środa, 24 sierpnia 2022


– Czy gdyby Rosjan pozbawiać propagandy, dać im pełny dostęp do mediów (czyli włączają Rossiję 1 i słyszą prawdę) czy to społeczeństwo by się zmieniło?

Odwołam się do Petera Pomarantseva, który opisując sytuację mediów w Rosji mówi, że nie można mówić o propagandzie, a trzeba o wojnie psychologiczno-informacyjnej. Propaganda oznacza praktyki, gdzie propagowane są jakieś idee: dobre i złe. Propaganda komunizmu, nazizmu jest zła, a miłości do planety dobra. Wojna psychologiczno-informacyjna nic nie propaguje, a stwarza poczucie, że wszyscy kłamią. Książka Pomarantseva nazywa się: „To nie jest propaganda. Przygody na wojnie z rzeczywistością”. Zadaniem tego informacyjnego potwora jest pokazanie, że kłamią wszyscy: kłamie Putin, ale też Ameryka, Europa i Chiny.

Ponieważ wszyscy kłamią, to można wszystko. Czyli są dobrymi uczniami Dostojewskiego: „jeśli Boga nie ma, to wszystko jest dozwolone”.

Po drugie, co oznacza: dać wolny dostęp do mediów? A oni go nie mieli? Przecież żyjemy w świecie, gdzie panuje internet, nawet dziś, jeśli ktoś chce, omijając wszystkie filtry, można znaleźć alternatywną od oficjalnej informację.

– Tak, ale trzeba się postarać. Włączyć VPN, poszukać, a ludzie są leniwi.

– Tu nie o to chodzi, czy są leniwi. Powiem paradoksalną rzecz: Rosji nie ma. Współczesne państwo to bowiem naród polityczny, a tego w Rosji nie ma. Rosja to jest nie-do-imperium, które przeskoczyło ten moment formowania politycznych narodów i jego nie zbudowała. Stąd nie chodzi o lenistwo, a o to, że nie mają takiej potrzeby żeby otrzymywać informacje z różnych źródeł. Nie chcą być wolnymi i odpowiedzialnymi, a to są dwie fundamentalne wartości społeczeństw demokratycznych.

Rosyjskie społeczeństwo, tak było, i jest, to wielka liczba upośledzonych niewolników, którymi kieruje zgraja przestępców.

Obojętnie, czy to rodzina carska, partia komunistyczna od Lenina do Gorbaczowa, Jelcyn, czy Putin.

belsat.eu

Rosyjskie władze rozmieszczają siły bezpieczeństwa w obwodzie ługańskim prawdopodobnie w odpowiedzi na malejące poparcie dla wojny i rosnącą niechęć do walki wśród mieszkańców Ługańska. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych LPN poinformowało 23 sierpnia, że ​​personel MSW prowadzi wspólne patrole ze skonsolidowanymi oddziałami policji z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Sankt Petersburga i Obwodu Leningradzkiego, w Starobielsku, Szczastii i Stanystii w okupowanym obwodzie ługańskim. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych LNR poinformowało również 22 sierpnia, że ​​oddziały Rosgwardii (rosyjskiej gwardii narodowej) organizowały zabezpieczenie obchodów Dnia Flagi Rosji w Starobielsku. Główny Zarząd Wywiadu Ukrainy (GUR) poinformował, że jednostki Rosgwardii w Dowżańsku (dawniej Swierdłowsku) nie są podporządkowane lokalnym siłom LNR i że Rosgwardia przeprowadziła w Dowżańsku przeszukanie funkcjonariusza LNR. Rozmieszczenie rosyjskich sił bezpieczeństwa na okupowanych terenach obwodu ługańskiego potwierdza wcześniejszą ocenę ISW, że mieszkańcy LNR i przypuszczalnie siły milicji mogą nie chcieć kontynuować walki teraz, gdy dotarły do granic obwodu ługańskiego. Niedawne nasilone rosyjskie wysiłki na rzecz przymusowej mobilizacji mieszkańców Ługańska zapewne pogłębiły to rozczarowanie, a rosyjskie władze mogą zwiększać obecność rosyjskich sił bezpieczeństwa w Ługańsku, aby stłumić jakąkolwiek niestabilność wewnętrzną i/lub ponieważ tracą zaufanie do rodzimych sił ługańskich.

Rozmieszczenie przez władze rosyjskie elementów Rosgwardii do zadań bezpieczeństwa w okupowanym obwodzie ługańskim odwraca te siły od operacji w innych miejscach na Ukrainie, być może przyczyniając się do szerszego niepowodzenia Rosji w przełożeniu ograniczonych zdobyczy taktycznych na sukcesy operacyjne. Wcześniej ISW oceniało, wszystko wskazuje na to, że siły rosyjskie wyczerpały swój impet poprzez zdobycze terytorialne wokół Awdijewki i Bachmutu w obwodzie donieckim – bardzo małej części całego ukraińskiego teatru działań – częściowo z powodu niemożności przydzielenia wystarczających środków na operacje ofensywne. Niechęć sił LNR do udziału w wojnie, w połączeniu z obecnością sił Rosgwardii na tyłach zamiast blisko frontu, prawdopodobnie przyczynią się do dalszych niepowodzeń Rosji w osiąganiu znaczących zdobyczy terytorialnych.

understandingwar.org

Zwykle elokwentny francuski prezydent tym razem woli milczeć. Niewdzięczne zadanie odrzucenia idei budowy połączenia gazowego przez Pireneje zrzucił na minister ds. transformacji energetycznej Agnes Pannier-Runacher. Ta zaś stwierdziła, że dokończenie projektu 200-kilometrowego konektora MidCat, który połączyłby Hostalric na północ od Barcelony z Barbaira we francuskiej Oksytanii, nie ma sensu, bo inwestycja byłaby nad wyraz droga, a jej dokończenie zajęłoby wiele lat.

– Z tego powodu rzecz jasna MidCat nie może być odpowiedzią na kryzys energetyczny, jaki dotyka Unię po inwazji na Rosję – uznała Francuzka.

Jej zdaniem nowy gazociąg jest też sprzeczny z programem Brukseli uwolnienia Unii od kopalnych źródeł energii do 2050 r. W zamian Paryż sugeruje rozbudowę przez Niemcy terminali LNG (gaz skroplony), którymi cenny surowiec byłby dostarczany z Kataru i Ameryki.

Tyle że te argumenty Madryt odrzuca. Zdaniem wicepremier Teresy Ribery dokończenie gazociągu, którego budowa była prowadzona w latach 2013–2019, ale została wstrzymana przez obie strony, zajęłoby osiem–dziewięć miesięcy. Hiszpanie wskazują także, że gdy epoka gazu przejdzie do historii, tą samą rurą będzie można tłoczyć wodór, surowiec jak najbardziej ekologiczny. Gdy zaś idzie o koszty, to zamykają się one kwotą 450 mln euro wobec 11 mld euro, jakie wpompowano w gazociąg Nord Stream 2 o porównywalnej mocy przesyłowej.

Bo też nikt w królestwie nie ma złudzeń, jaka jest prawdziwa motywacja Macrona. Jeszcze z inicjatywy generała de Gaulle’a Francja postawiła na energetykę jądrową. Dostarcza ona nie tylko zdecydowaną większość energii elektrycznej w kraju, ale jest też cennym produktem eksportowym. Jednak pod warunkiem, że nie pojawi się konkurencyjna oferta, jak gaz z Półwyspu Iberyjskiego.

W ten sposób Hiszpania i Portugalia przez dziesięciolecia musiały się zadowolić statusem „energetycznej wyspy” zasadniczo odciętej od reszty zjednoczonej Europy. W szczególności królestwo mogłoby od razu przesyłać przez Pireneje 60 mld metrów sześciennych gazu rocznie, a więc więcej niż przepustowość Nord Stream 1 (55 mld), do którego całkowitego zamknięcia właśnie się szykuje Putin. Cóż z tego, jeśli VIP Pireneas, jedyny gazociąg łączący dziś Hiszpanię z Francją, jest w stanie przesłać marne 7 mld metrów sześciennych surowca rocznie.

Macronowi blokować Hiszpanów jest jednak coraz trudniej, bo pomysł Sáncheza poparł Olaf Scholz. – Poświęcam teraz wiele czasu temu projektowi. Jego realizacja miałaby kapitalne znaczenie dla rozwiązania naszych problemów – oświadczył w tych dniach kanclerz.

Niemiecka gospodarka, największa w Europie, musi pilnie znaleźć alternatywne do rosyjskich źródła gazu. Owszem, Berlin podjął budowę trzech terminali LNG, jednak importowany tędy gaz będzie relatywnie drogi. Utrzymanie konkurencyjności gospodarki Republiki Federalnej ma też kapitalne znaczenie dla Polski, jednego z głównych poddostawców niemieckiej maszyny eksportowej. W październiku w madryckim pałacu Moncloa Scholz spotka się z Sánchezem na pierwszych konsultacjach międzyrządowych od siedmiu lat. Poza interesami łączą ich też wspólne zapatrywania polityczne: są socjalistami.

Hiszpania zbudowała niezwykły potencjał przesyłu gazu. Królestwo łączy bezpośredni gazociąg (MedGaz) z Algierią. Inna rura, GRE, mogłaby też dostarczać algierski gaz przez Maroko, gdyby nie konflikt dyplomatyczny dzielący oba kraje Maghrebu. Bilbao, Mugardos, Huelva, Kartagena, Sagunto i Barcelona: Hiszpanie zbudowali też sześć terminali LNG, rekord w Unii. Są one w stanie przyjąć jedną trzecią gazu skroplonego Unii.

Do tego dochodzi oferta Portugalii. Co prawda ma ona tylko jeden terminal LNG, jednak Amerykanie widzą w atlantyckim porcie Sines bramę dla amerykańskiego gazu skroplonego. Antonio Costa, również socjalistyczny portugalski premier, gorąco wspiera więc współpracę Sáncheza i Scholza. Liczy także, że Półwysep Iberyjski w przyszłości przekształci się w hub energetyczny dla Europy, odbierając tę intratną rolę Niemcom, ale także Francji. Projekt znalazł też poparcie przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen. Hiszpanie chcą, aby został uznany za inwestycję o znaczeniu unijnym i był sfinansowany przez brukselską centralę. To jednak, co nie jest zaskakujące, nie podoba się Francuzom. Bruksela, która w pierwszych miesiącach wojny w Ukrainie potrafiła działać błyskawicznie, w tej sprawie ociąga się jednak z decyzją.

Determinacja Niemców, Hiszpanów i Portugalczyków jest jednak tak duża, że tym razem opór Francuzów nie do końca będzie skuteczny. A to dlatego, że jest tu plan „B”: budowę znacznie droższego i dłuższego (700 km) gazociągu na dnie Morza Śródziemnego, który połączyłby Barcelonę z włoskim Livorno. Z Włoch gaz mógłby zaś być tłoczony na północ, do Niemiec i szerzej Europy Środkowej. W ten sposób udałoby się ominąć Francję.

wp.pl