piątek, 31 marca 2023



Jak twierdzą autorzy listu opublikowanego na stronach ośrodka Future of Life Institute, zaawansowana sztuczna inteligencja może stanowić "głęboką zmianę w historii życia na Ziemi" i do jej rozwoju powinno się podchodzić z ostrożnością.

"Niestety, do tego poziomu planowania i zarządzania nie dochodzi, mimo że w ostatnich miesiącach widzieliśmy laboratoria AI zaangażowane w niekontrolowany wyścig, by rozwijać i wdrażać coraz potężniejsze cyfrowe umysły, których nikt - w tym nawet ich twórcy - nie potrafi zrozumieć, przewidzieć, czy porządnie kontrolować" - czytamy w liście.

(...)

Wzywają przy tym do sześciomiesięcznej przerwy w trenowaniu systemów przewyższających wypuszczony niedawno przez firmę OpenAI GPT-4, który m.in. zdolny jest do zdawania testów różnego rodzaju na poziomie zbliżonym do najlepszych zdających ludzi. Apelują też o wdrożenie kompleksowych rządowych regulacji i nadzoru nad nowymi modelami.

bankier.pl


W XXX debacie "Strategie rynkowe TFI" zorganizowanej przez PAP Biznes udział wzięli przedstawiciele Eques Investment TFI, Opoka TFI, Pekao TFI, TFI PZU oraz Skarbiec TFI.

"Chinami interesują się wszyscy. Skutki otwarcia chińskiej gospodarki są trudne do przewidzenia, bo z jednej strony powszechnie większość inwestorów oczekuje, że to przyniesie ożywienie dla sektora przemysłowego zarówno w Chinach, jak i na świecie. Wydaje się również, że otwarcie powinno działać proinflacyjnie, ponieważ rośnie presja na surowce i towary w związku ze zwiększeniem produkcji i konsumpcji ze względu na zakończenie lockdown’u" - powiedział Prezes Zarządu Eques Investment TFI, Tomasz Korab.

"5 proc. wzrostu PKB, biorąc pod uwagę chińskie standardy i to czego Chińczycy oczekują, to nie jest dużo, ale czy to będzie 5 proc. czy 4,5 proc., ma chyba drugorzędne znaczenie, bowiem najważniejszym pytaniem jest, co będzie się działo w perspektywie długoterminowej, a kluczowe mogą się okazać ostatnio publikowane dane dotyczące chińskiej demografii" - dodał.

Podobny pogląd względem prognozowanego wzrostu gospodarczego Chin miał wiceprezes TFI PZU, Piotr Dmuchowski, który zakłada, że taki scenariusz się nie sprawdzi.

"Po otwarciu Chin widać, że systemowe problemy są dużo głębsze niż się wydawało. Z naszej perspektywy, szczególnie krajów Europy Zachodniej prognozowany na ok. 5 proc. wzrost PKB jest dynamiczny, ale mówimy o gospodarce, która przez ostatnie lata działała na sterydach – jest przyzwyczajona do dynamicznego wzrostu, który ukrywał wiele systemowych problemów. Chiny poza demografią mają duże problemy z systemem finansowym. Dlatego scenariusz, w którym Chiny miały uratować świat przed recesją, odchodzi w zapomnienie" - powiedział Dmuchowski.

Z kolei prezes Opoka TFI, Tomasz Tarczyński wskazywał, że otwarcie chińskiej gospodarki, nie zmieni diametralnie sytuacji na rynku surowcowym.

"Otwarcie chińskiej gospodarki nie zmienia naszego podejścia do rynków surowców. Od dłuższego czasu wydaje nam się, że początek wojny na Ukrainie był zwieńczeniem trendu na surowce, który trwał od 2020 roku. Surowce, jako klasa aktywów muszą trochę odpocząć i to się dokonuje, aczkolwiek - w naszej opinii - ten proces jest już zaawansowany. Patrząc chociażby na ropę, wydaje się, że korekta spadkowa, która trwa od ubiegłego roku, zbliża się do końca" - powiedział Tarczyński.

Dyrektor Zespołu Zarządzania Akcjami Rynku Krajowego w Pekao TFI, Piotr Grzeliński powiedział, że zagrożenie na rynku surowców mogą przynieść napięcia na linii Izrael - Iran - USA.

"Istotny wpływ na ryzyka geopolityczne w następnym czasie mogą mieć napięcia na linii Izrael - Iran - Stany Zjednoczone. Ostatnio pojawiły się informacje, że Iran na nowo zaczął wzbogacać uran do poziomów, które umożliwią budowę broni atomowej. To może spowodować, że napięcie połączone z reakcją w postaci nakładania sankcji, wzrośnie, co z kolei może mieć potencjalnie wpływ na ceny ropy naftowej i znowu możemy znaleźć się w sytuacji, w której inflacja o charakterze podażowym będzie nabierała na sile" - powiedział Grzeliński.

Według Radosława Cholewińskiego, członka zarządu Skarbiec TFI, istnieje ryzyko, że Chiny będą chciały wejść ma ścieżkę kolizyjną z rynkami zachodnimi.

"Napięcia geopolityczne związane z Chinami - niektórzy komentatorzy podnoszą argument, że długoterminowe tendencje gospodarcze powodują, że Chiny będą chciały stanąć do konfrontacji z rynkami zachodnimi i musimy mieć to ryzyko na radarze" - powiedział.

Odmiennego zdania był Tomasz Tarczyński, który wskazywał, że Chiny nie mają żadnego interesu w zaostrzaniu relacji z zachodem.

"Chiny robią wszystko, żeby nie wejść w kurs kolizyjny i przyjmują wszystkie ciosy, które Amerykanie zadają im na polu technologii i nie odpowiadają. Zresztą Europa Zachodnia stara się jak może, żeby nawiązać z Chinami relacje. Co ważne, patrząc na to, co się dzieje można również odnieść wrażenie, że Chiny obecnie wasalizują Rosję i robią sobie z niej zaplecze surowcowe" - powiedział Tarczyński. 

PAP


Epopeja pt. "Musk zarządza Twitterem" trwa w najlepsze. Okazało się, że jego pomysły walnie przyczyniły się do spadku wartości platformy. Nic dziwnego. Zdaje się, że postawił sobie za cel udowodnienie wszystkim, że zmuszanie go do finalizacji transakcji było złym pomysłem. Masowo zwalniał pracowników, wprowadził opłatę za "niebieski znaczek" - każdy mógł go sobie kupić - a więc pojawiła się masa fałszywych kont podających fałszywe informacje, które spowodowały niestety prawdziwe tąpnięcia na kursach akcji prawdziwych spółek.

W międzyczasie poprosił część dopiero co zwolnionych osób o powrót. Wraz z nimi na Twittera wrócił zablokowany wcześniej Donald Trump. Do jeszcze trwających na swoich stanowiskach wysłał maila z ultimatum: "albo będziecie pracować ciężej, albo zostaniecie bez pracy". To oczywiście nie spotkało się z dobrym przyjęciem i ruszył prawdziwy exodus pracowników. W konsekwencji systemy, na których oparta była platforma, zaczęły trząść się w posadach.

Teraz okazało się, że Twitter wart jest połowę tego, co zapłacił za niego multimiliarder. Oszacowanie jego wartości zostało oparte na ofercie Muska dotyczącej dotacji dla pracowników. Ale dyrektor generalny nic sobie z tego nie robi. Co więcej, ma dość huczne plany. - Widzę wyraźną, choć trudną, ścieżkę prowadzącą do sukcesu - do wyceny 250 mld dolarów - zapowiedział Musk. To oznaczałoby ponad 10-krotny wzrost obecnej wyceny Twittera. 

BBC News poprosiło o komentarz w tej sprawie biuro prasowe. Nadawca otrzymał automatyczną odpowiedź, którą wcześniej zapowiadał Musk. 

bankier.pl


„Unia Europejska zbyt długo myślała, że rynek samodzielnie rozwiąże wszystkie problemy. Teraz rozumiemy, że strategiczne wybory Chin, które zostały podjęte dekadę temu, zaczynają przynosić temu państwu konkretne efekty. My również musimy podjąć podobne strategiczne decyzje, które będą rzutować na następne dekady" – powiedział, cytowany przez Politico, wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans podczas publikowania kluczowych unijnych dokumentów mających wprowadzić UE na tor klimatycznej rywalizacji z ChRL. Słowa komisarza traktować można jako zapowiedź ostrych zmagań Brukseli z Pekinem, których celem jest budowa nowego, neutralnego klimatycznie przemysłu. Skorzystać może na tym energetyka jądrowa, która przez lata była na forum unijnym marginalizowana.

energetyka24.com


W dniach 5–13 marca miała miejsce piąta, ostatnia sesja rozpoczętej w 2018 r. XIII kadencji Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych (OZPL) – parlamentu Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL). Towarzyszyły jej, zgodnie z utartą praktyką, prace Komitetu Krajowego Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej Chin (LPKKCh). W czasie sesji wyłoniono najwyższe władze państwowe na najbliższe pięć lat, m.in. zatwierdzono trzecią kadencję Xi Jinpinga jako przewodniczącego ChRL. Dokonano też restrukturyzacji aparatu państwowego odpowiadającej bieżącym priorytetom władz. Skupiła się ona na kwestiach stabilności finansowej, rywalizacji technologicznej i wzrostu budżetu wojskowego.

Sesję OZPL poprzedziło II Plenum XX Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin (KC KPCh) w dniach 26–28 lutego. Opracowano tam listę kandydatów na najwyższe stanowiska państwowe do zaakceptowania przez OZPL oraz przyjęto część propozycji Rady Państwowej dotyczących zmian instytucjonalnych, które przedłożono do formalnego przyjęcia przez parlament. Obrady OZPL nie kończą procesu rotacji personalnych i zmian strukturalnych w centralnych władzach partii i państwa. Dalsze roszady i nominacje mają zostać ujawnione w najbliższych tygodniach, kiedy zostaną zatwierdzone przez Stały Komitet (SK) OZPL lub Radę Państwową. W tym samym okresie ma być również przeprowadzona reforma organów KPCh. Wstępne propozycje znalazły się we wspólnym dokumencie KC KPCh i Rady Państwowej opublikowanym 16 marca.

Komentarz

Coroczna sesja OZPL odgrywa głównie rolę propagandową i tworzy pozory parlamentaryzmu w ChRL. Organ wyłaniany jest w złożonym procesie wielostopniowych nominacji kontrolowanych przez aparat partyjny. Formalnie stanowi on najwyższą władzę w państwie, lecz nigdy w swojej historii nie odrzucił propozycji personalnych czy legislacyjnych przedłożonych przez przywódców państwa. LPKKCh to ciało doradcze niemające znaczenia politycznego, a jej główne zadanie polega na symulowaniu konsultacji ze środowiskami społecznymi funkcjonującymi w teorii poza KPCh, ale w praktyce przez nią nadzorowanymi. Decyzje personalne i zmiany w strukturach administracji państwowej dokonywane na pierwszej sesji OZPL mają przede wszystkim dostosować organizacje i obsadę organów państwowych do nowego układu najwyższych władz partyjnych, wyłonionego na XX Zjeździe KPCh w październiku ub.r. (...).

Przebieg obrad OZPL potwierdził dominację frakcji Xi Jinpinga w aparacie partyjno-państwowym. Świadczy o tym nie tylko otrzymanie przez niego trzeciej kadencji na stanowisku przewodniczącego ChRL, lecz zwłaszcza skład najwyższych organów państwowych (...). Odzwierciedla on naczelną pozycję osób związanych personalnie z Xi Jinpingiem we władzach KPCh. Wiceprzewodniczącym ChRL został Han Zheng, wicepremier w latach 2018–2023. Należy on do grona bliskich współpracowników Xi Jinpinga i sam nie posiada rangi politycznej w KPCh. W efekcie nie może być poważnym kandydatem na stanowisko przewodniczącego ChRL i sekretarza generalnego KPCh, co wskazuje, że Xi Jinping nie planuje przejścia na polityczną emeryturę po zakończeniu trzeciej kadencji. Nominalnie druga osoba w hierarchii partyjnej i w porządku konstytucyjnym to premier Li Qiang. W przeciwieństwie do swojego poprzednika – Li Keqianga, powiązanego z konkurencyjną grupą działaczy wywodzących się z Ligii Młodzieży Komunistycznej – jest on w pełni zależny od sekretarza generalnego KPCh i nie dysponuje samodzielnością polityczną. Podobnie jest w przypadku pierwszego (wykonawczego) wicepremiera Ding Xuexianga – poprzednio (w latach 2017–2023) dyrektora Biura Generalnego KC KPCh i szefa Biura Sekretarza Generalnego KPCh. Przewodniczącym SK OZPL, czyli przewodniczącym parlamentu i formalnie trzecią osobą w państwie, został Zhao Leji, trzeci w hierarchii partyjnej. To najwyżej postawiona osoba w aparacie partyjno-państwowym, która – mimo lojalności względem sekretarza generalnego – nie zawdzięcza mu kariery i ma własne zaplecze polityczne w KPCh.

Obecne przekształcenia w strukturze partyjno-państwowej zachodzą po dziesięciu latach rządów Xi Jinpinga, który przez dwie kadencje skutecznie kształtował je zgodnie ze swoją wizją. Z tego powodu wprowadzane na tegorocznym OZPL zmiany mają bardziej charakter rutynowej korekty, która ma je dostosować do nowych wyzwań stojących przed ChRL (...). O ile reorganizacje rządów realizowano po 1978 r. cyklicznie, o tyle od czasu objęcia sterów władzy przez Xi Jinpinga w latach 2012–2013 tworzą one nową jakość. Polega ona na odwróceniu trwającego od końca lat siedemdziesiątych procesu instytucjonalizacji rządów KPCh, czyli przekazywania rzeczywistych uprawnień z partii do organów państwa. Aktualnie, zgodnie z nieformalnym określeniem „partia zjada państwo”, KPCh nie tylko sprawuje kierownictwo polityczne, lecz także na nowo przejmuje role wykonawcze i nadzorcze od struktur państwowych, pozostawiając im tylko funkcję administracyjną (...). W konsekwencji zmniejszenia znaczenia administracji centralnej podjęto decyzję o redukcji zatrudnienia w niej o 5%.

Tegoroczna sesja OZPL stanowi również platformę do zaprezentowania najważniejszych kierunków polityki przywódców ChRL i dostosowania struktur państwa do czekających je wyzwań. W swych przemówieniach dygnitarze mocno akcentowali trzy kluczowe kwestie. Pierwsza to potwierdzenie problemów gospodarczych. Wiązały się one głównie z wyczerpywaniem się modelu rozwoju, a pogłębiło je kilka lat strategii „zero COVID”. Skutkuje to zaplanowaniem na 2023 r. wzrostu PKB na poziomie 5%, a więc poniżej 9% notowanych średnio w latach 1989–2022 czy ponad 6% w ostatniej dekadzie. Nowy premier zapewnił przy tym prywatnych przedsiębiorców, że będą mogli nadal prowadzić działalność na równych zasadach z firmami państwowymi, co jest próbą odpowiedzi na rosnące obawy biznesu, że Chiny odchodzą od elementów gospodarki wolnorynkowej wprowadzanych od lat osiemdziesiątych. Drugi dominujący temat to konieczność głębokiej przebudowy zarządzania sektorami finansowym i technologicznym oraz kontroli nad nimi. Trzecim jest dalsza rozbudowa sił zbrojnych, które Xi Jinping nazwał Wielkim Murem ze stali. Wiąże się to ze zwiększeniem budżetu obronnego o 7,2%, a więc znacznie przewyższającym zapowiadany wzrost PKB, przez lata oficjalnie wyznaczającym stopień podnoszenia finansowania armii. To reakcja na zaostrzającą się rywalizację Pekinu z Waszyngtonem.

Największe zmiany strukturalne w obrębie organów państwa przeprowadzone w czasie obrad OZPL dotyczą sektora finansowego oraz szeroko rozumianego rozwoju nowych technologii – dwóch dziedzin wymagających zdaniem kierownictwa KPCh zwiększonego nadzoru. Zadłużenie gospodarki, bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości i nietrafione inwestycje infrastrukturalne coraz bardziej obciążają system finansowy ChRL. Nowo powołane ciało nadzorcze – Krajowa Administracja Nadzoru Finansowego – ma ułatwić władzom kontrolę nad nim w okresie spodziewanych poważnych trudności. Z kolei narastająca rywalizacja ze Stanami Zjednoczonymi, które odcinają Chinom dostęp do wielu zaawansowanych technologii, wymaga mobilizacji zasobów i działań zarówno państwa, jak i sektora prywatnego nakierowanych na rozwijanie własnych rozwiązań. Dalekosiężny cel KPCh to w pierwszej kolejności zdobycie niezależności technologicznej, przede wszystkim w branży półprzewodników, a także budowa alternatywnego wobec zachodniego systemu norm i standardów technologicznych. Wynikiem tego jest wzmocnienie Ministerstwa Przemysłu i Technologii Informacyjnych oraz Ministerstwa Zasobów Ludzkich i Bezpieczeństwa Społecznego. Zgodnie z zapowiedziami z 16 marca równocześnie zostaną utworzone Komisja ds. Finansów KC, Komisja Robocza ds. Finansów KC (nie jest jasne rozróżnienie kompetencji między nimi) oraz Komisja ds. Nauki i Technologii KC, które z ramienia partii będą nadzorować prace tych organów. Dodatkowo mają powstać Wydział Roboczy Spraw Społecznych KC oraz Biuro ds. Hongkongu i Makau KC.

osw.waw.pl


Chińscy ekonomiści rządowi przewidywali, że do 2049 roku PKB Chin na głowę mieszkańca wzrośnie do połowy lub do trzech czwartych wartości tego wskaźnika w Stanach Zjednoczonych, a PKB nominalne przerośnie wskaźnik produktu krajowego rywala dwa albo trzy razy. Te prognozy były jednak oparte na założeniu, że w 2049 roku liczba mieszkańców Chin będzie czterokrotnie większa od populacji USA. Z realnych danych wyłaniają się zupełnie inne wnioski. Zakładając, że Chinom uda się ustabilizować współczynnik dzietności na poziomie 1,1 dziecka na każdą kobietę, to ich liczba mieszkańców w 2049 roku będzie większa od ludności USA tylko 2,9 razy, a wszystkie kluczowe parametry świadczące o demograficznej i gospodarczej witalności będą znacznie gorsze.

Te wadliwe prognozy wpływają nie tylko na sytuację Chin. Mają potencjał, by wywołać efekt motyla i zniszczyć cały obecny globalny ład. Chińskie władze kierują się do dziś (a przynajmniej kierowały się do niedawna) ugruntowanym od wielu lat przekonaniem, że Wschód rośnie w siłę, a Zachód wszedł w fazę schyłkową. Na tej zasadzie rosyjski prezydent Władimir Putin uważał, że dopóki Rosja utrzymuje stabilne relacje ze wzmacniającymi się Chinami, słabnący Zachód nie będzie mógł zrobić nic, żeby pociągnąć go do odpowiedzialności za inwazję na Ukrainę. A pośpiech, z jakim Amerykanie opuścili Afganistan, by skoncentrować środki na Chinach, mógł sprawić, że bezwiednie jeszcze bardziej ośmielili Putina.

Starzenie się społeczeństwa będzie stałym czynnikiem spowalniającym chińską gospodarkę. W końcu doświadczenia Włoch pokazują, że stosunek liczby osób starszych niż 64 lata do liczby osób w wieku 15–64 lata ma silną ujemną korelację ze wzrostem PKB. Podobnie jest z medianą wieku i odsetkiem osób powyżej 64. roku życia.

W 1950 roku mediana wieku w Japonii wynosiła 21 lat, podczas gdy w USA – 29. Następnie, jak należało się spodziewać, Japonia przez wiele lat cieszyła się szybszym wzrostem gospodarczym. Jednak od 1994 roku odsetek osób w wieku produkcyjnym w państwie azjatyckim zaczął się zmniejszać, a w Stanach Zjednoczonych ten proces ma się zacząć dopiero w 2048 roku.

W 1992 roku mediana wieku w Japonii była już o 5,5 roku wyższa od amerykańskiej, a stosunek liczby osób starszych niż 64 lata do liczby osób młodszych zaczął przewyższać wartości notowane w USA. Nic dziwnego, że od tamtej pory Japonia ma stale niższy wzrost gospodarczy. Z początku PKB per capita Japonii wzrosło z 16 proc. produktu krajowego brutto na głowę mieszkańca USA w roku 1960 do 154 proc. w 1995 roku. Do 2022 roku jednak wskaźnik ten zdążył spaść do 46 proc., a w przyszłości prawdopodobnie osiągnie jeszcze niższy poziom, około 35 proc.

Mniej więcej to samo można powiedzieć o Tajwanie i Korei Południowej, które dzięki młodej populacji przez ponad pięć dekad szybko zbliżyły się gospodarczo do Stanów Zjednoczonych. W 1960 roku wskaźniki PKB na mieszkańca obu krajów wynosiły po 5 proc. wartości produktu krajowego brutto per capita w USA, po czym poszybowały w górę i w 2014 roku wyniosły odpowiednio 42 i 53 proc. Jednak od tamtego czasu, w miarę zmniejszania się siły roboczej, wzrost gospodarczy w obu państwach spowolnił i PKB per capita spada w kierunku 30 proc. wskaźnika amerykańskiego.

Teraz przyjrzyjmy się Chinom. W 1980 roku mediana wieku mieszkańców wynosiła 21, czyli była niższa o osiem lat od mediany wieku Amerykanów, a w latach 1979–2011 wzrost PKB wynosił rocznie średnio 10 proc. Ale w 2012 roku odsetek osób w wieku produkcyjnym zaczął się zmniejszać, a do 2015 roku wzrost gospodarczy spowolnił do 7 proc. Hamowanie trwało i w 2022 roku wskaźnik wzrostu wyniósł już 3 proc. Chiny stały się „światową fabryką” dzięki temu, że w latach 1962–1990 rodziło się tam średnio 23,4 mln dzieci rocznie.

Nawet oficjalne, wyolbrzymione dane przygotowane przez chińskie władze mówią o tym, że w zeszłym roku na świat przyszło tam 9,56 mln dzieci. Z tego powodu chińska produkcja przemysłowa będzie nadal słabnąć, co stworzy nowe czynniki presji inflacyjnej w USA i wszystkich innych krajach świata.

Chociaż w 1975 roku liczba mieszkańców Chin była o połowę większa niż Indii, to nawet propagandowe statystyki Pekinu wskazują, że w zeszłym roku była ona już niższa (1,411 do 1,417 miliarda). W rzeczywistości populacja Indii przerosła populację Chin dziesięć lat temu i jej wzrost utrzymuje się na dobrej drodze, by w 2050 roku była o połowę większa od liczby ludności sąsiadów. Mediana wieku mieszkańców Indii powinna osiągnąć wtedy 39 lat, czyli będzie o całe pokolenie niższa niż mediana w Chinach, która ma wynieść 57 lat.

Do 2030 roku mediana wieku w Chinach przekroczy już amerykańską o 5,5 roku, a do 2033 roku stosunek liczby osób starszych niż 64 lata do liczby osób młodszych również przewyższy ten wskaźnik w USA. Wzrost chińskiego PKB zacznie spadać poniżej poziomów osiąganych w USA w latach 2031–2035, a PKB per capita będzie w tym okresie ledwo osiągał 30 proc. wartości wskaźnika rywala. O wynikach na poziomie 50–75 proc., które prognozują chińscy państwowi ekonomiści, nie ma nawet co myśleć. Jeśli jakiś kraj zdetronizuje USA jako największą gospodarkę świata, będą to Indie, a nie Chiny.

Trzeba zauważyć, że Chiny mocno inwestują w sztuczną inteligencję i robotykę, aby zrównoważyć efekt spowalniania gospodarki związany ze starzeniem się społeczeństwa. Lecz te wysiłki nie rozwiążą do końca problemu, bo postęp innowacji opiera się na umysłach młodych. Co więcej, pracownicy-roboty niczego nie konsumują, a konsumpcja jest jedną z najważniejszych sił napędowych każdej gospodarki.

Zmierzch Chin będzie stopniowy. Jeszcze przez wiele kolejnych dekad będą one drugą lub trzecią co do wielkości gospodarką świata. Jednak ogromna rozbieżność między ich malejącą siłą demograficzną i ekonomiczną a coraz większymi ambicjami politycznymi może sprawić, że staną się bardzo podatne na błędne decyzje strategiczne. Wspomnienia minionej chwały lub strach przed utratą statusu mogą skierować Chiny na tę samą niebezpieczną ścieżkę, która doprowadziła Rosję do napaści na Ukrainę.

krytykapolityczna.pl


Narodowa Komisja Komunikacji Tajwanu (National Communications Commission NCC), powołując się na wyspiarskie służby telekomunikacyjne, obwiniła dwa chińskie statki o przecięcie kabli telekomunikacyjnych z Tajwanu na Matsu, wyspę pod kontrolą przez Tajpej u wybrzeży Chin. Według komisji chiński kuter rybacki przeciął kabel 2 marca około 50 km od wybrzeży Matsu. Sześć dni później, 8 lutego, chiński statek towarowy przeciął drugi. Jak do tej pory rząd tajwański nie określił tego celowym działaniem ze strony Pekinu i nie przedstawił bezpośrednich dowodów na udział chińskich statków.

Tajwańska straż przybrzeżna ścigała kuter rybacki, który przeciął pierwszy kabel, ale wrócił on na chińskie wody, według anonimowego urzędnika, który został poinformowany o incydencie, ale nie jest upoważniony do publicznego omawiania sprawy. Władze zidentyfikowały dwie chińskie jednostki w obszarze, gdzie kable zostały przecięte, w oparciu o dane automatycznego systemu identyfikacji, który pokazuje lokalizację statku. To by wskazywało, że doszło do wypadku.

Kable telekomunikacyjne, które mogą mieć szerokość od 20 do 30 milimetrów, są obudowane stalowym pancerzem na płytkich wodach, gdzie istnieje większe prawdopodobieństwo natrafienia na statki. Pomimo ochrony, kable mogą zostać dość łatwo przecięte przez same jednostki i ich kotwice lub kutry rybackie używające stalowych sieci. I faktycznie, kable telekomunikacyjne  miały być przecięte w sumie 27 razy w ciągu ostatnich pięciu lat w tym regionie. Jednak zdaniem cytowanego przez AFP Geoffa Hustona, z Asia Pacific Network Information Centre, organizacji non-profit, która zarządza i dystrybuuje zasoby internetowe, takie jak adresy IP dla regionu, „taki poziom uszkodzeń jest bardzo nietypowy dla kabla, nawet na płytkich wodach Cieśniny Tajwańskiej.” Dlatego moim zdaniem można postawić tezę, że służby z kontynentu dosyć regularnie sabotują te kable. Wydaje się, że w ten sposób testują Tajwańczyków, ale też osłabiają ich czujność. Uszkodzenie kabli telekomunikacyjnych będzie jednym z pierwszych kroków przed inwazją i będzie sygnałem ostrzegawczym, że coś się dzieje, ale częste akty sabotażu mogą spowodować opóźnioną reakcję.1 Niemniej, wciąż uważam, że ALW nie ma jeszcze zdolności do ataku, więc nie spodziewam się desantu na Tajwan w najbliższych latach. Oczywiście, nigdy nie wiadomo, czy w Pekinie nie utracą kontaktu z rzeczywistością i to wprowadza zawsze element niepewności.

Władze tajwańskie zdają sobie z tego sprawę. Po analizie rosyjskich cyberataków i ataków fizycznych na infrastrukturę telekomunikacyjną w czasie inwazji na Ukrainę tajwańskie Ministerstwo Spraw Cyfrowych publicznie poprosiło o oferty od operatorów satelitarnych na niskiej orbicie okołoziemskiej, aby zapewnić internet w trybie awaryjnym na wypadek konfliktu. Jednak plan pozostaje martwy, ponieważ prawo na Tajwanie wymaga, aby dostawcy byli w co najmniej 51% własnością krajowego udziałowca, a żadem tajwański podmiot nie operuje satelitów telekomunikacyjnych na niskiej orbicie. Rzecznik Ministerstwa Cyfryzacji skierował pytania mediów o postępy w realizacji planów ewentualnościowych do NCC. NCC powiedziała, że zainstaluje… system nadzoru dla kabli podmorskich, jednocześnie polegając na transmisji mikrofalowej jako opcji zapasowej.

zawielkimmurem.net


Holenderski rząd potwierdził oficjalnie w wtorek /7.3.2023/, że zostają wprowadzone ograniczenia w eksporcie do Chin maszyn do produkcji półprzewodników firmy ASML. Minister handlu zagranicznego Liesje Schreinemacher stwierdziła w piśmie do parlamentu, że jest to konieczne dla „bezpieczeństwa narodowego.” Gabinet nie chce, by ta wrażliwa technologia trafiła w ręce Chin.

Chodzi o „bardzo specyficzne technologie w cyklu produkcji półprzewodników, na których Holandia ma wyjątkową i wiodącą pozycję, jak np. najbardziej zaawansowana litografia immersyjna i osadzanie w głębokim ultrafiolecie (DUV).” – pisze minister. Schreinemacher zastrzegła, że każdy wniosek o pozwolenie na eksport będzie rozpatrywany indywidualnie. Powinno to zapobiec wykorzystaniu półprzewodników do niepożądanych celów wojskowych. Będzie to jednak wymagało oceny, czy wiodąca pozycja Holandii w tej technologii nie będzie zagrożona.

Już pod koniec stycznia br. pojawiły się przecieki, że Holandia, Stany Zjednoczone i Japonia osiągnęły porozumienie w sprawie ograniczeń eksportu technologii półprzewodników do Chin. Waszyngton wcześniej sam ograniczył przekazywanie tych technologii do ChRL. Amerykanie wywarli także presję na Holandię, gdyż tutejsza firma ASML przewodzi na świecie w rozwoju maszyn do produkcji półprzewodników. Przy czym ASML wykorzystuje do tego amerykańskie technologie, więc gdyby Holandia nie przyłączyła się do ograniczeń, to sama mogłaby zostać odcięta od kluczowych rozwiązań.

W odpowiedzi ASML powiedział, że oczekuje, iż ograniczenie eksportu nie będzie miało większego wpływu na firmę. Restrykcje dotyczy tylko najbardziej zaawansowanej technologii, a nie bardziej powszechnych maszyn – podkreśliła firma. Z tego co wczoraj sprawdzałem, to notowania firmy nie zmieniły się gwałtownie i odnotowały spadek 0,29%, czyli w granicach normalnej fluktuacji.

zawielkimmurem.net


Narracje antyzachodnie zarówno w tureckim dyskursie wewnętrznym, jak i w tamtejszej polityce zagranicznej uległy w ostatnich miesiącach nasileniu. Ujawniły się one m.in. podczas negocjacji na temat członkostwa Finlandii i Szwecji w NATO czy impasu w relacjach dwustronnych z USA oraz w napięciach turecko-greckich. Powtarzają się zarzuty ignorowania interesów bezpieczeństwa Turcji (w kwestiach kurdyjskich lub w sporach granicznych z Grecją) oraz utrzymywania wrogich wobec Ankary amerykańskich sankcji i ograniczeń. Silnie akcentowane są oskarżenia wobec Zachodu o turko- i islamofobię, których sygnałów upatruje się w manifestacjach z paleniem kukieł tureckiego prezydenta oraz Koranu w Sztokholmie. Antyzachodnia retoryka chwilowo osłabła w związku z katastrofalnym trzęsieniem ziemi z 6 lutego br. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal pozostaje nośnym tematem w polityce wewnętrznej kraju – zwłaszcza w kontekście zbliżających się wyborów prezydenckich i parlamentarnych (planowanych na 14 maja lub 18 czerwca). Obecnie takie wątki szczególnie aktywnie rozgrywa obóz rządzący, choć rezonują one również w większości społeczeństwa i pozostają głęboko wpisane w kulturę polityczną Republiki Tureckiej.

Zachód jako problem dla AKP

Interesy narodowe w polityce zagranicznej kraju to stały i żywy element debaty publicznej w Turcji. Dla całej klasy politycznej i obywateli wspólnym punktem odniesienia zarówno pozytywnej, jak i negatywnej percepcji jest Zachód, a przede wszystkim USA, ale w istotnym stopniu również UE. Z perspektywy obozu rządzącego ważniejsze i wygodniejsze politycznie jest akcentowanie kwestii spornych z państwami zachodnimi oraz problemów, za które ponoszą one odpowiedzialność – ich wspólnym mianownikiem pozostaje przekonanie o przedmiotowym traktowaniu Turcji, pomniejszaniu jej znaczenia i lekceważeniu interesów. Taka postawa pozwala również podkreślać asertywność rządu i pozycję państwa, mobilizować elektorat własny i odwoływać się do reszty społeczeństwa.

Najbardziej nośne są ostatnio twierdzenia, że Zachód zarówno wspiera, jak i toleruje ugrupowania uznawane przez Turcję za terrorystyczne. W minionych miesiącach wątki te wybrzmiewały w debacie politycznej w kraju i dotyczyły ostrej krytyki wsparcia, którego państwa zachodnie rzekomo udzielają m.in. kurdyjskim środowiskom powiązanym z terrorystyczną Partią Pracujących Kurdystanu PYD/YPG, a także z – uznawanym za terrorystyczny w Turcji – ruchem Gülena. Okazją do nagłośnienia tych spraw stały się trwające od maja ub.r. negocjacje na temat ratyfikacji przez Ankarę członkostwa Szwecji i Finlandii w NATO. Przyjęcie obu krajów do Sojuszu władze tureckie warunkują podjęciem, zwłaszcza przez Sztokholm, działań na rzecz np. przeprowadzenia zmian w kodeksach karnych odnośnie do zwalczania terroryzmu na swoich terytoriach oraz rozpatrzeniem tureckich wniosków o deportację osób podejrzanych o terroryzm.

Żywym wątkiem pozostaje zarzut aktywnego marginalizowania międzynarodowej pozycji Turcji. Akcentowane są m.in. kwestia blokady przez Kongres USA sprzedaży Ankarze F-16 oraz sprawa utrzymywania sankcji będących efektem sporu związanego z zakupem przez Turcję systemu obronnego S-400 od Rosji. Władze upatrują też umniejszania swoich interesów w aktywnym dozbrajaniu przez Zachód regionalnych oponentów, tj. Grecji i Kurdów syryjskich. Tematy te powracały wielokrotnie na spotkaniach pomiędzy Turcją a Stanami Zjednoczonymi (m.in. na poziomie ministrów spraw zagranicznych czy w ramach „mechanizmu strategicznego”), podczas których Ankara systematycznie podnosiła sprzeciw wobec polityki Waszyngtonu.

Pomimo zbieżnego z NATO-wskim stanowiska w kwestii wojny na Ukrainie w tureckiej debacie politycznej i medialnej pojawiają się też zarzuty o instrumentalizację tego konfliktu przez USA mającą na celu umocnienie amerykańskiej dominacji na świecie. Przykładem tego jest chociażby wypowiedź przewodniczącego Partii Ruchu Nacjonalistycznego (MHP) – koalicjanta AKP – w której obwinił on Stany Zjednoczone o podżeganie do zmiany reżimu w Rosji oraz o wykorzystywanie wojny na Ukrainie do rywalizacji z Moskwą i szerzenia własnych interesów globalnych przy pomocy NATO.

Zarówno elity, jak i opinia publiczna żywo reagują na poszlaki mające udowadniać rzekome antytureckie i antyislamskie nastroje na Zachodzie. Dyskurs ten wewnątrz Turcji uległ zaostrzeniu w styczniu br., po manifestacjach w Sztokholmie, podczas których spalono Koran oraz dwukrotnie powieszono kukły tureckiego prezydenta. Skutkowały one licznymi protestami w Ankarze i Stambule, które posłużyły jako uzasadnienie czasowego zamknięcia konsulatów i ambasad przez dziewięć krajów Zachodu (m.in. USA, Francję, Wielką Brytanię, Niemcy i Szwecję). Szef tureckiej dyplomacji jednoznacznie uznał ten ruch placówek dyplomatycznych za celową próbę oczernienia kraju oraz za pośredni atak na jego stabilność i wiarygodność gospodarczą.

Interesy i resentymenty

Antyzachodnie i antyamerykańskie wątki w polityce obecnych władz w Ankarze nie są nowym zjawiskiem. Główny cel polityki Recepa Tayyipa Erdogana to odbudowa świetności Turcji jako bieguna cywilizacyjnego i politycznego w skali globalnej. Warunek podstawowy tego programu stanowi jej „upodmiotowienie się” w relacjach z Zachodem, czemu wcześniej miały służyć zabiegi o członkostwo w UE, a wobec fiaska tego procesu – asertywność w stosunku do UE, próby wzmocnienia swojej pozycji w ramach NATO oraz aktywna i autonomiczna polityka np. na Bliskim Wschodzie. Z ostrą turecką krytyką spotykały się powszechne na Zachodzie zarzuty na temat m.in. sprawowania autorytarnych rządów przez Erdogana, brutalności władzy podczas pacyfikacji protestów w 2013 r. i represji po nieudanym puczu w 2016 r. Ankara permanentnie sprzeciwia się też jakiemukolwiek ograniczaniu przez państwa zachodnie jej asertywności w polityce zagranicznej – działania takie odbierane są w Turcji jako de facto wrogie. Niezależnie od trwałości związków instytucjonalnych, politycznych i gospodarczych z Zachodem retoryka antyzachodnia i antyamerykańska pozostają za czasów AKP stałym instrumentem mobilizacji społecznej.

Wykorzystywanie resentymentów antyzachodnich w dyskursie publicznym nie wynika jedynie z polityki obozu rządzącego. Wpisują się one w nurt silnych emocji i przekonań, które strukturyzują scenę polityczną od czasu rozpadu Imperium Osmańskiego i powstania Republiki Tureckiej. Mit założycielski państwa – wojna o niepodległość w latach 1919–1922 i powołanie republiki w 1923 r. – wyrasta ze zwycięstwa wojsk Mustafy Kemala Atatürka nad aliantami, co zapobiegło podziałowi Turcji (traktat z Sevres w 1920 r.). W tradycji kemalizmu, do której odwołuje się niemal cała opozycja (CHP, IYI) i koalicjant AKP – MHP, modernizacja na wzór zachodni jest silnie związana z tureckim nacjonalizmem, czemu jednocześnie towarzyszy daleko posunięta nieufność wobec Zachodu. Wrogość w stosunku do państw zachodnich (zwłaszcza względem USA) ma również silne korzenie w pozaparlamentarnej lewicy oraz środowiskach islamistycznych, do których należy AKP. Od dekad znajduje to wyraz w sondażach – 67% obywateli postrzega rolę Waszyngtonu na arenie międzynarodowej negatywnie, a tylko 23% pozytywnie (dane z sondażu German Marshall Fund - Transatlantic Trends 2022).

Prognoza

W obliczu trzęsienia ziemi wątki antyzachodnie chwilowo uległy stonowaniu, lecz w związku z ich nośnością i atrakcyjnością – zwłaszcza dla obozu rządzącego – szybko powrócą na agendę polityczną wraz z nasilaniem się kampanii. Szanse na przełom w okresie przedwyborczym, jakim byłaby choćby ratyfikacja członkostwa krajów nordyckich uwarunkowana odblokowaniem programu sprzedaży i modernizacji F-16 przez USA, wydają się niewielkie. Nieuniknione kontrowersje wokół kampanii wyborczej mogą zaś podsycać krytykę ze strony Zachodu i kontrdziałania tureckie.

Problem napięć między Ankarą a państwami zachodnimi należy traktować jako systemowy i długofalowy. Różnice w zakresie interesów i punktów widzenia obu stron są duże i niezależne od podziałów na tureckiej scenie politycznej – rozwiązanie sporów utrudniają dynamika międzynarodowa, a także sytuacja wewnętrzna. Pomimo takiego stanu rzeczy nie należy się jednak spodziewać, że Ankara zaryzykuje zerwanie relacji z Zachodem, którego nie jest w stanie zastąpić jakiekolwiek państwo czy grupa państw.

osw.waw.pl


Według doniesień mediów Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (BMI, Bundesministerium des Innern und für Heimat) nakazało firmom dostarczającym usługi telekomunikacyjne, by do kwietnia przedłożyły listę urządzeń wykorzystywanych w infrastrukturze sieciowej. W razie stwierdzenia, że zastosowane instalacje stanowią zagrożenie dla „porządku publicznego lub bezpieczeństwa Republiki Federalnej”, resort może podjąć decyzję o zakazie ich dalszego użytkowania oraz nakazać ich usunięcie.

Inicjatywa ministerstwa to wynik działań kontrolnych, które w ostatnich miesiącach podjął Federalny Urząd ds. Bezpieczeństwa Techniki Informacyjnej (BSI, Bundesamt für Sicherheit in der Informationstechnik). Miały one na celu oszacowanie ryzyka związanego z wykorzystaniem w budowanej właśnie sieci 5G instalacji podatnych na włamanie, szpiegostwo i nielegalne przekazywanie danych. Choć władze nie znalazły bezpośrednich dowodów na zagrożenia płynące ze współpracy z konkretnymi dostawcami, to wskazały potrzebę daleko idącej prewencji.

Podstawą do posunięć BMI i BSI jest uchwalona jeszcze w poprzedniej kadencji Bundestagu tzw. druga ustawa o zwiększeniu bezpieczeństwa w systemach informatyczno-technicznych (nazywana IT-Sicherheitsgesetz 2.0). Zgodnie z nią od września 2021 r. dostawcy usług telekomunikacyjnych muszą ubiegać się o pozwolenie na zainstalowanie nowych urządzeń w infrastrukturze sieciowej. Ta sama podstawa prawna pozwala również na dalej idące działania: kontrolę i – w razie stwierdzenia zagrożenia – usunięcie już zainstalowanego sprzętu.

Komentarz

Oficjalnie rząd nie wiąże zaostrzenia kursu w polityce bezpieczeństwa informatycznego z konkretnymi podmiotami. Wiadomo jednak, że chodzi o firmy Huawei i ZTE – chińskich dostawców instalacji sieciowych. Duży udział w niemieckiej infrastrukturze ma szczególnie pierwsza z tych firm: systemy Deutsche Telekom, Vodafone i Telefonica nawet w 60% opierają się na jej urządzeniach.

Niemieckie władze zakładają, że tak wysoki poziom uzależnienia może stanowić ryzyko dla bezpieczeństwa narodowego – zwłaszcza ze względu na powiązania Huaweia ze strukturami rządowymi w Chinach. W tym kontekście przytacza się np. korzystanie przez producenta z ogromnych dotacji państwowych. Największe zastrzeżenia budzi jednak potencjalna współpraca chińskich firm ze służbami specjalnymi. Zgodnie z prawem ChRL nie mogą się one uchylić od udostępnienia danych. Jeżeli relacje z Pekinem ulegną pogorszeniu – np. w związku z dostawami broni dla Rosji lub inwazją na Tajwan – to Huawei może zostać wykorzystany jako narzędzie presji politycznej na RFN. Działania koncernu nie musiałyby być przy tym otwarcie konfrontacyjne – by wywołać poważne zakłócenia w funkcjonowaniu sieci, wystarczyłyby rzekome awarie urządzeń i problemy z aktualizacją oprogramowania.

Działania władz można tłumaczyć także nową oceną warunków technicznych infrastruktury teleinformatycznej. Dotąd dostawcy usług twierdzili, że gwarancją bezpieczeństwa w dominującym obecnie standardzie LTE jest rozróżnienie między siecią przesyłową – składającą się z anten łączących się z urządzeniami odbiorczymi (głównie telefony) – oraz rdzeniową – z serwerami zarządzającymi przepływem danych. Urządzenia chińskich firm miały się znajdować jedynie w sieci przesyłowej, która nie generuje aż tak znacznego ryzyka. Problem polega jednak na tym, że w sieci 5G takie rozróżnienie prawdopodobnie nie będzie możliwe. Wątpliwości urzędników BSI zwiększa fakt, że w okresie przejściowym infrastrukturę LTE często wykorzystuje się do zwiększania zasięgu 5G.

Koncerny telekomunikacyjne – Deutsche Telekom, Vodafone i Telefonica – zareagowały na zapowiedź rządu dość powściągliwie, mimo że oznacza ona dla nich potencjalnie wielomiliardowe koszty. Liczą jednak na to, że w razie konieczności demontażu urządzeń będą mogły uzyskać rekompensaty finansowe lub że władze wyznaczą długi okres przejściowy. W ten sposób możliwe byłoby stopniowe zastępowanie dotychczasowych chińskich urządzeń nowymi instalacjami pochodzącymi od sprawdzonych producentów – przede wszystkim Ericssona i Nokii. Kalkulacja koncernów ma racjonalne podstawy. Rząd zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że konieczność przebudowy sieci spowolni przejście do wyczekiwanego przez przemysł standardu 5G. Bez niego trudno sobie wyobrazić np. autonomiczny transport i budowanie zautomatyzowanych linii produkcyjnych.

Mimo wątpliwości co do zakresu i czasu wdrażania inicjatywy BMI sygnalizuje ona z pewnością zmianę podejścia niemieckich władz do problemu zewnętrznych zależności ekonomicznych. Berlin nie chce powtórzyć błędów, które popełnił w polityce energetycznej, a które ostatecznie doprowadziły do nadmiernego uzależnienia od rosyjskich dostawców, chaosu na rynkach i ogromnych kosztów. W sferze technologii komunikacyjnych Niemcy chcą zawczasu ograniczyć ryzyko, dlatego – choć na razie nie ma twardych dowodów na podejrzaną aktywność Huaweia i ZTE – zdecydowano się na interwencję. Rosną szanse, że wkrótce ten model postępowania zostanie zastosowany do innych obszarów infrastruktury krytycznej. Resort spraw wewnętrznych pracuje nad nowelizacją ustawy o BSI pozwalającej na objęcie nadzorem rurociągów i portów oraz szybszą delegalizację wszystkich instalacji danego dostawcy bez konieczności podejmowania skomplikowanego badania jego „wiarygodności”. W ten sposób Niemcy dołączą do grona państw europejskich (m.in. Wielkiej Brytanii, Francji, Polski, Rumunii, Szwecji i państw bałtyckich), które odrzucają współpracę z chińskimi producentami przy rozwijaniu strategicznej infrastruktury teleinformatycznej.

Przepis nie ustanawia wprawdzie formalnego zakazu, ale de facto prowadzić będzie do usunięcia dostawców z ChRL z kluczowego segmentu rynku. Ceną może być pogorszenie relacji z Pekinem, który zresztą szybko zareagował oświadczeniem opublikowanym przez ambasadę w Berlinie podkreślającym „zaskoczenie i niezadowolenie” z podjętych decyzji. Biorąc pod uwagę znaczenie chińskiego rynku dla niemieckiego przemysłu (obroty handlowe między ChRL a RFN wyniosły w 2022 r. 297,9 mld euro), trzeba zakładać, że ewentualne retorsje mogłyby być bolesne. Prawdopodobieństwo ich nałożenia wydaje się jednak niewielkie. Władzom w Pekinie nie zależy obecnie na zaostrzaniu konfliktu, gdyż wzmocniłby on w Europie zwolenników decouplingu i pogłębienia współpracy z USA w ramach antychińskiego sojuszu gospodarczo-politycznego.

osw.waw.pl


Nowym, największym zagrożeniem dla światowego pokoju, są maleńkie cząsteczki znajdujące się głęboko w sercu szaro-brązowego masywu górskiego w Iranie. Szef tamtejszej organizacji zajmującej się energią nuklearną Mohammad Eslami twierdzi, że są one tak małe, że nie sposób ich dostrzec nawet pod mikroskopem. Chodzi o ślad uranu, który zabezpieczyli inspektorzy Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA). To, że w irańskim podziemnym zakładzie wzbogacania uranu Fordo znaleziono ślady pierwiastka, nie jest zaskakujące. Niepokojące jest co innego.

Stopień wzbogacenia znalezionych cząsteczek uranu wynosi 83,7 proc. Są to atomy typu U-235, czyli łatwo rozszczepialne. Nie potrzeba tak wysokiego poziomu wzbogacenia cząsteczek do działania elektrowni atomowych — do tego wystarczy zaledwie 3,5 proc. Jednak od 83,7 proc. blisko już do 90 proc. — a to poziom wzbogacenia potrzebny do stworzenia bomby atomowej. Jeśli Iran osiągnie ten próg, na Bliskim Wschodzie prawdopodobnie wybuchnie wojna, co Europa z pewnością odczuje, przynajmniej pośrednio.

Od ponad 20 lat świat z zaniepokojeniem przygląda się irańskiemu programowi atomowemu. Najpierw negocjacje z Teheranem w tej sprawie podejmowali Europejczycy, później Amerykanie. Nie udało się jednak przekonać Iranu do podjęcia działań, które zapewniłyby pokojowy charakter programu. Dlatego też nałożono na niego kompleksowe sankcje, które niezwykle osłabiły irańską gospodarkę.

W 2015 r. pięć mocarstw z prawem weta w ONZ oraz Niemcy osiągnęły jednak porozumienie z Teheranem. Umowa nuklearna, tzw. Joint Comprehensive Plan of Action (JCPoA) znosiła sankcje, ale przewidywała rozszerzone kontrole programu nuklearnego, a także ograniczenia ilości wzbogaconego uranu, który Iran może trzymać w magazynach. Ustalono też maksymalny poziom jego wzbogacenia — 3,67 proc.

Wielu ekspertów uważa jednak, że określone wówczas warunki są zbyt łagodne, by zapobiec stworzeniu przez Iran bomby, a w 2018 r. ówczesny prezydent USA Donald Trump ogłosił, że wycofuje się z umowy. Od 2019 r. Teheran łamie jej zasady i obecnie jest bliżej niż kiedykolwiek możliwości skonstruowania bomb atomowych.

Wiadomo, że Iran zgromadził już tak dużą ilość uranu wzbogaconego do 60 proc., że przy dalszym wzbogacaniu mógłby w ciągu kilku tygodni wyprodukować ponad dwa urządzenia jądrowe.

Od czasu odkrycia w laboratorium Fordo pytanie, które od lat nurtuje dyplomatów i naukowców, stało się jeszcze bardziej palące: czy Teheran chce jedynie stworzyć presję, by poprawić swoją pozycję negocjacyjną, czy też reżim naprawdę dąży do tego, by postawić się w sytuacji umożliwiającej zbudowanie mu broni jądrowej?

Negocjacje w sprawie ożywienia porozumienia z 2015 r. są oficjalnie zawieszone. W poufnych kanałach prowadzone są jednak rozmowy o tym, jak je wznowić. Obecny rozwój wydarzeń utrudnia jednak znalezienie rozwiązania. Dostarczając drony bojowe na wojnę Rosji w Ukrainie, Iran stworzył nowy konflikt z Zachodem.

Jednocześnie Teheran odczuwa presję retorycznego poparcia Europy i Ameryki dla fali protestów w Iranie. Rośnie ryzyko, że będzie podejmował ryzykowne decyzje. Osoby mające dostęp do irańskiego kierownictwa twierdzą, że nasilają się tam głosy wzywające do "wybuchu", czyli wzbogacenia uranu do 90 proc., co dałoby Teheranowi możliwość budowy bomb.

Nie wiadomo, czy znalezisko w Fordo wskazuje już na początek "breakoutu", czy też jest to tylko zbieg okoliczności, jak tłumaczy to Teheran.

— Irańska relacja o znalezisku jest rażąco zniekształcona — mówi fizyk i były inspektor nuklearny David Albright, który kieruje Instytutem Nauki i Bezpieczeństwa Międzynarodowego w Waszyngtonie. — W przypadku próbek pobranych z okolic wirówki, jak to miało miejsce w tym przypadku, ilości, które można znaleźć, są z definicji bardzo małe.

Poza tym trudno sobie wyobrazić, aby wzbogacanie do 60 proc. przypadkowo dało wynik 83,4 proc. Takie odchylenie byłoby bardzo nietypowe. Wygląda raczej na to, że Irańczycy przeprowadzili eksperymenty, aby przetestować wzbogacanie uranu do prawie 90 proc., być może w celu jeszcze szybszego wybuchu, jeśli zajdzie taka potrzeba — powiedział Albright.

— Poziom 83,7 proc. jest już jednak krytyczny. Plany głowic nuklearnych, które Iran opracował przed 2003 r. i które Izrael przechwycił w operacji wywiadowczej w 2018 r., były rzeczywiście zaprojektowane dla uranu o poziomie wzbogacenia 90 proc. — powiedział Albright.

— Ale ten sam projekt może być użyty do skutecznej detonacji uranu przy poziomie wzbogacenia powyżej 80 proc. Iran mógł już eksperymentalnie przekroczyć ten próg — dodaje specjalista.

Jedno jest jednak w miarę pewne: poziom wzbogacenia uranu wynoszący 90 proc. oznacza wojnę. Jeśli Iran osiągnie ten punkt, pozostali sygnatariusze JCPoA najpewniej przywrócą wszystkie sankcje, a Izrael z dużym prawdopodobieństwem przeprowadzi naloty na irańskie obiekty nuklearne.

onet.pl/Die Welt