środa, 28 kwietnia 2021


Za przyjęciem decyzji o „udoskonaleniu systemu wyborczego” w Hongkongu zagłosowało 2895 delegatów uczestniczących w Ogólnochińskim Zgromadzeniu Przedstawicieli Ludowych (OZPL), które pełni rolę marionetkową i zatwierdza decyzje kierownictwa KPCh. Nikt nie zagłosował przeciwko reformie, a jedna osoba wstrzymała się od głosu.

Projekt przewiduje m.in. zmiany w zakresie wielkości i składu legislatury w Hongkongu, które są korzystne dla parlamentarzystów popierających zwierzchnictwo KPCh.

Obecnie Rada Legislacyjna w Hongkongu składa się z 70 członków, z których połowa została wybrana w wyborach bezpośrednich, a pozostałe 35 osób to reprezentanci branż i związków zawodowych, przeważnie opowiadający się za władzami Pekinu.

Po zmianach parlament ma liczyć o 20 mandatów więcej, które nie będą pozyskiwane w wyborach bezpośrednich. Ponadto zwiększono liczbę członków komitetu wyborczego z 1200 do 1500 oraz nadano mu większe uprawnienia.

Ponadto w myśl nowego projektu Stały Komitet OZPL, który wybiera już szefów administracji Hongkongu, będzie też zatwierdzał nominacje wszystkich kandydatów na posłów hongkońskiej Rady Legislacyjnej, a część z nich będzie wybierał samodzielnie. Stały Komitet OZPL spotyka się raz na dwa miesiące, może zorganizować tymczasowe spotkanie w razie potrzeby i ma 175 członków, którzy są bardziej lojalni wobec KPCh niż przeciętni członkowie OZPL.

„Zdecydowane poparcie” dla planu reformy i „szczerą wdzięczność” za jego przyjęcie dla OZPL wyraziła w komunikacie szefowa władz Hongkongu Carrie Lam.

epochtimes.pl

Rok 1905 oznaczał narodzenie się na ziemiach polskich masowych ruchów politycznych, jednak przecież nie wszyscy, którzy w tym roku wstępowali do organizacji politycznych, stali po stronie socjalistów. Chociaż partie lewicowe były najsilniejsze i najaktywniejsze, około 50 tysięcy osób wybrało którąś z kilku organizacji prawicowych, przeznaczonych wyłącznie dla polskojęzycznych katolików. Największą zaś z tych organizacji było Stronnictwo Demokratyczno-Narodowe, w skrócie Narodowa Demokracja lub endecja. (…)

U podstaw Narodowej Demokracji leżała wizja świata określana niekiedy jako darwinizm społeczny (co stanowi, skądinąd, krzyczącą niesprawiedliwość wobec Charlesa Darwina – to jednak zupełnie inna historia). Zgodnie z tą wizją społeczeństwa ludzkie osiągają w dziejach kolejne, coraz wyższe szczeble rozwoju, przy czym rozwój ten można mierzyć, obserwując, które grupy wychodzą zwycięsko z „walki o byt” (dobrym przykładem są tu poglądy Herberta Spencera, popularnego w Polsce pod koniec XIX wieku – przy. red.). (…) 

To przede wszystkim endecja wprowadziła antysemityzm do polskiego życia publicznego. (…) relacje między Polakami a Żydami od dawna opierały się na symbiozie. Rzecz jasna, doskonale zdawano sobie sprawę z różnic kulturowych, po obu stronach nie brakowało także stereotypów, zarazem jednak istniał między nimi powikłany, nierozerwalny związek.

Uprzedzenia były zjawiskiem powszechnym, powszechne były też jednak dobre relacje, a nawet przyjaźnie. Dopóki zarówno Żydów, jak i chłopów łączyło porównywalne ubóstwo i brak wpływów, dopóty uprzedzenia dzieliły te dwie grupy, bynajmniej jednak nie musiały rodzić nienawiści. Z pewnością mogły – na przykład w latach osiemdziesiątych XIX wieku doszło do fali antyżydowskiej przemocy na Ukrainie – zazwyczaj jednak tak się nie zdarzało.

W archiwach i opracowaniach historycznych znajdziemy opowieści czy relacje o konfliktach i przemocy; opowieści o codziennej życzliwości na ogół umykają naszej uwadze. Jednak to ta ostatnia zawsze była i jest normą życia codziennego.

Aby zmienić tę dynamikę, antysemici musieli zmienić dychotomię: podział na Żydów i chłopów trzeba było zastąpić podziałem na Żydów i Polaków, przy czym tę ostatnią grupę rozumiano tak, że obejmowała wszystkich rzymskich katolików mówiących po polsku, niezależnie od pozycji społecznej czy znaczenia.

Proces propagowania inkluzywnego ekonomicznie (a zarazem ekskluzywnego kulturowo) rozumienia polskiej tożsamości narodowej z konieczności wymagał wskazania nowego „innego”, przeciwnika, wobec którego zarówno bogaci, jak i biedni Polacy musieliby się zjednoczyć.

Nowy światopogląd nie zrodził się bezpośrednio z doświadczeń codziennych: można łatwo wskazać grupkę antysemickich ideologów i działaczy, którzy propagowali i rozwijali dobrze przygotowaną teorię dotyczącą tego, jak naprawdę działa świat (teorię, która nie była po prostu błędna, ale szkodliwie fałszywa).

Zgodnie z tą teorią Żydów nie definiowała religia czy zbiór zwyczajów, ale przede wszystkim nieugaszone pragnienie zniszczenia społeczeństwa chrześcijańskiego i przejęcia władzy nad światem. Pragnienie to, według antysemitów pokroju Dmowskiego, ma charakter dziedziczny, nieważne zatem, czy konkretny Żyd nawrócił się na chrześcijaństwo lub przyswoił sobie polską kulturę. W gruncie rzeczy Żydzi, którzy porzucili jidysz i inne zewnętrzne oznaki swojej kultury, byli najgroźniejsi, trudniej bowiem było ich wykryć.

W ramach swojego spisku Żydzi, według antysemitów, zbudowali system polityczny i gospodarczy, który miał za zadanie osłabić moralne spoiwo podtrzymujące społeczeństwa chrześcijańskie, a następnie przejąć ich bogactwa. Żydzi mieli jakoby stworzyć i wykorzystywać przeciwko chrześcijaństwu dwa narzędzia: z jednej strony liberalną demokrację kapitalistyczną, z drugiej – socjalizm.

Pierwsze z tych narzędzi pozwalało rozbijać wspólnoty na zatomizowane, wykorzenione jednostki oraz wprowadzić system gospodarczy, który niósł ze sobą ubóstwo i nierówności.

Drugie udawało, że proponuje rozwiązanie tych problemów, antysemici byli jednakże przekonani, że jest to jedynie podstęp. Rzeczywistym celem socjalizmu, twierdzili, jest zwiedzenie nieświadomych mas, nakłonienie ich podstępem, by ślepo podążały za przywódcami, którzy odrzucili moralność chrześcijańską i co za tym idzie, usunęli wszelkie bariery, jakie mogłyby hamować ludzką skłonność do przemocy.

Gdy w ten sposób ulegną erozji wszystkie więzi społeczne – głosiła dalej ta dziwaczna teoria – zostanie przygotowane pole dla ostatecznego zwycięstwa międzynarodowego spisku żydowskiego.

Nie przypadkiem ideologia ta rozwinęła się pierwotnie we Francji i w Niemczech – krajach, gdzie Żydów było naprawdę niewielu, ponieważ łatwiej wierzyć w paranoiczne fantazje, gdy nie ma się kontaktu z rzekomymi organizatorami spisku. Każda nowoczesna ideologia, zarówno na lewicy, jak i na prawicy, wymagała od ludzi uznania istnienia rzeczy, których nie mogli bezpośrednio zobaczyć – czy był to „rynek”, „proletariat” czy „naród”.

Natomiast od ludzi żyjących na ziemiach polskich antysemityzm wymagał więcej: mieli uwierzyć w tajne działania grupy, którą mogli obserwować. Gdy rzecznicy antysemityzmu udawali się na wieś, aby nieść tam swoją ewangelię nienawiści, początkowo stykali się z obojętnością i niezrozumieniem. Chłop Jacek łatwo mógł uwierzyć, że kupiec Icek dyktuje niesprawiedliwe ceny, a nawet że w ramach swoich obrzędów religijnych odprawia dziwaczne rytuały. Jednakże opowieść o tym, że Icek należy do spisku, którego celem jest zawładnięcie światem i zniszczenie chrześcijaństwa, wydawała się, mówiąc łagodnie, nieco naciągana.

Ostatecznie opowieści tego rodzaju zakorzeniły się na polskiej wsi, rozprzestrzeniały się jednak wolniej niż w tych częściach Europy, w których ludzie rzadziej miewali okazję poznać Żydów osobiście.

Pierwsi ideologowie antysemityzmu na ogół nie wywodzili się z kręgów konserwatywnych. Ziemiaństwo w znacznej części, podobnie jak chłopi, było raczej zadowolone z tego, że miało Żydów niejako pod ręką, nawet jeśli jednocześnie patrzyło z góry na żydowską religię i sposób życia. Konserwatywne wyższe sfery o wiele bardziej obawiały się zbuntowanych „mas” niż Żydów. Ludzie należący do elity biznesowej, właściciele fabryk i finansiści, także nie byli zbyt podatni na ideologię antysemicką, zwłaszcza że zawierała ostrą krytykę kapitalizmu. Trzeci filar konserwatyzmu, duchowieństwo katolickie, miał ostatecznie licznie wstąpić w szeregi antysemickiej koalicji, początkowo jednak także duchowni uważali apele do „mas” za niepokojące. Antysemityzmu nie promowała zatem „stara prawica”, oparta na bogactwie, władzy i pozycji społecznej.

Propagowanie antysemityzmu stało się natomiast jedną z najważniejszych spraw „nowoczesnej prawicy”, Narodowej Demokracji.

Antysemityzm znajdował się w samym centrum przesłania endecji od momentu narodzin ruchu. Rzecz jasna, intensywność retoryki antysemickiej rosła po 1905 roku, wszystkie jednak jej elementy pojawiły się o wiele wcześniej. Dmowski miał problem ze wskazaniem właściwego miejsca Żydów w swojej wizji walk narodowych, ponieważ zdawali się nie mieć ojczyzny [przyjął więc] ogólny schemat teorii o międzynarodowym spisku żydowskim i udoskonalił ją tak, by dostosować zagrożenie do polskiej specyfiki.

W wersji Dmowskiego obraz walki z żydostwem różnił się zasadniczo od sposobu, w jaki należało walczyć z innymi domniemanymi wrogami polskiego narodu. Endecja twierdziła, że dla Polaków Niemcy i Rosjanie zawsze będą wrogami, ponieważ taka już jest natura relacji międzynarodowych. Równocześnie argumentowano, że nienawiść byłaby tu przeciwskuteczna, emocje bowiem przeszkodziłyby w racjonalnym planowaniu wojny o przetrwanie.

Żydzi natomiast w fantazjach Narodowej Demokracji stanowili poważniejsze egzystencjalne zagrożenie, jako ci, którzy rzekomo próbowali zniszczyć Polskę od wewnątrz. Dmowski użył jednej ze swoich ulubionych metafor, pisząc w 1895 roku, że „ludność żydowska jest niezaprzeczenie pasożytem na ciele społecznym tego kraju, który zamieszkuje” (…) „ciało zdrowe, silne, którego wszelkie czynności odbywają się normalnie według wskazanego przez prawa przyrody, porządku, jest najmniej odpowiednim podścieliskiem dla rozwoju pasożytów” [„Wymowne cyfry”, „Przegląd Wszechpolski” 1895, 1 (15 maja) – przyp. red.].

Ruch Narodowo-Demokratyczny szerzył ten przekaz za pomocą licznych i skutecznych metod. Przede wszystkim wykorzystywano edukację, organizując na wsi kampanie szerzenia piśmiennictwa, w ramach których nauczycieli zachęcano do wpajania, wraz z alfabetem, „prawdziwego patriotyzmu”.

Endecja wydawała także czasopismo dla chłopów, uzupełnione inspirującymi opowieściami z polskiej historii i relacjami o atakach ze strony licznych wrogów narodu. Mimo to endecja przed 1905 rokiem była niewielką organizacją konspiracyjną, która nie wykraczała poza wąską grupę inteligentów. Miało się to zmienić z dnia na dzień, podobnie jak w przypadku partii lewicowych, o których była mowa wcześniej. Nawet jeśli przywódcy endecji woleliby starannie zaplanowane akcje polityczne od masowych protestów, musieli jakoś odpowiedzieć na pierwotny krzyk, jakim był rok 1905. Dlatego uruchomili na wsi kampanię, która miała na celu uchwalenie przez lokalne wiejskie rady rezolucji z żądaniem wprowadzenia języka polskiego w urzędach, sądownictwie i we wszystkich instytucjach edukacyjnych. (…)

W miarę jak retoryka Narodowej Demokracji stawała się coraz bardziej antydemokratyczna (paradoks, którego nie przeoczyli przeciwnicy), grupa zaczęła zdobywać członków i zwolenników wśród tych, którzy mieli najwięcej do stracenia w chwili, gdy nadejdzie rewolucja społeczna. Byli to nie tylko właściciele ziemscy i fabrykanci (członkowie „starej prawicy”, którzy zaczęli dryfować w kierunku „nowej”), ale też członkowie klasy średniej – przedstawiciele wolnych zawodów, kupcy, niezależni rzemieślnicy, urzędnicy, księża, a wreszcie chłopi.

wiez.pl

Na tle ogólnej degrengolady ekonomicznej lat osiemdziesiątych znamiennym zjawiskiem był wzrost sektora prywatnego w gospodarce. W latach 1981–1985 zwiększył on poziom produkcji o blisko 14 proc., podczas gdy w tym samym czasie wytwórczość sektora państwowego zmniejszyła się o 0,2 proc. Przedsiębiorczość prywatna w dalszym ciągu podlegała jednak licznym ograniczeniom, a wielu członków kierownictwa PZPR krytycznie oceniało przejawy „nieuzasadnionego bogacenia się określonych środowisk”. Stopniowo jednak, szczególnie na średnim szczeblu aparatu władzy, coraz silniejsze było przekonanie, że bez rozbudowy sektora prywatnego nie uda się zaspokoić deficytu na rynku artykułów konsumpcyjnych. W ramach sektora prywatnego szczególne miejsce zajmowało kilkaset tzw. spółek polonijnych, zakładanych z udziałem obcokrajowców polskiego pochodzenia na podstawie ustawy z lipca 1982 r. „Firmy polonijne wysysają z sektora państwowego wysoko wykwalifikowaną kadrę. Część pracowników przechodzi z central handlu zagranicznego, posiadają oni informacje o randze tajemnicy służbowej i państwowej. [...] Nierzadkie są też przypadki nieformalnych kontaktów z pracownikami resortów sprawującymi kontrolę nad firmami polonijnymi” – alarmowano w MSW w maju 1984 r.

Spółki polonijne stały się dla władz, a w szczególności dla funkcjonariuszy służb specjalnych (zarówno SB, jak i wojskowych), rodzajem poligonu doświadczalnego. Testowano w nich zachowania podmiotów działających zgodnie z mechanizmami rynkowymi i wykorzystywano je do działań operacyjnych. W ślad za tym następowało stopniowe oswajanie się części elity władzy z myślą o konieczności radykalnego zerwania z ustanowionym w latach czterdziestych systemem gospodarczym, którego podstawę stanowiła własność państwowa. W ten sposób powstawał odpowiedni klimat dla wspomnianych już reform rządu Rakowskiego, których ubocznym rezultatem był proces tzw. uwłaszczenia nomenklatury. Zmiany w przepisach regulujących zasady działalności gospodarczej, w połączeniu z deklaracjami rządu Rakowskiego o nowej polityce ekonomicznej, doprowadziły do wyraźnego zwiększenia aktywności sektora prywatnego. Pogłębiającej się z miesiąca na miesiąc inflacji oraz zapaści gospodarki państwowej towarzyszył gwałtowny rozwój prywatnej przedsiębiorczości. W pierwszej połowie 1989 r. zarejestrowano blisko sześć tysięcy prywatnych spółek prawa handlowego, co w porównaniu ze stanem z końca 1988 r. oznaczało aż czternastokrotny wzrost. Spółki zaczęły też powstawać w sektorze państwowym, a w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 1989 r. ich liczba uległa podwojeniu, przekraczając poziom dwóch tysięcy. Znacząca część z tych spółek stała się głównym kanałem umożliwiającym przepływ majątku państwowego w prywatne ręce ludzi z aparatu władzy PRL, co nazwano później uwłaszczeniem nomenklatury. Proces zmiany statusu – „z zarządzającego własnością państwową na jej właściciela” – zasługuje na szczególną uwagę, stanowił bowiem jeden z głównych katalizatorów przyspieszających proces rozkładu reżimu komunistycznego.

Drenaż majątku państwowego uległ gwałtownemu nasileniu po uchwaleniu 24 lutego 1989 r. ustawy „O niektórych warunkach konsolidacji gospodarki narodowej”, stwarzającej możliwość przejmowania majątku państwowego do użytkowania przez osoby prywatne poprzez dzierżawę, wynajęcie lub wniesienie go jako aportu do spółki o kapitale mieszanym. Umowy ze spółkami podpisywali dyrektorzy przedsiębiorstw państwowych będący równocześnie udziałowcami lub członkami władz tych spółek. Kiedy w końcu 1989 r. Prokuratura Generalna zbadała na polecenie rządu Mazowieckiego skalę tego zjawiska, doliczono się 1593 tzw. spółek nomenklaturowych, a więc utworzonych przez osoby z aparatu władzy państwowej. Większość z nich należała do ludzi pracujących w aparacie gospodarczym (około tysiąca dyrektorów, kierowników i głównych księgowych oraz 580 prezesów spółdzielni), znacznie mniej natomiast do funkcjonariuszy administracji państwowej (9 wojewodów, 57 prezydentów i naczelników) oraz aparatu partyjnego (80). W rzeczywistości liczba tego rodzaju spółek była znacznie większa, szacunki nie obejmują bowiem firm, w których udziały posiadali członkowie rodzin osób należących do nomenklatury. Dopiero w 1990 r. wydano przepisy, które zakazały łączenia kierowniczych stanowisk w państwowym aparacie gospodarczym i administracyjnym z udziałami w prywatnych spółkach. Proces uwłaszczenia w następujący sposób opisał później szef Służby Bezpieczeństwa, wiceminister spraw wewnętrznych, gen. Henryk Dankowski: „Gdy tylko weszła ustawa i okazało się, że w dziesiątkach fabryk tworzą się de facto fikcyjne spółki i oszukują budżet państwa, natychmiast podjęliśmy działania. Można sprawdzić, ile wysyłaliśmy informacji o tym zjawisku. Zmian systemowych nie udało się nam od kierownictwa PRL wyegzekwować, ale w końcu nie od tego byliśmy”. Istotnie w materiałach MSW można odnaleźć incydentalnie dokumenty sygnalizujące „niekorzystne zjawiska w zakresie tworzenia spółek”. W jednym z nich, powstałym w drugiej połowie sierpnia 1989 r., stwierdzono: „Należy zauważyć, że bardzo poważną rolę w przyzwoleniu na uprawianie takich i podobnych praktyk odegrało oficjalne stanowisko czynników rządowych przez formowanie tezy »co nie jest zabronione – jest dozwolone«”. Zarazem jednak należy pamiętać, że funkcjonariusze podlegli MSW, a zwłaszcza członkowie ich rodzin, bardzo często byli organizatorami i udziałowcami prywatnych spółek powstających z udziałem majątku państwowego. Odbywało się to za zgodą kierownictwa resortu, czego nawet nie ukrywano na wewnętrznych naradach. „Nie jesteśmy przeciwko podejmowaniu działalności handlowej, usługowej czy produkcyjnej na własny rachunek przez rodziny funkcjonariuszy, z wyjątkiem firm polonijnych i z udziałem kapitału zagranicznego” – mówił w kwietniu 1989 r. na II Krajowej Konferencji Przewodniczących Rad Funkcjonariuszy MO i SB szef Służby Polityczno-Wychowawczej MSW, Czesław Staszczak, a zatem człowiek odpowiedzialny za ideologiczny kręgosłup aparatu bezpieczeństwa. W styczniu 1989 r. na dorocznej odprawie kadry kierowniczej MSW w Legionowie Staszczak mówił też o „możliwości stworzenia funkcjonariuszom uzyskiwania dodatkowych dochodów” i – „jeśli na to wskazuje interes służby” – o „udzielaniu zgody funkcjonariuszom na dodatkową pracę poza resortem spraw wewnętrznych”. Wedle szacunków inspektorów kadrowych, 7,5 proc. z blisko 3,5 tysiąca funkcjonariuszy, którzy odeszli w 1988 r. ze służb podległych MSW na własną prośbę, uczyniło to w celu założenia własnego przedsiębiorstwa prywatnego.

Antoni Dudek - Kryzys systemu komunistycznego w Polsce lat osiemdziesiątych

Ostatnie doniesienia o kierowcach amerykańskiego Amazona, którzy musieli załatwiać potrzeby fizjologiczne w samochodach, to tylko jeden z epizodów walki o stworzenie związku zawodowego w jednym z magazynów tej firmy w USA. Decyzja może mieć przełomowe znaczenie dla koncernu - ocenia stacja CNN.

W jednym z centrów dystrybucyjnych Amazona w miasteczku Bessemer na przedmieściach Birmingham w Alabamie pod koniec marca zakończyło się głosowanie wśród ok. 6 tys. pracowników w sprawie powołania związku zawodowego.

Cały czas trwa liczenie głosów, ale jeśli w magazynie uda się założyć komórkę ogólnokrajowego związku zawodowego pracowników handlu detalicznego, hurtowego i domów towarowych (RWDSU), będzie to pierwsza organizacja związkowa w zakładach Amazona. To przełomowe wybory - komentuje CNN. Dodaje, że podczas pandemii firma przeżywa boom, ale warunki i tempo pracy zatrudnianych przez nią osób oraz ich zarobki są wciąż przedmiotem sporów między koncernem a pracownikami.

Podczas kampanii poprzedzającej głosowanie firma namawiała pracowników do opowiedzenia się przeciwko powstaniu organizacji, otwarcie krytykowała też polityków i inne osoby wspierające wysiłki związkowców. Jeden z członków zarządu firmy Dave Clark skomentował na Twitterze popierające pracowników wypowiedzi demokratycznego senatora Bernie'ego Sandersa, pisząc m.in., że w przeciwieństwie do polityka Amazon "rzeczywiście zapewnia postępowe miejsce pracy".

Jak zauważa CNN, podkreślona przez Clarka płaca minimalna, wynosząca w Amazonie 15 dolarów na godzinę, została wprowadzona w 2018 r. po głośnych apelach m.in. Sandersa. Kongresmen Mark Pocan odpowiedział z kolei Amazonowi, że "niszczenie działalności związkowej i zmuszanie pracowników do oddawania moczu do butelek" nie czyni z firmy "postępowego miejsca pracy".

"Chyba nie wierzysz w to oddawanie moczu do butelki? Gdyby to była prawda, nikt by dla nas nie pracował" - odpisano Pocanowi na oficjalnym koncie Amazona. Spowodowało to lawinę doniesień medialnych, które w istocie potwierdzały zarzuty Pocana.

W piątek wieczorem firma przeprosiła kongresmena za swoje tweety. Dodała, że niektórzy kurierzy rzeczywiście mogli mieć kłopot z dostępem do toalety podczas pracy, a problem pogłębił się podczas epidemii koronawirusa i związanych z nią ograniczeń.

Konfrontacyjna postawa Amazona zaskoczyła obserwatorów branży, ekspertów i pracowników - zauważa CNN. "Podczas gdy pracownicy walczą o podstawowe i ważne kwestie, jak bezpieczeństwo pracy, Amazon koncentruje się na strachu przed własnymi pracownikami i uderza w polityków. Amazon boi się, bo wie, że pracownicy są silni, kiedy mówią jednym głosem" - brzmi oświadczenie jednej z grup pracowników koncernu.

forsal.pl