wtorek, 27 stycznia 2026



Wojska rosyjskie kontynuują zmasowane ataki kombinowane na infrastrukturę energetyczną. Od 20 stycznia wieczorem do 27 stycznia rano agresor użył łącznie 1072 dronów, z czego 965 uderzeniowych „szahedów”, oraz 24 pocisków balistycznych i manewrujących. Obrońcy zadeklarowali zneutralizowanie 929 bezzałogowców oraz zestrzelenie 14 rakiet.

Do najbardziej zmasowanego ataku doszło w nocy z 23 na 24 stycznia, kiedy to Rosja użyła ponad 375 dronów i kilkunastu rakiet różnego typu (m.in. przeciwokrętowych pocisków Cyrkon). Celami były obiekty infrastruktury energetycznej i mieszkalnej w Kijowie (jedna osoba zginęła, kilka zostało rannych, a ponad 800 tys. abonentów pozostało bez prądu), w Charkowie (atak trwał dwie i pół godziny, rannych zostało 30 osób, uderzono m.in. w szpital położniczy) i innych miastach (łącznie ponad 170 obiektów, w tym 80 budynków mieszkalnych). W ataku na stolicę uszkodzone zostały m.in. budynki kompleksu klasztornego Ławry Peczerskiej, wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jak podkreśliła 25 stycznia premier Julija Swyrydenko, skutki uderzenia, ze względu na uszkodzenia wyrządzone w poprzednich dniach oraz nadzwyczaj trudne warunki pogodowe, były dla sektora energetycznego najpoważniejsze od 2022 r. – aż 85% odbiorców na całej Ukrainie miało zostać pozbawionych dostępu do energii elektrycznej (jak dotąd udało się przywrócić dostawy prądu dla 60% użytkowników).

W ciągu ostatniego tygodnia celami ataków rosyjskich były obiekty infrastruktury energetycznej na całej Ukrainie – ucierpiały Zaporoże (20, 21, 25 stycznia – atak trwał łącznie kilkanaście godzin), Krzywy Róg (21 stycznia), Charków (20, 21, 23, 25, 26 stycznia – pozbawionych prądu zostało ponad 1,1 mln mieszkańców miasta i całego obwodu charkowskiego), Chersoń (21 i 27 stycznia – trafiony został m.in. wieżowiec mieszkalny w centrum miasta), Dniepr (22 stycznia), Sumy (23 stycznia), Odessa (26 i 27 stycznia) oraz miejscowości w obwodach żytomierskim (23 stycznia), czernihowskim (24 stycznia), mikołajowskim (26 stycznia) i lwowskim (27 stycznia).

W nocy z 22 na 23 stycznia Siły Obrony Ukrainy dokonały ataku bezzałogowych statków powietrznych na należące do spółki Pienzanieftieprodukt magazyny paliw w Penzie. Opublikowane zdjęcia satelitarne świadczą o tym, że całkowicie zniszczony został co najmniej jeden zbiornik paliwa, zaś kilka innych nosi ślady uszkodzeń. Baza ta to część koncernu Rosniefti i jeden z największych obiektów paliwowych w regionie. W jej skład wchodzi 18 zbiorników o łącznej pojemności ok. 21,6 tys. m³. Obiekt odpowiada za zaopatrywanie w paliwa sektora cywilnego i jednostek wojskowych Federacji Rosyjskiej oraz pełni funkcję regionalnego punktu przeładunkowo-dystrybucyjnego. Penza znajduje się ponad 500 km od granicy z Ukrainą.

W nocy z 25 na 26 stycznia ukraińskie drony uderzeniowe zaatakowały infrastrukturę rafinerii Sławiańsk EKO w Sławiańsku nad Kubaniem w Kraju Krasnodarskim. Zgodnie z komunikatem opublikowanym przez Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy trafione miały zostać elementy instalacji przerobu ropy naftowej. Skala zniszczeń pozostaje jednak nieznana.

(...)

26 stycznia Fedorow poinformował, że jednostki wojskowe, które przystąpiły do programu „Armia Dronów. Bonus” wyeliminowały w ubiegłym roku 240 tys. rosyjskich żołnierzy, a także dokonały 62 tys. trafień w lekki sprzęt wojskowy wroga, 29 tys. trafień w sprzęt ciężki oraz 32 tys. w bezzałogowe statki powietrzne. Ogółem ukraińskie drony są odpowiedzialne za prawie 820 tys. trafień w cele nieprzyjaciela. Wśród najbardziej skutecznych formacji znalazły się Ptaki Madiara, Jednostka Specjalna SBU Alfa oraz Grupa Łazara.

21 stycznia ukraiński wywiad wojskowy (HUR) opublikował dane dotyczące przedsiębiorstw zaangażowanych w produkcję rosyjskich pocisków manewrujących 9M727 wykorzystywanych w systemie rakietowym Iskander-K. Według ustaleń wywiadu kluczowym przedsiębiorstwem w cyklu produkcyjnym jest Biuro Badawczo-Konstrukcyjne „Nowator”, należące do koncernu Ałmaz-Antiej. HUR ujawnił również dane dotyczące 39 rosyjskich oraz jednego białoruskiego przedsiębiorstwa, które uczestniczą w produkcji głowic bojowych, silników turboodrzutowych i ich komponentów, satelitarnych oraz bezwładnościowych systemów nawigacyjnych, a także innych elementów elektronicznych wykorzystywanych w pociskach Iskander-K. Szczególną uwagę wywiad zwrócił na fakt, że 8 z 41 wymienionych przedsiębiorstw nadal nie zostało objętych sankcjami żadnego z państw należących do koalicji sankcyjnej. Wśród nich znalazły się m.in.: Tambowskie Zakłady „Elektropribor”, JSC „Wysokie Technologie” i Wołżańskie Zakłady Elektromechaniczne.

24 stycznia zastępca szefa Służby Wywiadu Zagranicznego Ukrainy Ołeh Łuhowskyj wskazał, że białoruski kompleks wojskowo-przemysłowy został silnie zintegrowany z rosyjskim, a ponad 80% białoruskich firm uczestniczy w realizacji Rosyjskiego Państwowego Zamówienia Obronnego oraz Państwowego Programu Zbrojeń Rosji na lata 2025–2034. Białoruskie przedsiębiorstwa zajmują się m.in.: naprawą broni pancernej i rakietowo-artyleryjskiej, obsługą sprzętu łączności i systemów automatycznego sterowania, serwisem sprzętu lotniczego, dostarczaniem pocisków artyleryjskich i systemów bezzałogowych.

Podczas wystąpienia na Forum w Davos 22 stycznia prezydent Wołodymyr Zełenski przekonywał, że Rosja traci obecnie 35 tys. żołnierzy miesięcznie. Stanowi to według niego znaczący skok w porównaniu do szacunków sprzed roku, gdy najeźdźca tracił 14 tys. żołnierzy miesięcznie. Podkreślił przy tym, że armia rosyjska mobilizuje od 40 tys. do 43 tys. ludzi miesięcznie, jednak ok. 10–15% z nich dezerteruje lub zostaje rannych podczas walk.

24 stycznia podczas ataku na śmigłowce w rejonie Kropywnyckiego siły rosyjskie po raz pierwszy użyły „szahedów” wyposażonych w terminale satelitarne Starlink. Dzięki temu Rosjanie są w stanie na bieżąco koordynować lot bezzałogowców i precyzyjnie trafiać w cel.

23 stycznia ukraińska Służba Wywiadu Zagranicznego podała, że Kreml zatwierdził tzw. Strategię zrównoważonego rozwoju obwodu azowskiego do 2040 r. – dokument, który pod pozorem długofalowego planowania społeczno-gospodarczego ma na celu uzasadnienie nielegalnej aneksji tymczasowo okupowanych terytoriów Ukrainy oraz ich włączenie do rosyjskiej przestrzeni prawnej, administracyjnej i gospodarczej. Strategia formalnie obejmuje siedem podmiotów Federacji Rosyjskiej, w tym Autonomiczną Republikę Krymu oraz okupowane obwody: doniecki, ługański, chersoński i zaporoski. Dokument stanowi kolejny krok w kierunku legitymizacji okupacji przy użyciu narzędzi biurokratycznych i ekonomicznych. Zakłada m.in.: poprawę jakości usług komunalnych dla 2,58 mln osób, stworzenie „komfortowych warunków życia” dla 750 tys. mieszkańców, osiągnięcie poziomu 23,6 mln przyjazdów turystycznych rocznie. Zapowiedziano również utylizację zatopionych statków na Morzu Azowskim oraz daleko idące zmiany w systemach gospodarki wodnej rzek Don i Dniepr. W dokumencie nie znalazły się informacje o źródłach finansowania strategii.

21 stycznia mer Kijowa Witalij Kliczko przekazał, że od początku roku ze stolicy Ukrainy wyjechało ok. 600 tys. osób. Biuro prasowe mera wyjaśniło, że liczba ta opiera się na danych rozliczeniowych operatorów telefonii komórkowej. Na obecną sytuację wpływają m.in. wyjazdy mieszkańców do innych miast, przedłużone ferie, a także nauka zdalna – wielu studentów uczestniczy w zajęciach online, przebywając poza stolicą. 23 stycznia Kliczko zaapelował do mieszkańców – zarówno tych, którzy pozostają w mieście, jak i tych, którzy mają możliwość opuszczenia go – o przygotowanie zapasów żywności, wody oraz niezbędnych leków. Jak podkreślił, sytuacja jest bardzo trudna i może ulec dalszemu pogorszeniu.

Kijowska Miejska Administracja Wojskowa nie potwierdziła doniesień o wyjeździe ponad pół miliona osób, twierdząc, że gdyby ze stolicy wyjechała tak duża liczba abonentów, którym dostarczana jest energia elektryczna, sytuacja w energetyce prawdopodobnie nie byłaby tak krytyczna. 26 stycznia prezydent Zełenski poinformował, że w Kijowie niemal 60% odbiorców pozostaje bez dostaw energii elektrycznej, a ok. 1,2 tys. bloków mieszkalnych w stolicy nadal nie ma ogrzewania. Wskazał zarazem, że najtrudniejsza sytuacja panuje też w obwodach kijowskim, charkowskim, sumskim, czernihowskim oraz dniepropetrowskim. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zwiększa liczbę punktów wsparcia i ogrzewania dla mieszkańców (w Kijowie funkcjonuje obecnie ponad 1,3 tys. tzw. punktów niezłomności, zapewniających mieszkańcom dostęp do podstawowych usług w warunkach kryzysowych). Zełenski zaznaczył, że kluczowe jest utrzymanie działania stacji bazowych łączności komórkowej. Premier oraz minister obrony mają zweryfikować dane dotyczące zwolnienia od służby wojskowej pracowników firm energetycznych i przedsiębiorstw komunalnych usuwających skutki rosyjskich ataków.

osw.waw.pl


Milblogerzy: Kontrolowana opozycja

Zachodnie media czasem przedstawiają rosyjskich "blogerów wojennych" - milblogerów - jako niezależnych świadków, "prawdę opowiadających". To bardzo naiwne. W Rosji nie ma niezależności. Jest jedno - stopień przywiązania do systemu.

Blogosfera "Z" - tak się ją czasem określa - narodziła się z rozczarowania. W 2022 roku oficjalne komunikaty Ministerstwa Obrony Rosji stały się nieważliwe nawet dla własnych żołnierzy. Przepaść między słowami a rzeczywistością była zbyt wielka.
Kreml stanął przed wyborem. Albo monopolizować całą informację (bardzo trudne i ryzkowne) - i zostać ośmieszonym. Albo pozwolić krytyce taktycznej, logistycznej, personalnej - pod warunkiem, że strategiczna będzie zakazana.
Wybrał drugie. Efektem jest sieć kanałów Telegramu, które każdego dnia opowiadają o porażkach, korupcji, głupich generałach - ale zawsze kończą się słowami: trzeba walczyć. Trzeba mobilizować się. Trzeba wygrać. 

Te kanały rosną szybko. Np. "Dwaj Majorowie" zwęszyli zasięgi z 740 tysięcy do 1,17 miliona subskrybentów w ciągu kilku miesięcy. Czemu? Bo prawie mówią prawdę. Prawie jest tu różnicą.

Reguły tej gry są nienazwane, lecz jasne - Krytykować można logistykę, taktykę, generałów. Krytykować nie można decyzji Putina, celów wojny, samej operacji. Ton musi być: patriota rozczarowany, ale nie zdrajca.

I to działa. 

Kreml toleruje to, bo to wentyl bezpieczeństwa. Ludzie mogą wrzeszczeć w kanałach Telegramu - i nie będą się buntować. Służy to wszystkim i dla obywateli, gdyż są "alternatywnie" doinformowani, a i  blogerzy zyskują zasięg oraz znaczenie, Kreml ma nad tym ma kontrolę.
Ale ta kontrola jest pozorna. Bo nikt w tych kanałach nie wie, że mogą być wykorzystywane do czegoś innego.

Pytanie czy milblogerzy wiedzą, co publikują?

To jest centralne pytanie mojej analizy. Gdy kanał Z-blogera publikuje szczegółową narrację o tablecie Achmedowa - czy opowiadają fakt, który znają z wewnątrz? Czy publikują dezinformację, którą komuś zależy rozpowszechniać? Czy może konstruują narrację ex post facto z rzeczy, które widzieli, ale źle je zinterpretowali? 

Odpowiedź jest prosta - nie wiemy. I to jest właśnie sedno gry cieni.

x.com/Maciej_Korowaj


PAP: Kim przed strajkiem w Stoczni Gdańskiej był Lech Wałęsa?

Krzysztof Brożek: W sierpniu 1980 roku nie miał jeszcze skończonych 37 lat. Był żonaty, niedawno urodziło mu się szóste dziecko. Należał do nielegalnych Wolnych Związków Zawodowych. Jako reportażysta i historyk staram się przede wszystkim słuchać innych, a nie komentować i oceniać. Ale jeśli już miałbym pokusić się o charakterystykę Lecha Wałęsy, to powiedziałbym, że jest to self-made man. Pochodzi z chłopskiej rodziny, wyrwał się ze wsi, wyjeżdżając do Gdańska, gdzie został elektrykiem w stoczni. W tamtym czasie to już był wyznacznik awansu, a w nim mimo to wciąż grała ambicja, by osiągnąć coś więcej. Znajdował się w różnych sytuacjach, stykał się z różnymi ludźmi i ciągle podpatrywał, uczył się i tworzył siebie na nowo.

PAP: Rozmawiał pan z kolegami i sąsiadami Wałęsy ze Stogów. Jak go postrzegało najbliższe środowisko?

K.B.: Ci, którzy byli mu nieżyczliwi, widzieli w nim megalomana i człowieka pazernego na życie. Ci, którzy mu sprzyjali, dostrzegali pracowitość, aktywność i charyzmę. Wydaje się, że mówili o tej samej cesze Wałęsy, tylko w zależności od własnego nastawienia oceniali ją negatywnie lub pozytywnie. Każdy w jego środowisku się zmieniał, ale Wałęsa dokonywał zmian z jakąś zapalczywością, coś go pchało i kazało być aktywnym nawet w sytuacjach, w których to innych drażniło, a nawet mogło mu zaszkodzić.

(...)

PAP: Wałęsa podpisał zobowiązanie do współpracy 21 grudnia 1970 roku, kilka dni po masakrze robotników, gdy wojsko i milicja zastrzeliły 16 osób. Został zastraszony?

K.B.: Na około ośmiuset zatrzymanych w tych dniach demonstrantów dokumenty współpracy podpisało stu czterdziestu. Z samej Stoczni Gdańskiej – trzydziestu kilku. Spośród różnych komitetów strajkowych na Wybrzeżu – czternastu. Wałęsa nie powiedział o tym podpisie nawet żonie. Jak wyglądały takie werbunkowe przesłuchania, opowiedział mi stoczniowiec Jerzy K., TW „Kolega”, który swojej późniejszej żonie też o tym nie wspomniał. Został wezwany na przesłuchanie, bo esbecja dowiedziała się, że ukrywa broń. Milicjant posadził go na krześle i zostawił samego w pokoju. Po długim czasie drzwi się otworzyły i weszło dwóch nieumundurowanych esbeków. Jeden stanął z przodu, drugi z tyłu. Jeden miał do niego powiedzieć coś w tym sensie: „Ty skurwysynu, co ci się partia i nasz system nie podoba?”.

Nim zdążył odpowiedzieć, otrzymał uderzenie na tyle silne, że spadł z krzesła. Podniósł się, usiadł z powrotem, a funkcjonariusze wyszli.

Wrócił milicjant, zabrał go na pobranie odcisków palców i znów zostawił samego w pokoju na długi czas. Wrócili esbecy i powiedzieli mu, że jego sytuacja jest tragiczna i zaczęli go zastraszać: „Pistolet przecież miałeś, po to braliśmy te odciski palców, odciski są twoje, z tego pistoletu strzelano w Białostockiem chyba i został zraniony człowiek, i piętnaście lat masz na dzień dobry”. Gdy się odezwał, znów otrzymał cios. Zalał się krwią, stracił dwa zęby, kazali mu wyjść i w łazience przepłukać usta. Gdy wrócił, czekało na niego, jak powiedział, „dwóch bardzo dobrych wujków”. Zaczęli go przepraszać, przeklinać poprzedników, zaproponowali mu papierosa i kawę. W końcu jeden powiedział: „Jeśli ty nam pomożesz, to my tobie pomożemy. My będziemy się z tobą kontaktować, chcemy na bieżąco wiedzieć, jaka jest sytuacja w stoczni. Umowa jest taka: dopóki nie jesteś wrogiem systemu, nie ma sprawy w sądzie”. Dali mu do podpisania dokument, że nie będzie z nikim o tym rozmawiał.

PAP: To wiarygodna relacja?

K.B.: Dla mnie tak. Mimo upływu lat, widziałem, jak Jerzy K. podczas opowiadania cały drżał i co chwilę musiał uspokajać się wypaleniem papierosa. Aż momentami czułem niezręczność nagrywania, bo sam, siedząc za kamerą, miałem skojarzenie, że tym razem ja go przesłuchuję.

PAP: Na czym polegała działalność Wałęsy jako TW?

K.B.: Największą aktywność TW „Bolek” przejawiał przez pierwsze kilkanaście miesięcy od zwerbowania. Jego zadaniem było obserwować nastroje wśród załogi i meldować o planowanych strajkach. Po Grudniu ‘70, po donosach kolegów, nie tylko zresztą „Bolka”, bardziej aktywnych robotników spotkały realne represje: zwolnienie z pracy, przeniesienie na gorsze stanowisko, cofnięcie meldunku w Gdańsku, zwolnienie żony z pracy, niekończące się wezwania na formalne i nieformalne przesłuchania, pogróżki, pobicia. Trzeba pamiętać, że donosy „Bolka” nie były jedynym powodem do stosowania represji. SB nie ufała swoim źródłom. Dobrym przykładem jest TW „Kolega”, o którym opowiadałem. Donosił  na „Bolka”, a „Bolek” na niego. Może nam się to wydawać smutnym paradoksem, ale to tylko zwykła esbecka kuchnia. Źródła donosiły na siebie, bo SB ich w ten sposób kontrolowała, a ich informacje weryfikowała.

W esbeckich materiałach znalazłem taką charakterystykę „Bolka”: „jest to człowiek bardzo wybuchowy, częstokroć nie analizuje swoich wypowiedzi, potrafi z rzeczy stosunkowo błahych robić problemy. W związku z tym musi być często kontrolowany”.

Po kilkunastu miesiącach jego aktywność osłabła, bo większość niepokornych została już ze stoczni usunięta, a sytuacja opanowana.

PAP: W autobiograficznej „Drodze nadziei” Wałęsa napisał: „W pracy wspominam ten okres jako okres porażek ludzkich i zawodowych, okres moralnych klęsk”.

K.B.: Jeden z donosów kończy słowami: „Mój cel jedyny i nadrzędny wychować porządnie i bezkolizyjnie dzieci, ja już się nie liczę – częściowo przegrałem życie – ale to wielki splot wydarzeń”. W 1972 roku „Bolek” pokwitował tylko trzy gratyfikacje, ostatnią w maju, na łączną sumę 1600 zł – to wartość niecałej miesięcznej pensji. W następnym roku dwa pokwitowania, a liczba donosów zmalała do trzynastu w stosunku do z 51 w 1971 roku. Można przyjąć, że niezbyt liczne gratyfikacje były już wtedy dla SB tylko formą podtrzymania kontaktu z mało już aktywnym tajnym współpracownikiem. W 1975 roku aktywność TW „Bolka” spadła do zera.

PAP: Z pańskiej książki „Wałęsa. Gra o wszystko” wynika, że w tym czasie Wałęsa coraz częściej wchodził w konflikt z przełożonymi.

K.B.: Wałęsa coraz częściej krytykował kierownictwo wydziału i stoczni, a wobec pogarszającej się sytuacji w kraju punktował wzrost cen, niskie zarobki, męczące nadgodziny oraz nieudolność partii i administracji. Rząd uważał za śrubę, partię w stoczni porównywał do przedłużenia tej śruby, a związkowców uległych władzy do manekinów. „Pytam się, gdzie po obronę może zwrócić się jednostka napotykająca się na złego szefa czy przełożonego. Czy zawsze musi być pokonana i odejść ze spuszczoną głową? (…) Chcemy oszczędzać i szukać rezerw, ale weście się do pracy kierownicy, projektanci, dajcie przykład na najprostrzą, łatwiejszą drogę. Przecież przykłady można mnożyć, widać waszą ułomność” – to fragment przemówienia, które sam zapisał na kartce, a następnie przekazał SB. Ale esbecy nie chcieli słuchać jego rad, tylko zagrozili mu zwolnieniem z pracy, jeśli nie powściągnie swojego temperamentu. Tak się nie stało. Przeciwnie – Wałęsa uznał, że jego zwolnienie byłoby bezprawne, więc próbował interweniować u dyrektora i związków zawodowych. Koniec końców 30 kwietnia 1976 roku po przepracowaniu prawie dziewięciu lat w stoczni został zwolniony. Półtora miesiąca później został wyrejestrowany jako TW.

Z ostatnich notatek o nim można się dowiedzieć, że krzyczał na esbeków przez telefon, był arogancki, nie chciał nawet się z nimi spotkać.

dzieje.pl