman w odpowiedzi na twitterowy komentarz: "Sam wybrałem cenę, myślałem, że na tym zarobimy".
(...)
A to już mniej znany pan. /Marc - red/ Andreessen nie jest prezesem żadnej spółki, z której produktów korzystacie na co dzień. W latach 90. był współtwórcą przeglądarek Mosaic i Netscape, potem został członkiem zarządu Facebooka. Dziś zajmuje się inwestycjami w start-upy technologiczne - na przestrzeni lat wyczuł sukces takich produktów jak Airbnb, Instagram, Pinterest czy Slack. Politycznie jest zaangażowany od lat, tyle że zwykle sponsorował kampanie demokratów - od Billa Clintona w 1996 r. po Hillary Clinton dwadzieścia lat później. Ale w ubiegłym roku Andreessen ogłosił, że tym razem poprze Trumpa. Na jego kampanię wpłacił przynajmniej 4,5 mln dolarów, przekazał też darowizny Partii Republikańskiej w kilku stanach. Po zwycięstwie Trumpa stwierdził, że co dzień budzi się szczęśliwszy niż wczoraj.
Część tych szczęśliwych poranków miała najwyraźniej miejsce w samym Mar-a-Lago. W grudniu w podcaście "Honesty" Andreessen powiedział, że spędza w rezydencji Trumpa "połowę czasu", doradzając prezydentowi-elektowi w takich tematach jak "technologia, biznes, ekonomia, zdrowie i sukces państwa". W tym kontekście dociekliwych może zainteresować fakt, że firma Andreessena prowadzi fundusz American Dynamism inwestujący w "firmy wspierające interes narodowy" w sektorach takich jak obronność, lotnictwo czy przemysł. W portfolio American Dynamism są m.in. firmy zajmujące się wykorzystaniem technologii w zbrojeniówce - Anduril, Shield AI czy… SpaceX Elona Muska. Wykorzystanie AI dla celów militarnych to w ogóle konik Andreessena, który twierdzi, że USA musi prowadzić pod tym względem wyścig zbrojeń z Chinami, a ten, kto go wygra, będzie rządzić światem.
(...)
Praktycznie wszyscy panowie powyżej w przeszłości byli kojarzeni raczej z progresywnymi czy liberalnymi poglądami. Musk popierał Obamę i Bidena, Bezosa martwił wpływ Trumpa na stan państwa, Andreessen przez dwie dekady wspierał kolejnych kandydatów Partii Demokratycznej na prezydenta. No to uwaga, z Peterem Thielem jest inaczej. Thiel - miliarder, inwestor w branżę tech, pierwszy zewnętrzny inwestor w Facebooka, mentor Marka Zuckerberga - od zawsze był w prawicowej awangardzie.
Mówi o sobie "konserwatywny libertarianin". Z ciekawszych publikacji: w eseju z 2009 r. Thiel pisał "nie wierzę już, że wolność i demokracja idą w parze" (a to wszystko przez kobiety oraz beneficjentów świadczeń społecznych). W 2016 r. wsparł Trumpa finansowo, w tej kampanii - jak mówił - tego nie zrobił. Ale udało mu się coś innego: dał światu J.D. Vance'a. Obecny wiceprezydent trafił na wykład Thiela, kiedy studiował prawo na Yale. Mówił potem o tamtym spotkaniu, że była to najważniejsza rzecz, jaka spotkała go na uniwersytecie. W 2017 r. Thiel zatrudnił Vance'a w swojej firmie inwestycyjnej, a następnie otoczył opieką jego pączkującą karierę polityczną. Przeznaczył (zainwestował?) 15 mln dolarów na jego kampanię do Senatu. I to on przyprowadził dzisiejszego wiceprezydenta na jego pierwsze w życiu spotkanie z Donaldem Trumpem. Nie ma J.D. Vance'a bez Petera Thiela.
gazeta.pl