piątek, 19 września 2025



Sędzia federalny na Florydzie odrzucił pozew o zniesławienie, złożony przez Donalda Trumpa przeciwko dziennikowi "New York Times", w którym prezydent domagał się 15 mld dolarów odszkodowania. Sąd przestrzegł, że pozwy nie mogą być manifestacją stanowiska politycznego i dał prawnikom Trumpa 28 dni na poprawienie skargi.

Sędzia Steven Merryday z Florydy ostro skrytykował 85-stronicowy pozew, wniesiony przez Trumpa przeciwko dziennikowi, jako zbyt długi i urągający zasadom dotyczącym składania takich dokumentów. Jak oznajmił, pozew musi być zwięzłym i bezpośrednim przedstawieniem zarzutów i faktów w sprawie, podczas gdy zawarte w skardze prawników Trumpa polityczne tyrady przeciwko dziennikowi były "zdecydowanie niewłaściwe i niedopuszczalne".

"Jak każdy prawnik wie (lub przypuszcza się, że wie), pozew nie jest publicznym forum do rzucania obelg i wyzwisk - nie jest chronioną platformą do wyrażania wściekłości na przeciwnika" - napisał sędzia. Mimo to, dał prawnikom Trumpa 28 dni, by poprawili pozew, wyznaczając im limit objętości dokumentu - 40 stron.
W złożonym we wtorek pozwie przeciwko nowojorskiej gazecie, czterem jej dziennikarzom i wydawnictwu Penguin Random House, Trump domaga się 15 mld dolarów zadośćuczynienia. Prezydent zarzucił pozwanym stronniczość i zniesławianie go.

W dokumencie napisanym w publicystycznym stylu prawnicy argumentowali m.in. że "New York Times" stał się rzecznikiem Partii Demokratycznej i dopuszcza się "zniesławiania i oczerniania przeciwników politycznych na skalę przemysłową". Przypomniano poparcie rady redakcyjnej gazety, jakiego - zgodnie z amerykańską tradycją - udzieliła ona Kamali Harris w wyborach prezydenckich w 2024 r. Dokument pełny jest też pochwał pod adresem Trumpa.

Pozew przeciwko "NYT" jest jednym z serii działań Trumpa przeciwko mediom głównego nurtu. Wcześniej pozwał on m.in. "Wall Street Journal" za doniesienia dziennika w sprawie kartki o podtekście seksualnym, jaką Trump miał napisać na 50. urodziny swojemu ówczesnemu przyjacielowi, Jeffreyowi Epsteinowi. W podobny sposób Trump pozwał również telewizję ABC i CBS, które poszły z nim na ugodę, zgadzając się na wpłatę 15 i 20 mln dolarów na jego fundację. W przypadku CBS, właściciel stacji, firma Paramount, wkrótce po ugodzie otrzymała akceptację władz federalnych w sprawie fuzji ze Skydance Media, co skutkowało oskarżeniami o korupcję. W czwartek redaktor wykonawczy "NYT" Joseph Kahn zapowiedział, że gazeta nie zamierza ulegać presji i iść na ugodę.

- On (Trump - PAP) myli się co do faktów i co do prawa. Będziemy z tym walczyć i wygramy - zadeklarował Kahn.

W czwartek Trump zasugerował, że licencję na nadawanie w otwartym paśmie mogą stracić największe ogólnodostępne telewizje, ponieważ emitują programy typu talk-show komików krytycznych wobec głowy państwa. Według Trumpa, "nie wolno im tego robić". Prezydent wezwał też stację NBC do zwolnienia gospodarzy talk-show, Jimmy'ego Fallona i Setha Meyersa. Wcześniej zawieszono równie nielubianego przez prezydenta komika, Jimmy'ego Kimmela, a CBS nie przedłużyło umowy z innym prowadzącym popularny komediowy talk-show, Stephenem Colbertem.

PAP


W przyszłym tygodniu zbierze się Rada Północnoatlantycka, aby omówić naruszenie przestrzeni powietrznej Estonii przez Rosję - poinformowała w piątek wieczorem rzeczniczka NATO Allison Hart.

Rada Północnoatlantycka to najważniejszy organ decyzyjny NATO. Tworzą ją przedstawiciele wszystkich państw członkowskich Sojuszu (zazwyczaj ambasadorowie przy NATO, ale w razie potrzeby także ministrowie spraw zagranicznych, obrony albo szefowie państw i rządów).

Trzy rosyjskie myśliwce MiG-31 wleciały w piątek rano w przestrzeń powietrzną Estonii w pobliżu wyspy Vaindloo na Zatoce Fińskiej i pozostawały tam przez około 12 minut.

Estonia zdecydowała się złożyć wniosek w sprawie uruchomienia konsultacji na podstawie art. 4 Traktatu Północnoatlantyckiego w związku z ingerencją rosyjskich myśliwców w estońską przestrzeń powietrzną - przekazał w piątek estoński premier Kristen Michal we wpisie na platformie X.

Art. 4 NATO brzmi następująco: "Strony będą się wspólnie konsultowały, ilekroć, zdaniem którejkolwiek z nich, zagrożone będą integralność terytorialna, niezależność polityczna lub bezpieczeństwo którejkolwiek ze Stron".

NATO uruchomiło we wrześniu misję Wschodnia Straż (ang. Eastern Sentry), aby wzmocnić wschodnią flankę Sojuszu. To nowe, bardziej zintegrowane podejście do obrony tej części terytorium NATO. W ramach misji mają działać m.in. duńskie myśliwce F-16, francuskie Rafale i niemieckie Eurofightery.

Decyzja NATO to efekt tego, co wydarzyło się w nocy z 9 na 10 września, czyli wtargnięcia rosyjskich dronów w polską przestrzeń powietrzną. Decyzja nastąpiła po spotkaniu Rady Północnoatlantyckiej, podczas którego sojusznicy omówili sytuację w świetle wniosku Polski o konsultacje na podstawie artykułu 4. Traktatu Północnoatlantyckiego.

PAP


Nie wierzę w olśnienie „zwykłych Rosjan”. Socjologia wszystkich wojen jest mniej więcej taka sama. Na początku krzywa patriotyzmu szybuje. Z czasem na sile zaczynają przybierać tendencje pacyfistyczne – i to nie tylko za sprawą wyższości lodówki nad telewizorem. Zwykli obywatele będą gotowi znieść wysokie ceny i niedobory towarów, jeśli te zostaną zrekompensowane wizją szybkiego zwycięstwa. Dlatego pusta lodówka to za mało. Wojna dla Rosjan powinna stać się wojną-nie-do-wygrania.

Mówiąc wprost – Rosjanie nie doświadczą iluminacji, kiedy zaczną się pogrzeby i nastanie bieda. Doświadczą jej, gdy pogrzeby i bieda stracą sens i uzasadnienie.

Nie należy jednak po tym przebudzeniu spodziewać się zbyt wiele. Dwadzieścia lat temu rosyjski wyborca zamienił swoje prawa polityczne na kredyt hipoteczny. Dlatego dziś będzie mógł jedynie patrzeć, jak autorytarny reżim Federacji Rosyjskiej zamienia się w reżim totalitarny.

(...)

Myślę o tym, że dzisiaj Ukraińcy znów mogą powiedzieć o sobie „my”. Wytrwaliśmy. I okazaliśmy się niezłomni. A co mogą powiedzieć o sobie Rosjanie? Jaki zaimek wybiorą? I jaki wniosek z tego wysnują?

W końcu o rosyjskim jutrze nie wiemy zupełnie nic. Nie wiemy, jaka będzie nowa rosyjska normalność. Ani jak nisko upadnie Rosja. Co z sowieckiej przeszłości powróci. I co istotne – nie wiemy, jak ukształtują się granice przyszłej Rosji.

Na tym polega paradoks. Rosja chciała przesunąć nasze granice, ale w rezultacie postawiła pod znakiem zapytania własne. A taki wstrząs może zmienić wszystko.

Już siódmy miesiąc znajdujemy się w środku sztormu – i wciąż jesteśmy na fali. Krajobraz będziemy podziwiać dopiero, gdy ziemia przestanie drżeć w posadach.

(...)

Przez ostatnie siedemdziesiąt lat Moskwa budowała religię narodową na kanwie drugiej wojny światowej. Nazywała ją wielką wojną ojczyźnianą i przez dziesięciolecia legitymizowała nią swoje działania. Zwycięstwo nad faszyzmem nabrało statusu „ale”, które unieważniało wszystko, co wydarzyło się zarówno przed wojną, jak i po niej. Władze rosyjskie wielokrotnie ogłaszały się spadkobiercami zwycięzców i na tej podstawie żądały od reszty świata wdzięczności i ustępstw.

W dniu 24 lutego 2022 roku ten koń zdechł i nie dało się już jechać na nim dalej. Wówczas Moskwa stała się spadkobierczynią nie zwycięzców, ale pokonanych. Z pewnością do końca będzie uparcie zaprzeczać swojemu nowemu statusowi, ale mało kto okaże się tym zainteresowany.

(...)

Absurd goni absurd. Ze scenariusza filmowego takie wątki wypadłyby na wstępie ze względu na ich niedorzeczność. Bo też czujemy się właśnie, jakbyśmy byli na planie kasowego filmu, w którym Frodo musi dostać się do Orodruiny. Jedyna różnica polega na tym, że zakończenie naszej historii wciąż nie jest napisane. Nasza wojna nakreśli nowe granice na kontynencie. Wytyczy nowe reguły. Będą o nas pisać książki, a naszą dzisiejszą rzeczywistość analizować w pracach naukowych. Jesteśmy Harrym Potterem i Williamem Wallace’em, a nawet Hanem Solo. Uciekamy z Shawshank i wysadzamy Gwiazdę Śmierci, walczymy z Harkonnenami i rzucamy wyzwanie Thanosowi. W tym stuleciu nie wydarzyło się nic bardziej epickiego od nas. Jeszcze nie wygraliśmy, ale już wygraliśmy.

Nasze dzieci będą nam zazdrościć. Nasze wnuki będą miały naszych opowieści po dziurki w nosie.

new.org.pl


O sukcesach chińskiej branży motoryzacyjnej, pisze się wiele, słyszy się wiele. Więc tu nie o tym. Bo jest i druga strona medalu, którą dobrze podsumował materiał Reutersa 👇

🏭 Nadmiernie rozbudowane moce produkcyjne w chińskiej motoryzacji mogą rodzić problemy nie tylko dla europejskich producentów, na co my zwracamy szczególną uwagę, ale i tworzyć je w samych Chinach. A mówimy o branży, która wraz z pochodnymi może odpowiadać za 8-10% chińskiego PKB.

📰 "CHENGDU, Chiny. Na obrzeżach tego 21-milionowego miasta, w salonie mieszczącym się w centrum handlowym, oferowane są niezwykłe okazje na zakup nowych samochodów.

Odwiedzający mogą wybierać spośród około 5 000 pojazdów. Lokalne Audi sprzedawane są z rabatem 50%. Siedmiomiejscowy SUV chińskiej firmy FAW kosztuje około 22 300 dolarów. To ponad 60% mniej niż cena katalogowa.

Takie oferty dostępne w firmie Zcar, która deklaruje, że kupuje hurtowo od producentów i dealerów, możliwe są tylko dlatego, że w Chinach jest zbyt wiele samochodów.

Przez lata subsydia i inne działania rządu miały na celu uczynienie z Chin globalnej potęgi motoryzacyjnej i lidera w segmencie pojazdów elektrycznych (TS: przyznajmy, że udaje im się to). Krajowe koncerny osiągnęły ten cel z nawiązką. I właśnie to stało się problemem.

Chiny mają dziś więcej marek produkujących więcej samochodów, niż największy na świecie rynek jest w stanie wchłonąć. Branża stara się realizować cele produkcyjne narzucone przez politykę państwową, zamiast odpowiadać na realny popyt konsumentów - wynika z analizy Reutersa. To sprawia, że osiągnięcie zysku jest niemal niemożliwe dla prawie wszystkich producentów - mówią przedstawiciele branży." 📰

🚨 Główny temat raportu Reutersa: Nadprodukcja i "inwolucja" chińskiego rynku motoryzacyjnego.

Chińskie polityki rządowe, które przedkładają cele produkcyjne nad realny popyt rynkowy, doprowadziły do sporej nadprodukcji i nadinwestycji w sektorze motoryzacyjnym. Rezultatem jest przepełniony rynek, który znalazł się w "błędnym kole" nieopłacalnej konkurencji i "inwolucji", czyli samo-destrukcyjnych praktyk.

▶️ Kluczowe punkty

📌 Decyzje polityczne: Od lat 90. Pekin dążył do uczynienia z Chin globalnego lidera w branży motoryzacyjnej. Z czasem postawiono zwłaszcza na segment pojazdów elektrycznych (EV).

W 2017 roku ogłoszono plan, który zakładał produkcję 35 milionów pojazdów rocznie do 2025 roku, co było niemal dwukrotnością rocznego rekordu sprzedaży w USA.

Równolegle władze centralne zaczęły ograniczać przegrzany sektor nieruchomości, więc plan motoryzacyjny stał się w pewnym stopniu wygodnym alternatywnym filarem gospodarczym dla samorządów, które dotąd opierały się na sprzedaży gruntów i podatkach od nieruchomości.

Lokalne władze w zamian za obietnice produkcji i dochodów podatkowych, oferowały producentom hojne zachęty, takie jak tanie grunty i dotacje. Ta rywalizacja doprowadziła do pomnożenia nadmiernych mocy produkcyjnych w całym kraju.

🔸 W 2021 roku rząd hrabstwa Changfeng przyciągnął giganta BYD, sprzedając mu 8,3 km² ziemi za cenę o 40% niższą niż inni nabywcy.

🔸 W Pekinie Xiaomi kupiło ziemię pod fabrykę EV o 22% taniej niż rynkowa cena, a w zamian miasto postawiło jej wymóg generowania minimalnego rocznego przychodu w wysokości 6,6 mld dolarów.

🔸 "Jeśli Pekin mówi, że to branża strategiczna, każdy gubernator chce mieć fabrykę samochodów. To sposób, by być w łaskach partii" - komentuje Rupert Mitchell, ekonomista z Australii, wcześniej pracujący w chińskim startupie EV. "Ostatecznie prowadzi to do tego, że istniejący sektor podwaja inwestycje".

Firmy, które w normalnych warunkach rynkowych by upadły, były utrzymywane przy życiu przez lokalne władze, mające interes polityczny i gospodarczy w ich przetrwaniu.

📌 Skala nadbudowanych mocy produkcyjnych: Według Gasgoo Automotive Research Institute chińskie fabryki samochodów mają moce produkcyjne pozwalające wytwarzać ponad dwukrotnie więcej pojazdów niż w 2024 roku, kiedy wyprodukowano 27,5 miliona aut. (TS: różne źródła mówią o zdolnościach produkcyjnych na 40-50 mln aut... czyli średnio jest mowa o mocach odpowiadających połowie globalnego popytu).

Problem jest szczególnie dotkliwy w segmencie samochodów spalinowych, gdzie popyt gwałtownie spadł w ciągu ostatnich kilku lat.

Na rynku pojazdów elektrycznych działa aż 129 marek, ale według prognoz AlixPartners, do 2030 roku finansowo rentownych pozostanie zaledwie około 15 z nich.

📌 Skutki dla rynku i "inwolucja": Z powodu nadmiaru pojazdów, prawie wszyscy producenci samochodów mają problemy z osiągnięciem zysku, a tylko 30% dealerów jest rentownych.

Dealerzy, aby spełnić cele sprzedażowe i uzyskać premie od producentów, sprzedają samochody nawet do 20% poniżej ich kosztów.

Ostatnio w branży coraz częściej używa się terminu "inwolucja", opisującego konkurencję, która staje się autodestrukcyjna i prowadzi do patologicznych praktyk.

Przejawia się to w nietypowych działaniach, takich jak:

🔸 Fikcyjne transakcje: Dealerzy ubezpieczają i rejestrują niesprzedane samochody, co pozwala producentom na oficjalne ujęcie ich w statystykach sprzedaży. Reuters ujawnił, że marki Neta i Zeekr zawyżały wyniki, ubezpieczając samochody, zanim trafiły one do klientów, aby formalnie zaksięgować je jako sprzedane.

🔸 Szara strefa: Nadmiar aut jest przekazywany do firm typu Zcar, które skupują je po bardzo niskich cenach i sprzedają z gigantycznymi rabatami, często przez livestreaming na platformach takich jak Douyin (chiński TikTok). Firma Zcar przyznaje, że sprzedaje popularne modele ze stratą, aby przyciągnąć klientów.

"Jeśli w danym miesiącu masz sprzedać 20 aut, a udało ci się sprzedać 16, to co zrobisz z pozostałymi czterema w ostatnim dniu miesiąca?" – pytał retorycznie jeden z dealerów z Jiangsu. Sprzedanie ich nawet po cenach dumpingowych pozwoliłoby mu zakwalifikować się do bonusu ok. 80 000 juanów (11 200 USD) i wyjść na zero.

"Używane auta z zerowym przebiegiem" - takie samochody pojawiają się głównie w marcu, czerwcu, wrześniu i grudniu, gdy dealerzy rozpaczliwie walczą o realizację kwartalnych planów sprzedażowych i premie fabryczne. 

"Nie ma samochodu, którego nie da się sprzedać. Jest tylko cena, która nie jest odpowiednia"

🔸 Auta-zombie: Nowe, niesprzedane pojazdy, które zostały już zarejestrowane, są sprzedawane na rynku wtórnym jako "używane". Część z nich trafia na parkingi-cmentarzyska, gdzie są porzucane i niszczeją lub na aukcje sądowe, gdzie czasem nikt ich nie licytuje.

▶️ Konsekwencje polityczne i gospodarcze

📌 Pułapka "spirali w dół": Sytuacja ta przypomina jazdę na rowerze. Producenci "muszą pedałować dalej", czyli zwiększać produkcję, aby utrzymać przepływ pieniężny, nawet jeśli generują straty. Jest to pułapka, w której nadprodukcja i wojny cenowe wzajemnie się napędzają, wciągając rynek w błędne koło.

"To jak jazda na rowerze: dopóki pedałujesz, możesz być zmęczony, ale rower jedzie prosto" - powiedział Liang Linhe, prezes Sany Heavy Truck.

📌 Decyzje rządu: Mimo że prezydent Xi Jinping skrytykował prowincje za w pewnym sensie "gorączkę inwestycyjną" w EV, lokalne władze nadal ogłaszają programy wsparcia dla firm motoryzacyjnych. Oficjele opierają się konsolidacji i pozwoleniu firmom na upadek, by uniknąć masowych zwolnień.

Sytuacja ta zdaniem rozmówców Reutersa przypomina wcześniejsze kryzysy w chińskim sektorze nieruchomości i fotowoltaiki, co sygnalizuje potencjalne ryzyko systemowe.

▶️ Globalne perspektywy i ryzyko

📌 Wpływ na PKB: Branża motoryzacyjna i powiązane usługi stanowią około 10% chińskiego PKB, co sprawia, że kryzys w tym sektorze ma duże znaczenie dla całej gospodarki. (TS: w innych źródłach jest mowa tak o 8%, jak i o 10%; być może należy założyć coś w zakresie 8-10%; byłyby to proporcje podobne do tego, co mamy w Polsce).

📌 Odbiór na świecie: Zalew tanich, chińskich samochodów stanowi oczywiście zagrożenie dla przemysłu motoryzacyjnego w Europie. Z kolei USA wprowadziły niemal całkowity zakaz importu chińskich aut ze względu na obawy o bezpieczeństwo narodowe i nieuczciwą konkurencję.

📌 Przyszłość rynku: Konsolidacja jest nieunikniona, jednak proces ten może potrwać lata ze względu na wsparcie rządowe. Na rynku prawdopodobnie pozostanie tylko garstka dużych graczy, którzy mają wystarczającą skalę do przetrwania.

▶️ Podsumowując: według raportu Reutersa chińska polityka nadmiernego wspierania produkcji doprowadziła do niezrównoważonego rynku samochodowego, w którym prawie nikt - ani producenci, ani dealerzy - nie zarabia.

W dłuższej perspektywie oczekiwane są masowe bankructwa i konsolidacja branży, ale w krótkim czasie lokalne rządy wciąż podtrzymują nadmiar mocy produkcyjnych, pogłębiając kryzys.

TS: Od dobrych kilku miesięcy sporo mówi się o rządowej polityce anti-involution, która ma ograniczać patologiczne praktyki na rynku i zwalczać wojnę cenową. Jednocześnie prawdopodobnie mamy do czynienia z pewnym ograniczaniem dalszej rozbudowy mocy, patrząc po wyjątkowo słabych ostatnich danych (lipiec - sierpień) o inwestycjach budowalnych w sektorze przemysłowym.

Problemy opisywane przez Reuters raczej nie staną na drodze chińskim producentom do niemal pełnego wypchania z lokalnego rynku zagranicznych producentów aut oraz dalszego podbijania rynków globalnych... tam, gdzie nie będzie wprowadzonych większych barier. Po prostu powtórzy się sytuacja z wielu innych branż, gdzie Chiny przeprowadziły ekspansję na świat.

Niemniej ze względu na całkiem spore znaczenie branży dla gospodarki Chin, proces konsolidacji, który wydaje się ostatecznie być w chińskiej (przeinwestowanej) motoryzacji nieunikniony, może wywoływać odczuwalne i tam perturbacje.

x.com/T_Smolarek


Kolejne naloty Izraela zostały skierowane w stronę portu w Gazie — podaje Al Jazeera. Te ataki powietrzne, mające na celu wypędzenie ludzi, okazały się bardzo znaczące, gdyż zmusiły wiele rodzin do opuszczenia tych obszarów z powodu braku bezpieczeństwa.

"Pozostaje pytanie, dokąd mogą się udać. Izrael nakazał im udać się do rejonu Al-Mawasi w południowej części Gazy, ale obszar ten jest przepełniony namiotami rozstawionymi bardzo blisko siebie w zakurzonym terenie" — pisze reporter stacji.

Z danych udostępnionych przez palestyńskie władze wynika, że ponad 740 tys. osób — około 35 proc. 2,1-milionowej populacji Gazy — nadal przebywa na północy enklawy. "Jednak ciągłe ataki izraelskie zmuszają kolejne osoby do ucieczki" — podkreśla Al Jazeera.

Jak podają źródła medyczne stacji Al Jazeera, od świtu w izraelskich atakach na Strefę Gazy zginęło co najmniej 36 Palestyńczyków, w tym 19 osób w mieście Gaza. Dzisiejsza liczba ofiar śmiertelnych obejmuje również dwie osoby poszukujące pomocy humanitarnej, zabite przez izraelskie wojsko w południowej części Strefy Gazy. W sumie od początku wojny liczba zabitych mieszkańców Strefy Gazy ma przekraczać 65 tys.

"USA przygotowują umowę na dostawę broni do Izraela o wartości prawie 6 mld dol. — informuje Wall Street Journal". Głównym elementem umowy jest dostawa 30 śmigłowców AH-64 Apache o wartości 3,8 mld dol., co niemal podwoiłoby obecną flotę izraelskich śmigłowców Apache. Ponadto, Stany Zjednoczone planują sprzedać izraelskiej armii 3250 bojowych wozów piechoty o wartości 1,9 mld dol.

Tymczasem Stany Zjednoczone po raz kolejny zawetowały rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ domagającą się natychmiastowego, bezwarunkowego i trwałego zawieszenia broni w Strefie Gazy.

Rezolucja wzywała też do uwolnienia wszystkich zakładników przetrzymywanych przez terrorystów z Hamasu, a także apelowała o zniesienie przez Izrael ograniczeń w dostawach pomocy humanitarnej i zapewnienie bezpiecznego dostarczania jej ludności, szczególnie przez agencje ONZ i ich partnerów.

onet.pl


Bardzo popularny w USA program typu talk-show, prowadzony przez Kimmela, został w środę zdjęty z anteny na czas nieokreślony.

Kimmel powiedział w swoim programie, że zwolennicy Trumpa robią wszystko, co w ich mocy, by zyskać polityczne punkty na zabójstwie Kirka. Dodał, żal prezydenta po śmierci Kirka jest na miarę "żałoby czterolatka po złotej rybce". Pokazał też fragment rozmowy Trumpa z dziennikarzem, podczas której zapytany o to, jak się czuje po zabiciu aktywisty, odparł, że bardzo dobrze i pochwalił się przygotowaniami pod budowę sali balowej w Białym Domu.

Do decyzji sieci ABC odniósł się parokrotnie Trump, który nazwał to "wspaniałą wiadomością dla Ameryki". Stwierdził też, że Kimmel nie ma żadnego talentu, i pogratulował stacji odwagi, a w czwartek dodał, że został on zwolniony z powodu "bardzo złych ratingów".

Kimmel to jedna z najpopularniejszych postaci telewizji w Stanach Zjednoczonych, a jego program komentarze i wywiady były często cytowane przez najbardziej prestiżowe media.

Agencja AFP przypomina, że w lipcu sieć CBS zapowiedziała, że nie przedłuży programu "The Late Show" prowadzonego przez innego słynnego komika i komentatora Stephena Colberta na kolejny sezon, ponieważ skrytykował on fakt, że właściciel telewizji CBS koncern Paramount wpłacił 16 mln dolarów na fundusz biblioteki prezydenckiej Donalda Trumpa w związku z jego pozwem dotyczącym wywiadu z Kamalą Harris.

Trump wyraził zadowolenie i nadzieję, że to on był powodem zwolnienia Colberta.

onet.pl


Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że Jerome Powell traci kontrolę nad amerykańskim bankiem centralnym. Kolejni członkowie FOMC (Federal Open Market Committee - ang. Federalny Komitet do spraw Operacji Otwartego Rynku) – odpowiednika naszej Rady Polityki Pieniężnej – podważali jego ostrożne podejście do obniżek stóp procentowych. Michelle Bowman i Christopher Waller już w lipcu sygnalizowali, że dane z rynku pracy są na tyle słabe, iż cięcia powinny rozpocząć się wcześniej. W ich ocenie Fed działał zbyt wolno i ryzykował pogłębienie spowolnienia.

W tle narastała polityczna presja ze strony Donalda Trumpa, który od miesięcy atakuje Rezerwę Federalną i chciał wymienić część jej władz. Rynki przygotowywały się więc na spektakl podziałów i ostrą walkę frakcyjną, a nawet na możliwość radykalnego cięcia o 50 punktów bazowych – dokładnie takiego, jakiego oczekiwał Trump.

Rzeczywistość okazała się jednak inna. Na wrześniowym posiedzeniu Fed zdecydowaną większością głosów obniżył stopy procentowe o 25 pb. To pierwsze cięcie w tym roku i wyraźny sygnał, że rozpoczyna się nowy cykl luzowania polityki pieniężnej. Jedynym wyłomem był Stephen Miran – świeżo powołany do zarządu przez Donalda Trumpa doradca ekonomiczny – który głosował za bardziej radykalną, 50-punktową redukcją.

Wbrew obawom, że nowy członek zburzy delikatny konsensus, Powell zdołał "zagonić gołębie do gołębnika". Pokazał tym samym, że wciąż kontroluje instytucję i potrafi wypracować kompromis nawet w trudnych politycznie warunkach.

Nie zmienia to faktu, że napięcie wokół FED sięga zenitu. Donald Trump otwarcie próbuje podporządkować sobie bank centralny. Najgłośniejszym przykładem była próba usunięcia Lisy Cook, pierwszej czarnoskórej kobiety w historii tej instytucji, z powodu rzekomych nieprawidłowości w dokumentach hipotecznych. Sąd federalny zablokował ten ruch, ale sama próba pokazała, że prezydent nie cofnie się przed niczym, by zdobyć większość w zarządzie. Ostatecznie, po rezygnacji jednej z osób, Trump przepchnął w Senacie kandydaturę Mirana – minimalną większością i w błyskawicznym tempie. Miran, choć formalnie na urlopie, wciąż pełni funkcję doradcy w Białym Domu, co wywołało oburzenie Demokratów.

Dla Powella taka sytuacja to test nie tylko politycznej zręczności, ale przede wszystkim umiejętności utrzymania autorytetu. FED działa w oparciu o konsensus, a każde pęknięcie jest natychmiast wychwytywane przez rynki. Głosowanie z jedną tylko osobą na "nie" pozwoliło przewodniczącemu wysłać jasny sygnał: bank centralny nadal jest jednością, a jego decyzje mają być przewidywalne. W czasach, gdy amerykańska gospodarka zmaga się jednocześnie ze spowolnieniem na rynku pracy i wciąż wysoką inflacją, taka spójność ma kluczowe znaczenie.

money.pl