piątek, 24 stycznia 2025



W pierwszym rzędzie: Elon Musk (SpaceX, Tesla, X), Mark Zuckerberg (Facebook, Instagram), Sundar Pichai (Google, YouTube) i Jeff Bezos (Amazon). Z tyłu, w dalszych rzędach, widać głowy przyszłych kluczowych urzędników państwowych. Pete Hegseth, który ma kierować Pentagonem, czy Robert F. Kennedy Jr., przyszły szef departamentu zdrowia, musieli się zadowolić pośledniejszymi miejscami. 

(...)

Zacznijmy od najbardziej oczywistej postaci, bo akurat Musk reflektorów nie unika. Oficjalnie poparł Trumpa w lipcu, jesienią brykał już po scenie na jego wiecach, wymyślił frakcję "Dark MAGA" w ramach ruchu skupionego wokół Trumpa, przesiadywał w Mar-a-Lago. W nowej administracji dostał stworzony specjalnie dla niego "departament" ds. cięcia kosztów publicznych. 

(...)

W 2016 r. Bezos martwił się na głos, że Trump jest zagrożeniem dla demokracji. Trzy lata później, w czasie jego kadencji, Amazon ogłosił, że to ze względu na naciski prezydenta firma nie otrzymała od Pentagonu wielomiliardowego kontraktu rządowego. Według formalnego protestu, który firma skierowała do sądu, Trump wielokrotnie atakował ją i publicznie, i zakulisowo, a Bezosa - jako właściciela gazety Washington Post - postrzegał jako politycznego wroga. Dziś amerykański rząd jest kluczowym klientem Amazon Web Services, czyli jednostki zależnej Amazona, która zajmuje się udostępnianiem platformy chmurowej i hostingu internetowego. W 2021 r. AWS wygrał przetarg Narodowej Agencji Bezpieczeństwa - w ramach kontraktu "Wild and Stormy" ma dostarczać jej usługi chmurowe przez 10 lat za 10 mld dolarów.

A Jeff Bezos ma do Trumpa znacząco inne podejście niż przed laty. W 2024 r. dział opinii Washington Post chciał opublikować tekst udzielający poparcia Kamali Harris (takie oficjalne wskazanie preferowanego kandydata to stary, uznany zwyczaj wśród amerykańskich tytułów prasowych). Bezos - według doniesień etatowych dziennikarzy Washington Post - tekst zablokował. Ostatecznie gazeta nie udzieliła poparcia nikomu. Kiedy Trump wygrał wybory, Bezos pojechał na audiencję do jego domu w Mar-a-Lago. Przeznaczył, podobnie jak kilku innych prezesów, milion dolarów na fundusz na uroczystą inaugurację Trumpa. A w styczniu tego roku Amazon ogłosił, że ma w planach wypuścić dokument o Melanii Trump, który wyprodukuje sama pierwsza dama. Firma miała zapłacić za to 40 mln dolarów.

"Ostatnie wybory to swego rodzaju punkt zwrotny" - stwierdził otwarcie Mark Zuckerberg w swoim styczniowym wideo o tym, jak zmienia zasady gry na Facebooku i Instagramie. W skrócie chodzi o zlikwidowanie fact-checkingu i wprowadzenie specyficznie, po Muskowemu rozumianej wolności słowa (na portalach Zuckerberga będzie można teraz swobodnie napisać, że imigranci kradną, geje to świry, a Żydzi są bardziej pazerni niż chrześcijanie). Jak stwierdził, tego wymaga duch czasów, bo obecne zasady moderacji są "odklejone od dyskursu głównego nurtu". Zuckerberg najpewniej nie wprowadza zmian z bólem serca - w przeszłości zasady moderacji treści na Facebooku ulegały zaostrzeniu nie dlatego, że on sam tak sobie wymyślił, tylko pod presją poprzednich ekip rządzących. Co Meta chce osiągnąć teraz? Proste: większą ekspansję i większe zyski. Deklaracje Zuckerberga ze styczniowego wideo nie pozostawił zbyt wiele pola do domysłów. Sam świetnie się przedstawił przed milionami Amerykanów:

"Będziemy współpracować z prezydentem Trumpem, żeby przeciwstawić się rządom na całym świecie. Ścigają one amerykańskie firmy i naciskają na większą cenzurę. USA ma najsilniejszą konstytucyjną ochronę wolności słowa na świecie. [Tymczasem] w Europie stale rośnie liczba ustaw, które instytucjonalizują cenzurę i utrudniają tworzenie jakichkolwiek innowacji. Kraje Ameryki Łacińskiej mają tajne sądy, które mogą nakazać firmom usuwać treści po cichu. Chiny nawet nie dopuściły naszych aplikacji do działania w swoim kraju. Możemy stawić czoła temu globalnemu trendowi tylko dzięki wsparciu amerykańskiego rządu".

(...)

Pichai - prezes spółki Alphabet (Google, YouTube) - na zaprzysiężeniu siedział w pierwszym rzędzie i, podobnie jak Bezos czy Zuckerberg, przekazał milion na fundusz inauguracyjny Trumpa. Google Cloud też ma rządowe kontrakty -przede wszystkim z Departamentem Obrony, ale także z cywilnymi agencjami federalnymi. 

(...)

Prezes OpenAI (ChatGPT) /Sam Altman - red/ też należał do tych, którzy wpłacili milion dolarów na fundusz inauguracyjny Trumpa. I w tym momencie warto wspomnieć, że tego rodzaju hojne dary wywołały reakcję po demokratycznej stronie sceny politycznej. Do Altmana przyszedł list od senatorki Elizabeth Warren i senatora Michaela Bennetta, w którym napisali, że szef OpenAI ma w przymilaniu się do Trumpa "jasny i bezpośredni interes". Altman skomentował, że to śmieszne - i że nikt mu takich listów nie wysyłał, kiedy przekazywał darowizny demokratom. Przedtem, w grudniu, mówił w telewizji Fox News, że z przyjemnością wesprze wysiłki Trumpa służące "wprowadzeniu naszego kraju w erę AI". 

Już wiemy: ta przyjemność Altmana nie ominie. 22 stycznia Trump ogłosił, że w ramach nowego programu Stargate firmy Oracle, SoftBank i właśnie OpenAI będą rozwijać w Stanach infrastrukturę związaną z rozwojem sztucznej inteligencji. Potężna inwestycja ma w ciągu czterech lat pochłonąć nawet 500 mld dolarów. "Uważam, że z innym prezydentem nie byłoby to możliwe. Jesteśmy podekscytowani, że możemy to zrobić" - powiedział Altman. Ta ekscytacja jest zrozumiała, bo OpenAI ostatnio cienko przędzie. Jesienią firma przewidywała, że za rok 2024 odnotuje straty w wysokości 5 mld dolarów przy przychodach wynoszących ok. 3,7 mld. Co może najweselsze - OpenAI traci, nie zarabia, nawet na subskrypcjach premium Chata GPT. Plan ChatGPT Pro kosztuje dużo, 200 dolarów miesięcznie, ale ludzie korzystają z niego intensywniej niż zakładał prezes. Jak z rozbrajającą szczerością przyznał Altman w odpowiedzi na twitterowy komentarz: "Sam wybrałem cenę, myślałem, że na tym zarobimy". 

(...)

A to już mniej znany pan. /Marc - red/ Andreessen nie jest prezesem żadnej spółki, z której produktów korzystacie na co dzień. W latach 90. był współtwórcą przeglądarek Mosaic i Netscape, potem został członkiem zarządu Facebooka. Dziś zajmuje się inwestycjami w start-upy technologiczne - na przestrzeni lat wyczuł sukces takich produktów jak Airbnb, Instagram, Pinterest czy Slack. Politycznie jest zaangażowany od lat, tyle że zwykle sponsorował kampanie demokratów - od Billa Clintona w 1996 r. po Hillary Clinton dwadzieścia lat później. Ale w ubiegłym roku Andreessen ogłosił, że tym razem poprze Trumpa. Na jego kampanię wpłacił przynajmniej 4,5 mln dolarów, przekazał też darowizny Partii Republikańskiej w kilku stanach. Po zwycięstwie Trumpa stwierdził, że co dzień budzi się szczęśliwszy niż wczoraj.

Część tych szczęśliwych poranków miała najwyraźniej miejsce w samym Mar-a-Lago. W grudniu w podcaście "Honesty" Andreessen powiedział, że spędza w rezydencji Trumpa "połowę czasu", doradzając prezydentowi-elektowi w takich tematach jak "technologia, biznes, ekonomia, zdrowie i sukces państwa". W tym kontekście dociekliwych może zainteresować fakt, że firma Andreessena prowadzi fundusz American Dynamism inwestujący w "firmy wspierające interes narodowy" w sektorach takich jak obronność, lotnictwo czy przemysł. W portfolio American Dynamism są m.in. firmy zajmujące się wykorzystaniem technologii w zbrojeniówce - Anduril, Shield AI czy… SpaceX Elona Muska. Wykorzystanie AI dla celów militarnych to w ogóle konik Andreessena, który twierdzi, że USA musi prowadzić pod tym względem wyścig zbrojeń z Chinami, a ten, kto go wygra, będzie rządzić światem. 

(...)

Praktycznie wszyscy panowie powyżej w przeszłości byli kojarzeni raczej z progresywnymi czy liberalnymi poglądami. Musk popierał Obamę i Bidena, Bezosa martwił wpływ Trumpa na stan państwa, Andreessen przez dwie dekady wspierał kolejnych kandydatów Partii Demokratycznej na prezydenta. No to uwaga, z Peterem Thielem jest inaczej. Thiel - miliarder, inwestor w branżę tech, pierwszy zewnętrzny inwestor w Facebooka, mentor Marka Zuckerberga - od zawsze był w prawicowej awangardzie.

Mówi o sobie "konserwatywny libertarianin". Z ciekawszych publikacji: w eseju z 2009 r. Thiel pisał "nie wierzę już, że wolność i demokracja idą w parze" (a to wszystko przez kobiety oraz beneficjentów świadczeń społecznych). W 2016 r. wsparł Trumpa finansowo, w tej kampanii - jak mówił - tego nie zrobił. Ale udało mu się coś innego: dał światu J.D. Vance'a. Obecny wiceprezydent trafił na wykład Thiela, kiedy studiował prawo na Yale. Mówił potem o tamtym spotkaniu, że była to najważniejsza rzecz, jaka spotkała go na uniwersytecie. W 2017 r. Thiel zatrudnił Vance'a w swojej firmie inwestycyjnej, a następnie otoczył opieką jego pączkującą karierę polityczną. Przeznaczył (zainwestował?) 15 mln dolarów na jego kampanię do Senatu. I to on przyprowadził dzisiejszego wiceprezydenta na jego pierwsze w życiu spotkanie z Donaldem Trumpem. Nie ma J.D. Vance'a bez Petera Thiela.

gazeta.pl


- Innych rzeczy niż na uniwersytecie?

W Stanach uniwersytety są lewicowe od początku XX wieku, ta lewicowość czasem była przygaszona, czasem się rozpalała, a dziś wręcz płonie. Ekstremiści uważają, że Trump to zło wcielone i Hitler do kwadratu, nie potrafią przyjąć czegokolwiek innego do wiadomości. Wraz z polaryzacją amerykańskiego społeczeństwa uniwersytety przesuwają się jeszcze bardziej na lewo i musisz się określić: jesteś z nami, czy z nimi? Jacek Kaczmarski śpiewał: "Kto sam, ten nasz najgorszy wróg". Zachowanie niezależnego osądu w tych warunkach wymaga dużego talentu dyplomatycznego, żeby cię nie skreślili. Większość intelektualistów na brzmienie nazwiska Trump dostaje histerii, traci rozsądek i jakiekolwiek hamulce, co oczywiście tylko ułatwia Trumpowi robotę, bo na histerii elit ciuła dodatkowe punkty.

- Dlaczego intelektualiści reagują na Trumpa histerią?

Bo Trump zagraża ich pozycji. Lepiej wyczuwa nastroje społeczne, co jest paradoksalne i wydaje się niezrozumiałe, no bo jak człowiek żyjący w złotym wieżowcu może lepiej wyczuwać zwykłych ludzi? Okazuje się, że tak właśnie jest. On te nastroje potrafi nie tylko wyczuć, ale też wykorzystać na swoją korzyść, co w polityce jest cenną umiejętnością. I to rozsierdza lewicę, ponieważ to ona na sztandarach nosi hasła o rozumieniu zwykłego człowieku, a coraz słabiej go rozumie.

Partia Demokratyczna zapomniała o fundamencie, na którym Ameryka została zbudowana, czyli o "suwerenności ludowej". Jest to pojęcie historyczne i politologiczne. Chodzi między innymi o to, że amerykańskie stany mogą same decydować, co się w nich dzieje. Ta suwerenności oznacza również, że mam prawo decydować, do jakiej toalety będę wchodzić, albo ile coca-coli wypić w Burger Kingu. Kiedy burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg postanowił zablokować sprzedaż słodzonych napojów gazowanych w kubkach XXL, musiał przeprowadzić referendum stanowe. I przegrał je z hukiem.

- Niemal 60 procent mieszkańców Nowego Jorku ma nadwagę. W szkołach publicznych to problem 40 procent dzieci.

Nie neguję tego. I nie oceniam takich zakazów. Natomiast jako historyk USA próbuję panu opowiedzieć, jakie są mentalne podstawy Ameryki. "Nikt mi nie będzie mówić, ile mam się napić coli". To jeden z fundamentów. Jeśli jako polityk chcesz mieć kontakt z bazą, nie możesz od tego uciec.

- I to jest główny błąd demokratów? Zakazy, jak ten z colą?

Partia Demokratyczna zajmowała się wielkością kubków w McDonald’s i nie zauważyła, że w tym samym czasie jej tradycyjny elektorat przestaje istnieć. To jest ten główny błąd.

Wraz z końcem zimnej wojny Ameryka wpadła w ekstazę i samozachwyt, doszła do wniosku, że skoro pokonała komunizm, to system amerykański jest idealny, problemy amerykańskiej klasy robotniczej zostały rozwiązane, teraz musimy rozwiązać problemy innych. I mimo że przez kraj przetaczała się dezindustrializacja, to Partia Demokratyczna nie broniła środowiska, z którego wyrosła. Powiedziała: "No dobra, radźcie sobie sami, myśmy wam już pomogli, a teraz są inne grupy, które oczekują naszej pomocy". Zaczęło narastać poczucie krzywdy. No bo jak to? Głosowaliśmy na demokratów lojalnie przez 40 lat, a jak znika przemysł i wraz z nim nasze stabilne miejsca pracy, to oni nie mają nam nic do zaoferowania, poza formułkami o "nieuniknionych procesach globalizacji"? Zaczął narastać gniew, który w końcu przepchnął tradycyjny elektorat demokratów w stronę republikanów. To jest rzecz, której Parta Demokratyczna niemal w ogóle nie chce przyjąć do wiadomości. Plecie coś o rasistach, mizoginach, a to nie rasizm jest sprężyną napędzającą trumpizm.

- A co?

O Partii Demokratycznej mówiono, że to jest "big tent", czyli wielki namiot. Ma to biblijne konotacje, a chodziło o namiot spotkań, gdzie wszyscy są równi. Kiedy demokraci zapomnieli o swoich tradycyjnych wyborcach i przerzucili się na wyszukiwanie kolejnych różnorodności, okazało się, że w środku tego wielkiego namiotu stoją mniejsze namiociki, którym Partia Demokratyczna chce rozwiązać jakiś problem. Stoją osobno, często skłócone, elektorat demokratów, choć w sumie wciąż duży, stał się bardzo sfragmentaryzowany, skonfliktowany, miał bardzo różne interesy i nie czuł wspólnoty losu. Demokraci lubią oskarżać o tworzenie podziałów prawicę, ale sami - poprzez politykę tożsamości, indywidualizmu, wyszukiwanie kolejnych małych grup skonfliktowanych z innymi, gdzie każdy jest zajęty wyłącznie swoją krzywdą, też zapracowali na dzisiejszą amerykańską polaryzację i brak spójności społecznej. Amerykanie nie mają ze sobą już niemal nic wspólnego. Efektem jest Trump, niezawodowy polityk, który wygrał z zawodowcami.

Amerykańskie społeczeństwo potrzebuje bodźców, lubi zmiany, ale musi mieć z tych zmian wyraźną korzyść. Jeśli zmiana nie przynosi obywatelowi korzyści, to Amerykanie czegoś takiego nie szanują. Podam przykład. Uniwersytet Nowojorski, gdzie byłem na stypendium w 2018 roku, wprowadził nowy podział toalet. Po lewej męskie, po prawej damskie, a na środku takie, które nazywały się "all-gender restrooms". I jakoś niemal wszyscy wiedzieli, gdzie iść: na prawo, albo na lewo. A te środkowe stały niemal puste. Partia Demokratyczna zaczęła rozwiązywać problemy wąskiej grupy ludzi, w tym samym czasie nic nie oferowała 30 tysiącom pracowników huty Lackawanna nieopodal Buffalo, którzy zostali zwolnieni.

(...)

"Trump przekierował gniew dawnej klasy robotniczej na imigrantów. Tak samo Hitler przekierował gniew społeczny na Żydów" - czytam.

Ta analogia jest pozorna. Ameryka zawsze była państwem imigrantów, ale wybierała sobie tych, których mogła zamerykanizować. Przyjeżdżał biedny chłop z Polesia, po miesiącu umiał obsłużyć śmieciarkę, za 10 lat zakładał firmę, która sprząta ulice. Imigracja nie polegała na tym, że wpuszczamy wszystkich. Główne założenie było takie, że ci ludzie staną się AMERYKANAMI. A teraz się nie stają, co jest odbierane jako zagrożenie i pojawia się lęk społeczny.

Dlaczego się nie stają Amerykanami?

Bo na przykład jest ich bardzo dużo, wytworzyli swoje środowiska, w których nie muszą się uczyć języka, a państwo powiedziało: "No dobra, to będziecie mieć lekcje po hiszpańsku". Przez większą część XX wieku uważano, że Ameryka to "melting pot", czyli tygiel, takiej używano generalnej metafory. Przyjeżdżają imigranci, a Ameryka ich stapia i wykuwa z tego stopu nowego Amerykanina. Co się stało później? Ten ideał został zakwestionowany przez teorię "salad bowl": Ameryka to miska sałatkowa z oddzielnymi składnikami - osobno pomidor, osobno ogórek - które łączy jakiś sos. To pokłosie lat 60-tych, kiedy zaczęto wyszukiwać tożsamości, osobności i każdy chciał się wyróżnić.

(...)

- I o co?

Z Kanadą - jak to zwykle u Trumpa - chodzi o to, że jest nierównowaga handlowa. Kanadyjczycy produkują samochody dla Amerykanów, a ja bym chciał, żeby były produkowane w Detroit, więc przywalimy im cłami - to mniej więcej mówił. Drugi argument był taki, że Kanada dostarcza dużo produktów mlecznych, no to też przywalimy cłami, bo mamy swoje krowy i swoje mleko. A co do Grenlandii: biegun północny eksplorowano od lat 60-tych i te poszukiwania miały cel gospodarczy. Jeśli da się wydobyć ropę spod dna, to może da się wydobyć uran albo jakieś inne pierwiastki, na które monopol mają obecnie Chiny? Może jeśli lody topnieją z powodu ocieplenia, to będzie łatwiej te pierwiastki wydobyć? Może to pozwoli nam się uniezależnić od Chin? Jednak wszystko, co dotyczy Trumpa, dla niektórych kończy się konstatacją, że Trump jest głupi albo za chwilę wszystkich zamknie do obozów.

- Sam wywołuje takie reakcje. Wypowiada te wszystkie dziwne zdania, które można rozumieć tak, że na przykład chce najechać sąsiednią Kanadę.

Bo taka jest jego metoda. Trump uważa, że im bardziej podbije stawkę, tym więcej osiągnie, to jego biznesowe myślenie, zresztą niemal każdego Amerykanina. Podbijanie stawki, budowanie emocji, prowokowanie przeciwników, co wywołuje histerię wśród establishmentu. Co on osiąga? Że media cały czas o tym mówią i w końcu dojdą do tego, o co chodzi, dokopią się, że jest jakiś problem z surowcami albo z nierównowagą między Kanadą i USA. Albo że jest problem z Panamą, która podniosła ceny za przejście przez Kanał Panamski, praktycznie za wszystko, po czym nagle się okazuje, że spółką zarządzają Chiny. To jest jego metoda, żeby media były zainteresowane Trumpem, jeździły za nim wszędzie, a na końcu on i tak osiągnie to, co chciał osiągnąć. Oglądałem wiece Trumpa w CNN i ta telewizja - która szczerze Trumpa nienawidzi - na żywo pokazywała pustą estradę, na której Trump miał się pojawić dopiero za godzinę. Ta sama CNN, w której intelektualiści wygrażają Trumpowi od faszystów, nie może się mu oprzeć, pokazuje go nieustannie, rozdmuchuje każdą jego bzdurę, budując mu tym poparcie. Dlaczego? Bo to się ogląda. Media są szczęśliwie, jak Trump coś strasznego powie, natychmiast szybuje oglądalność. Natomiast z punktu widzenia Trumpa on osiąga to, co chce. Oczywiście bzdur o jedzeniu psów i kotów przez imigrantów nie da się obronić, to są skandaliczne wypowiedzi, ale jak było z NATO? Trump powiedział, że będzie się z Europy wycofywać, bo nikt nie opłaci, i teraz te kraje płacą.

- Nie chciał oddać władzy po przegranych wyborach w 2020 roku. Jego telefony do urzędników stanowych - "Znajdź mi głosy!" - jak tłumaczyć? Na to też pan patrzy spokojnie i z dystansem?

Tego się nie da obronić. To jest arogancja władzy.

- Arogancja, a nie autorytaryzm?

Tak uważam. Absolutna arogancja, przekonanie, że jak jestem prezesem korporacji, wolno mi wszystko. To jest w jego mentalności. I to jedna z najgorszych cech charakterologicznych Trumpa, tyle że Amerykanie obecnie oczekują takiej arogancji, bo państwo jest w złym stanie, oni tego państwa nie szanują, chcą radykalnych zmian. Zresztą chamstwo w USA nie jest niczym niezwykłym - albo ja jestem górą, albo ty - bo Ameryka schamiała przez 30 lat neoliberalizmu i brutalność jest akceptowana społecznie. Może wzbudzać niechęć intelektualistów, jeśli chodzi o formę, ale jeśli chodzi o treść, to oni podobnie się zachowują, tylko ładniej swoją brutalność opakowują.

- Nie boi się pan, że Trump będzie dyktatorem i weźmie kraj za mordę?

Są jeszcze sądy, Konstytucja i porządek społeczny. I jest deep state, który ma siłę zablokować wiele rzeczy. Ale najbardziej prawdziwa odpowiedź brzmi: nie wiem. Nie mam decydującego mocnego argumentu, że Trump tego na pewno nie zrobi.

- Pana zdaniem on zagraża demokracji czy nie?

Wielu ludzi uważa, że w Ameryce nie ma obecnie demokracji, że raczej to jest oligarchia. Powstają na ten temat książki.

Powtórzę coś, co uważam za najważniejsze: Ameryka przestała dbać o siebie i swoich obywateli, kiedy przestała się bać ZSRR. Wcześniej liberalna demokracja się hamowała i robiła dobrze pod wpływem Sowietów, żeby nam broń Boże nie uwiedli klasy robotniczej. A po 1989 roku wybuchł tryumfalizm, bardzo niedobry, tryumfalizm na skalę międzynarodową, ale też skierowany do wewnątrz. "Już nic nie musimy, wygraliśmy!". Z demokracji amerykańskiej wyszły cechy, które były ukryte albo przynajmniej złagodzone przez istnienie konkurenta.

gazeta.pl


Według danych opublikowanych przez American Oil and Gas Journal, w 2021 roku światowa produkcja ropy naftowej wyniosła 4,423 mln ton, a rosyjska produkcja ropy naftowej wyniosła 534 mln ton, co stanowi 12% światowej produkcji ropy, co czyni ją drugim co do wielkości producentem ropy na świecie po Stanach Zjednoczonych. Wybuch wojny Rosja–Ukraina i późniejsze sankcje energetyczne USA nałożone na Rosję spowodowały znaczny wzrost cen ropy naftowej. 7 marca 2022 roku cena kontraktów terminowych na ropę naftową WTI osiągnęła $133,460/baryłkę, a cena kontraktów terminowych na ropę Brent osiągnęła $139,130/baryłkę, czyli najwyższą cenę od lipca 2008 roku. Od tego czasu, ceny ropy naftowej utrzymują się na niezmiennie wysokim poziomie, doświadczając krótkoterminowych wahań podczas negocjacji Rosja–Ukraina, sankcji G7 oraz różnych postaw krajów europejskich i amerykańskich. Ponadto podwyżka stóp procentowych Fed i umocnienie dolara amerykańskiego spotęgowały skutki w tym okresie. 26 marca 2022 r. Rezerwa Federalna ogłosiła pierwszą rundę podwyżek stóp procentowych o 25 punktów bazowych, następnie o 50 punktów bazowych 4 maja i 75 punktów bazowych odpowiednio 15 czerwca, 28 lipca i 22 września. W kontekście dalszego umacniania się dolara amerykańskiego, 27 września 2022 roku cena kontraktów terminowych na ropę WTI spadła do $76,310/baryłkę, a cena kontraktów terminowych na ropę Brent spadła do $83,650/baryłkę, powracając do poziomu na początku 2022 roku.

nature.com


Marija jest bardzo inteligentna, przy czym apodyktyczna – często przerywa, jakby nie miała czasu na czcze dyskusje. Buduje zdania szybko i jeszcze szybciej je wypowiada. Jej apodyktyczność i przywódczą energię podkreśla wielki sikor na prawej łapie, atrybut rzadko spotykany u kobiet.

– Nie… Nie uważam, że PTSD naznacza tylko kobiety… – odpowiadam, ale rozpędzam się powoli, bo to, co chcę jej wytłumaczyć, nawet dla mnie samego zdaje się niedotykalne. – Konflikt zbrojny najpierw naznacza mężczyzn PTSD, ale zbyt często przedstawiany jest w sposób następujący: kaleki mężczyzna wraca z wojny, nie umie sobie ze sobą poradzić i na nim się ta historia kończy. A przecież się nie kończy. On zaraża stresem pourazowym całą rodzinę. Pije i bije, demoluje i robi awantury, a na koniec wiesza się w salonie, gdzie znajdują go żona i dzieci. Trudno, żeby doznana przez nich trauma nie była przekazywana z pokolenia na pokolenie.
– Rosjanki, czy w ogóle obywatelki Związku Radzieckiego, też uczestniczyły w wojnie. PTSD był ich bezpośrednim udziałem.
– Ale ja chcę rozmawiać o dzisiejszej Rosji, którą regularnie naznacza wojenne PTSD. A w putinowskiej Rosji żyją weterani konfliktu w Afganistanie z lat 1979–1989… – Dopiero zacząłem wyliczać, a ona już wierci się zniecierpliwiona. – …dwóch wojen czeczeńskich, wojny w Gruzji z 2008 roku, wojny w Donbasie trwającej od 2014 roku, zbrojnej interwencji w Syrii ciągnącej się od 2015 roku i wojny w Ukrainie, która wybuchła w 2022 roku, a jej końca nie widać. To daje siedem konfliktów w 42 lata! Co sześć lat nowy! A od 2015 roku Putin przekroczył wszelkie normy, zaangażował Rosję w trzy konflikty na przestrzeni siedmiu lat. Oprócz pogrążonych w wojnie zakątków Afryki nie ma drugiego takiego państwa na świecie, które jak Rosja nieustannie uczestniczy w wojnie.
– Jest jeszcze gorzej – dorzuca Marija – bo na terenie Rosji regularnie dochodziło do zamachów terrorystycznych, a Kreml od wielu lat wysyła tysiące najemników na inne kontynenty.
– No właśnie! Ale na wszystkie te interwencje zbrojne i wojny wysyłani są mężczyźni, którzy potem przywożą PTSD do domów.
– Nie. Jeśli chce pan mówić o kobiecym PTSD, to w Rosji jego korzenie sięgają jeszcze wojny domowej z lat 1917–1922.

(...)

Donbascy i sowieccy podróżni, wraz z Mariją przemierzający kraj najtańszą klasą, czyli wagonami plackartnyj (54 łóżka oddzielone od siebie cienkim plastikiem), stanowili obraz, który Polacy dobrze znają z przeszłości. To mężczyźni w kurtkach ze sztucznej, czarnej skóry lub imitujących amerykańskie bejsbolówki, zniszczeni mocnymi papierosami, samogonem, pracą fizyczną i utratą wszystkiego po rozpadzie ZSRR. To także smutne kobiety w błyszczącym, śliskim ortalionie i ze złotymi zębami. I oni, i one – uzbrojeni w ogromne, kraciaste torby bazarowe z poliestru.

– W pociągach często rozmawiałam z sowieckimi i donbaskimi – opowiada Marija. – Nie spotkałam tam ani jednej kobiety, która nie wracałaby w swoich opowieściach do czasów stalinizmu, tak jakby tamten okres stanowił prapoczątek ich opowieści. Dlatego jeśli chce pan się zastanowić nad kobiecym zespołem stresu pourazowego, to jego korzenie leżą w wojnie domowej, która trwała pięć lat!
– Ale to są czasy przed dojściem Stalina do władzy – zauważam.
– Nie, nie. To są czasy, które zrodziły Stalina. Proszę zobaczyć, ledwo w 1922 roku skończyła się wojna domowa, zaczęły się represje, które potrwały 20 lat. Jest to absolutnie transpokoleniowe doświadczenie, ćwierć wieku wewnętrznej rzeźni, w której mężczyźni giną jako żołnierze, kobiety jako bezbronne ofiary, a do tego są masowo gwałcone. A kto ocalał, trafiał do łagru. Wojna ojczyźniana jedynie potęguje wcześniejsze zjawiska oraz naznacza kolejne pokolenia kobiet gwałtem i śmiercią. Żniwo wojny i represji, w tym pijaństwo i samobójstwa weteranów wojennych, wciąż wpływają na rosyjską demografię: kobiet jest znacznie więcej niż mężczyzn. A za tymi dwoma pokoleniami poszarpanymi przez los ustawiają się kolejne pokolenia poranionych mężczyzn i kobiet, bo porewolucyjni i powojenni rodzice przenosili na nie swój zwierzęcy strach przed kolejną wojną i represjami, stosowali nieustanną przemoc i agresję.
– Ale ja nie chcę ciągle wracać do tego, co było sto lat temu. Po upadku Związku Radzieckiego Rosjanie wciąż fundują sobie co sześć lat wojnę, to mnie interesuje.
– Nie może pan nie wracać. Fundowanie Rosjanom co sześć lat, jak pan to nazywa, nowego wojennego PTSD odbywa się równolegle z pokoleniowo przekazywanym PTSD i podminowuje psychikę kobiet.

Kilkanaście lat temu Ludmiła Pietranowska w artykule „Traumy pokoleń” opisała, jak w układzie matka–dziecko pokoleniowo reprodukowany jest w Rosji zespół stresu pourazowego. (...)

Wspomniany artykuł Pietranowska zaczyna z poziomu stalinizmu. Raczej słusznie, bo myślę, że wbrew temu, co mówi Marija, Rosjanie mają dość dobrze przepracowaną wojnę domową – w podręcznikach historii, filmach i literaturze pięknej. Zawarli ogólnonarodowy konsensus, który brzmi: „Nigdy więcej”, winy i zbrodnie obu walczących stron są dość dobrze wykazane, a co najważniejsze, w tym wypadku nikt nie musi się bić w piersi, co bardzo kontentuje Rosjan. Uwielbiają przecież ckliwą frazę: „Wszyscy cierpieliśmy, każdy ponosi winę”, co akurat w kwestii wojny domowej jest dość bliskie prawdy.

Przejdźmy z Ludmiłą Pietranowską przez poziomy dysfunkcji trzech rosyjskich pokoleń.

Koła zamachowe rosyjskiej historii – rewolucja, represje i wojny – w pierwszej kolejności porywają mężczyzn. Młoda matka zostaje sama, najpierw bez wieści o mężu, a potem bez nadziei, bo właśnie wyprawiła mu pogrzeb. Jej los to ciągły strach i katorżnicza praca, ponieważ równocześnie zarabia na chleb i wychowuje dziecko lub – częściej – kilkoro dzieci. W jej życiu nie ma żadnych radości. Wiele kobiet zapada na kliniczną depresję, ale przecież w okresie stalinizmu nikt tego tak nie nazywa, nie bada ani nie diagnozuje. Matka tłumi depresję, aby nie popaść w czarną rozpacz – bo kto zajmie się dziećmi? Wyłącza więc uczucia, zaciska zęby i zamienia się w kamień. 

(...)

Z biegiem lat kobieta uczy się żyć bez męża. Jest w stanie unieść i załatwić wszystko. Stalinizm, jak pisze Pietranowska, wyprodukował „kobietę z żelaznymi jajami”. „Wiele osób zapewne pamięta babcie, które nie mogły usiedzieć bezczynnie w miejscu. Nawet jako staruszka, nosiła torby i rąbała drewno, to był jej sposób radzenia sobie z życiem. Była żelazna do tego stopnia, że choroba i starość nie mogły jej powalić”.

Kobieta z żelaznymi jajami jest nadopiekuńcza, ale nie okazuje dzieciom ciepła i uczuć. Jeśli powtórnie wyszła za mąż, to nie pozwoli mu się wtrącić w wychowanie czy sprzątanie, bo wszystko zrobi sama.

Odsuwani od wszystkiego mężczyźni zostawali „drugą matką”, nabierając takich cech jak delikatność, opiekuńczość czy pobłażliwość. Niektórzy odsuwali się od domu i rodziny na dobre, uciekali w pracoholizm lub alkoholizm (albo i jedno, i drugie). „Tak reaguje mężczyzna, który słyszy «odejdź, nie przeszkadzaj», a po przecinku «jaki z ciebie ojciec, nie dbasz o dzieci» (czytaj: nie postępujesz tak, jak uważam za konieczne)” – pisze Pietranowska. Z opowieści dzieci kobiet z żelaznymi jajami przebijał się obraz ojców, którzy pewnego ranka wyszli i już nigdy nie wrócili, zrywali kontakt z pancerną żoną i potomstwem na zawsze, a do tego szczerze wierzyli, że nie są nic winni tej „histerycznej terrorystce”. I często mieli rację, bo kobiety z żelaznymi jajami bardziej potrzebowały dzieci do zamęczania ich na śmierć swoją opieką niż mężczyzny do partnerskiej relacji.

Dziecko kobiety z żelaznymi jajami nie rozumie, co to stalinizm, wojna i represje, więc jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mu do głowy, jest takie, że mama go nie kocha, że jej przeszkadza i lepiej, żeby go nie było. Rozwój i kształtowanie osobowości dziecka pozbawionego emocjonalnego kontaktu z matką ulega silnemu zaburzeniu. Jak pisze Pietranowska:

Co zrobić, jeśli matka nosi maskę depresyjną? Jej głos jest monotonny. Ołowiany ze smutku lub napięty ze strachu. Ona rozdziera sobie żyły, aby dziecko mogło przeżyć i nie umrzeć z głodu lub choroby, tymczasem ono dorasta w niepewności, czy jest kochane i potrzebne. Tak silna deprywacja osłabia nawet jego inteligencję.

Dziecko dorastające w takich warunkach przestaje od mamy czegokolwiek wymagać i oczekiwać. Albo zajmuje się wyłącznie sobą i światem swoich fantazji, albo przechodzi w tryb pomagania jej. Opiekuje się młodszym rodzeństwem lub  mechanicznie, jak robot, osiąga szkolny i życiowy sukces. Jest praktyczne i przydatne oraz ceni jedynie ludzi praktycznych i przydatnych. Dokładnie tak jak jego mama.

Kiedy staje się nastolatkiem, dziecko chce się wyrwać ze smutnego domu, ale jest dociśnięte nadopieką matki, ma z nią niezdrową relację. To nawet nie jest nieodcięta pępowina, ale nieustający emocjonalny szantaż, aby nie szło na imprezę czy nie jechało na wakacje, lecz zostało z nią w domu, gdzie ona się nim (nad)zaopiekuje. Dziecko i tak zazwyczaj zrywa więź, ale wymaga to walki i staje się bardzo bolesne, bo kobieta z żelaznymi jajami dobrowolnie nie odpuści. Dziecko odchodzi, a dalszym relacjom towarzyszyć będą ciągłe pretensje i żal matki.

(...)

Rozwody dzieci dorastających pod rozłożystymi skrzydłami matki z żelaznymi jajami były w ZSRR bardzo częste. Dzieci pozbawione ojców oraz kontaktu emocjonalnego z matką i jej uczuć są skrajnie głodne miłości. W związku z tym stawiają partnerowi oraz sobie samym skrajnie wysokie wymagania, by wnieśli do związku to, czego nie otrzymały w dzieciństwie. Ale to przecież niemożliwe, nie mogą dać tego, czego same nie otrzymały. Pietranowska pisze, że przez ZSRR lat 70. i 80. przeszła fala rozwodów, najczęściej bolesnych i okrutnych, z zakazem widywania się z dziećmi, całkowitym zerwaniem kontaktów, z obelgami i oskarżeniami. Oto dwoje ludzi bojących się samotności i pragnących stworzyć udany związek trafiało w dokładnie odwrotną sytuację – samotność i nieszczęśliwe małżeństwo. I znowu rezultatem stawało się picie i pogorszony stan zdrowia mężczyzn oraz skupienie na dzieciach i zasklepienie we własnym wnętrzu kobiet. A co najgorsze, następnemu pokoleniu przekazane zostały kolejne sakramentalne frazy: „Wszyscy mężczyźni to dranie”, „Wszystkie kobiety to suki”.

Wnuk kobiety z żelaznymi jajami ma dziś około 35–50 lat. Jest w moim wieku. Zdążył poznać babcię. Ba! W jakiejś części trafił pod jej nadopiekuńcze skrzydła, ponieważ pomagała go wychowywać. Oczywiście pancerna babcia na starość trochę łagodnieje, ale sam fakt wychowywania się pod jej czujnym okiem albo przyucza do bezwzględnego posłuszeństwa, albo – to pozytywny wariant – wyzwala mechanizmy obronne: szukanie własnej indywidualności i tożsamości. Trzeba też pamiętać, że dzieciństwo i młodość wnuczka przypada na dzikie lata transformacji ustrojowej lat 90. i poniżającą biedę.

Wnuki postrzegają swoje dzieciństwo jako całkiem szczęśliwe, bo też faktycznie jest to pokolenie mimo wszystko kochane – nie zaznało głodu, a rodzice żyją, bo nie trafili ani do łagru, ani na wojnę. Oczywiście w przedszkolu, szkole i na obozach pionierów wnuki kobiet z żelaznymi jajami zaznały sporo przemocy i upokorzeń. Pietranowska pisze, że „w przedszkolu dzieci bito szmatą w twarz; gdy zwymiotowały kaszą manną, wymioty wpychano siłą do ust, a rodzice byli bezradni i nie mogli ich chronić. Wśród ludzi tego pokolenia często obserwuje się zachowanie agresywno-bierne”.

Dzieci rozczarowanych rodziców zostają wciągnięte w sam środek rozwodowego poligonu, bo ich poranieni matka i ojciec wciąż są kompletnie nieświadomi samych siebie, nie idą na psychoterapię ani nie czytają internetów i mądrych magazynów z zakresu psychologii, więc nie wiedzą, że nie wciąga się dzieci w bitwy dorosłych. Inna sprawa – jak tego nie zrobić w 50-metrowym mieszkaniu?

Dzieci rozczarowanych rodziców już we wczesnym dzieciństwie przyjmują role mediatorów i rozjemców gotowych oddać wszystko, by pogodzić zwaśnione strony. Minimalizują swoją obecność: nie narzekają, nie eskalują, nie komentują, bo w przeciwnym wypadku rodzice znowu zaczną się kłócić, tata się zdenerwuje, a mama zacznie płakać. Dziecko uczy się przewidywać, rozładowywać sytuację i rozumieć strategię ustawień rodzinnych.

Drugą klasyką rozwodowego poligonu jest przeciąganie dziecka na swoją stronę. Najbardziej destrukcyjny jest ten, w którego szeregach znajduje się babcia z żelaznymi jajami, bo ta całe życie walczyła na domowym froncie, wie, jak się w to gra, i nigdy nie odpuszcza.

(...)

Bo też wnuki, w związku z tym, że we wczesnym dzieciństwie nauczyły się roli mediatorów, co wymaga sporej inteligencji, stały się ekspresowo nad wyraz dojrzałe. Stale odczuwają odpowiedzialność nie tylko za rodziców, ale też za to, by jak najszybciej osiągnąć samodzielność. Same podgrzewają zupę, odrabiają lekcje i spędzają dzieciństwo z kluczem na szyi. Od pierwszej klasy chodzą zupełnie same do szkoły i do sklepu, przemierzając opustoszałe działki, garaże i tunele, gdzie często kręcą się podejrzane typy. Wszystko po to, by ulżyć rodzicom.

Babcie z żelaznymi jajami oraz rozczarowani rodzice przekażą swoim następcom co najmniej kilka dysfunkcji. Po pierwsze, przemocowy sposób (nie)rozwiązywania konfliktów. Po drugie, zasadę: „Zawsze trwaj przy pierwotnej rodzinie”. Dlatego każdy kandydat na partnera czy partnerkę wnuka będzie bezwartościowy, niegodny i niewłaściwy. Wnuk będzie musiał o niego ostro zawalczyć z pierwotną rodziną. Po trzecie, kolektywne sowieckie życie oraz nadopiekuńczość nie pozwoliły na stworzenie sfery prywatności.

(...)

Po czwarte, być może najważniejsze, wnuki skutecznie przyswajają przekaz mówiący, że mężczyzna to drań, który prędzej czy później odejdzie, a kobiety będą próbowały cię wepchnąć pod swój kapeć czy obcas. W efekcie wnuki również rozwodzą się na masową skalę.

Rozwody następują w sposób mniej krwawy, a wnuki wchodzą w drugi związek, który jest bardziej świadomy i udany. Małżonkowie w miarę konstruktywnie porozumiewają się w kwestii opieki nad dziećmi. Niestety pierwsze małżeństwo stanowiło poligon doświadczalny ran, traum i niemiłości, a dziecko będące jego owocem jest oddawane pod opiekę rozczarowanych rodziców, a czasem (pra)babci z żelaznymi jajami, ponieważ jego matka i ojciec chcą rozwijać swoje kariery oraz budować nowe związki.

Jakub Benedyczak - Oddział chorych na Rosję