niedziela, 9 października 2022


- Po ogłoszeniu przez Rosję mobilizacji coraz trudniej jest robić interesy w Rosji – mówi Bildowi Jose Campos Nave, partner zarządzający w firmie konsultingowej Roedl und Partner.

Każdy, kto nie przemyśli teraz swojego biznesu w Rosji, ryzykuje jeszcze większą stratą dla swojej reputacji, niż kilka miesięcy wcześniej - dodaje Nave.

Jak wskazuje "Welt" rosyjski atak na Ukrainę wpędził w duże kłopoty blisko 3,6 tys. niemieckich firm, obecnych wówczas w Rosji. Niektóre z nich, działające na tamtejszym rynku od dziesięcioleci, nagle zostały "rozdarte pomiędzy prawne zobowiązania wobec klientów i pracowników, a moralny imperatyw zerwania wszelkich więzi z ojczyzną podżegacza wojennego - Władimira Putina".

"Korporacje notowane na niemieckiej giełdzie, takie jak Siemens, Deutsche Bank i Deutsche Telekom, całkowicie wycofały się z imperium Putina, nie tylko ze względu na reputację. Wyjechały również firmy handlowe, takie jak Aldi czy Rewe" – wymienia "Welt". Ale w Rosji działa nadal m.in. sieć Metro, argumentując to "odpowiedzialnością za około 10 tys. pracowników" i podkreślając, że od początku wojny nie dokonywano "żadnych rozwojowych inwestycji".

Także wiele niemieckich firm średniej wielkości wciąż pozostaje Rosji. Bjoern Paulsen, partner w kancelarii Noerr, podkreśla, że obawy o dobrą reputację odgrywają dla nich niewielką rolę. - Im mniejsza firma i im bardziej wyspecjalizowana na rynku rosyjskim, tym trudniej jej całkowicie wycofać się z tego kraju - zauważa Paulsen.

Badania Jeffreya Sonnenfelda, profesora ekonomii na Uniwersytecie Yale, pokazują, że "dziesiątki niemieckich firm" nadal prowadzi biznes w Rosji. Na swojej liście, zwanej "Listą wstydu", Sonnenfeld wymienia zachodnie firmy, nadal obecne w Rosji. Nie wiadomo na razie, w jaki sposób zareagują one na dalszą eskalację konfliktu, bowiem starają się unikać jasnych deklaracji.

Presję na te firmy wywołuje nie tylko opinia publiczna, ale coraz częściej ich pracownicy. Przeciwko pozostawaniu swojej firmy na rosyjskim rynku buntowali się pracownicy firmy medycznej Fresenius. Jak wyjaśniał Stephan Sturm, były już szef firmy, "rozumiał impuls pracowników, którzy chcieli dać przykład w obliczu straszliwych zbrodni rosyjskiego reżimu", uznał jednak, że "nie wolno zawieść rosyjskich pacjentów grupy". Fresenius prowadzi w Rosji m.in. 100 stacji dializ dla pacjentów z ciężką chorobą nerek, których leczenie jest "etycznym obowiązkiem".

Sonnenfeld wymienia Fresenius, obok firmy farmaceutycznej Stada, jako przykłady korporacji, które wciąż prowadzą w Rosji "biznes jak zwykle". Stada argumentuje podobnie jak Fresenius, twierdząc, że celem firmy jest "utrzymanie podaży leków dla ludności, niezależnie od jej narodowości".

Jak zauważa "Welt", nie każdy z biznesów nadal działających w Rosji może tłumaczyć się względami etycznymi. Na "liście wstydu" Sonnenfelda znajduje się m.in. największa niemiecka firma zajmująca się utylizacją odpadów: Remondis. Są tam też firmy: ThyssenKrupp i dostawca części motoryzacyjnych Bosch.

ThyssenKrupp zamknął już fabrykę samochodów w podmoskiewskiej Kałudze, wyjaśniając, że ogranicza także ilość pracowników "w innych lokalizacjach w Rosji". Z kolei Bosch tłumaczy, że grupa "bada obecnie opcje dla każdego obszaru biznesowego i lokalizacji".

"Welt" podkreśla, że nie wszystkie firmy zapytane o swoją obecność w Rosji odpowiedziały otwarcie, część z nich udzieliło informacji dopiero po wielokrotnym zapytaniu. "Jedna z firm średniej wielkości podkreślała w piśmie, że wstrzymuje produkcję w Rosji. Dopiero po kolejnym zapytaniu przyznała, że będzie kontynuować sprzedaż w regionie" – dodaje "Welt".

Jak zauważa "Welt" obok opcji "hibernacji" lub wyjścia z rosyjskiego rynku, widoczny staje się nowy trend: niemieckie firmy coraz częściej przenoszą swoją działalność do krajów w bezpośrednim sąsiedztwie Rosji – szczególną popularnością cieszą się Uzbekistan i Kazachstan. "Popyt na te byłe kraje sowieckie wydaje się ogromny. W Kazachstanie na numer identyfikacji podatkowej trzeba teraz czekać kilka miesięcy, tak duże jest zapotrzebowanie" – podkreśla Jose Campos Nave.

money.pl/PAP

Rosyjska armia jak żadna inna w Europie opiera się na kolei, aby przewozić na front żołnierzy, ciężki sprzęt, amunicję, paliwo, części zamienne, żywność i wiele więcej, ponieważ po prostu nie ma wystarczającej liczby ciężarówek.

Rosja była w stanie zaopatrywać swoje wojska na południu jedynie koleją przez most Kerczeński, ponieważ — według Theinera — połączenie między Donieckiem a Melitopolem zostało przerwane w 2014 r., a pozostała część trasy biegnie na południe od Doniecka na obszar będący w zasięgu ukraińskich haubic artyleryjskich.

Jeśli linia kolejowa prowadząca na Krym ulegnie całkowitej awarii, Rosja będzie musiała zaopatrywać swój front drogą wodną z wieloma dodatkowymi stacjami przeładunkowymi między pociągami, statkami i ciężarówkami. Byłoby to bardzo czasochłonne i pracochłonne. Dodatkowo armia rosyjska jest tak zapóźniona, że ​​amunicję i zaopatrzenie wciąż trzeba ładować w dużej mierze ręcznie.

"Armia rosyjska nie używa środków zmechanizowanych do przemieszczania amunicji i zaopatrzenia. Nie ma palet, wózków widłowych ani kontenerów ISO" – pisze Trent Telenko, były ekspert ds. logistyki Departamentu Obrony USA, który na początku konfliktu zwrócił uwagę na przestarzałą logistykę w czasie wojny.

"Jedynym sposobem, w jaki Rosja może dostarczyć 70 tys. żołnierzy na front południowy, jest pociąg przez most Kerczeński" – zgadza się Theiner. "Rosja nie ma ani ciężarówek, ani kierowców, którzy mogliby zaopatrzyć jej południowy front drogą lądową. W końcu kilka milionów litrów paliwa, setki ton amunicji, części zamiennych i żywności musiałyby być przewożone codziennie, a zimą potrzebne byłyby setki ton dodatkowych materiałów grzewczych. Długoterminowa awaria mostu Kerczeńskiego zniszczyłaby zdolność Putina do kontynuowania wojny na południu Ukrainy" — twierdzi Theiner.

onet.pl/Die Welt

Ramzan Kadyrow w chwili śmierci ojca miał niespełna 28 lat. Władimir Putin podjął go na Kremlu trzy godziny po zamachu i złożył hołd jego ojcu. "Był naprawdę bohaterskim człowiekiem" - docenił Achmata Kadyrowa ówczesny prezydent Federacji Rosyjskiej i przyznał pośmiertnie tytuł Bohatera Rosji.

Młody Kadyrow kierował już wtedy czeczeńskimi siłami bezpieczeństwa. Po śmierci ojca został pierwszym zastępcą szefa czeczeńskiego rządu. Aby zostać prezydentem musiał skończyć 30 lat. Taki warunek stawiała ubiegającym się o prezydenturę konstytucja Czeczenii. Ramzan jednak najpierw był premierem Czeczenii (2006-2007) dopiero później przez cztery lata jej prezydentem. Od 5 marca 2011 r. Ramzan Kadyrow nosi tytuł Szefa Republiki Czeczeńskiej.

"Bez względu na to, jak szanowany i długo oczekiwany jest gość, jeśli wychodzi we właściwym czasie, jest jeszcze przyjemniej" - czy tymi słowami Kadyrow chciał pożegnać się z władzą po 15 latach rządzenia?

- To jest takie wyjście z polityki, jak Muktada as-Sadr, który zapowiedział w Iraku odejście na emeryturę, po czym wybuchły protesty na ulicach Bagdadu. Tak naprawdę as-Sadr protestował przeciwko temu, że nie ma wpływu na rząd, a udział w koalicji mają partie proirańskie i w ten sposób podbijał stawkę. To wycofanie było grą va banque, która miała spowodować, że on wraca triumfalnie i kształtuje rząd. W takiej samej logice działa Kadyrow  - tłumaczy Parafianowicz. 

- Taki foch mówiący o odejściu na polityczną emeryturę jest niczym więcej, jak manifestacją niezadowolenia, bo przecież on nie może wprost powiedzieć, że nie uznaje zdolności przywódczych Putina, że kwestionuje to, w jakim kierunku idzie wojna w Ukrainie. Musi to robić naokoło. Tak samo, jak ta zapowiedź, że on przyjedzie do Moskwy, żeby wyjaśnić Putinowi, jak wygląda sytuacja na ziemi, bo on ma różne wątpliwości dotyczące stylu dowodzenia wojną w Ukrainie. To też jest sygnał niezadowolenia, zawoalowany, powiedziany w sposób pośredni. Wszystko po to, żeby w razie porażki wojny w Ukrainie nie można było przyklepać Kadyrowowi, że on nie zgłaszał zastrzeżeń w tej sytuacji - dodaje.

- Co do lojalności Kadyrowa nie należy mieć złudzeń. On jest osobą, która sprawuje władzę w Groznym z nadania Putina, po zamachu na swojego ojca. Jeśli dojdzie do jakichś ruchów na szczytach władzy w Rosji, to on będzie jednym z pierwszych, który się odezwie i który powie, że on zawsze kwestionował błędy, które pojawiły się w Ukrainie. Taka jest natura jego władzy. Władzy, która jest oparta i legitymizowana na czystej sile i przemocy w Czeczenii. To nie jest władza wynikająca z rzeczywistego poparcia młodzieży czy mas czeczeńskich. On sam nie reprezentuje głównego nurtu w islamie na Kaukazie - zwraca uwagę Parafianowicz. Kadyrow jest sufitą, więc nie jest akceptowany przez młodzież czeczeńską. 

- (...) On ma świadomość, że musi prowadzić grę w sposób odpowiedni i zawsze musi mieć patrona na Kremlu, żeby jego władza i fortuna były trwałe. I jeśli tym patronem w przyszłości nie będzie Putin, to musi być ktoś inny i stąd takie lawirowanie i dawanie sygnałów, że on w zasadzie jest świadomy błędów. W sytuacji, gdy błędy w wojnie będą napiętnowane, on będzie mógł pokazać się jako to skrzydło krytyczne - ocenia nagranie i nastawienie Kadyrowa reportażysta, z którym rozmawiamy.

(...)

Jaki cel ma Kadyrow w kwestionowaniu działań rosyjskiej armii? - To zabezpieczenie fortuny, która powstała na uwłaszczeniu się na Czeczenii. To jest klasyczny model dla całej Rosji i niektórych państw byłego ZSRR. W podobny sposób na państwie uwłaszczał się Janukowycz, podobnie próbował w Mołdawii uwłaszczyć się Plahotniuc. Kadyrow jest nie tylko przywódcą politycznym, ale też oligarchą lokalnym, który po prostu ukradł państwo, żeby zbudować fortunę. I ta zapowiedź wycofania się to są pozory, to jest gra, której stawką jest ochrona pieniędzy i wpływów czeczeńskich - nie ma wątpliwości Parafianowicz.

(...)

Zbigniew Parafianowicz zwraca uwagę, że wszystko, co mówi i pisze Kadyrow wynika z tego, że ma świadomość, że Putin oprócz frontu w Ukrainie otworzył drugi front - wewnętrzny. - To walka z generałami, którymi pogardza i pomiata, których porównuje do oddziałów wojsk separatystycznych republik, które są niskiej jakości. I Kadyrow najpewniej zdaje sobie sprawę z tego, że ten drugi front, front wewnętrzny w Rosji, może być bardziej niebezpieczny niż wojna w Ukrainie. Generałowie mogą w końcu powiedzieć "dość". Zdają sobie przecież sprawę z tego, że wojna jest zarządzana ręcznie przez Putina. Putin wojskowym nie jest, jest oficerem KGB, który nie wie, jak taką wojnę prowadzić. W związku z tym generałowie nie czują się odpowiedzialni za porażki i konflikt narasta - podkreśla rozmówca Gazeta.pl.

- Gdzieś w tym wszystkim jest ten nieszczęsny Kadyrow, który musi się do tego wszystkiego jakoś ustosunkować i ewentualnie ułożyć się pomiędzy Putinem a wojskowymi, z którymi Putin wchodzi w konflikt. Oczywiście, wojskowi rosyjscy nie wyjdą publicznie i nie powiedzą: "My się z panem nie zgadzamy, protestujemy. Proszę tę wojnę prowadzić inaczej". Pamiętam czasy Majdanu w Ukrainie w 2014 r., kiedy Janukowycz zwołał odprawę generałów i wojsk wewnętrznych, na której pytał, czy poprą krwawą i radykalną rozprawę z Majdanem. 100 proc. generalicji poparło wszystkie działania Janukowycza i całą politykę wobec Majdanu, a po 10 minutach i wyjściu z tego spotkania, każdy zaczął się pukać w głowę i mówić: "Co ten szaleniec chce zrobić?" I większość wypowiedziała mu posłuszeństwo - przypomina Parafianowicz. 

- Według tej samej logiki może działać spór generalicji rosyjskiej z Putinem. Oni w sposób otwarty nie wypowiedzą posłuszeństwa z uwagi na możliwe represje ze strony FSB czy innej agencji bezpieczeństwa wewnętrznego, ale mogą po prostu jego działania torpedować coraz bardziej i przyczyniać się w ten sposób do podważania pozycji Putina. A tym samym pozycji Kadyrowa, który jest sklejony od początku tej wojny z Putinem - podkreśla. 

(...)

(Parafianowicz) Przypomina, że pierwsza mobilizacja zasobów ludzkich do wojny w Ukrainie to była przede wszystkim rosyjska prowincja i Kaukaz, czyli tereny, które kontroluje Kadyrow. On z tego zadania nie wywiązał się w sposób satysfakcjonujący, jeśli chodzi o zbieranie ludzi na front. - W tej chwili Kadyrow wykonuje rolę piarowca putinowskiego do tego, żeby budować specyficznie pojęty spin wojenny. Wojna w Czeczenii jest niepopularna. Parafianowicz wyjaśnia, że sam Kadyrow jest popularny jedynie wśród sufickich duchownych i wszystkich klientów, którzy uwłaszczają się razem z nim na Czeczenii. - Jeśli chodzi o młodzież kaukaską, to nie ma wśród niej szerokiego poparcia. To nie jest człowiek, który pociągnie za sobą tłumy na Kaukazie. On furorę robi w Rosji, jako straszak na Zachód. Nie jest tak, że ludzie pójdą za nim w ogień - dodaje. 

Czy wśród wielu zdolności czeczeńskiego przywódcy jest ta, by ułożyć się z ewentualnym następcą Putina? - To jest postać sytuacyjna. Odnajdzie się w sojuszu z każdym na Kremlu, jeśli po stronie tej osoby będzie wola, żeby się ułożyć. Nie widzę powodów, żeby nowy gospodarz Kremla nagle chciał mieć w Kadyrowie przeciwnika. Kadyrow był efektem pewnej inżynierii społecznej, która miała służyć temu, żeby Czeczenia od Federacji Rosyjskiej nie odpadła. I w tym sensie on swoją rolę spełnił. Budując satrapię, spowodował, że Czeczenia w praktyce jest podmiotem niezależnym od Rosji, ale formalnie jest w składzie państwa - mówi nam były korespondent w Iraku i Afganistanie. 

- Kadyrow jest gwarantem względnej stabilności na północnym Kaukazie i Putin postąpiłby nieracjonalnie, gdyby się go pozbył i uczynił sobie z niego przeciwnika. To byłoby otwarcie kolejnego frontu i sporu z osobą umiejscowioną w dość istotnym punkcie Federacji Rosyjskiej - zauważa Parafianowicz.

gazeta.pl