czwartek, 22 sierpnia 2019
Przypomnijmy, że w styczniu 2018 roku rząd PiS znowelizował ustawę o IPN. Zmiana ta wywołała kontrowersje i spowodowała kryzys w relacjach polsko-izraelskich. W lutym ub. r. podczas konferencji w Monachium izraelski dziennikarz "New York Timesa" Ronen Bergman powiedział, że w czasie drugiej wojny światowej część jego krewnych została wydana przez Polaków gestapo. Po opowiedzeniu tej historii Bergman zapytał Mateusza Morawieckiego, czy zgodnie z nowymi przepisami trafiłby do więzienia za opowiadanie takich historii.
Niedługo później konta dziennikarza w mediach społecznościowych zalały hejterskie komentarze. Bergman zlecił firmie Cyabra przyjrzenie się tej sprawie. Cyabra to izraelski startup, który działa od 2017 roku i zatrudnia około 10 osób. W czerwcu 2018 roku firma otrzymała milion złotych wsparcia od funduszu inwestycyjnego Uniwersytetu w Tel Avivie. W zarządzie Cyabry jest m.in. były zastępca dyrektora Mossadu Ram Ben-Barak.
Do raportu dotarł poseł PO Paweł Suski. Z analiz Cyabry wynika, że za kampanią stała "doświadczona organizacja z dostępem do dużych zasobów finansowych".
Analitycy firmy rozpoznali m.in. 15 fałszywych kont na Facebooku, z których publikowano posty po polsku i po angielsku. Wykryto, że jeden z użytkowników klikał "lubię to" pod każdym postem zawsze jako ostatni, a inny zawsze jako pierwszy. Zdaniem analityków firmy taka aktywność nie jest naturalna i świadczy o "użyciu automatycznego mechanizmu".
Podobne nieprawidłowości miały miejsce na Twitterze, gdzie zidentyfikowano ok. 10 fałszywych kont, a także zaobserwowano wysyłanie identycznych wiadomości w tym samym czasie przez grupę użytkowników - zdaniem Cyabry był to "zorganizowany atak z użyciem botów".
Nieprawidłowości zaobserwowano też na forum jednego z izraelskich portali informacyjnych - zdaniem analityków ponad połowa (56 proc.) odpowiedzi była generowana przez boty. Niektórzy użytkownicy zamieszczali po dwa wpisy na sekundę, co nie jest możliwe do wykonania w przypadku człowieka.
Kolejną nieprawidłowość analitycy odkryli wśród wiadomości, które dziennikarz otrzymywał za pośrednictwem swojej strony - część osób, by ukryć swoją prawdziwą tożsamość, korzystała z adresów IP kupionych w Belgii.
Kto mógł opłacić taką kampanię? Tego Cyabra nie podaje.
gazeta.pl
Spośród obiegowych opinii dotyczących życia w PRL szczególnie żywotna jest taka, że stłoczono wtedy ludzi w maleńkich, standardowych mieszkaniach i że była to jedna z przemyślanych szykan państwa wobec obywateli, których w ten sposób chciano upodlić. A wynikało to z nędzy, która ogarnęła nasz kraj pod panowaniem komunistów. Peerelowska ciasnota i brzydota mieszkań jako degradacja po II RP, w której żyło się pięknie i przestrzennie, to zadziwiająco trwały mit historyczny, chyba tym trwalszy, im bardziej antykomunizm i tęsknota za II RP stają się jałową etykietką tożsamościową.
A przecież przez cały okres II Rzeczypospolitej jednym z niewyobrażalnych dziś mankamentów życia większości jej mieszkańców, a także bardzo poważną barierą cywilizacyjną, blokującą wszelki awans społeczny, był – jak to nazywała prasa tamtego okresu – „głód mieszkaniowy”, czyli konieczność mieszkania w potwornej ciasnocie, w fatalnych warunkach higienicznych i przy braku elementarnej intymności oraz jakichkolwiek perspektyw i nadziei na poprawę stanu rzeczy.
Po I wojnie światowej 73% obywateli RP (według spisu ludności z 1931 r.) mieszkało na wsi i w małych miasteczkach, w warunkach skrajnego i wciąż pogłębiającego się przeludnienia. Najmniejsze było w dawnym zaborze pruskim, największe zaś w Galicji, gdzie w 1938 r. 100 ha ziemi musiało wyżywić przeciętnie 114 mieszkańców.
Duża część gospodarstw nie produkowała więc nawet takich nadwyżek, które pozwoliłyby zakupić drewno do rozbudowy domu, kiedy powiększała się rodzina gospodarza lub rodziny jego dzieci. Większość przedwojennych domów wiejskich budowana była jeszcze w czasach pańszczyzny lub niedługo po jej zniesieniu, kiedy chłopi nie kupowali budulca na wolnym rynku, ale otrzymywali od pana w ramach jego powinności feudalnych bądź tzw. serwitutów. Tradycyjnie składały się one z dwóch izb: większej, białej, zamieszkiwanej tylko latem, i mniejszej, czarnej, a więc ogrzewanej od pieca kuchennego, do której zimą sprowadzała się cała wielopokoleniowa rodzina, często wraz ze zwierzętami gospodarczymi. Kilka lub kilkanaście osób na ok. 15-20 m kw. powierzchni mieszkalnej musiało się wyspać, spełnić obowiązki małżeńskie, ugotować jedzenie, odrobić lekcje, naprawić ubranie i narzędzia gospodarcze, wyleczyć chorą krowę, urodzić dzieci i umrzeć.
Władze II RP ograniczały napływ ludności wiejskiej do miast przez bezwzględne egzekwowanie obowiązku meldunkowego. Można by napisać, że w miastach wcale nie było lepiej, jednak często ekonomiczni imigranci ze wsi, którym udało się tam zaczepić, wspominali, że w porównaniu z domową miejska ciasnota wydawała się im ogromnym awansem.
Jak wyglądała sytuacja mieszkaniowa w przedwojennej Warszawie w porównaniu choćby z peerelowską, można sobie wyobrazić dzięki przytoczeniu kilku danych. W 1938 r. Warszawa miała ok. 1,3 mln mieszkańców, po wojnie podobną liczbę osiągnęła w latach 70. Tyle że przed wojną powierzchnia miasta wynosiła 141,5 km kw., a w 1977 r. – 484,6 km kw. (...) Co więcej, ponad trzy czwarte warszawiaków mieszkało w granicach miasta sprzed 1916 r. (32,73 km kw.), kiedy okupacyjne władze niemieckie pozwoliły na rozrost metropolii poza linię carskich fortyfikacji.
Warszawa przedwojenna, podobnie jak inne duże polskie miasta, w śródmieściu zabudowana była bardzo gęsto XIX-wiecznymi kamienicami z oficynami otaczającymi tzw. podwórka studnie, do których nie docierały światło dzienne ani wiatr pozwalający na wymianę powietrza. Układ tych kamienic znamy choćby z „Lalki” Bolesława Prusa, w której mamy obraz kamienicy Łęckich: mieszkania z oknami od ulicy na pierwszym i drugim piętrze, ze skanalizowanymi łazienkami i ubikacjami, wyposażone w instalację elektryczną i gazową, złożone z czterech-ośmiu pokojów, przeznaczone były dla bogatych najemców. Mieszkania na wyższych piętrach były już mniejsze, często jedno-, dwuizbowe. Za to mieszkania w oficynach, wiecznie ciemne, których nie można było porządnie wywietrzyć, przeznaczone dla uboższych lokatorów, pozbawione były wygód, budowane byle jak, z cienkimi, często na jedną cegłę, ścianami zewnętrznymi, przez które zimą przechodził niedający się opanować chłód.
Ceny komornego w Warszawie były bardzo wysokie. Choć w latach 20. wprowadzono urzędową kontrolę czynszów najmniejszych, jedno- i dwuizbowych mieszkań oraz zakaz ich podnoszenia, dopóki trwała umowa najmu, to zjawiskiem powszechnym i pogłębiającym się było wynajmowanie przez lokatorów części mieszkania sublokatorom. Mały, samodzielny pokój przy rodzinie kosztował 60-80 zł miesięcznie, przy miesięcznych zarobkach np. niewykwalifikowanego robotnika wynoszących 80-100 zł, a wykwalifikowanego robotnika, nauczyciela czy niższego urzędnika – 120-150 zł (na prowincji niższe były i zarobki, i ceny wynajmu). Łóżko sublokatorskie w wieloosobowym pokoju to koszt 20-50 zł, a łóżko dzielone z innym sublokatorem (np. ślusarz pracujący w dzień wynajmuje to samo łóżko z piekarzem pracującym w nocy, co było dość częstą kombinacją) 15 zł. Do tego płaciło się za węgiel, elektryczność, wodę, jeśli była w mieszkaniu, a także za pranie pościeli. Często sublokatorzy mieli wyznaczone godziny przebywania w mieszkaniu, które w nocy było sypialnią, a w dzień zamieniało się w warsztat rzemieślniczy.
tygodnikprzeglad.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)