wtorek, 16 kwietnia 2019
Dianne Hales w powieści „Mona Lisa” pisze: „Podczas karnawału 1497 roku grupy fanciulli (chłopaczków) Savonaroli przemierzały miasto, pukając do drzwi i domagając się, żeby mieszkańcy domów oddali swoje «marności» – klejnoty, futra, pogańskie księgi, perfumy, peruki, karty, kości, wachlarze, kosmetyki, dzieła fałszywej sztuki. […] siódmego lutego, ostatniego dnia karnawału przed Wielkim Postem, na Piazza della Signoria powstało olbrzymie stożkowate rusztowanie o wysokości piętnastu metrów. Tej nocy Piagnoni [Płaczący, zwolennicy Savonaroli] rzucili wszystkie zebrane «marności» na stos chrustu i słomy, na szczycie postawili podobiznę Szatana i całość podpalili. Gdy płomienie buchnęły pod niebiosa, rozległy się śpiewy chórów, głosy trąb i bicie kościelnych dzwonów. Według pewnego pamiętnikarza uczestniczyła w tym «niemal cała ludność», ale «tylko zwolennicy mnicha chwalili wydarzenie jako dobrze zrobione i słuszne, podczas gdy reszta srodze je krytykowała»”.
A Karol Schulz w „Kamieniach i cierpieniach” dodaje: „Potem szły tomy antycznych komedii, tragedii i wierszy, Plaut i Arystofanes, Ajschylos i Sofokles, wiersze Katulla, Tibulla, poezje Anakreonta, rzadkie pergaminy bogato iluminowane, kupowane i przepisywane kosztem ogromnych wyrzeczeń, wiersze od wieków dźwięczące w ludzkich sercach – teraz anatemy i marności”. Płomienie ognia szybko trawiły to, co zakonnik ogarnięty pragnieniem wykorzenienia wszelkiego zła, uważał za – jak mówił – duchowy Egipt, gdzie faraonem jest sam szatan.
wiez.com.pl
Czy istnieje tradycyjny polski model rodziny?
Piotr Szukalski, demograf i gerontolog, profesor Uniwersytetu Łódzkiego, członek Komitetu Nauk Demograficznych i Komitetu Prognoz PAN: Musimy zdać sobie sprawę z tego, że badacze zjawisk społecznych często żyją w świecie fikcji. A jedną z jej składowych jest mit o rodzinie wielopokoleniowej jako rdzennie tradycyjnej. Ten mit obalił już Peter Laslett, brytyjski historyk oraz demograf, który prowadził badania w latach 60. i 70. w Wielkiej Brytanii – w swoich pracach zrekonstruował model rodziny, cofając się o setki lat. Okazało się, że mieszkanie pod jednym dachem wielopokoleniowych rodzin nie było częstym zjawiskiem. Młodzi zakładali własne gospodarstwa – tak na Zachodzie, jak i w Polsce. Więc inne myślenie o naszej przeszłości jest ideologizowaną fikcją.
Ale mieszkająca razem rodzina, w której obok mamy i taty są też dzieci i dziadkowie, często stawiana jest nam za wzór.
To model żywcem wyjęty z PRL, wymuszony koniecznością, niemający wiele wspólnego z wolnym wyborem. Najzwyczajniej w świecie brakowało mieszkań i w popularnym M3 musieli się zmieścić wszyscy. Perspektywa ostatnich dekad jest dla wielu z nas jedynym punktem odniesienia. Za oczywisty uznajemy wzór rodziny z okresu dwudziestolecia międzywojennego lub właśnie z PRL. Często brakuje nam szerszego spojrzenia, więc wyciągamy mylne wnioski. Choćby na temat wieku zawierania małżeństw. Nie brakuje opinii ostrzegających przed skutkami coraz późniejszego podejmowania tej decyzji. Tymczasem dopiero ok. 2005 r. osiągnęliśmy wiek zawierania małżeństw, jaki dominował w międzywojniu. To lata PRL, gdy ludzie bardzo wcześnie decydowali się na ten krok, zmienił naszą perspektywę.
Czy to oznacza, że każdy element tradycyjnej rodziny można podważyć?
Istnieją pewne stałe podstawy w jej pojmowaniu albo społecznym myśleniu o niej: tak być powinno. Po pierwsze – rodzina to instytucja, która musi bazować na związku małżeńskim. Choć i tu trzeba zrobić małe zastrzeżenie co do formy małżeństwa. Na ziemiach polskich do 1945 r. istniały trzy porządki legislacyjne – był to spadek po zaborach, bo niestety dwudziestolecie międzywojenne nie wprowadziło jednolitego prawa cywilnego. I tak w dawnym zaborze rosyjskim nie było możliwości zawarcia małżeństwa w urzędach stanu cywilnego (USC). Były więc małżeństwa wyznaniowe, które rodziły skutki cywilnoprawne. Inaczej było już w Krakowie czy Poznaniu, gdzie składano śluby również lub jedynie przed urzędnikiem. Drugi wyznacznik rodziny to postulat, by zakładać ją jak najwcześniej.
Czyli kiedy?
Gdy mężczyzna, mający być jedynym zarabiającym, osiągnie samodzielność ekonomiczną i będzie w stanie utrzymać rodzinę. I tu znów ściera się kilka wzorców. Bo po wojnie, w PRL, względną finansową niezależność osiągano dość wcześnie. Jednocześnie w Łodzi od pokoleń było wiele kobiet aktywnych zawodowo. Włókniarki pracowały po kilkanaście godzin dziennie, utrzymując domy. Na ich ciężkiej pracy wyrosło wiele tamtejszych fortun. Trzecia wytyczna dotycząca rodziny mówi o tym, że w rodzinie powinno być jak najwięcej dzieci. Ale nie oszukujmy się, nawet nasze prababki i pradziadowie w międzywojniu stosowali metody regulacji poczęć, jak stosunek przerywany czy dłuższy okres karmienia piersią. Były to metody zawodne, ale świadczą o tym, że mało kto kierował się wyłącznie myśleniem „co Bóg da”. Czwarty element sprowadza się do tego, że rodzinę, a zwłaszcza małżeństwo, powinniśmy tworzyć dożywotnio, będąc razem na dobre i na złe.
forsal.pl
Diametralnie odmienną perspektywę na to, co znaczy być biednym w XXI wieku, podsuwają dwie inne wydane niedawno książki: Not a Crime to Be Poor (Być biednym to nie zbrodnia) Petera Edelmana, profesora polityki społecznej z uniwersytetu Georgetown, który służył w administracji Billa Clintona i odszedł na znak protestu, gdy w 1996 roku prezydent podpisał ustawę o reformie systemu opieki społecznej, oraz The Poverty of Privacy Rights (Ubóstwo prawa do prywatności), napisana przez profesor prawa Khiarę M. Bridges.
Ludzie biedni, a szczególnie biedne kobiety, jak piszą autorzy tych książek, są aż nazbyt widoczni – nieustannie obserwowani, nadzorowani, karani grzywnami i zamykani w więzieniach. Wpadają w pułapkę społecznego panoptykonu, który dopuszcza i zachęca do poddawania ich ciągłemu dozorowi. Państwo bierze ich na cel i żywi się ich kosztem, próbując łatać dziury budżetowe niezliczonymi opłatami, grzywnami i mandatami, które wymierza „wyrzutkom”. Człowiek bez pieniędzy jest automatycznie uznawany za potencjalnego przestępcę, a wobec machiny państwa pozostaje zupełnie bezbronny. Według obojga autorów być biednym znaczy niemal całkowicie utracić podstawowe prawa obywatelskie kojarzone z tym, co starsze pokolenia nazwałyby burżuazyjnym indywidualizmem.
Książkę Not a Crime to Be Poor otwiera wstrząsający przypadek Very Cheeks z Bainbridge w stanie Georgia. Zaczęło się od mandatu na 135 dolarów za to, że przednie koła jej samochodu przetoczyły się za linię znaku „stop”. Gdy zjawiła się w sądzie, nakazano jej wpłacić od razu całą kwotę. Tłumaczyła, że jest bezrobotna i opiekuje się umierającym ojcem, więc sędzia dał jej trzy miesiące na zapłacenie mandatu, obejmując ją na ten czas tak zwanym „nadzorem kuratorskim”, i odesłał ją do innego biurka. Tam okazało się, że rachunek urósł do 267 dolarów: 105 dolarów dla firmy zewnętrznej, której sąd zleca pełnienie nadzoru, a do tego 27 dolarów na „stanowy fundusz pomocy ofiarom wypadków drogowych”.
Powiedziano jej, że 50 dolarów z tej kwoty musi wpłacić gotówką na miejscu – w przeciwnym razie trafi do aresztu. Nie dysponowała jednak nawet taką kwotą, więc by zebrać potrzebną gotówkę, jej narzeczony oddał w zastaw drobną biżuterię i kosiarkę do trawy. Vera Cheeks pozostała pod nadzorem kuratorskim, a spóźnienie się choćby z jedną wpłatą oznaczało automatyczny powrót do aresztu. Tylko dlatego, że nie było jej stać na zapłacenie mandatu, z obywatelki cieszącej się pełnią praw w jednej chwili stała się dłużniczką władz stanowych. Prywatny podwykonawca śledził każdy jej ruch, a od więziennej celi dzielił ją jeden czek bez pokrycia.
Edelman wymienia zaskakująco długą listę opłat, jakie władze stanowe i miejskie nakładają na biednych. Skazani za przestępstwa płacą za pobyt w areszcie, za badania laboratoryjne, za obsługę administracyjną, a nawet za pracę prokuratorów, którzy prowadzili ich sprawę. Obowiązkowe kursy i terapie (na przykład dla osób, które prowadziły pojazd pod wpływem alkoholu) mogą kosztować powyżej 30 dolarów za sesję. Elektroniczny monitoring osób zwolnionych z aresztu i oczekujących na proces kosztuje 14 dolarów dziennie. W stanie Georgia za spalenie suchych liści bez zezwolenia wymierza się nawet 500 dolarów kary.
(...)
Pewnemu bezdomnemu z Sacramento w Kalifornii, który sypiał pod mostem, policja wystawiła 190 wezwań do sądu (niemal wyłącznie za nocowanie pod gołym niebem i „rozbijanie obozu”). Ostatecznie zasądzono mu grzywny na łączną kwotę 104 tysięcy dolarów, których oczywiście nie mógł zapłacić. Gdy w 2016 roku zmarł na raka, jego nazwisko widniało na trzydziestu siedmiu nakazach aresztowania. W jaki sposób służy to bezpieczeństwu publicznemu?
Szczególnie szokuje, jak często i jak słono trzeba płacić prywatnym przedsiębiorstwom za wyznaczony przez sędziego „dozór”. Kto nie jest w stanie wpłacić całej kwoty, automatycznie trafia do aresztu. W Ferguson w stanie Missouri grzywna za „zarośnięty i zachwaszczony” (czyli: niespełniający średnioklasowych standardów przyzwoitości) trawnik przed domem może wynieść 531 dolarów. W stanie Michigan każdy mandat może zostać powiększony o wyssaną z palca opłatę, choćby 500 dolarów na koszty utrzymania siłowni dla pracowników sądu. Chociaż konstytucja gwarantuje prawo do obrońcy z urzędu, w czterdziestu trzech stanach podsądnych obarcza się kosztami takiego adwokata. W Południowej Dakocie stawka wynosi 92 dolary za godzinę. Płacą nawet ci, których sąd uniewinnił – a niezdolność do wniesienia opłaty sama w sobie jest złamaniem prawa.
krytykapolityczna.pl
Dokument, do którego dotarła "Wyborcza" i Radio ZET, oznaczony jako Zlecenie nr 2, przewiduje jednak, że w okresie kampanii wyborczej wykonawca firma Elchupacabra stworzy miesięcznie 1 tys. "wątków tematycznych", za każdy z nich otrzyma 20 zł, oraz zapewni im aktywność na poziomie 5 tys. "wpisów automatycznych" w miesiącu. Cena za jeden wpis to 2 zł. W czasie obowiązywania umowy Duda zyskał w sondażach 15 punktów proc. w stosunku do swojego kontrkandydata Bronisława Komorowskiego.
Komentując umowę z Elchupacabra Szefernaker zwraca uwagę, że, sztab Andrzeja Dudy współpracował z wieloma firmami. "Na początku kampanii kandydat był mało znaną osobą, więc podejmowaliśmy działania pozytywne dotyczące zbudowania wizerunku. Dziś trudno mi określić, z jakich powodów. Trzy i pół roku po zawarciu tej umowy nie odpowiem dokładnie na pytanie, co kryje się pod konkretnym sformułowaniem w jednym z wielu zleceń" - czytamy w dzisiejszej "Wyborczej" i na stronie Radia ZET.
Jak całą sprawę komentują specjaliści? - Co trzecia reakcja na Facebooku pod postami najbardziej znanych polskich polityków to reakcja z konta fejkowego lub przejętego od właściciela. To, co się dzieje na polskim politycznym Facebooku, jest klasyczną dezinformacją - stwierdza Anna Mierzyńska, socjolożka zajmująca się analizowaniem funkcjonowania polityki w sieci.
onet.pl
Rządzący II RP uczynili bardzo wiele, żeby wyeliminować najbardziej wartościowych oficerów. Proces ten trwał lata i przybierał różne oblicza. Po przejęciu władzy przez sanację sukcesywnie usuwano ze służby osoby, które rozpoczynały swe kariery w armiach zaborczych. Jednocześnie promowano legionowych weteranów, bez oglądania się na ich umiejętności. Od początku lat trzydziestych dominująca w obozie władzy koteria pułkowników zadbała aby o awansie decydowały znajomości i powiązania towarzyskie. Na dokładkę masowo delegowano oficerów na stanowiska w administracji. Służąc w armii zostawali: ministrami, wojewodami, starostami, a także prezesami przedsiębiorstw państwowych. Do zajmowania się doskonaleniem umiejętności militarnych nie mieli głowy, a nawet chęci.
Za to znakomicie odnajdowali się w podlizywaniu najpierw Piłsudskiemu, a potem jego następcom. Gdy w 1938 r. na łamach „Dziennika Wileńskiego” Stanisław Cywiński rzekomo obraził pamięć Marszałka gen Stefan Dąb-Biernacki natychmiast posłał oficerów, żeby pobili felietonistę. Demonstrując tak, jak kocha osobę nieżyjącego już wodza. Ten sam generał we wrześniu 1939 r. otrzymał dowództwo armii „Prusy”, stanowiącej główny odwód polskich sił. Je zadaniem było powstrzymywać marsz niemieckich wojsk na Warszawę, kiedy Armia „Łódź” rozpocznie odwrót. Kluczowa sekwencja zdarzeń wyglądała następująco. Dowodzący Armią „Łódź” gen Juliusz Rómmel, kiedy 4 września Niemcy przełamali front nie potrafił zapanować nad podległymi mu jednostkami, po czym porzucił podkomendnych i uciekł do Warszawy. Wówczas do akcji powinna wejść Armia „Prusy”. Jednak po pierwszym kontakcie z wrogiem gen Stefan Dąb-Biernacki przebrał się w cywilne ubranie i także zwiał. Na najważniejszym odcinku frontu dowodzenie powierzono niekompetentnym tchórzom. „Lepiej mieć lwa na czele owiec, niż owcę na czele lwów” – lubił powtarzać Napoleon Bonaparte.
W przypadku kampanii wrześniowej można mówić wręcz o dowodzeniu przez stado baranów. Na północy dowódca Armii „Pomorze” gen. Władysław Bortnowski już trzeciego dnia wojny doznał załamania nerwowego i nie potrafił przez następne dni wydać żadnego rozkazu. Na południu gen Kazimierz Fabrycy po pierwszych klęskach porzucił swoją armię „Karpaty”. Nawet Naczelny Wódz 7 września postanowił opuścić Warszawę, ewakuując się do Brześcia wraz ze sztabem, choć nie istniało tam żadne zapasowe stanowisko dowodzenia. Swoją decyzją marszałek Rydz-Śmigły pozbawił się możliwości realnego wpływania na działania, podległych mu armiami. Zamiast koordynować trwający na całym froncie odwrót, spotęgował ogromny chaos. Na tym tle zyskująco prezentowała się sylwetka dowódcy armii „Poznań” gen Kutrzeby. Nie dość, że potrafił utrzymać kontrolę nad podległymi mu dowódcami i jednostkami, to jeszcze wykazywał się samodzielnością, dużą odpornością psychiczną i talentem militarnym. W tym kontekście najbardziej zaskakuje, że posiadając tyle zalet udało mu się tak wysoko awansować w przedwrześniowej armii i nikt zawczasu go z niej nie usunął.
dziennik.pl
Ekonomista Thomas Palley uważa właśnie przenoszenie produkcji za granicę za cechę wyróżniającą obecną fazę globalizacji. Nazywa to „ekonomią barki”: fabryki przemieszczają się między poszczególnymi krajami, szukając sposobów na obniżenie kosztów. Powstała cała infrastruktura prawna i polityczna stworzona po to, aby wspierać przeniesioną za granicę produkcję, której owoce są następnie importowane do kraju eksportującego kapitał. Palley słusznie uważa offshoring za celową politykę międzynarodowych korporacji, mającą na celu osłabienie krajowej siły roboczej i zwiększenie zysków.
Zdolność przedsiębiorstw do globalnej alokacji miejsc pracy zmienia charakter dyskusji o „korzyściach z handlu”. W rzeczywistości nie ma już bowiem żadnej gwarancji „korzyści”, nawet w dłuższej perspektywie czasowej, dla tych krajów, które eksportują technologie i miejsca pracy.
Pod koniec życia Paul Samuelson, autorytet amerykańskiej ekonomii i współautor słynnego twierdzenia Stolpera-Samuelsona o handlu przyznał, że jeśli kraje takie jak Chiny połączą zachodnią technologię z niższymi kosztami pracy, to handel z nimi doprowadzi do obniżenia płac na Zachodzie. Prawdą jest, że obywatele Zachodu będą mieli dostęp do tańszych towarów, ale możliwość zakupu żywności o 20 procent taniej w dyskontach typu Wal-Mart niekoniecznie zrekompensuje obniżenie wynagrodzeń. Na końcu tunelu wolnego handlu nie czeka zatem żaden „garnek złota”. Samuelson zastanawiał się nawet, czy „drobna nieefektywność” nie jest aby rozsądną ceną za ochronę tego, co „warto produkować” u siebie.
W 2016 roku „The Economist” przyznał, że „bilans krótkoterminowych kosztów i korzyści” wynikających z globalizacji jest „bardziej złożony niż zakładają to podręczniki”. W latach 1991–2013 udział Chin w światowym eksporcie wytwórczym wzrósł z 2,3 proc. do 18,8 proc. Niektóre kategorie amerykańskiej produkcji przemysłowej zostały całkiem wyeliminowane. Autorzy tekstu sugerują, że Stany Zjednoczone zyskają jednak „w ostatecznym rozrachunku”. Jednak na korzyści trzeba będzie poczekać „kilkadziesiąt lat”, a i wówczas nie rozłożą się równomiernie.
krytykapolityczna.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)