piątek, 3 listopada 2023



Pierwsza możliwość opiera się na założeniu, że mamy do czynienia z eskalacją ze strony Hamasu i wspierającego go Iranu, która okazała się silniejsza, niż zakładano, i teraz trzeba borykać się z trudnymi do przewidzenia konsekwencjami. Można powiedzieć, że w tym scenariuszu Hamas padł ofiarą własnego sukcesu, do którego przyczyniły się błędy ze strony Izraela – błędy polityczne, za które odpowiada bezpośrednio Benjamin Netanjahu, oraz porażka izraelskiego wywiadu, za którą też, co najmniej pośrednio, jest odpowiedzialny premier. Niemniej Hamas zadał Izraelowi prawdopodobnie największy cios w jego dotychczasowej historii. Teraz Izrael musi odpowiedzieć totalnie, aby zachować zdolność odstraszania, ale też z powodów wewnętrznych – mieszkańcy Izraela muszą odzyskać wiarę, że państwo jest zdolne zapewnić im bezpieczeństwo i ochronę. Jeżeli Iran to rozumie i będzie chciał uniknąć konfrontacji nie tylko z Izraelem, ale też z USA, to będzie musiał poświęcić pionka (Hamas). Byłoby to o tyle łatwe, że jego głównym „zasobem” w regionie jest libański Hezbollahach. Oznaczałoby to, że następuje eliminacja Hamasu, co niestety musi przynieść poważne zniszczenia i ofiary w Gazie. Iran i państwa arabskie będą bliskowschodnim zwyczajem głośno lamentować i wygrażać „zepchnięciem Syjonistów do morza”, ale skończy się na przygranicznych utarczkach, które będą miały zaspokoić rozemocjonowaną arabską ulicę.

Jak zawsze istnieje też ryzyko, że nie uda się tego utrzymać pod kontrolą i będziemy mieli konflikt na skalę wydarzeń z 1973 roku. Jeżeli jednak wszystko pójdzie dobrze, to Pekin odniesie kilka realnych korzyści. Odłożone lub zamrożone zostaną relacje saudyjsko-izraelskie, a przez to odnowione relacje saudyjsko-amerykańskie. Propagandowo partia komunistyczna zyska idealną okazję do atakowania Zachodu i przede wszystkim Stanów Zjednoczonych za hipokryzję, że te oczekują potępienia Rosji za agresję na Ukrainę, ale same popierają brutalną wojnę Izraela. Chaos na Bliskim Wschodzie będzie też w chińskiej propagandzie dowodem na schyłek porządku światowego stworzonego przez Amerykanów.

Pekin uznaje się za przywódcę tzw. Globalnego Południa. W przypadku tego konfliktu ChRL zdobędzie więc dodatkowe wsparcie. Moim zdaniem błędne są jednak te głosy na Zachodzie, które mówią, że bardziej krytyczna postawa wobec Izraela mogłaby zmienić sytuację. Globalne Południe ma – często słusznie – pretensje wobec Północy (Zachodu) i nawet ostre potępienie przez Brukselę i Waszyngton Izraela tego nie zmieni. Mam wrażenie, że to przejaw podświadomego rasizmu – przekonania, że „kolorowi będą reagować emocjonalnie”. Nie, Globalne Południe działa równie cynicznie, jak Zachód i Wschód, więc wykorzystuje obecną sytuację – i wojnę na Ukrainie – do wywalczenia konkretnych ustępstw od rywalizujących Amerykanów i Chińczyków czy Rosjan.

Drugi scenariusz, o wiele gorszy dla Bliskiego Wschodu i dla świata, oparty jest na założeniu, że to dopiero początek. Uzasadniona wydaje się obawa, że w Teheranie uznano (przy cichej zgodzie Moskwy i Pekinu?), że to najlepszy moment na totalną konfrontację. To z kolei oznaczałoby, że Iran tylko czeka na zaangażowanie się armii izraelskiej w Gazie, aby rzucić Hezbollah na północną granicę. Przez Syrię i północny Irak od lat płynie pomoc dla libańskiej bojówki, a teraz mogą ruszyć także poważne siły „ochotników”. Wtedy konflikt szybko się rozleje na cały Bliski Wschód.

Chińczycy mogą liczyć w tym wypadku, że oprócz wszystkiego, co daje im pierwszy scenariusz, Zachód zostanie dodatkowo wciągnięty bezpośrednio lub pośrednio w konflikt. Pogrąży go on gospodarczo, wyczerpie zasoby militarne i zdestabilizuje wewnętrznie przynajmniej znaczną część Europy przez nową falę uchodźców. Zachód, jeżeli nawet przetrwa, wyjdzie z tego poważnie osłabiony do dalszej rywalizacji z Chinami i będzie skłócony z państwami arabskimi, które siłą rzeczy wejdą w chińską orbitę wpływów.

wszystkoconajwazniejsze.pl

1 listopada na łamach tygodnika „The Economist” ukazał się wywiad z naczelnym dowódcą Sił Zbrojnych Ukrainy Wałerijem Załużnym oraz jego autorski materiał, w których przyznał, że sytuacja na froncie znalazła się w „ślepym zaułku”, a żadna ze stron konfliktu nie jest w stanie przeprowadzić ofensywy. Wskazał, że jego osobistym błędem było prognozowanie szybkiego wyczerpania rosyjskich zdolności militarnych, w tym potencjału mobilizacyjnego. Opór przeciwnika spowodował, że ciągu trwającej pięć miesięcy kontrofensywy armia ukraińska posunęła się zaledwie o 17 kilometrów w głąb jego pozycji. Generał dodał, że obecna sytuacja przypomina wojnę pozycyjną z okresu I wojny światowej. Próby przełamania rosyjskich pozycji nie powiodły się z powodu utknięcia na polach minowych i skutecznego rozpoznania przez wroga zgrupowań sił ukraińskich, które pozwoliło na ich niszczenie. Kolejną przyczyną niepowodzenia było skierowanie do walki nowych brygad bez doświadczenia bojowego. Według Załużnego do przełamania impasu Ukraińcy potrzebują „nowych technologii”. Za priorytet uznał dostawy środków obrony powietrznej, m.in. samolotów myśliwskich, bezzałogowców, środków walki radioelektronicznej, sprzętu pozwalającego prowadzić ogień kontrbateryjny oraz urządzeń niezbędnych do neutralizacji min, w tym robotów saperskich. Stwierdził też, że Ukraina ma ograniczone możliwości szkolenia rezerw na swoim terytorium, a ponadto występują problemy z rotacją żołnierzy na linii frontu. Podkreślił, że partnerzy z NATO potrzebują co najmniej roku, a w niektórych przypadkach (np. samoloty myśliwskie) dwóch lat, aby zwiększyć zdolności produkcyjne sprzętu i amunicji.

Oceniając dotychczasową pomoc wojskową udzielaną przez USA, Załużny wskazał, że była ona wystarczająca jedynie do zahamowania rosyjskiej inwazji, lecz nie do wygrania wojny. Zwłoka w dostawach systemów rakietowych ATACMS i czołgów pozwoliła przeciwnikowi przegrupować się i zorganizować obronę. Dodał, że myśliwce F-16, które mają pojawić się na Ukrainie w przyszłym roku, mogą okazać się mniej przydatne ze względu na wzmocnienie przez Rosjan systemów obrony przeciwlotniczej S-400. W ocenie generała mimo trudnej sytuacji na froncie Ukraina nie ma innego wyjścia, jak tylko utrzymać inicjatywę na polu walki. Zwrócił uwagę, że długotrwała wojna pozycyjna może doprowadzić do wyczerpania zdolności obrońców do kontynuowania działań zbrojnych. Oznajmił, że Władimir Putin liczy na upadek morale społeczeństwa ukraińskiego i na zmniejszenie wsparcia ze strony Zachodu. W opinii Załużnego Rosja – choć poniosła ciężkie straty (ok. 150 tys. ludzi) – będzie jeszcze długo utrzymywała przewagę nad Ukrainą.

osw.waw.pl


W 2020 roku Stany Zjednoczone wprowadziły nowe przepisy, które zakazały eksportu amerykańskich technologii do wybranych chińskich przedsiębiorstw, zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio. Przepisy dotyczą producentów na na całym świecie, i zabraniają eksportu do części chińskich firm towarów i technologii, jeśli tylko do ich stworzenia wykorzystane zostały rozwiązania, technologie, maszyny lub oprogramowanie pochodzące z USA. To właśnie z tego powodu TSMC zaprzestało wówczas dostarczać procesory dla Huawei. Przepisy zostały następnie rozszerzone na CPU i GPU do obliczeń - w efekcie tego Nvidia musiała zaprzestać dostaw do Chin układów A100 i H100.

W zamian Nvidia przygotowała ich warianty o niższej wydajności o nazwie A800 i H800, spełniające wymogi restrykcji eksportowych, i dzięki temu mogła nadal sprzedawać je odbiorcom z Chin.

Tymczasem administracja USA zdecydowała się na kolejne zaostrzenie przepisów dot. eksportu technologii, oraz poinformowała pisemnie Nvidia, że począwszy od 16 listopada tego roku musi zakończyć dostawy procesorów A800 i H800 do Chin. Wprowadzone przepisy dotkną też karty GeForce RTX 4090, które oferują na tyle wysoką wydajność obliczeniową, że także ich dostawy do Chin staną się zakazane począwszy od 16 listopada.

twojepc.pl

Wydaje się jednak, że los Šamborskisa nie został przypieczętowany przez zbiegi okoliczności. Z miejsca urodzenia Šamborskisa jest mniej niż 20 kilometrów do przejścia granicznego w Kibartach (lit. Kybartai) i rzeki Liepona, która wyznacza granicę geopolityczną, kluczową dla plemion i narodów bałtyckich. Na przejściu tym na mocy pokoju mełneńskiego w 1422 roku ustanowiono granicę między Wielkim Księstwem Litewskim a zakonem niemieckim. Owa granica między WKL a Prusami, carską Rosją i Niemcami, czy też, jak się ją czasem nazywa, Litwą Mniejszą (obszar północno-zachodniej Europy), i Litwą Większą (obszar Europy Środkowo-Wschodniej), pozostała niezmieniona przez pół tysiąclecia, a jej fragment (między jeziorem Wisztyniec [lit. Vištytis, niem. Wystiten] a Niemnem w pobliżu miejscowości Sudargas) pozostał niezmieniony do dziś i jest nazywany najstarszą granicą państwową w Europie. W tym czasie pozostali na Litwie Mniejszej Bałtowie zostali poddani masowym eksterminacjom – przeprowadzanym przez krzyżowców, carów, nazistów i Sowietów. Po wyginięciu mówiących ojczystym językiem Prusów w połowie XVIII wieku pozostali na ziemi królewieckiej Litwinów wymordowali Sowieci – zginęło wtedy do 330 tys. osób, z czego około 40% stanowili Litwini lub osoby o litewskim bądź pruskim pochodzeniu. Te czystki etniczne przeżyło jedynie kilkudziesięciu miejscowych Litwinów i Niemców.

(...)

Na Litwę uciekł potajemnie, ryzykując, że go schwytają, a nawet zastrzelą na granicy – przekroczył ten sam potok Liepona, który obecnie wyznacza granicę z administrowanym przez Rosję obwodem kaliningradzkim. „Nie jest zbyt szeroki i głęboki, można go przejść w bród” – mówi, uśmiechając się smutno. „Kiedy mieszkałem w obwodzie, byłem okazjonalnie zatrzymywany najpierw podczas przekraczania granicy, a później i w miejscu zamieszkania. Próbowali mnie zastraszyć: albo będę z nimi współpracował, albo wyjadę. Jedno z dwojga, trzeciej możliwości nie było. W końcu zabrali mi dokumenty, chociaż nigdy nie postawiono mi oficjalnie żadnych zarzutów. Wiedziałem, że wcześniej czy później się ze mną rozprawią”.

Niszczenie wszelkich przejawów litewskiej kultury w obwodzie, które rozpoczęło się po wyborze Putina na drugą kadencję prezydencką w 2004 roku, stopniowo się nasilało. „Jeden po drugim, nasi nauczyciele (Arūnas Urbaitis, Jonas Glinskis, Emilija Algaudė Bukontienė i inni) stali się osobami niepożądanymi w obwodzie: a to znajdowano u nich jakąś gazetę, książkę, a to ktoś na nich składał donos – i nie wolno im już było przekraczać granicy. Ta presja pokazała, że litewskość i język litewski nie są tu mile widziane, a szczególnie niepożądane jest pielęgnowanie pamięci historycznej, przypominanie ludziom, że była to Litwa Mniejsza lub Litwa Pruska. Z Moskwy wydano instrukcje, aby to wszystko wytępić i zniszczyć. Początkowo stosowano w tym celu w miarę cywilizowane metody, rychło jednak stawały się coraz bardziej bezczelne. Ostatecznie tablica upamiętniająca Vydūnasa w Tylży została zburzona, Stowarzyszenie Nauczycieli Języka Litewskiego Ziemi Królewieckiej zostało rozwiązane, a zespoły folklorystyczne zdelegalizowane. Nie zostało nam nic”.

Šamborskis mówi, że otrzymywał zaproszenia do FSB i inne oznaki „uwagi”. „Jadę do Gąbina (ros. Gusiew, lit. Gumbinė, niem. Gumbinnen) odwiedzić nauczycielkę Irenę, córkę zesłańców, i pół godziny po moim wyjeździe przychodzą do niej zamaskowani mężczyźni z OMON-u (obecnie Rosgwardia), przewracają do góry nogami cały dom, przeszukują komputer, zabierają dokumenty, zadają formalne pytania, straszą ją i ostatecznie wychodzą, rzucając na odchodnym, żeby przekazała mi pozdrowienia. Oczywiście dzwoni do mnie z płaczem: «Sigitas, zrób coś...». Cóż mogę zrobić? W podobny sposób przeszukano dom naszej przyjaciółki Liudmiły Gudonytė, córki Juozasa Gudonisa-Liktaravičiusa, międzywojennego litewskiego pilota i późniejszego partyzanta. U mnie z kolei znaleźli książeczkę pracy i żywo zainteresowali się tym, że jestem byłym pracownikiem sekretariatu Sąjūdisu. Zarekwirowali mi ten dokument”.

Przewodniczący litewskiej społeczności również został poddany „specjalnym metodom”. „Zdarzało się tak, że podczas przekraczania granicy odprowadzano cię na bok, wtedy przychodził ktoś z milicji i bez słowa wyjaśnienia cię zabierał. Wywozili cię gdzieś i wsadzali do celi. Cele FSB są bardzo interesujące, polecam je wszystkim, którzy nie lubią Litwy – mówi, uśmiechając się smutno. – Jest to pokój o powierzchni może trzech metrów kwadratowych, z żarówką zwisającą z sufitu, a zamiast tapet ściany są obklejone antylitewskimi, antykatolickimi i antynatowskimi tekstami i hasłami. Nie ma łóżka, nie ma czym się przykryć, jest tylko taboret przykręcony do podłogi metalowymi śrubami. I masz spędzić tam całą noc. Nie da się spać, bo podłoga nie jest drewniana. Co tu robić? Czytać… Przychodzą rano i pytają: przeczytałeś? Czy coś z tego zrozumiałeś? Odpowiadam: tak, oczywiście, wszystko zrozumiałem. No proszę, spryciarz z ciebie… To może być zabawne, ale kiedy zabierają ci wszystkie rzeczy, skanują telefon i prawdopodobnie instalują jakiś system śledzenia, nie wiesz, jak się zachowają. Może podrzucą narkotyki: potem przyjdą i je «znajdą», wniosą sprawę karną i wyślą do sanatorium za kratami na kilka lat. A może podadzą ci truciznę i nie pożyjesz długo”.

Šamborskis podejrzewa, że otrute mogły zostać dwie jego koleżanki: Danutė Norušaitė z Tylży, również pochodząca z małolitewskiej rodziny, córka Helgi Strėkaitė i Vincentasa Norušasa, budowniczego kościoła Zmartwychwstania Chrystusa w Tylży, konsekrowanego w 2000 roku, oraz Irena Tiriuba-Barilaitė, nauczycielka, która od 2001 roku prowadziła dziecięcy zespół folklorystyczny Nadruvėlė w Gąbinie. „Wokół Danutė zaczęli krążyć jacyś ludzie, którzy usilnie próbowali się z nią zaprzyjaźnić – kobiety, które przedstawiały się jako wnuczki zesłańców, ale wyglądały bardzo podejrzanie. Ostrzegłem ją również, by nie piła z nimi herbaty. Kilka miesięcy później zmarła nagle na zapalenie trzustki”. Irena, nauczycielka, również zmarła nagle w ten sam sposób. „Takie niewyjaśnione zgony, kiedy nasze najbardziej aktywne kobiety po pięćdziesiątce umierały jedna po drugiej bardzo szybko, rodzą pytania. Czy to tylko zbieg okoliczności? Nie sądzę” – mówi Šamborskis.

Atmosfera, która sprawiła, że bardziej aktywni Litwini poczuli się jak wrogowie władzy, przypomina wstęp do stalinowskiego terroru. „Różnica polega na tym, że oni nie stawiają pod murem do rozstrzału”. Jak powiedział mi strażnik graniczny z osobliwym poczuciem humoru: „Dawniej, Sigitasie Aloyzowiczu, zastrzeliliby cię tutaj na miejscu, ale teraz muszą się niestety z tobą cackać”. Chociaż kiedyś bardzo dobrze się dogadywaliśmy: ich służba graniczna dawała mi, jako Litwinowi, pozwolenie na przekraczanie granicy bez kolejki i nawet zapraszała mnie na swoje imprezy. Otrzymałem ponad sto listów dziękczynnych od burmistrzów różnych miast obwodu za dostarczoną im pomoc humanitarną i organizację imprez. Jestem honorowym obywatelem Czerniachowska. Ale wszystko wywróciło się do góry nogami – z dnia na dzień stałem się wrogiem”.

Jednak wśród Rosjan, nawet polityków, przewodniczący miejscowej litewskiej społeczności spotkał wielu, którzy próbowali mi pomóc. Po tym, jak podjął próby obrony przed terrorem za pomocą środków prawnych, z wdzięcznością wspomina wsparcie rzecznika praw człowieka Iriny Wierszyninej, profesora Jurija Matoczkina, który był gubernatorem za prezydentury Borysa Jelcyna, a także innych dość wpływowych osób: „Jest wielu dobrych ludzi i nie było nikogo, kto próbowałby zarobić na moim nieszczęściu. Ale ani im, ani najlepszemu prawnikowi w obwodzie kaliningradzkim nie udało się nic wskórać. Widziałem, że te wysiłki tylko rozwścieczyły FSB. Chcieli, żebym albo zgodził się pracować przeciwko Litwie i Litwinom, albo wyjechał. Kiedy zabrali mi dokumenty, nie miałem już litewskiego paszportu ani rosyjskich dokumentów. To była tylko kwestia czasu, zanim się ze mną rozprawią”.

Nielegalnie opuścić Rosję nie było łatwym zadaniem: „Nie jestem przemytnikiem, którym nikt by się nie interesował, czułem się śledzony. Gdyby mnie złapali, mogliby mnie zamknąć na lata i nie wiadomo, czy w ogóle nie zastrzeliliby na miejscu. Co więcej, litewska straż graniczna mogła mnie aresztować lub zrobić to samo, co z migrantami z Białorusi – wypchnąć z powrotem do Rosji. Należało ich jakoś ostrzec, powiedzieć, kim jestem i dlaczego nielegalnie przekraczam granicę. Musiałem zorganizować to wszystko potajemnie i wyjątkowo precyzyjnie: miałem wsparcie, pomogli mi penetrować drogę ucieczki, aby uniemożliwić śledzenie mnie, znajomi obserwowali z ukrycia, czy nikt za mną nie jedzie… Jestem wdzięczny naszym rodakom, że wciąż żyję i mi się udało. To są dzieci naszych partyzantów, ci, którzy nie zdradzą”.

(...)

Więźniowie polityczni zwolnieni z obozów Gułagu, którym sowieckie struktury represyjne uniemożliwiały powrót na Litwę, często osiedlali się w przygranicznych miejscowościach obwodu kaliningradzkiego, aby w ten sposób być bliżej swojej ojczyzny. „W naszym regionie mieszkało kilka tysięcy więźniów politycznych i zesłańców. Byli to przedstawiciele przedwojennej elity, których Sowieci uważali za swoich największych wrogów: byli wśród nich piloci niepodległej Litwy, inżynierowie, nauczyciele, oficerowie i podoficerowie. Bystrzy ludzie, którzy bardzo kochali Litwę” – wspomina Šamborskis.

Według niego to właśnie z tych peryferii, gdzie osiedlili się Litwini, którym nie pozwolono kiedyś wrócić do ojczyzny, większość mężczyzn została zabrana na front wojny w Ukrainie, kiedy jesienią 2022 roku ogłoszono mobilizację do armii rosyjskiej. Czy takie posunięcie nosi znamiona czystki etnicznej? „Tak samo jak w całej Rosji – do wojska zabierają przede wszystkim z obrzeży zamieszkanych przez te biedne małe narody. I unikają Moskwy, Petersburga czy w naszym przypadku regionalnego centrum Kaliningradu, aby nie wywoływać zamieszek. Elity nie chcą, by ich dzieci umierały. Mobilizują więc mieszkańców najbiedniejszych regionów, gdzie sytuacja gospodarcza jest zła, a bezrobocie wysokie. Przecież tych biedaków nikomu nie szkoda, dodatkowo jeśli wszyscy szepczą po kątach, że na pograniczu wciąż jest wielu Litwinów, to przede wszystkim stamtąd trzeba brać rekruta” – mówi przewodniczący litewskiej społeczności.

Tak więc wśród tych, którzy są wykorzystywani jako mięso armatnie w armii agresora, jest wielu młodych ludzi pochodzenia litewskiego. Według Šamborskisa około 11 tysięcy żołnierzy ze zmotoryzowanej jednostki strzeleckiej stacjonującej w Gąbinie zostało wysłanych do Ukrainy: „Byli to miejscowi chłopcy, poborowi, głównie z terenów przygranicznych, gdzie co czwarty ma chociaż kroplę litewskiej krwi, ponieważ jego dziadkowie byli Litwinami. Na tej podstawie możemy w przybliżeniu obliczyć, ilu chłopców pochodzenia litewskiego wywieziono z Gąbina. Wiemy, że ci żołnierze byli bici. Według ukraińskich danych połowa z nich zginęła, wielu zostało rannych, a ilu pozostało przy życiu, tego nikt nie wie. Pięćdziesięciu młodych mężczyzn zostało zmobilizowanych jesienią ubiegłego roku z granicznej miejscowości Eitkūnai (ros. Czernyszewskoje, niem. Eydtkuhnen), gdzie było wielu Litwinów i gdzie nadal jest wielu ludzi o litewskich korzeniach. Siedemnaścioro z nich miało pochodzenie litewskie. Są to dokładne dane. Nie wiadomo, ilu z nich jeszcze żyje. Wiem tylko, że przebywają w Ukrainie, a ich rodziny od kilku miesięcy nie mają żadnych wiadomości o swoich bliskich. Zabierane są im telefony. Rosja nie oszczędza swoich żołnierzy: hurra i do przodu! Do tego dochodzą najemnicy Wagnera i Czeczeni Kadyrowa – zastrzelą ich, jeśli spróbują zdezerterować”.

(...)

Potajemna ucieczka z Rosji teraz nie jest już możliwa, więc wyjeżdżają legalnie, przez jedyne obecnie otwarte przejście graniczne w Kibartach. „Jeśli chcą ci wręczyć powołanie poborowe po rosyjskiej stronie granicy, strażnicy pytają cię: czy masz bilet? Ów «bilet» oznacza sto euro włożone do paszportu. Łapówka dla straży granicznej, by nie wręczyła ci powołania do wojska na granicy i pozwoliła wyjechać. Na Litwie jest trudniej. Jak nie masz litewskiego paszportu lub pozwolenia na pobyt, jesteś przesłuchiwany przez bardzo długi czas, a twoje dokumenty są dokładnie sprawdzane. Jeśli nie masz zaświadczenia o litewskim pochodzeniu, wjazd na Litwę jest praktycznie niemożliwy. Czasami jadę na granicę, dzwonię do kierownika zmiany straży granicznej i mówię mu, że taki a taki na pewno przyjedzie, na pewno grozi mu pobór… W takich przypadkach wzywani są specjaliści z Departamentu Migracji, a swego rodzaju komisja decyduje, czy go wpuścić. Dana osoba musi wypełnić kwestionariusz, odpowiedzieć na pytanie «do kogo należy Krym?» oraz inne pytania dotyczące wojny w Ukrainie. W ten sposób niektórym udaje się przedostać na Litwę” – opowiada Šamborskis.

(...)

Według Šamborskisa mobilizacja do armii rosyjskiej w pewnym stopniu zmieniła nastroje w Kaliningradzie. Fala histerycznej nienawiści, która pojawiła się, gdy Litwa próbowała ograniczyć tranzyt do obwodu przez swoje terytorium, opadła: „W tym czasie wszyscy Litwini mieszkający w Kaliningradzie byli nazywani faszystami. Mówili, że «Litwa chce nas zniszczyć», że Polacy i Litwini to najgorsi wrogowie. Teraz Litwini nie są już atakowani bezpośrednio, ale złość została zastąpiona smutkiem i rozpaczą, jak mówią Rosjanie, smutą. Czymś innym było siedzenie na kanapie i mówienie, że popiera się tę wojnę, czymś innym jest ciągłe zastanawianie się, co stało się z ukochaną osobą, czy jeszcze żyje. Hurapatriotyzm powoli gaśnie”.

new.org.pl