środa, 23 lutego 2022


Piotr Olejarczyk, Onet: - Wygląda na to, że szykuje się coś na kształt zimnej wojny między Rosją a Zachodem. Czy w takim konflikcie Putin liczy na Chiny? Nie chodzi mi o kwestie militarne, ale... no właśnie. Na co może liczyć Putin, jeżeli chodzi o wsparcie Chin?

Prof. Dominik Mierzejewski, pracownik w Katedrze Studiów Azjatyckich Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych UŁ, kierownik Ośrodka Spraw Azjatyckich UŁ: Na ciszę. Chiny wielokrotnie wykazywały dużą powściągliwość w sytuacjach skrajnych. To nie jest podmiot, który idzie na całość. Patrząc na całą historię ChRL w konfliktach, które toczyły się wokół ChRL (choćby wojny wietnamskiej) Chiny przyjmowały postawę wyczekującą. Kiedy nawet wojska amerykańskie "omyłkowo" bombardowały terytoria chińskie, Chiny mówiły, że sprawa granicy z Wietnamem nie jest jeszcze ustalona.

- To jak ta "cisza" ze strony Pekinu będzie wyglądać?

Wydaje się, że Putin nie może liczyć na oficjalne poparcie ze strony przewodniczącego Xi Jinpinga. Natomiast papierkiem lakmusowym "sojuszu" jest postawa Chin na forum Rady Bezpieczeństwa. Tu współpraca, koordynacja idzie dość sprawnie. Czyli poparcie deklaratywne – nie, ale to praktyczne, już bardziej. Symbolem tego może być ostatnie wystąpienie Zhang Jun – ambasadora Chin w ONZ. Było ono tak zdawkowe, że każdy może interpretować je na własny sposób. Ktoś może powiedzieć, że Pekin popiera Putina i razem z nim kroczy ramię w ramię w kierunku "zimnej wojny".

I faktycznie stanowisko ostro krytykujące Zachód za wywołanie kryzysu z Rosją jest… ale na poziomie rzecznika prasowego chińskiego MSZ. Góra jest bardziej powściągliwa. W deklaracji chińskiego dyplomaty w ONZ nie wymieniono jednak Rosji jako podmiotu, którego sprawa dotyczy. Czyli jednak cisza. Nie sądzę też, żeby ta sprawa stanęła na forum Szanghajskiej Organizacji Współpracy, gdzie Pekin i Moskwa mogą koordynować działania.

Inaczej jednak rzecz ujmując, współzależności gospodarcze z Zachodem, rynki zbytu, dostęp do kapitału i technologii (i tak już ograniczony) – to wszystko powoduje, że taki wspólny rosyjsko-chiński krok, o którym mówiłem, może być hamowany przez Pekin, a dyplomacja chińska wysyła też sygnał do Zachodu. Nie chcą się formalnie wiązać z Moskwą żeby nie ograniczać się w dialogu ze Stanami Zjednoczonymi i szerzej rzecz ujmując Zachodem.

- Z Chin płyną teraz różne sprzeczne sygnały. Oficjele chińscy w kontekście Ukrainy mówią, że trzeba uszanować integralność każdego państwa, ale podkreślają, że trzeba mieć też na uwadze racje rosyjskie.

Pokazuje to z jednej strony dość przemyślaną taktykę. Mówimy to, co audytorium chce usłyszeć. Ale to nic nowego w dyplomacji. Retoryczne kody w chińskiej polityce inaczej kreowane są wobec państw rozwiniętych, rozwijających się, a inaczej w stosunku do sąsiadów. To jest typowa dla chińskiej dyplomacji strategiczna dwuznaczność.

Jest jednak kilka zwrotów dyplomatycznych w języku chińskim, które wyrażają dezaprobatę i zdenerwowanie. Te były używane np. w konflikcie z Japonią w 2012 r.

- Muszę o to zapytać. Jakie zwroty w dyplomacji chińskiej wyrażają dezaprobatę?

Chodzi tu między innymi o ostrzeżenie: "zatrzymaj konia nad przepaścią” (xuanya lema) oznaczające groźbę wybuchu konfliktu militarnego.

Teraz takiego niezadowolenia Chiny nie wyrażają. Z drugiej strony minister Wang Yi w Monachium dodaje, że integralność terytorialna włącznie z przypadkiem Ukrainy powinna być poszanowana. Wysyła sygnał z jednej strony krytykujący Rosję, a z drugiej dający do zrozumienia międzynarodowej opinii publicznej, że Tajwan to sprawa integralności terytorialnej. Ale też zmienia trochę konwencję wypowiedzi, co na Zachodzie zostało odczytane jako brak jednoznacznego poparcia Moskwy. Po trzecie, badacze chińskiej polityki pod każdą szerokością geograficzną muszą bazować na formie wystąpień. I patrzeć, czy rytuał tak ważny w chińskiej cywilizacji się zmienia.

- Jaki rytuał?

Od początku lat 50. Chiny jak mantrę powtarzają zasadę nieingerencji, słynne pięć zasad pokojowego współistnienia. Można powiedzieć, że "papier wszystko przyjmie", a wiąże się to oczywiście z mechanizmem samoobronnym Chin ludowych – nie ingerujcie u nas: my mamy swoje prawa człowieka, swoją politykę. Ale patrząc na przypadek ukraiński, można powiedzieć, że Rosja ma za nic chiński rytuał.

- Bo ingeruje w teren Ukrainy?

Tak. Manewrując deklaracjami Pekin daje sygnał Moskwie, że zachowuje pozycję arbitra w tandemie i jako nadrzędny wystąpi w rytualnej pozycji "starszego brata". A z drugiej strony nie zamyka sobie furtki do rozmów ze Stanami Zjednoczonymi, również w temacie rosyjskim. Ponadto Ukraina na mapie Xi Jinpinga to jedno z państw we flagowym projekcie "Pasa i Szlaku".

- Ale jak w ogóle Chińczycy patrzą na kryzys ukraińsko-rosyjski? Jak na szansę skorzystania na całej sytuacji na zasadzie "gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta"?

Analizując sytuację w odniesieniu do teorii stosunków międzynarodowych (choćby teorii realistycznej) powiemy, że faktycznie, gdzie dwóch się bije, tam wygrywają Chińczycy. Zaangażowanie USA w Europie da Pekinowi zielone światło do działań i Chiny będą jeszcze bardziej asertywne, demontując świat "pax Americana". Mogą też przy okazji oskarżyć USA o spowodowanie całego kryzysu i wykorzystywać punktowo zmniejszenie aktywności Stanów w regionie Azji Wschodniej. Taki cel mogli obrać, ale ten "zero-jedynkowy" obraz nie oddaje realiów. I tu jak w słynnym dialogu kabaretu Dudek Edwarda Dziewońskiego i Wiesława Michnikowskiego "Sęk", pojawia się właśnie ten przysłowiowy "sęk". Może nawet "duży sęk".

- Co jest tutaj kluczowe?

Po szczycie Xi-Putin w grudniu Pekin poparł działania Moskwy, a sprawy nabrały takiej dynamiki, że łatwo w globalnym dyskursie określić ChRL mianem tyrana o imperialnych zapędach. Od jakiegoś czasu pojawiają się komentarze, że wracają czasy koncertu mocarstw. W tych kategoriach należy rozpatrywać obecną politykę Rosji.

Ale jednocześnie, jak mówią Anglicy guilty by association (winny przez współudział) Pekin, może "dostać rykoszetem" i być określonym przez Stany Zjednoczone, ale również przez większość państw rozwijających się, (nie zapominajmy, ze Pekin kreuje się jako część globalnego południa), jako podążający drogą moskiewską. Wystarczy jeden krok za daleko, a globalna narracja pokaże Chiny w takim świetle. W tym kontekście sztandarowym przykładem może być wystąpienie ambasadora kenijskiego w ONZ.

- Co pan ma na myśli? Że tak jak w ONZ wiele państw atakuje teraz Rosję, to niedługo może atakować też Chiny?

Myślę, że to jest kalkulowane w Pekinie. I nie mówimy tu tylko o ONZ, ale mowa o globalnym dyskursie np. kształtowanym przez organizacje pozarządowe. Ponadto przez tak zdecydowaną reakcję na działania moskiewskie, Amerykanie dają pośrednio sygnał do sojuszników, także w Azji. Mimo że przez kryzys ukraiński, amerykańskie plany o "światowym NATO" zaangażowanym w obszarze Indo-Pacyfiku nie będą zrealizowane (przynajmniej na razie), to sygnał do państw w Azji jest klarowny. Wykorzystany wszystkie mechanizmy: bilateralne, multilateralne jak AUKUS czy QUAD, że limitować rosnące aspiracje ChRL, które obecną sytuację będą chciały wykorzystać. Zatem z tej całej sytuacji niekończenie dla Pekinu płyną tylko benefity. Zachód pokazał mobilizację. Warto o tym pamiętać.

- Putin przynajmniej na ten moment pokazuje, że nie boi się sankcji Zachodu. Załóżmy na moment, że Chinom opłacałoby się wywierać nacisk na Putina. Czy jest coś, czym Chiny mogą postraszyć Kreml?

W momencie rozpoczęcia przez Donalda Trumpa "konfliktu handlowego" i bardzo asertywnej postawy wobec Chin, Pekin niejako, podobnie jak pod koniec lat 40. XX wieku, został wepchnięty w ramiona "niedźwiedzia".

- Czyli Rosji.

Tamten romans z lat 40. XX wieku wiemy, jak się skończył. Przywódca ChRL Mao Zedong został najzagorzalszym wrogiem ZSRR. Przypomnijmy, że "bliskie" stosunki chińsko-radzieckie skończyły się po interwencji ZSRR na Węgrzech i po "poznańskim październiku". Do tego stopnia skończyły, że Mao przyjął Chruszczowa na basenie, nakazując wspólne pływanie. Upokorzył tym samym swojego radzieckiego towarzysza. Analogii z obecną sytuacją na Ukrainie nie ma, ale pamięć historyczna w Pekinie przecież nie wyparowała. Czym Pekin może straszyć? Jak mówią pekińscy badacze Rosji, ten kraj nie chce sam z siebie się reformować. Ma gaz, ropę, trochę surowców i to by było na tyle.

onet.pl

Od kilku lat obserwujemy stopniową "rusyfikację" władców zasiadających na tronie w Kijowie. Szczególnie tyczy się to postaci Włodzimierza I Wielkiego. W 2013 r. w Astrachaniu odsłonięto pierwszy pomnik słynnego władcy, podkreślając jego wkład w tworzenie rosyjskiej państwowości. Ale dopiero aneksja Krymu w 2014 r. zapoczątkowała prawdziwy wysyp jego pomników w całej Rosji, m.in. w Moskwie, Batajsku, Smoleńsku, Stawropolu, Nowosybirsku, Samarze, czy nawet w okupowanym Doniecku. Zaś we wszystkich przemówieniach, które towarzyszyły uroczystym odsłonięciom pomnika, zamiennie używano nazw "Ruś Kijowska" i "Rosja".

Włodzimierz I przyjął chrzest w Chersonezie Taurydzkim — antycznym mieście założonym jeszcze przez starożytnych Greków. Ruiny osady znajdują się dzisiaj w obrębie Sewastopola na Krymie, co skrzętnie wykorzystała rosyjska propaganda. W 2014 r., podczas przemówienia do Zgromadzenia Federalnego, Putin określił chrzest Włodzimierza jako "duchowe źródło powstania dużego, ale monolitycznego narodu i scentralizowanego państwa rosyjskiego".

Od tej pory niemal ciągle podkreślano wkład Włodzimierza I w stworzenie Rosji. W 2016 r. wszystkie rosyjskie szkoły przeprowadziły specjalne lekcje poświęcone władcy. Organizowano wystawy i drukowano książki, które zaznaczały rolę księcia w założeniu Rosji.

Putin nie poprzestał na serwowaniu propagandy swojemu narodowi. W czasie spotkania z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem w 2017 r. mówił: - Historia stosunków rosyjsko-francuskich nie rozpoczęła się od podróży Piotra I do Francji. Jej korzenie sięgają o wiele głębiej. Oświecona publiczność francuska wie o ruskiej Annie, królowej Francji - powiedział rosyjski prezydent, mając na myśli Annę Jarosławównę, córkę Jarosława I Mądrego, która poślubiła króla Francji, Henryka I.

Na słowa Putina natychmiast zareagowały władze Ukrainy. Ówczesny prezydent Petro Poroszenko, powiedział, że Putin "próbował na oczach całej Europy wykraść dla rosyjskiej historii pamięć o kijowskiej księżniczce". Wiceszef administracji prezydenckiej, Dmytro Szymkiw wbił szpilkę Putinowi w mediach społecznościowych. "Moi drodzy francuscy przyjaciele, prezydent Rosji Putin starał się was dzisiaj okłamać - Anna Kijowska, królowa Francji, pochodzi z Kijowa, a nie z Moskwy (która w tym czasie nawet nie istniała)" - napisał na Facebooku.

Kiedy więc możemy mówić o początkach państwowości rosyjskiej? Po śmierci Jarosława I Mądrego Ruś Kijowska uległa rozbiciu dzielnicowemu, a w 1213 r. Włodzimierz Wsiewołodowic koronował się na księcia moskiewskiego. W 1263 r. Aleksander Newski (kolejny z władców hołubionych przez propagandę rosyjską) wydzielił ziemie moskiewskie z terenu Wielkiego Księstwa Włodzimierskiego i podniósł rangę kraju do Wielkiego Księstwa Moskiewskiego. XIII w. przyniósł jednak wschodniej Europie najazdy tatarskie i uzależnienie ziem ruskich od Złotej Ordy. Proces tworzenia się samodzielnego państwa moskiewskiego rozpoczął się dopiero w roku 1380, po pokonaniu Tatarów w bitwie na Kulikowym Polu.

W tym czasie ziemie Rusi zachodniej i centralnej znalazły się w zasięgu wpływów Wielkiego Księstwa Litewskiego, z kolei Ruś Czerwona w 1338 r. uznała panowanie polskiego króla Kazimierza Wielkiego.

(...)

"Współczesna Ukraina została w całości stworzona przez Rosję, a dokładniej – bolszewicką, komunistyczną Rosję" – najbardziej chyba absurdalne zdanie z całego, trwającego niemal godzinę przemówienia, padło już w pierwszych jego minutach.

Mówiąc te słowa Putin wygumkował nie tylko historię działalności XIX-wiecznych ruchów narodowowyzwoleńczych na terenach ziem ukraińskich, ale też niezależne i demokratyczne państwo ukraińskie – Ukraińską Republikę Ludową, powstałą podczas I wojny światowej. Bezwzględnie zniszczoną przez bolszewicką, komunistyczną Rosję.

Młode państwo uległo sile rodzącej się Armii Czerwonej. Moskwa już wówczas sięgała po znane dziś metody - lokalni "czerwoni" próbowali zakładać „niezależne republiki radzieckie” na wschodzie i południu Ukrainy, bolszewicy usiłowali wywołać w Kijowie powstanie przeciwko ukraińskim władzom, a gdy to się nie udało – ogłosili powstanie Ukrainy radzieckiej ze stolicą w Charkowie. Żołnierze rosyjscy atakowali też Ukrainę w przebraniu – jako "Radziecki Ruch Wyzwolenia Ukrainy", do którego nie przyznawał się Kreml – Lenin twierdził, że to jednostki „całkowicie niezawisłego” ukraińskiego rządu radzieckiego. Bolszewicy dążyli też do zniszczenia wszystkiego, co mogło przypominać o odrębności historycznej i kulturowej Ukraińców od Rosjan – niszczono zabytki, archiwa, a przedstawicieli lokalnej inteligencji zabijano za "separatyzm" i "nacjonalizm". A jednak to Lenin – wyraźnie przez Putina nielubiany, w przeciwieństwie do Stalina – jest według rosyjskiego prezydenta „autorem i architektem” państwa ukraińskiego, które, jak twierdzi Putin, "nawet dzisiaj można słusznie nazywać Ukrainą im. Włodzimierza Iljicza Lenina".

(...)

W stworzonej na własny użytek mitologii Putina rolę traktatu wersalskiego z propagandy Hitlera gra pokój brzeski, na mocy którego bolszewicka Rosja wycofała się z I wojny światowej, a jej granice przesunęły się znacząco na wschód w stosunku do granic carskiego imperium. W przemówieniu Putin obwinia bolszewików pod wodzą Lenina o to, że chcąc "zachować władzę za wszelką cenę" zgodzili się na "upokarzające" warunki.

Teza o "upokarzającym pokoju brzeskim" pojawiła się w ostatnich dniach w przestrzeni medialnej za sprawą artykułu ideologa i szarej eminencji Kremla Władisława Surkowa. W tekście "Mglista przyszłość nieprzyzwoitego świata", opublikowanym 15 lutego, pisał on, że Rosji "ciasno i nudno" w granicach ustanowionych "nieprzyzwoitym" traktatem brzeskim. Artykuł był odczytywany jako zapowiedź rosyjskiej inwazji na Ukrainę, postawienie tezy o konieczności korekty granic.

(...)

Zdumienie budzą również krokodyle łzy wylewane przez Putina nad brakiem wolnych sądów czy wolności słowa w Ukrainie, a już wypowiedź o surowym prześladowaniu opozycji w momencie, gdy rosyjski aktywista Aleksiej Nawalny jest po raz kolejny sądzony w kolonii karnej, wywoływać mogą jedynie pusty śmiech. Groteskowe wydaje się też pochylanie się z troską nad ukraińską korupcją, gdy według Indeksu Percepcji Korupcji 2022, przygotowywanego przez Transparency International, Rosja zajmuje pod względem skutecznego jej zwalczania 136 miejsce na świecie, podczas gdy Ukraina – 122.

Rosyjski prezydent przeszedł jednak samego siebie, nazywając Ukrainę "kolonią z marionetkowym reżimem" tuż przed tym, gdy sam uznał udawaną niepodległość tzw. republik donieckiej i ługańskiej.

Choć sam nie widzi najmniejszego problemu w oszukiwaniu Ukrainy – i całego świata – choćby w kwestii aneksji Krymu czy roli Rosji w powstaniu "ludowych republik" na Donbasie, Putin czuje się niezwykle pokrzywdzony przez, jak twierdzi – złamanie "obietnicy" przez NATO, że nie będzie rozszerzania sojuszu na wschód. To bardzo ważny element w rosyjskiej mitologii. Jest w nim prostolinijna, niewinna Rosja, która zawsze gra w otwarte karty i zwodniczy, sprytny Zachód, zmieniający maski i tylko czekający, kiedy uderzyć w słabe punkty przeciwnika.

Kolejny powtarzany przez Putina mit dotyczy właściwie bezpodstawnej rusofobii krajów Europy Środkowej i Wschodniej, którą zainfekowały one struktury Sojuszu. Tylko dzięki "dobrej woli" Rosjan, co podkreślał rosyjski przywódca, stosunki z Zachodem w latach 90. i na początku 2000. były "na wysokim poziomie".

A mimo tej wyciągniętej ręki, Zachód chce zrobić sobie z Rosji wroga. – Dlaczego, po co to wszystko, po co? – pyta Putin. I sam sobie odpowiada – bo jesteśmy dużym, niepodległym krajem. Jesteśmy niewygodni, nie damy się podporządkować, nie oddamy swojej suwerenności. – Pretekst do kolejnego ataku sankcyjnego zawsze zostanie znaleziony lub po prostu sfabrykowany, niezależnie od sytuacji w Ukrainie. Cel jest tylko jeden – powstrzymać rozwój Rosji – stwierdził Putin.

onet.pl

Jacek Gądek: - Co mówi rosyjska telewizja o wojnie na Ukrainie?

Dr Wiktor Ross: Ta telewizja to głównie kilka osób, które prowadzą polityczne programy typu talk show. Są one emitowane wręcz non stop. Jest na przykład show "60 minut", który wydawany jest kilka razy dziennie, a prowadzą go Olga Skabajewa i Popow Jewgienij. Taki program to oczywiście propagandowa obsługa Kremla. Są do nich zapraszani tak zwani eksperci, którzy w rzeczywistości żadnymi ekspertami nie są - to pseudopolitolodzy i pseudowojskowi. Oni tworzą w widzach przekonanie, że Rosja jest niezwyciężona, a wszystkich przeciwników upokorzy i pokona.

Te programy to wręcz domaganie się wojny. Prowadzący i goście tych programów po prostu łakną wojny. Tymczasem formalnie jest to w Rosji przestępstwo, bo kodeks karny zabrania nawoływania do konfliktów zbrojnych. Propagandyści z państwowej telewizji uważają jednak, że takie jest oczekiwanie Kremla, a i samym widzów też, by przeć do wojny, więc do niej wzywają.

- Państwowa telewizja łamie prawo, żądając wojny?

Ależ oczywiście, że tak i nikogo to nie dziwi. Z drugiej strony uczestnicy jednoosobowych pikiet antywojennych z hasłami "Nie chcemy wojować z Ukrainą" i podobnymi, są od razu zatrzymywani.

- Czyimi, w przekazie mediów rosyjskich, są agentami?

W rzeczywistości to oczywiście pacyfiści, ale kremlowskie media mówią, że wykonują zamówienia USA, Unii Europejskiej albo Zachodu. Wśród zatrzymanych był ostatnio także Lew Ponomariow, który od lat walczy w Rosji o przestrzeganie praw człowieka - to aktywista demokratyczny i to od czasu pierestrojki. Ludzie tacy jak Ponomariow - nawołujący do pokoju - są atakowani przez rosyjskie media jak agenci Zachodu, a ludzie wygłaszający wezwania do wojny, są bohaterami.

Do wojny nawołują największe gwiazdy kremlowskiej telewizji - Władimir Sołowjow i Dmitrij Kisielow. Albo prowadząc dyskusje, albo wygłaszając własne mowy. Jest to najbardziej brutalna i chamska militarystyczna propaganda, jaką w ogóle można sobie wyobrazić.

- A kto jest wrogiem w tych mediach?

Największym wrogiem są Stany Zjednoczone, bo są realnym gwarantem bezpieczeństwa w Europie i głównym państwem NATO. Z armią USA Rosjanie nie są w stanie wygrać, więc to Ameryka jest głównym wrogiem propagandy.

Rosjanie mogą próbować wykorzystywać słabości innych krajów i traktować je ulgowo - na przykład Niemcy, gdzie jest wielu polityków russland verstehen ("rozumiejących Rosję"). Niemniej reakcja kanclerza Olafa Scholza - ustalona już wcześniej z resztą państw zachodnich - jest konkretna, bo zapowiedział przerwanie procesu certyfikacji Nord Stream 2, objęcie sankcjami oligarchów rosyjskich i polityków z otoczenia Władimira Putina, a także sankcje na sektor finansowy.

- Na Zachodzie można odbierać RT (dawniej Russia Today, propagandowa telewizja informacyjna Rosji). Jej przekaz jest zbieżny i skoordynowany z mediami wewnątrz Rosji?

Na czele RT stoi Margarita Simonian - jest ona koordynatorką rosyjskiej propagandy za granicą. Ona osobiście występuje w tych politycznych talk-show mediów w samej Rosji. Należy zresztą do jastrzębi - najbardziej agresywnych ludzi w rosyjskich mediach. Przekaz RT i innych kremlowskich mediów jest podobny. Niektóre państwa zachodnie wstrzymują już nadawanie RT, właśnie z uwagi na agresywną propagandę.

- Tak jak Niemcy zaczęły blokować RT DE.

W odwecie za to Rosja zaczęła blokować Deutsche Welle na terytorium Rosji. O tym zresztą rozmawiali osobiście Scholz z Putinem, który obiecał zastanowić się nad odblokowaniem DW - zostawił sobie więc jakąś furtkę.

- Czym jest Ukraina w rosyjskich mediach?

Ukraina jest traktowana jako wróg. Jako państwo, które nie ma prawa istnieć, a Ukraińcy to w tych mediach żaden naród.

- A przecież wydawać by się mogło, że to narody bratnie?

Rosjanie chcieliby zadusić Ukraińców w swoich braterskich objęciach. Dla nich Ukraińcy i Rosjanie to w zasadzie jeden naród, co najwyżej Ukraińcy to odłam narodu rosyjskiego.

- Putin mówił o rzekomym ludobójstwie na wschodzie Ukrainy. To jest lejtmotyw propagandy w mediach Kremla?

Separatyści sami dopuszczają się aktów terroru wobec mieszkańców terenów, które kontrolują. Wybuchają tam bomby w centrach miast, eksplodują samochody - raz miał to być bardzo drogi mercedes, ale separatyści przenieśli numery tego samochodu do starego grata, byle oszczędzić dla siebie cenne auto. Ci ludzie nie wahają się i używają terroru jak ostrzelanie przedszkola - to są bandyci, którzy potem obwiniają Ukraińców. Tymczasem Ukraińcy stoją na linii rozgraniczającej i nie chcą dopuścić do zmiany ich przebiegu.

Rzekome ludobójstwo to wykrycie po sześciu latach jakichś masowych grobów, w których pochowanych było 250 osób. Na pewno pochowali ich tam separatyści, bo grób jest na kontrolowanym przez nich terytorium i leżą w nim zapewne ciała m.in. separatystów, którzy zginęli na froncie. Nie jest to żadne ludobójstwo, bo takie ma ściśle określoną definicję w prawie międzynarodowym. Ale "ludobójstwo" brzmi groźnie, więc rosyjskie media i Putin go używają.

- Była jakaś zmiana tonacji tej propagandy? Przygotowywano uznanie niepodległości republik przez Putina?

Ta propaganda od lat brzmi podobnie. W ostatnim czasie, gdy mamy ryzyko inwazji na pełną skalę Rosji na Ukrainę, nasiliły się jednak nawoływania do rozpoczęcia regularnej, wielkiej wojny.

- Rosjanie chłoną tę propagandę?

W swojej masie Rosjanie są i agresywnie nacjonalistyczni, i ulegają mocarstwowej propagandzie. Wedle badań ponad 50 proc. Rosjan popiera agresywną politykę wobec Ukrainy, jest sporo osób wahających się, a przeciw jest jedynie mniejszość.

- Telewizja państwowa, co się wcześniej nie zdarzało, pokazywała posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego, na którym to wszyscy wzywali Putina do uznania niepodległości separatystycznych republik. To był teatr?

Tak, ale doszło na tym posiedzeniu do ciekawej sytuacji. Premier Michaił Miszustin i szef FSB Nikołaj Patruszew, który jest najgorszym jastrzębiem w rosyjskich władzach, krwiożerczym imperialistą i mentorem Putina (w służbach Patruszew był wyżej niż Putin) powiedzieli: przed uznaniem separatystycznych republik należy odbyć ostatnią rundę rozmów z USA. Brzmiało to, jakby mieli świadomość, że odrzucenie porozumień mińskich będzie fatalne.

- Dlaczego? Te porozumienia zakładały autonomię separatystycznych regionów i wybory - w praktyce - pod lufami rosyjskich karabinów.

Rosja dotychczas upierała się, że realizacja tych porozumień jest niezbędna do zakończenia konfliktu w Donbasie. Putin zapewniał o tym jeszcze kilka dni temu. Porozumienia te - w rosyjskiej interpretacji - de facto pozbawiają Ukrainę suwerenności, a na tym Rosji zależy. Rosjanie żądali - interpretując układ z Mińska - zmiany ukraińskiej konstytucji, zgody na autonomię dwóch separatystycznych republik, a także wybory w tych republikach. Decyzje Putina o uznaniu Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej Rosjanie sami przekreślili porozumienia mińskie, które wcześniej Ukraina przecież podpisała.

- Uznanie przez Kreml niepodległości dwóch republik to tylko wstęp do dalszej inwazji?

Warto zwrócić uwagę na to, że nie do końca wiadomo, na jakim terytorium Kreml uznał DRL i ŁRL. Linia rozgraniczająca tereny będące pod kontrolą separatystów i Ukraińców się przesuwała. Jeśli Rosja uznała te republiki na większym obszarze, niż faktycznie kontrolowali separatyści, to będzie to powód do eskalacji.

Po uznaniu niepodległości samozwańczych republik Putin wygłosił potwornie długie orędzie w telewizji. Straszył NATO i tym, że Ukraina, jeśli wejdzie do NATO, posłuży jako "trampolina do ataku sojuszu na Rosję". Po co?

Przypuszczam, że reakcja rosyjskiego społeczeństwa na takie orędzie jest pozytywna - podobnie jak i na sam fakt uznania niepodległości tych samozwańczych republik. Nie zmienia to faktu, że orędzie Putina było haniebne. W Rosji przyniesie Putinowi jednak punkty poparcia.

gazeta.pl

Bardzo alarmistyczny ton przekazu płynącego z Waszyngtonu wywołuje duże emocje w państwach Zachodnich. Kryzys na Ukrainie to jeden z głównych tematów mediów zachodnich już od miesięcy. O to właśnie chodzi Białemu Domowi. Dziennikarze "New York Times" piszą wprost, że to, co się dzieje ostatnio, to niespotykana seria przecieków i oficjalnego ujawniania informacji wywiadowczych. Niemal tak szybko, jak zostają one zgromadzone i przeanalizowane. - To zjawisko niespotykane od czasów kryzysu Kubańskiego w 1962 roku - mają w rozmowach z "NYT" twierdzić obecni i byli pracownicy służb.

Taka strategia ma być próbą administracji Bidena wygrania w wojnie, w której to Rosjanie od lat byli górą. W wojnie na emocje i informacje. Biały Dom ma starać się stwarzać przekonanie o nieuchronnym i bliskim zagrożeniu, żeby właśnie mu zapobiec i je odsunąć. - Nadzieja jest taka, że ujawnianie planów Putina je zaburzy, być może odsuwając inwazję w czasie, co da więcej przestrzeni na działania dyplomatyczne, albo Rosjanom na przemyślenie kosztów potencjalnej agresji - pisze "NYT".

Bardziej konkretnym celem jest wytrącenie Rosjanom z rąk elementu zaskoczenia, uniemożliwienie im zorganizowania wiarygodnej prowokacji, podkopanie wizerunku Putina na arenie międzynarodowej i wzmocnienie poparcia wśród państw zachodnich dla zdecydowanej odpowiedzi na rosyjskie działania. W imię tych celów Biały Dom ma popychać służby wywiadowcze do odtajniania najnowszych danych wywiadowczych, przedstawiania ich kongresmanom, dzielenia się nimi z dziennikarzami oraz przekazywania ich rzecznikom prasowym do wykorzystania. Pomimo tradycyjnych obaw o to, że Rosjanie, wiedząc co wiedzą Amerykanie, mogą im utrudnić w przyszłości gromadzenie informacji. Najwyraźniej w obecnej sytuacji uznano jednak, że warto podjąć takie ryzyko.

Amerykańscy oficjele wprost stwierdzają, że to nauczka wyciągnięta z błędów popełnionych w 2014 roku. Kiedy Rosja po raz pierwszy szykowała się do ataku na Ukrainę i zagarnięcia Krymu, służby wywiadowcze miały przekonać Biały Dom do tradycyjnego trzymania kart przy orderach i nieujawniania danych wywiadowczych. W efekcie USA wydały się zaskoczone rozwojem sytuacji. - Pamiętam kilkanaście sytuacji z tego okresu, kiedy sobie pomyślałem, jak bardzo pomogłoby naszym interesom pokazanie światu tych informacji, które wtedy mieliśmy - stwierdził w rozmowie z "NYT" Michael McFaul, który w 2014 roku był ambasadorem USA na Ukrainie.

Dodatkową nauczką był rok 2016 i rosyjska kampania dezinformacyjna wymierzona w przebieg amerykańskich wyborów prezydenckich. Z perspektywy czasu opinia w służbach ma być taka, że wówczas były zdecydowanie zbyt pasywne i pozwoliły ograć się Rosjanom. - Dużo się nauczyliśmy o tym, jak Rosja wykorzystuje informację jako narzędzie. Zwłaszcza po 2014 roku. Nauczyliśmy się też bardzo dużo o tym, w jaki sposób im to narzędzie przynajmniej częściowo wytrącić z rąk - stwierdziła wymownie Emily Horne, rzeczniczka Rady Bezpieczeństwa Narodowego.

gazeta.pl

Spotkanie liderów ChRL i Rosji 4 lutego br. stanowiło kulminację procesu intensywnych konsultacji dotyczących rosyjskiej eskalacji działań wobec Ukrainy i Zachodu, prowadzonych co najmniej od wirtualnego szczytu Xi-Putin 15 grudnia ub.r. Było ono także starannie wyreżyserowaną demonstracją spójności de facto sojuszu, adresowaną również do zachodnich odbiorców. Obok przekazów o charakterze strategicznym przedstawiona w czasie szczytu deklaracja zawiera najpełniejszy jak dotychczas oficjalny opis relacji między Moskwą i Pekinem. Do funkcjonującej już wcześniej w narracji obu stron tezy, że łączące je „relacje nowego typu przewyższają wojskowo-polityczne sojusze okresu zimnej wojny”, dokument dodaje nową formułę, mającą odzwierciedlać kolejny etap pogłębienia partnerstwa. Głosi ona, że przyjaźń rosyjsko-chińska „nie ma granic”, a we współpracy „nie ma stref zakazanych”. W dokumencie zawarto też sformułowanie o potwierdzeniu wzajemnego poparcia dla „ochrony kluczowych interesów, suwerenności i integralności terytorialnej” oraz sprzeciwu względem „mieszania się obcych sił w sprawy wewnętrzne”.

W oświadczeniu po raz pierwszy pojawia się ważny element w postaci zasugerowanej ambicji Moskwy i Pekinu do przejęcia przywództwa w nowym ładzie międzynarodowym, który – ich zdaniem – wyłania się ze znajdującego się w fazie schyłkowej porządku opartego na dominacji Zachodu ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Według deklaracji „społeczność międzynarodowa wykazuje rosnące zapotrzebowanie na przywództwo mające na celu pokojowy i stopniowy rozwój”. Wyjaśnia ona również podwaliny wspólnoty ideologicznej obu mocarstw i proponuje wspólną – niezachodnią – definicję demokracji i praw człowieka. Głosi, że „nie ma jednego uniwersalnego szablonu, który służyłby krajom do ustanowienia demokracji. Naród może wybrać takie formy i metody wdrażania demokracji, które najlepiej odpowiadają danemu państwu w oparciu o jego system społeczno-polityczny, tło historyczne, tradycje i unikatowe cechy kulturowe. Tylko od obywateli tego kraju zależy, czy ich państwo jest demokratyczne”.

Dokument za jedno z podstawowych wspólnych zadań uznaje walkę z „zewnętrznymi wpływami” i „kolorowymi rewolucjami”. Wielokrotnie odnosi się (choć nie wprost) do powstrzymywaniu działań USA w wymiarze strategicznym i ideologicznym, wskazując na wzajemne powiązanie bezpieczeństwa Europy i Indo-Pacyfiku, któremu w obu regionach zagraża jakoby amerykańska polityka budowania sojuszy. Obie strony zadeklarowały wspólny sprzeciw wobec „jednostronnych” prób „niektórych państw, a także politycznych i wojskowych sojuszy i koalicji” uzyskania korzyści militarnych „kosztem innych państw”. Oświadczenie precyzuje też niektóre pola współpracy chińsko-rosyjskiej: globalne bezpieczeństwo (kwestie broni masowego rażenia i środków jej przenoszenia, militaryzacja kosmosu, walka z terroryzmem), suwerenność informacyjna (kontrola nad Internetem) czy koordynacja w organizacjach międzynarodowych (ONZ, WTO). Znalazły się w niej również wnioski, jakie reżimy wyciągnęły z wydarzeń w Kazachstanie – odzwierciedla je zapowiedź wspólnego przeciwdziałania próbom „podważania bezpieczeństwa i stabilności przez siły zewnętrzne” w „sąsiadujących regionach”.

Ogłoszenie deklaracji o tej treści należy interpretować jako oficjalne potwierdzenie pogłębienia nieformalnego sojuszu antyzachodniego, a przede wszystkim jako otwarte przekształcenie go z narzędzia wzajemnego wsparcia w obliczu amerykańskiej hegemonii w instrument wspólnego konstruowania „nowego ładu międzynarodowego” w warunkach chaosu i zachodnich prób „odwrócenia biegu historii”. W świetle istniejących różnic interesów (m.in. obustronnego protekcjonizmu gospodarczego) stwierdzenia o „braku limitów” oraz „braku obszarów zakazanych” uznać trzeba raczej za wyznaczenie horyzontu aspiracji niż opis obecnego stanu rzeczy. Niemniej warto podkreślić, że w obszarach fundamentalnych – dotyczących synergii interesów strategicznych w konflikcie z USA oraz wspólnego frontu ideologicznego dwóch państw autorytarnych – więzi między Moskwą a Pekinem uległy zacieśnieniu.

Należy przy tym zaakcentować, że dokument jeszcze bardziej umacnia asymetryczny charakter sojuszu. Język i pojęcia użyte w nim do opisu nowego ładu – odwołujące się do koncepcji „wspólnoty losów ludzkich” Xi Jinpinga czy globalnej agendy rozwojowej – wskazują, że porządek ten będzie kształtowany przede wszystkim zgodnie z wizją Pekinu. Jednocześnie da się zauważyć próbę uwzględnienia w nim punktu widzenia Moskwy (chodzi m.in. o wzmiankę o Putinowskiej koncepcji Wielkiego Partnerstwa Eurazjatyckiego). W aktualnej sytuacji asymetrię przekazu może częściowo traktować jako element doraźnych kompromisów Rosji, szukającej w Chinach poparcia w czasie eskalacji napięć z Zachodem. Jej akceptacja zakorzeniona jest jednak w głębszym przekonaniu rosyjskich elit o potrzebie włączenia się w Pax Sinica w roli młodszego – acz zachowującego autonomię – partnera, co traktuje się jako mniejsze zło w porównaniu z alternatywą w postaci Pax Americana.

(...)

Należy się spodziewać, że w przypadku nałożenia przez Zachód na Rosję dalszych sankcji gospodarczych otrzyma ona od ChRL ograniczone wsparcie. Obie strony działały w ostatnich latach na rzecz dedolaryzacji handlu bilateralnego i stworzenia systemów alternatywnych względem SWIFT (CIPS i SPFS), co ograniczy wpływ ewentualnych restrykcji na wymianę towarową między nimi (choć wciąż mogłyby one wywołać krótkofalowe zaburzenia). Tyczy się to w szczególności rozliczeń za import rosyjskich surowców energetycznych, prowadzonych coraz częściej w euro i walutach lokalnych. Podobnie jak w czasie kryzysu finansowego 2008 r. oraz okresu 2014–2015 (po aneksji Krymu), chińskie banki państwowe (m.in. Exim Bank i China Development Bank) mogą udzielić bezpośrednich pożyczek rosyjskim spółkom energetycznym. Mimo pewnych kosztów ekonomicznych w ostatecznym rozrachunku o taktyce Pekinu decydować będą kalkulacje strategiczne, dlatego KPCh – zarówno w tym kryzysie, jak i kolejnych, wywołanych przez Moskwę w przyszłości – będzie się starała zapobiec upadkowi rosyjskiej gospodarki. Ze swej strony rosyjski establishment polityczny, choć narzeka na niewystarczający poziom chińskiego wsparcia, jest absolutnie przekonany, że w ostatecznym rozrachunku ChRL nie może dopuścić i nie dopuści do załamania się ekonomii swego najistotniejszego partnera strategicznego, absolutnie niezastąpionego w sytuacji pogłębiania się konfliktu na linii Pekin–Waszyngton.

osw.waw.pl