poniedziałek, 13 sierpnia 2018


W biedniejszych – i przez to często patologicznych – środowiskach stosuje się inne niż w warstwach uprzywilejowanych modele wychowania. To one w dużym stopniu odpowiadają za gorsze wyniki w nauce i testach na inteligencję. Problemem zajęła się Annette Lareau z University of Pennsylvania, badaczka norm kulturowych w różnych kręgach społeczeństwa amerykańskiego. Razem ze swoimi asystentami spędziła ponad 20 lat w salonach i nędznych przyczepach kempingowych służących za mieszkania, obserwując funkcjonowanie rodzin. Zauważyła, że przedstawiciele klas wyedukowanych i nizin społecznych nie reprezentują stylów rodzicielstwa z przeciwnych końców tego samego kontinuum, ale tworzą zupełnie różne teorie i wzorce wychowania dzieci.

Dzieci z tzw. dobrych domów wzrastają w atmosferze określanej przez Lareau zgodnym wychowaniem. Ich rodzice angażują się we wszystkie dziedziny życia swoich pociech. Podejmują spójne wysiłki, by dostarczyć im nieprzerwany strumień stymulujących informacji, wrażeń i doświadczeń. Wożą je z jednych zajęć na drugie i pilnują, by w trakcie 10-minutowej przerwy między tenisem a nauką kodowania ich latorośl odrobiła pracę domową z fizyki jądrowej. Reżim nie do pozazdroszczenia. Ale czy będąca jego skutkiem dojrzałość społeczna nie jest warta największego wysiłku? Dzieci wiedzą, jak się obracać w świecie zorganizowanych instytucji, sztywnych reguł i konwenansów. Umieją występować przed publicznością, robić dobre wrażenie i rozmawiać z dorosłymi, patrząc im prosto w oczy. Niektóre nawet przewidują konsekwencje swoich czynów.

Gdy Annette Lareau pokazywała gorzej sytuowanym rodzicom grafik zajęć pewnej zamożnej rodziny, łapali się za głowę. Uważali, że z powodu stresu, tempa i obciążeń dzieciaki z bogatych domów muszą być niewiarygodnie smutne. Przedstawiciele niższych klas społecznych byli pewni, że pozwalając własnym dzieciom na więcej wolności, uszczęśliwiają je i uczą samodzielności. Rzeczywiście, były bardziej rozluźnione, energiczne i spontaniczne. Rzadziej też narzekały na nudę. Lareau dostrzegła wiele zalet modelu wychowania w niższych klasach. Ale zwróciła też uwagę na jego wady. Za małą wagę przywiązuje się w nich do wpajania zasad współczesnej ekonomii – oceniała. Wprawdzie uboższe dzieci mają lepszy kontakt z dalszymi krewnymi i kolegami z podwórka, lecz w sytuacjach publicznych, oficjalnych tracą całą pewność siebie. Ich zdolności komunikacyjne, językowe pozostawiają wiele do życzenia, co zdecydowanie odróżnia je od rówieśników z elitarnych dzielnic i szkół prywatnych. Słabiej też kontrolują swoje emocje i impulsy.

„Efekty widać gołym okiem. Studenci z najbiedniejszych ćwierci populacji mają 8,6 proc. szansy na zdobycie dyplomu. Studenci z najbogatszej ćwierci – aż 75 proc.” – pisze David Brooks w książce „Projekt życie”. I cytuje Jamesa J. Heckamana, laureata Nagrody Nobla z ekonomii: „50 procent różnic w dochodach w trakcie całego życia determinują czynniki obecne w życiu człowieka przed ukończeniem osiemnastu lat. Większość tych różnic wiąże się ze zdolnościami nieuświadomionymi, takimi jak postawy, postrzeganie i normy”.

focus.pl

„Naprawdę nie chciałem zepsuć internetu” – mówi Ethan Zuckerman, który wynalazł reklamy pop-up. „Naprawdę nie chciałem truć ludziom życia. Jest mi niesłychanie przykro”.

„Budzę się często zlany potem i myślę: »co zgotowaliśmy światu«?” – to Tony Fadell, jeden z ojców iPoda.

„Znacie ten odcinek Black Mirror, w którym każdy ma obsesję na punkcie lajków?” – pyta Leah Pearlman, współwynalazczyni lajków. „Nagle zaczęłam się bać, że stanę się takim człowiekiem. I że sama to innym umożliwiłam”.

„Byliśmy głupi” – mówią jednym głosem złote dzieci Doliny Krzemowej. „Myśleliśmy, że pchając technologię do przodu łączymy ludzi, niesiemy Globalnemu Południu narzędzia budowania demokracji i udostępniamy darmową wiedzę”.

Nie wyszło, bo – jak opowiadają „New York Magazine” – wszystko zepsuł pan kapitalizm. Żeby internet pozostał darmowy, trzeba było zbudować potężny model biznesowy oparty na pochłanianiu uwagi internautów. A jak najłatwiej zwrócić czyjąś uwagę, wiedziano już od czasu powstania mediów masowych: szokowaniem, wkurzaniem i podsuwaniem wrogów.

„Marzenie Doliny Krzemowej o stworzeniu usieciowionej utopii skończyło się globalną budą z jednorękimi bandytami opanowaną przez spam, cybersebiksów i Władimira Putina” – pisze Noah Kulwin, autor wywiadu, zauważając, że ostatnie lata w coraz bardziej spersonalizowanym, ubańkowionym internecie przyniosły światu niespotykaną do tej pory polaryzację postaw, nienawiść reprodukowaną kliknięciami użytkowników. A w efekcie – Trumpa i Brexit.

Putin jest oczywiście zachwycony, że udało mu się przyczynić do czegoś, co politologowie nazywają „powrotem wielobiegunowego świata”, gdzie Putin, rzecz jasna, jest jednym z biegunów. Co wolno kapitałowi na Zachodzie – dzielić i rządzić (w rozproszeniu) – nie wolno jednak w Rosji, która od lat kroczy w awangardzie cenzurowania internetu. Czynność ta w krajach liberalnej demokracji pozostaje (jeszcze) tabu. Od 2008 roku w Rosji funkcjonuje rejestr stron zakazanych, a wprowadzane później ustawami zakazy używania brzydkich słów, propagowania homoseksualizmu czy ekstremizmu uderzają przede wszystkim w internetowych aktywistów.

Teraz Rosja – a dokładnie Roskomnadzor, federalna służba odpowiadająca za kontrolę mediów – wzięła się za komunikator Telegram, jeden z najbardziej znanych dzieł rosyjskiej branży IT. Jego twórca, Paweł Durow, odmówił udostępnienia służbom – oczywiście w celu walki z ekstremizmem – kluczy kryptograficznych do deszyfrowania wiadomości przesyłanych przez użytkowników. W odpowiedzi dokonano próby zablokowania komunikatora, ale oczywiście nie jest to tak proste, jak w przypadku pojedynczej witryny.

W wyniku ścigania się z Durowem (i VPN-ami), czyli blokowania milionów adresów IP związanych z Telegramem, Roskomnadzorowi udało się, według doniesień mediów, doprowadzić np. do problemów z funkcjonowaniem m.in. terminalów płatniczych i kas w supermarketach, Asany, Vibera, Microsoft Office’a, Play Station, Xbox Live, a nawet Tindera. Przypadkowo odblokowano też wpisane w 2014 roku na czarną listę opozycyjne portale internetowe: kasparov.ru i grani.ru. Roskomnadzor zaczął temu wszystkiemu na swojej stronie zaprzeczać, ale dementi nie można było przeczytać, gdyż strona padła ofiarą ataków DDoS.

Roskomnadzor wkurzył się tą kompromitacją i ogłosił, że zamierza zatem do końca roku zablokować na terenie Rosji Facebooka, od którego już od lat bezskutecznie żąda przechowywania danych rosyjskich użytkowników na serwerach znajdujących się na terenach Rosji.

krytykapolityczna.pl