sobota, 6 kwietnia 2019
Dobrym przykładem jest Gdańsk, gdzie Paweł Adamowicz, długo funkcjonujący prezydent zaczynał jako modelowy przedstawiciel liberalnego technokraty związanego z Platformą Obywatelską. Głośno protestował przeciw obywatelskiej partycypacji: że przecież po to dostaje mandat, żeby go mieszkańcy mogli rozliczyć, a nie żeby musiał męczyć obywateli współrządzeniem, a oni jemu mieli przeszkadzać… I nagle Adamowicz odkrywa – między innymi pod wpływem ruchów miejskich – że trzeba zacząć kooptację, jeśli nie personalną, to na pewno ideową.
I co sprowadziło na niego oświecenie? Dobre wyniki tych niepartyjnych, oddolnych ruchów?
Był jeszcze drugi czynnik, strukturalny. Są bowiem problemy, które złożonością wykraczają poza możliwość zarządzania technokratycznego. Dla Gdańska takim przełomem było podtopienie miasta w 2016 roku, kiedy dwie osoby zginęły. Okazało się też, że system zbudowany przez ekspertów zwyczajnie nie zadziałał.
Może po prostu trzeba było wynająć lepszych ekspertów?
Nie, zrozumiano, że zarządzanie systemem alarmowym w kontekście anomalii pogodowych, które będą przecież coraz silniejsze ze względu na zmiany klimatyczne, nie może być „techniczne”, że wymaga to rozwiązań społecznych. Z tego powodu Gdańsk podążył za rekomendacją Marcina Gerwina i zdecydował się zwołać panel obywatelski. To dość radykalna metoda, bo panel nie jest ciałem konsultacyjnym, tylko decyzyjnym. Rekomendacje panelu, które zyskają poparcie 80 procent jego uczestników, stają się w Gdańsku obowiązujące. Do tego jeśli obywatele zbiorą 5 tys. podpisów, władze miasta mają obowiązek zorganizować panel na wskazany przez mieszkańców temat. Trudno o lepszy przykład obywatelskiego współwytwarzania polityki miejskiej.
I o czym w takim panelu decydują?
Na razie w Gdańsku były trzy panele, wszystkie zwołane przez prezydenta, z tym że tematy dwóch pierwszych zasugerował Marcin Gerwin, trzeci sformułował Paweł Adamowicz. Pierwszy dotyczył podtopień, drugi smogu w mieście. Tu znowu się okazało, że sprawa wcale nie jest techniczna, bo co to właściwie znaczy „zmniejszyć emisję”? Zaczynamy rozumieć, jak ważnym problemem jest ubóstwo energetyczne. Nie poradzimy sobie ze smogiem, jeśli nie rozwiążemy tego problemu socjoekonomicznego.
A jak wprowadzimy po prostu normy jakości spalanego paliwa i zaczniemy je twardo egzekwować?
To ludzie będą marznąć, co jest i nieludzkie, i politycznie zabójcze. Gdańsk też nie rozwiąże tego problemu, jeśli nie uwzględni głosu mieszkańców – w tym też tych, których nie stać dziś na ekologiczne ogrzewanie. Ostatni panel był może najbardziej karkołomny, bo dotyczył samej aktywności obywatelskiej: wbrew stereotypowi Gdańska jako „miasta wolności” i mimo że są tam silnie zmobilizowane grupy – np. lokatorskie czy rowerzyści – aktywność nie ma masowego charakteru. Frekwencja wyborcza jest na tle kraju niewielka.
krytykapolityczna.pl
Rekonstrukcja idei politycznej PiS zasługuje na najwyższe uznanie: syntetycznie i z trzeźwym dystansem Sawczuk pokazuje ewolucję projektu politycznego Jarosława Kaczyńskiego na kilku planach. Po pierwsze, od chadecji, przez „konserwatywną rewolucję” a la polonaise, aż po dość nihilistyczną czystkę sprowadzającą „dobrą zmianę” do wymiany kadr. Po drugie, od „niewiary w lud” Kaczyńskiego z połowy lat 90. (a więc elitaryzmu) po populistyczne – wedle definicji Jana-Wernera Müllera – utożsamienie władzy PiS z głosem skonstruowanego „ludu” jako suwerena. Po trzecie wreszcie, od inspirowanej teoriami Stanisława Ehrlicha walki o polityczny pluralizm i zmianę równowagi sił społecznych jako warunków faktycznej praworządności do całkowicie plastycznego ideowo projektu „rekonstrukcji polskości”, tak bardzo pozbawionego substancji i przygodnego, że ostatecznie sprowadza się do wymuszania posłuszeństwa wobec PiS-owskiej elity władzy.
Autor nie pisze tego wprost, ale z jego wywodu wynika wyraźnie, że polityczne idee naukowego mentora Kaczyńskiego doskonale nadawały się na narzędzie krytyki III RP i dekonstrukcji transformacyjnego mitu – w ogóle jednak nie posłużyły za przesłankę dla PiS-owskich reform. Ironią losu bowiem z intelektualnego dziedzictwa Ehrlicha w toku „dobrej zmiany” pozostała jedynie „kontekstowa wykładnia prawa” („ważniejsza od [litery] prawa jest [definiowana przez PiS] sprawiedliwość”), walkę o pluralizm i równe szanse artykulacji interesów przez wielość grup społecznych zastąpiła walka o ideowy monopol i podporządkowanie wszystkiego, co publiczne. A skoro metapolityczna misja (od)budowy polskiej tożsamości nie ma zakorzenienia w żadnych społecznych realiach, jest areną czystego woluntaryzmu elity PiS – w zderzeniu z chroniczną niekompetencją jego nowo mianowanych kadr musiało to zredukować politykę tej partii do dwóch tylko wymiarów: koncentracji władzy i radykalizacji politycznego konfliktu. Tak o to plany „zadomowienia Polaków”, których tradycje deptać miała wyalienowana elita, oraz przywrócenia praworządności w jej substancjalnym, a nie tylko formalnym wymiarze, przyniosły w efekcie mianowanie swoich gdzie tylko się da.
krytykapolityczna.pl
Kto choruje częściej - kobiety czy mężczyźni?
- Częściej chorują kobiety. Częściej są też zdiagnozowane, bo szybciej szukają fachowej pomocy. Mężczyzna leczy się rzadziej. Trudno jest mu się przyznać przed rodziną, znajomymi, samym sobą, że ma problem. Cały czas żyjemy w świecie stereotypów, a według nich facet to myśliwy. Ma walczyć, zwyciężać, zapewniać rodzinie bezpieczeństwo. Nie idzie to w parze z depresją, stanem beznadziejności. Ta zabiera mężczyźnie wszystkie tzw. męskie cechy. Zazwyczaj choruje więc w ukryciu. Kiedy zaczyna się jednak leczyć, ma tendencję do nieprzestrzegania zaleceń. Wcześniej odstawia leki, czasami łączy je z alkoholem.
To dlatego mężczyźni częściej niż kobiety popełniają samobójstwo?
- Nie ma dokładnych danych, ile samobójców cierpiało na depresję. Jeśli ktoś decyduje się na zakończenie swojego życia, to w większości przypadków jest samotny, a jego życie wydawało mu się beznadziejne. Prawdą jest jednak, że stosunek mężczyzn samobójców do kobiet samobójczyń jest u nas bardzo wysoki - 5:1. Kobiety w Polsce częściej próbują popełnić samobójstwo, ale mężczyźni robią to skuteczniej. Poza tym działają szybciej. Od momentu podjęcia decyzji o samobójstwie do próby samobójczej upływa mniej czasu. No i większość samobójstw mężczyzn odbywa się pod wpływem alkoholu. Cały czas mało się o tym mówi. W 2000 roku odnotowano w Polsce 4,9 tysiąca samobójstw. Czternaście lat później było już ich znacznie więcej – ponad sześć tysięcy. Co piąty samobójca to osoba młoda - w wieku od 20 do 24 lat. To dane z Komendy Głównej Policji. Dla porównania, w tym samym 2014 roku na polskich drogach zginęło 3,5 tysiąca kierowców. Zdecydowanie mniej, a mimo to o wypadkach się mówi. O samobójcach - milczy.
(...)
Chorujemy psychicznie częściej niż kiedyś. Dlaczego?
- To skomplikowane zagadnienie. Płacimy koszt za ogromny postęp cywilizacyjny i ekonomiczny, jaki dokonał się w Polsce przez ostatnie 25 lat. Niemcy, Norwegowie, Szwedzi, Austriacy dochodzili do swojego statusu materialnego stopniowo, rozłożyli ten proces na kilkadziesiąt, a nawet na kilkaset lat. My gonimy ich w szalonym tempie, pracujemy po 20 godzin na dobę, zawsze mamy włączone komórki, nawet na urlopach, jeśli je w ogóle wykorzystujemy. Narzucamy cele niezwykle trudne do osiągnięcia, a jeszcze trudniejsze do utrzymania na dłuższą metę. Domy muszą być wielkie, szkoły prywatne, wakacje w tropikach, a ciuchy z butików. Dopóki wystarcza sił, pieniędzy, zdrowia, jakoś się kręci. Niestety, wystarczy lekki wiaterek, nawet nie sztorm, żeby kolos na glinianych nogach się zachwiał, albo i wywrócił. Paweł Sołtys, muzyk i pisarz, powiedział ostatnio zdanie, które mocno zapadło mi w pamięć: "Polską klasę średnią od bezdomności dzielą dwie raty kredytu". Widmo ekonomicznej katastrofy to jeden z głównych czynników depresyjnych XXI wieku.
tvn24.pl
Czy ten wzrost gospodarczy dzięki giełdowym kursom firm technologicznych ma jakieś koszta społeczne?
W San Francisco to widać jak na dłoni. To bardzo bogaty rejon, z najlepszymi wynagrodzeniami na świecie. Z tego samego powodu koszty życia poszły tam bardzo w górę – od kosztów nieruchomości przez podatki lokalne, najwyższe w całych Stanach, aż po ceny podstawowych produktów. Trzypokojowe mieszkanie kosztuje tam ponad milion dolarów i nie stać na nie nikogo, nawet tych świetnie opłacanych pracowników korporacji. Ci ludzie decydują się więc na wynajem, co z kolei prowadzi do wzrostu czynszów, natomiast osoby nie zatrudnione w sektorze technologicznym po prostu tracą dach nad głową. Dopiero co odwiedziłam San Francisco i jestem załamana liczbą bezdomnych na ulicach. W środku najbogatszego hrabstwa najbogatszego stanu USA mamy sytuację rodem z trzeciego świata – jakkolwiek niepoprawnie politycznie to brzmi.
To co się dzieje z tymi wszystkimi mieszkaniami, na które ludzi nie stać?
Kupują je chińscy inwestorzy, którzy ich nie wynajmują, tylko trzymają dla swoich dzieci – stoją więc puste. W San Francisco rynek mieszkaniowy nie nadąża za popytem i na pewno nie jest dopasowany cenowo do możliwości mieszkańców.
Tak więc w obrębie tego bardzo bogatego obszaru, który pcha całą amerykańską gospodarkę, mamy pustynie biedy. Następuje proces odkładania kapitału w celach inwestycyjno-rozwojowych, który nie wraca na rynek i w efekcie nie poprawia jakości życia przeciętnej społeczności. Nie ma na to prostego rozwiązania, choć i władze lokalne, i firmy technologiczne próbują coś z tym zrobić.
krytykapolityczna.pl
Deep state – głębokie państwo – czyli amerykańskie struktury rządowe zdominowane przez Clintonów oraz kadrę przywódczą FBI i CIA. To tej właśnie frazy wyborcy Trumpa używają na Facebooku i YouTubie, gdy mają na myśli owo waszyngtońskie „bagno” (the swamp), które Trump obiecywał osuszyć. Minęły dwa lata i bagno ma się lepiej niż kiedykolwiek, głównie za sprawą korupcji nowej administracji. Z kolei demokraci paradoksalnie znaleźli się w pozycji, gdzie ich główną bronią w walce z Trumpem jest FBI i republikanin Robert Mueller… Dziwny jest ten świat. Ale czy należy wierzyć własnym oczom? Może nie należy? Może istnieje lepsze, bardziej spójne wytłumaczenie na cały ten bajzel?
Otóż nie lękajcie się, istnieje! Nowa teoria spiskowa, tzw. QAnon, zyskuje sobie wśród Amerykanów coraz większą liczbę sympatyków. Koncentruje się ona wokół postów anonimowej osoby lub grupy osób, nazywających siebie Q, które twierdzą, że mają dostęp do tajnych informacji na temat walki, jaką Trump prowadzi z „głębokim państwem”, walki, która zakończy się wielkim przewrotem politycznym i powrotem do świetności Ameryki.
Wszystko zaczęło się w październiku 2017 na forum 4chan, gdzie niejaki Q zamieścił serię postów zatytułowaną „cisza przed burzą”. Sam ten tytuł jest, proszę zauważyć, niezwykle znamienny, gdyż 5 października 2017, w czasie krótkiej konferencji prasowej Trump sam użył tego określenia – „cisza przed burzą”. A kiedy dziennikarka zapytała go, o jaką burzę mu chodzi, Trump odparł tajemniczo: „Zobaczycie!”
Oto tłumaczenie pierwszego postu. Zapnijcie pasy!
„Q Post 2017-10-28
>>147005381 HRC [Hilary Rotham Clinton] ekstradycja już w toku zaczyna się jutro z udziałem wielu krajów w razie próby ucieczki za granicę. Jej paszport będzie unieważniony 30/10 @ 00:01. Należy spodziewać się zamieszek i prób ucieczki z USA przez innych. Amerykańskie M’s [marines? Military?] przeprowadzą operację z aktywowaną NG [Gwardia Narodowa]. Dowód? Zlokalizuj członka NG i sprawdź aktywność na służbie 30/10 w większości miast.”
krytykapolityczna.pl
Odpady niemożliwe do uniknięcia to te, które powstają w wyniku przygotowywania lub spożywania żywności, a nie są jadalne. Odpady możliwe do. uniknięcia to wyrzucone jedzenie, np. zepsute, nieświeże itp, które wcześniej było jadalne.
Badania prowadzono dla 51 różnych rodzajów świeżych owoców i warzyw, w sześciu krajach UE (Niemcy, Hiszpania, Dania, Holandia, Finlandia i Wielka Brytania), w roku 2010.
Po przeanalizowaniu zebranych danych naukowcy wyliczyli, że rocznie w Unii Europejskiej w przeliczeniu na jednego mieszkańca przypada 21,1 kg odpadów nieuniknionych i 14,2 kg odpadów możliwych do uniknięcia.
Marnowanych jest średnio 29 proc. (35,3 kg na osobę) świeżych owoców i warzyw zakupionych w europejskich gospodarstwach domowych, z czego wyrzucania 12 proc. (14,2 kg) można by uniknąć.
Jeśli chodzi o ilość możliwych do uniknięcia i niemożliwych do uniknięcia odpadów, autorzy badania zauważają obecność dużych różnic pomiędzy poszczególnymi krajami UE. Wynikają one przede wszystkim z różnic w kulturowych i ekonomicznych mających wpływ na marnotrawstwo oraz różnych wzorców konsumpcyjnych, które wpływają na ilość kupowanej żywności.
Na przykład: chociaż zakupy świeżych warzyw w Wielkiej Brytanii są niższe, niż w Niemczech - to jednak ilość nieuniknionych odpadów generowanych na jednego mieszkańca jest prawie taka sama w obu tych państwach. Wynika z tego, że poziom możliwego do uniknięcia marnotrawstwa jest wyższy w Wielkiej Brytanii. Uważa się, że te kraje, w których obywatele wydają na żywność więcej pieniędzy, generują mniej odpadów, których można uniknąć.
W podsumowaniu autorzy raportu przypominają, że rocznie na terenie UE marnuje się ok. 88 milionów ton żywności. Związane z tym koszty szacuje się na 143 miliardy euro.
PAP
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
