niedziela, 27 listopada 2022


Odpowiadając na jedno z pytań matki, która straciła syna na wojnie, Putin przedstawił swoje osobliwe przemyślenia. - W naszym kraju około 30 tys. osób ginie w wypadkach drogowych, tyle samo od alkoholu. Tak czasem jest, niestety, życie się tak układa. Życie jest skomplikowane i różnorodne. Jest bardziej skomplikowane, niż to opisują. Ostatecznie wszyscy jesteśmy w rękach Boga, Allaha czy Chrystusa, jeśli mówimy o tych, którzy wierzą w siły wyższe. Nieważne, jaką religię wyznajemy. Istotne jest to, że wszyscy jesteśmy śmiertelnikami, wszyscy jesteśmy w rękach Boga. I pewnego dnia wszyscy umrzemy, to jest nieuniknione - stwierdził.

- Pozostaje pytanie, jak żyjemy? Z niektórymi nie wiadomo, czy żyją, czy nie. Nie wiadomo, od czego umierają - od wódki czy czegoś innego. Kiedy ich już nie ma, trudno powiedzieć, czy żyli, czy nie - ich życie minęło bez ostrzeżenia. Ale pani syn żył - rozumie mnie pani? Osiągnął cel. Nie stracił życia po nic. Rozumie pani? Jego życie było ważne. Żył, osiągnął to, czego chciał - mówił Putin.

Nie wszystkie matki i rodziny żołnierzy są traktowane przez władze Rosji z taką estymą i wysłuchiwane z uwagą. Rosyjski reżim zablokował strony internetowe "Rady Matek i Żon". Organizacja protestowała przeciwko wojnie w Ukrainie i żądała wstrzymania mobilizacji.

Zablokowania profilu "Rady Matek i Żon" na popularnym w Rosji portalu społecznościowym zażądała Prokuratura Generalna. Wcześniej działaczki tej organizacji zgromadziły się w Petersburgu przed siedzibą sztabu Zachodniego Okręgu Wojskowego, gdzie odczytały petycję skierowaną do władz Rosji. Kobiety zażądały rozpoczęcia rokowań z Kijowem, rezygnacji z wykorzystania broni jądrowej oraz wycofania rekrutów wcielonych do armii z rejonów graniczących z Ukrainą. 

gazeta.pl

Spotkanie w Erywaniu można nazwać "chwilą prawdy" dla organizacji zrzeszającej Armenię, Białoruś, Kazachstan, Kirgistan, Rosję i Tadżykistan. Oczekiwania wobec szczytu były niemal apokaliptyczne, aż do zapowiedzi rozwiązania Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ) włącznie — struktury, która nie spełniła oczekiwań co najmniej połowy jej członków: Armenii, Kazachstanu i Kirgistanu.

Tak się jednak nie stało. Walizka bez rączki, jak czasem nazywano OUBZ — niewygodna w noszeniu, ale jednocześnie nienadająca się jeszcze do wyrzucenia — przetrwała. Choć sam na marginesie spotkania premier Armenii Nikol Paszynian jego wynik skwitował jednym słowem: fiasko!

Dlaczego? Wszyscy przywódcy, w tym Putin, zostali zaproszeni do Erywania osobiście, a nie online, co jest, szczerze mówiąc, prawdziwym sukcesem. Nie każdy szczyt prezydent Rosji jest gotów zaszczycić swoją obecnością.

Być może dlatego premier Armenii przemawiał tak teatralnie. Trudno byłoby w obecności samego prezydenta Rosji Putina powiedzieć przed całym narodem, że OUBZ nie jest mu już dłużej potrzebna. O ile jednak wcześniej Armenia choć w jakimś stopniu mogła liczyć na pomoc lub choćby sympatię tej organizacji w przeciwstawianiu się agresji Azerbejdżanu, teraz nie można mieć co do tego złudzeń.

Dlatego pomysł Paszyniana, który kończył rok przewodniczenia w OUBZ, aby zorganizować szczyt w Erywaniu, by tak głośno zatrzasnąć drzwi, był z pewnością udany.

Od samego początku szczytu dla wszystkich jego uczestników, przede wszystkim jednak dla samego Paszyniana, było oczywiste, że nie uda się skłonić OUBZ do zajęcia "pryncypialnego stanowiska w sprawie agresji Azerbejdżanu na Armenię". Jak cynicznie, ale obraźliwie trafnie zauważył w przeddzień spotkania w Erywaniu prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew — "Azerbejdżan ma więcej przyjaciół w OUBZ niż Armenia".

W odpowiedzi na to Erywań stwierdził, że Armenia w ogóle nie ma w nim przyjaciół. A potem przypomniał sobie, jak Aleksander Łukaszenko, dotychczasowy ormiański sojusznik OUBZ, tłumaczył, że "Ilham Alijew to nasz człowiek".

Ponieważ nikt w gronie sojuszników nie zamierzał z tym polemizować, lekkomyślnością było oczekiwanie, że dwa główne dokumenty końcowe szczytu w Erywaniu, "Deklaracja" i "Wspólne środki pomocy dla Republiki Armenii", będą odzwierciedlać życzenia gościnnych ormiańskich gospodarzy.

Dlatego Nikol Paszynian publicznie odmówił ich podpisania i skierowano je do rewizji. Kiedy i jak zostaną "sfinalizowane"— nie wiadomo. Wydaje się jednak, że dla opinii publicznej nie będzie to już miało większego znaczenia — fiasko to fiasko, trup to trup.

Oczywiście pojawiło się pytanie: co Ormianie mieli zrobić z tą "walizką" — czy ją trzymać, czy wyrzucić. Ludzie zgromadzeni na ulicach głośno domagali się tego drugiego — opuszczenia OUBZ, tym bardziej że sam premier twierdzi, że nie ma z tego sojuszu większego pożytku.

Tu jednak w grę wchodzi zmysł polityczny przywódcy, który z jednej strony wykazał się jednością z ludem, z drugiej jednak umiejętnie zdystansował się od jego chwilowych frustracji i rozczarowań. Erywań postawił sprawę jasno: przesłanki do opuszczenia OUBZ istnieją, ale na razie kraj się z tym wstrzymuje.

Jakby przypadkowo premier Armenii zwrócił się jednak do aliantów z osobliwym przekazem — nie obwiniajcie mnie, jeśli zwrócimy się o pomoc do innych ważnych światowych ośrodków władzy, powiedzmy na Zachodzie.

Moskwa nie załamała na to rąk i nie wykrzyknęła: "Och, jak możesz!". Zamiast tego Dmitrij Pieskow skomentował pokornie: "to dobrze, nie może być mowy o wystąpieniu Armenii z OUBZ".

onet.pl/The Moscow Times