poniedziałek, 7 czerwca 2021


Co do tego, że produkcja mięsa jest dla klimatu zabójcza, nie ma już żadnych wątpliwości. Emisje gazów cieplarnianych pochodzące z hodowli zwierząt stanowią 17 proc. całkowitych emisji w Unii Europejskiej, czyli niemal tyle co cały transport. Tak wynika z najnowszego raportu organizacji Greenpeace. Do tego dochodzi ślad węglowy bardzo energochłonnej produkcji pasz i nawozów. I emisja równie szkodliwego metanu ze zwierzęcych odchodów. Biorąc pod uwagę, że 60 proc. wszystkich ssaków na Ziemi to zwierzęta hodowlane, można sobie wyobrazić, jak ogromny jest ten ich „wkład” w atmosferę.

Jeszcze większym problemem związanym z hodowlą zwierząt jest wycinanie lasów pod pastwiska. I pod soję, która jest aktualnie głównym składnikiem pasz dla zwierząt hodowlanych. W sumie, jak podaje Oxfam, nawet 80 proc. całkowitej powierzchni gruntów rolnych na świecie jest wykorzystywanych do produkcji zwierzęcej i uprawy paszy. W dużej mierze w Brazylii, gdzie często nielegalnie wycina się lub wypala w tym celu ogromne połacie Puszczy Amazońskiej. Zielonych Płuc Ziemi, które są naturalnymi wychwytywaczami dwutlenku węgla. Jak podaje WWF, w ciągu zaledwie 50 lat, 20% Amazonii zniknęło z powierzchni Ziemi. W 2019 r. w porównaniu z 2018 rokiem poziom wylesienia wzrósł tam aż o 85% i był najwyższy od dekady. Według ekspertyzy WWF, gdyby globalna konsumpcja produktów zwierzęcych została zmniejszona do poziomu zaspokojenia naszych naturalnych potrzeb żywieniowych (a nie łakomstwa czy marnotrawstwa) udałoby nam się ocalić od produkcji rolnej obszar 1,5 razy większy od terytorium Unii Europejskiej.

Jak obliczył Międzynarodowy Zespół do Zmian Klimatu (IPCC) typowa dla Europejczyków czy Amerykanów wysokomięsna dieta jest nawet 2,5 razy bardziej emisyjna niż dieta roślinna. Ślad węglowy weganina to około 2,5 kg ekwiwalentu CO2 dziennie, wegetarianina 3,2 kg, a mięsożernych – ok. 7 kg przy zjedzeniu 100 g mięsa dziennie. Przy czym statystyczny Polak zjada niemal dwukrotnie więcej. Rocznie - ponad 60 kilogramów. To tak, jakby każdy z nas pochłaniał codziennie porządnego schabowego.

Największy ślad węglowy ma mięso wołowe. Przykładowo, w Stanach Zjednoczonych stanowi tylko 4% zakupów spożywczych, ale odpowiada za ponad jedną trzecią emisji gazów cieplarnianych związanych z amerykańską dietą. W dalszej kolejności jest mięso innych zwierząt oraz nabiał. Dla porównania: 1 kg wołowiny bez kości to co najmniej 26 kg ekwiwalentu CO2, ryb lub kurczaka 3,5 kg, a warzyw - poniżej pół kilograma.

Jak obliczył naukowiec z Uniwersytetu w Oksfordzie, Marco Springmann, przejście na dietę roślinną mogłoby w skali globalnej może zmniejszyć nawet o 73% emisje gazów cieplarnianych pochodzących z rolnictwa. Co więcej, przywróciłoby do natury 76% wszystkich gruntów rolnych. Jeśli jednak pozostaniemy przy starej miłości do burgerów i kotletów, a jednocześnie mleka krowiego, sera i jaj, sektor hodowlany skonsumuje w ciągu najbliższej dekady połowę budżetu węglowego, który nam pozostał, aby nie przekroczyć wzrostu temperatury powyżej „bezpiecznej” granicy 1,5 °C.

(...)

Jak twierdzi Greenpeace, problemu nadmiernego spożycia i produkcji mięsa nie da się rozwiązać bez zmian politycznych. W Unii Europejskiej promuje się produkcję mięsa i mleka poprzez subsydia, bez uwzględniania negatywnych efektów klimatycznych czy zdrowotnych. Do szerszej debaty nie przebił się na razie pomysł wprowadzenia tzw. podatku klimatycznego od mięsa. Jako pierwszy kraj na świecie, chów zwierząt do systemu handlu emisjami włączyła Nowa Zelandia. Nowelizacja ustawy w sprawie reakcji na zmiany klimatyczne w tym kraju zakłada, że od 2025 r. emisje pochodzące z hodowli zwierząt gospodarskich będą opodatkowane w ramach krajowych systemów handlu uprawnieniami do emisji.

onet.pl

Niewiele kwestii narażało Metternicha na tyle bezsennych nocy co zjawisko, które nazwał polonizmem. Wymyślając ten termin, miał oczywiście na myśli Polaków, ale obejmował nim całą zgangrenowaną międzynarodówkę bardów i wojowników, zagrażających jego paneuropejskiemu, monarchicznemu ładowi i obiecujących powszechne zbawienie przez apoteozę narodów. W odróżnieniu od egocentrycznych narodowych ideologii wielu nacji centralnej Europy, które można było trzymać w szachu, prowadząc politykę divide et impera, „polonizm” był niezniszczalny, gdyż miał perypatetyczną naturę i uniwersalną siłę oddziaływania.

Zjawisko to nie miało nic wspólnego z wielką dziewiętnastowieczną pasją budowania narodowego dziedzictwa. Było to stulecie odrodzenia stylów (nie tylko gotyku), stulecie kolekcjonowania, wykopalisk i wynalazków. Profesorowie czuli się w obowiązku zaopatrywać swe kraje we wszelkiego rodzaju historyczne i kulturowe referencje, zapominając przy tym często o wymogach naukowej etyki i solidności. Artyści oddawali swe talenty sprawie gloryfikacji narodowej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, z zapałem często podważającym artystyczną wartość ich dzieł. Ci, którzy nie poświęcali siebie i swojej sztuki sprawie narodowej, byli za to potępiani. Rodacy Chopina, wywodzący się z różnych obozów, krytykowali go za to, że nie napisał wielkiej narodowej opery. Największe dzieło czeskiego romantyzmu, Maj Karela Hynka Máchy, spotkało się z chłodnym przyjęciem, gdyż uznano je za nie dość patriotyczne.

Państwa nienaruszone przez rewolucyjne i napoleońskie kataklizmy oraz niezagrożone przez istnienie potężnych sąsiadów z reguły podchodziły do tej sprawy z mniejszym zapałem i podnieceniem, ale tendencja do poszukiwania korzeni miała charakter powszechny. Warto zauważyć, że prawie żaden z pisarzy i artystów tej epoki, z chlubnym wyjątkiem Wiktora Hugo, nie rozwodził się nad cierpieniami biednych i upośledzonych ekonomicznie grup industrialnego społeczeństwa, chyba że chciał żerować na sentymentalizmie odbiorców. Ale apele nieszczęśliwych narodów mogły liczyć na wielkoduszny odzew.

Zjawisko to obejmowało również Skandynawię. Założony w 1811 roku Götiska förbundet, czyli Związek Gotycki, wydobył z zapomnienia moralną supremację dawnych Skandynawów, natomiast Carl Jonas Love Almqvist z Uppsali marzył o narodowej utopii. Romantyczni patrioci często przywoływali i wykorzystywali nordycką mitologię, a Adam Oehlenschläger pisywał nordyckie eposy. Duński historyk Laurids Engelstoft, zainspirowany podróżami po rewolucyjnej Francji, usiłował odrodzić swój naród, tworząc obywatelskie katechizmy. Nie ma dowodów na to, że wszystkie te działania zmieniły czyjeś poglądy lub obudziły w kimś namiętności, ale zostały one na krótki czas wzniecone, gdy na duńską mitologię przypuścili atak Szwajcarzy. Kraj Wilhelma Tella, który kultywował swe legendy i importował prawdziwe lub wyimaginowane rytuały, takie jak Festspiele i turnieje łuczników, nie mógł nie zareagować na publikację broszury, której autor dowodził (zapewne słusznie), że legenda o Tellu wywodziła się z Danii. Została ona surowo potępiona i uroczyście spalona w kantonie Uri.

Włosi usiłowali przez wiele dziesięcioleci zagarnąć dla siebie kulturalne dziedzictwo Etrusków, ale Angelo Mazzoldi okazał się tu najbardziej pomysłowy, wysuwając w 1840 roku twierdzenie, że Italia była pozostałością starożytnej Atlantydy, która zatonęła w morzu gdzieś między Rzymem a Sardynią. Za pomocą podobnego szalbierstwa Vincenzo Gioberti przypisał narodowi włoskiemu całą kulturę helleńską.

Wymyślaniem podobnych teorii i zawłaszczaniem cudzego dorobku zajmowali się też Brytyjczycy, którzy rozbudowali sztucznie swe narodowe dziedzictwo i bezwstydnie je gloryfikowali. Szkoci czytali swego Scotta i swego Burnsa, nosili tartany i wychwalali haggis. W Walii odkryto na nowo walczącego przeciw angielskiemu królowi Owaina Glyndwra, którego skrzętnie ustawiono na piedestale narodowego bohaterstwa. Budowano też kamienne kręgi, szukając druidycznych korzeni. Przywrócono zwyczaj kremacji zwłok, a lady Llanover zebrała zachowane na prowincji niemodne angielskie części garderoby i skomponowała z nich strój narodowy.

Włosi, jako że czuli się bardziej zagrożeni, usilniej zabiegali o entuzjastyczną reakcję mas niż Walijczycy czy Duńczycy. Artyści, tacy jak Francesco Hayez, malowali obrazy przedstawiające historyczne wydarzenia w alegorycznym lub symbolicznym świetle, delikatnie zaszczepiając w narodowej świadomości obraz niewinnej, dziewiczej Italii, molestowanej przez cudzoziemskich barbarzyńców lub degeneratów. Poeci i pisarze, jak choćby Alessandro Manzoni, promowali podobne wizje i liczyli na takie same reakcje. Kompozytorzy, tacy jak Verdi, grali na emocjach, wykorzystując w operach tematy historyczne. Wystawiając w 1838 roku Nabucco, Verdi wprowadził do utworu przejmującą partię chóralną Va pensiero – lament nad utraconą ojczyzną, a w I Lombardi umieścił pieśń O Signore, dal tetto natio, którą śpiewają zebrani w Mediolanie uczestnicy krucjaty w oczekiwaniu na świętą wojnę w słusznej sprawie. 

Ta właśnie tęsknota za świętą, odkupicielską wojną odróżniała religijny patriotyzm romantyków od mrzonek łowców dziedzictwa, była bowiem napędzana przez pragnienie zbawienia. I choć czerpała inspirację z narodu, wynikająca z niej wizja zbawienia miała charakter uniwersalny. Choć z patologicznym uporem trwała przy koncepcji narodu traktowanego jako ludzki organizm, ten gatunek patriotyzmu był coraz bardziej odległy od wszystkiego, co trąciło politycznym nacjonalizmem. Zaczynał on przypominać międzynarodowy ruch ludzi wywłaszczonych emocjonalnie i – podobnie jak w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku – związał swe nadzieje z Francją.

Nawet pod wyzutymi z poetyckości rządami Ludwika Filipa Paryż był blisko związany z entuzjastycznymi zrywami współczesnej ludzkości, a pielgrzymi, reprezentujący różne narody, wkraczali w jego mury z szacunkiem, jaki odczuwali ludzie wjeżdżający do Jerozolimy czy Rzymu. Najbardziej zagorzałym obrońcą wizerunku Francji jako la Grande Nation, czy też – jak ją niekiedy nazywał – arcynarodu, był Mickiewicz. Twierdził, że Francja posiada więcej „świętego ognia” niż jakikolwiek inny naród i dlatego właśnie ona jest powołana do tego, by wprowadzić „nowy wiek”.

Ale lansowana przez Mickiewicza teoria coraz bardziej oddalała się od samej Francji, a jej klarowność mąciły od dawna deklarowana przez poetę wiara w nadejście „człowieka przeznaczenia” i jego trwająca przez całe życie fascynacja postacią Napoleona. Mniej więcej w tym czasie, pod wpływem pewnego szarlatana, Andrzeja Towiańskiego, Mickiewicz wzbudził w sobie przekonanie, że misja odkupienia ludzkości, początkowo powierzona przez Boga Żydom, została w wyniku symbiozy obu narodów przerzucona na Polaków, a tym samym na Słowian. W miarę jak odchodził od przyjętych w ówczesnym świecie koncepcji ojczyzny, jego mesjanizm nabierał coraz bardziej internacjonalnego charakteru. Dla niego – tak jak dla jego braci w poezji, Juliusza Słowackiego i Zygmunta Krasińskiego – Polska nie była już tylko miejscem, ani nawet narodem. Poniekąd to właśnie miał na myśli Metternich, tworząc pojęcie „polonizmu”.

Wykłady Mickiewicza w College de France, których drugi cykl został zainaugurowany w grudniu 1841 roku, zaczęły się szybko przekształcać w społeczno-polityczne i artystyczne happeningi. Jako seanse typu performance były niezrównane: poeta wygłaszał niemal niezrozumiałe improwizacje do urzeczonych słuchaczy i omdlewających kobiet. Prezentował literaturę słowiańską w kategoriach duchowych, opiewając jedno bóstwo, złożone z Boga, Napoleona, Słowian, Żydów i francuskiego narodu. „Nasze poczynania są religijno-polityczne – pisał do kolegi po piórze, prezentując mu założenia «kościoła», który stworzył wspólnie z Towiańskim – a nasz ton jest Chrystusowo-Napoleoński”.

Mickiewicz zaczął postrzegać naród bardziej jako narzędzie ocalenia, jako środek wiodący do celu. Posługując się słowem „wybrany”, twierdził, że istnieją „izraelskie” narody, dzięki którym ludzkość może zostać odkupiona: Żydzi, Francuzi i Słowianie. Mówił swym rodakom, że muszą się nauczyć miłości do Rosji. Latem 1842 roku spędził dwa dni na polu bitwy pod Waterloo, błagając ducha cesarza, aby go wzmocnił, a w rocznicę zburzenia Świątyni Jerozolimskiej zorganizował czuwanie w paryskiej synagodze. W swym wykładzie z 21 maja 1844 roku, zatytułowanym Ecce Homo naszego wieku, Mickiewicz rzucił wyzwanie geniuszowi Francji, żądając, by się ujawnił i przewodził narodom.

Adam Zamoyski - Święte szaleństwo