Piotr Olejarczyk, Onet: - Wygląda na to, że szykuje się coś na kształt zimnej wojny między Rosją a Zachodem. Czy w takim konflikcie Putin liczy na Chiny? Nie chodzi mi o kwestie militarne, ale... no właśnie. Na co może liczyć Putin, jeżeli chodzi o wsparcie Chin?
Prof. Dominik Mierzejewski, pracownik w Katedrze Studiów Azjatyckich Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych UŁ, kierownik Ośrodka Spraw Azjatyckich UŁ: Na ciszę. Chiny wielokrotnie wykazywały dużą powściągliwość w sytuacjach skrajnych. To nie jest podmiot, który idzie na całość. Patrząc na całą historię ChRL w konfliktach, które toczyły się wokół ChRL (choćby wojny wietnamskiej) Chiny przyjmowały postawę wyczekującą. Kiedy nawet wojska amerykańskie "omyłkowo" bombardowały terytoria chińskie, Chiny mówiły, że sprawa granicy z Wietnamem nie jest jeszcze ustalona.
- To jak ta "cisza" ze strony Pekinu będzie wyglądać?
Wydaje się, że Putin nie może liczyć na oficjalne poparcie ze strony przewodniczącego Xi Jinpinga. Natomiast papierkiem lakmusowym "sojuszu" jest postawa Chin na forum Rady Bezpieczeństwa. Tu współpraca, koordynacja idzie dość sprawnie. Czyli poparcie deklaratywne – nie, ale to praktyczne, już bardziej. Symbolem tego może być ostatnie wystąpienie Zhang Jun – ambasadora Chin w ONZ. Było ono tak zdawkowe, że każdy może interpretować je na własny sposób. Ktoś może powiedzieć, że Pekin popiera Putina i razem z nim kroczy ramię w ramię w kierunku "zimnej wojny".
I faktycznie stanowisko ostro krytykujące Zachód za wywołanie kryzysu z Rosją jest… ale na poziomie rzecznika prasowego chińskiego MSZ. Góra jest bardziej powściągliwa. W deklaracji chińskiego dyplomaty w ONZ nie wymieniono jednak Rosji jako podmiotu, którego sprawa dotyczy. Czyli jednak cisza. Nie sądzę też, żeby ta sprawa stanęła na forum Szanghajskiej Organizacji Współpracy, gdzie Pekin i Moskwa mogą koordynować działania.
Inaczej jednak rzecz ujmując, współzależności gospodarcze z Zachodem, rynki zbytu, dostęp do kapitału i technologii (i tak już ograniczony) – to wszystko powoduje, że taki wspólny rosyjsko-chiński krok, o którym mówiłem, może być hamowany przez Pekin, a dyplomacja chińska wysyła też sygnał do Zachodu. Nie chcą się formalnie wiązać z Moskwą żeby nie ograniczać się w dialogu ze Stanami Zjednoczonymi i szerzej rzecz ujmując Zachodem.
- Z Chin płyną teraz różne sprzeczne sygnały. Oficjele chińscy w kontekście Ukrainy mówią, że trzeba uszanować integralność każdego państwa, ale podkreślają, że trzeba mieć też na uwadze racje rosyjskie.
Pokazuje to z jednej strony dość przemyślaną taktykę. Mówimy to, co audytorium chce usłyszeć. Ale to nic nowego w dyplomacji. Retoryczne kody w chińskiej polityce inaczej kreowane są wobec państw rozwiniętych, rozwijających się, a inaczej w stosunku do sąsiadów. To jest typowa dla chińskiej dyplomacji strategiczna dwuznaczność.
Jest jednak kilka zwrotów dyplomatycznych w języku chińskim, które wyrażają dezaprobatę i zdenerwowanie. Te były używane np. w konflikcie z Japonią w 2012 r.
- Muszę o to zapytać. Jakie zwroty w dyplomacji chińskiej wyrażają dezaprobatę?
Chodzi tu między innymi o ostrzeżenie: "zatrzymaj konia nad przepaścią” (xuanya lema) oznaczające groźbę wybuchu konfliktu militarnego.
Teraz takiego niezadowolenia Chiny nie wyrażają. Z drugiej strony minister Wang Yi w Monachium dodaje, że integralność terytorialna włącznie z przypadkiem Ukrainy powinna być poszanowana. Wysyła sygnał z jednej strony krytykujący Rosję, a z drugiej dający do zrozumienia międzynarodowej opinii publicznej, że Tajwan to sprawa integralności terytorialnej. Ale też zmienia trochę konwencję wypowiedzi, co na Zachodzie zostało odczytane jako brak jednoznacznego poparcia Moskwy. Po trzecie, badacze chińskiej polityki pod każdą szerokością geograficzną muszą bazować na formie wystąpień. I patrzeć, czy rytuał tak ważny w chińskiej cywilizacji się zmienia.
- Jaki rytuał?
Od początku lat 50. Chiny jak mantrę powtarzają zasadę nieingerencji, słynne pięć zasad pokojowego współistnienia. Można powiedzieć, że "papier wszystko przyjmie", a wiąże się to oczywiście z mechanizmem samoobronnym Chin ludowych – nie ingerujcie u nas: my mamy swoje prawa człowieka, swoją politykę. Ale patrząc na przypadek ukraiński, można powiedzieć, że Rosja ma za nic chiński rytuał.
- Bo ingeruje w teren Ukrainy?
Tak. Manewrując deklaracjami Pekin daje sygnał Moskwie, że zachowuje pozycję arbitra w tandemie i jako nadrzędny wystąpi w rytualnej pozycji "starszego brata". A z drugiej strony nie zamyka sobie furtki do rozmów ze Stanami Zjednoczonymi, również w temacie rosyjskim. Ponadto Ukraina na mapie Xi Jinpinga to jedno z państw we flagowym projekcie "Pasa i Szlaku".
- Ale jak w ogóle Chińczycy patrzą na kryzys ukraińsko-rosyjski? Jak na szansę skorzystania na całej sytuacji na zasadzie "gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta"?
Analizując sytuację w odniesieniu do teorii stosunków międzynarodowych (choćby teorii realistycznej) powiemy, że faktycznie, gdzie dwóch się bije, tam wygrywają Chińczycy. Zaangażowanie USA w Europie da Pekinowi zielone światło do działań i Chiny będą jeszcze bardziej asertywne, demontując świat "pax Americana". Mogą też przy okazji oskarżyć USA o spowodowanie całego kryzysu i wykorzystywać punktowo zmniejszenie aktywności Stanów w regionie Azji Wschodniej. Taki cel mogli obrać, ale ten "zero-jedynkowy" obraz nie oddaje realiów. I tu jak w słynnym dialogu kabaretu Dudek Edwarda Dziewońskiego i Wiesława Michnikowskiego "Sęk", pojawia się właśnie ten przysłowiowy "sęk". Może nawet "duży sęk".
- Co jest tutaj kluczowe?
Po szczycie Xi-Putin w grudniu Pekin poparł działania Moskwy, a sprawy nabrały takiej dynamiki, że łatwo w globalnym dyskursie określić ChRL mianem tyrana o imperialnych zapędach. Od jakiegoś czasu pojawiają się komentarze, że wracają czasy koncertu mocarstw. W tych kategoriach należy rozpatrywać obecną politykę Rosji.
Ale jednocześnie, jak mówią Anglicy guilty by association (winny przez współudział) Pekin, może "dostać rykoszetem" i być określonym przez Stany Zjednoczone, ale również przez większość państw rozwijających się, (nie zapominajmy, ze Pekin kreuje się jako część globalnego południa), jako podążający drogą moskiewską. Wystarczy jeden krok za daleko, a globalna narracja pokaże Chiny w takim świetle. W tym kontekście sztandarowym przykładem może być wystąpienie ambasadora kenijskiego w ONZ.
- Co pan ma na myśli? Że tak jak w ONZ wiele państw atakuje teraz Rosję, to niedługo może atakować też Chiny?
Myślę, że to jest kalkulowane w Pekinie. I nie mówimy tu tylko o ONZ, ale mowa o globalnym dyskursie np. kształtowanym przez organizacje pozarządowe. Ponadto przez tak zdecydowaną reakcję na działania moskiewskie, Amerykanie dają pośrednio sygnał do sojuszników, także w Azji. Mimo że przez kryzys ukraiński, amerykańskie plany o "światowym NATO" zaangażowanym w obszarze Indo-Pacyfiku nie będą zrealizowane (przynajmniej na razie), to sygnał do państw w Azji jest klarowny. Wykorzystany wszystkie mechanizmy: bilateralne, multilateralne jak AUKUS czy QUAD, że limitować rosnące aspiracje ChRL, które obecną sytuację będą chciały wykorzystać. Zatem z tej całej sytuacji niekończenie dla Pekinu płyną tylko benefity. Zachód pokazał mobilizację. Warto o tym pamiętać.
- Putin przynajmniej na ten moment pokazuje, że nie boi się sankcji Zachodu. Załóżmy na moment, że Chinom opłacałoby się wywierać nacisk na Putina. Czy jest coś, czym Chiny mogą postraszyć Kreml?
W momencie rozpoczęcia przez Donalda Trumpa "konfliktu handlowego" i bardzo asertywnej postawy wobec Chin, Pekin niejako, podobnie jak pod koniec lat 40. XX wieku, został wepchnięty w ramiona "niedźwiedzia".
- Czyli Rosji.
Tamten romans z lat 40. XX wieku wiemy, jak się skończył. Przywódca ChRL Mao Zedong został najzagorzalszym wrogiem ZSRR. Przypomnijmy, że "bliskie" stosunki chińsko-radzieckie skończyły się po interwencji ZSRR na Węgrzech i po "poznańskim październiku". Do tego stopnia skończyły, że Mao przyjął Chruszczowa na basenie, nakazując wspólne pływanie. Upokorzył tym samym swojego radzieckiego towarzysza. Analogii z obecną sytuacją na Ukrainie nie ma, ale pamięć historyczna w Pekinie przecież nie wyparowała. Czym Pekin może straszyć? Jak mówią pekińscy badacze Rosji, ten kraj nie chce sam z siebie się reformować. Ma gaz, ropę, trochę surowców i to by było na tyle.
onet.pl