piątek, 18 kwietnia 2025



Mimo protestów ulicznych i negatywnej opinii UE gruziński parlament uchwalił bądź znowelizował w ostatnich tygodniach kolejny pakiet ustaw poszerzających kontrolę państwa nad instytucjami społeczeństwa obywatelskiego i mediami, oficjalnie w celu zwiększenia przejrzystości ich funkcjonowania. Przyjęto m.in. ustawy: „O rejestracji obcych agentów”, która zastąpiła uchwaloną rok temu ustawę „O przejrzystości obcych wpływów” (...); „O radiu i telewizji”, która wprowadziła zakaz bezpośredniego i pośredniego finansowania nadawców z zagranicy – zapowiedziano przy tym podobne regulacje dotyczące nadawców internetowych; „O grantach”, która nakłada obowiązek uzyskania zgody rządu na skorzystanie z grantu zza granicy, choć przewidziano szereg wyjątków – w przypadku np. grantu na naukę za granicą. Ponadto wyeliminowano konsultacje z organizacjami pozarządowymi w procesach decyzyjnych w instytucjach państwowych, a w kodeksie karnym przywrócono artykuł o zdradzie państwa (za taką będzie uznany m.in. zamach na możliwości obronne kraju czy naruszenie jego bezpieczeństwa zewnętrznego). Nowe regulacje spotkały się z ostrą krytyką ze strony m.in. UE i państw członkowskich oraz ODIHR OBWE (w przypadku ustawy „O rejestracji obcych agentów”).

Parlament na razie odłożył prace nad regulacjami utrudniającymi rejestrację nowych partii politycznych.Przewidują one, że Sąd Konstytucyjny będzie mógł zakazywać działalności formacji, których „deklarowane cele, charakter aktywności oraz skład osobowy” są identyczne z profilem partii już zdelegalizowanych. Nie ma wątpliwości, że chodzi o trwałe wyeliminowanie z życia publicznego środowisk prozachodniej opozycji, które wyrosły z założonego przez byłego prezydenta Micheila Saakaszwilego ZRN – do dziś czołowego ugrupowania tej strony sceny politycznej – bądź są z nim związane. Polityk ten od ponad trzech lat przebywa w więzieniu, a w marcu br. skazano go po raz czwarty – tym razem na cztery i pół roku pozbawienia wolności za nielegalne przekroczenie granicy państwa. Liderzy partii sprawującej władzę tłumaczą zwłokę koniecznością zakończenia prac przez parlamentarną komisję badającą działalność rządów ZRN, a szczególnie okoliczności wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 r. (mandat komisji obejmuje także późniejszą działalność polityków ZRN, w tym Saakaszwilego). Najprawdopodobniej komisja, której prace działacze GM niemal oficjalnie nazywają „procesem norymberskim”, zawnioskuje o delegalizację ZRN i formacji założonych przez jego dawnych polityków. Wydaje się, że rządzące ugrupowanie chce ostatecznie rozprawić się z opozycją dopiero po wyborach lokalnych w październiku br., gdyż obawia się nasilenia protestów w przypadku niedopuszczenia opozycji do udziału w elekcji (większość prozachodnich ugrupowań rozważa skądinąd jej bojkot).

osw.waw.pl


- W marcu sondaże pokazywały szansę na wejście do drugiej tury dla Sławomira Mentzena. Nie było go jednak w Końskich, unika wywiadów, jego przeciwnicy regularnie przypominają słynną "piątkę Mentzena", a notowania spadają. Czy kandydat Konfederacji ma jeszcze szansę na tzw. mijankę z Karolem Nawrockim o drugie miejsce?

Sławomir Mentzen postanowił spektakularnie na oczach wszystkich, przy asyście zakochanego w nim Krzysztofa Stanowskiego, dokonać harakiri. Krzyżyk mu na drogę. Płakać po Mentzenie nie będę. Większość trzeźwo myślących Polek i Polaków odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła zjazd Konfederacji w sondażach. Trudno oczekiwać od Mentzena empatii, bo ma deficyt inteligencji emocjonalnej. Ze swojej "piątki" próbował już się świadomie wycofywać i unikać tych tematów. W Kanale Zero się jednak zagalopował i powiedział o płatnych studiach i karach za aborcję w przypadku gwałtu.

(...)

- Szymon Hołownia próbuje odebrać elektorat Sławomirowi Mentzenowi, regularnie wzywając go do debaty i wchodząc z nim w medialne dyskusje. Czy to możliwe?

W dużym stopniu tak, ponieważ w debatach Szymon Hołownia jest uprzywilejowany. Jego starcie ze Sławomirem Mentzenem działa na zasadzie: "gadał dziad do obrazu". To jest dialog sprawnego showmana z kawałkiem drewna lub Pinokiem przed jego wyrzeźbieniem. Te wszystkie żarty z Mentzena, że w kampanii pomagają mu zastępy humanoidalnych robotów zrobionych na jego podobiznę nie są wcale takie przesadzone. Jak katarynka powtarza tę samą formułę, jakby taśma mu się zacięła.

Z drugiej strony trzeba mieć świadomość, że wśród mniej obeznanych wyborców zdarzają się przypadki wahania, czy oddać głos na Sławomira Mentzena, czy na Rafała Trzaskowskiego. Niejednokrotnie badając lewicowy elektorat trafiałem na osoby, które nie wiedzą, czy zagłosować na Magdalenę Biejat, czy kandydata Konfederacji. Musimy mieć świadomość, że takie osoby też głosują i dzięki takim ludziom ten wynik nie będzie do końca pewny.

(...)

- Lewica w sondażach dołuje, w niektórych z nich nawet nie przekracza progu wyborczego. Ich kandydatka może liczyć na jeszcze mniejsze poparcie niż partia. Czy istnieje szansa, że kandydatury Adriana Zandberga i Joanny Senyszyn zatopią Magdalenę Biejat?

To najmniejszy problem. Te kandydatury mogą zatopić całą Lewicę. Środowisko, które ledwo przekracza próg wyborczy niewłaściwie wybrało strategię wzrostu przez podział komórek. Nawet najcierpliwsi wyborcy Lewicy stracili orientację, co tam się dzieje. Razem zmieniło strategię z popierania rządu, w którego skład nie weszli na przejście do opozycji. Większość lewicowych wyborców dowiedziała się o tym dopiero wtedy, gdy Adrian Zandberg zebrał 100 tys. podpisów i wystartował przeciwko Magdalenie Biejat.

Część dawnego SLD na tyle nienawidzi Włodzimierza Czarzastego, że postanowiła na złość zebrać podpisy na Joannę Senyszyn, bo inaczej tej kandydatury nie da się wyjaśnić. Tłumaczenie, że pani profesor się zgłosiła, bo nie ma na kogo głosować, jest wyłącznie zabiegiem telewizyjnym. Rzeczywisty motyw to dintojra dawnych towarzyszy z SLD.

Środowisko Lewicy weszło w fazę planktonizacji. Mamy do czynienia z kompletnym i niezrozumiałym dla elektoratu sekciarstwem. Zachowanie całej formacji przypomina bal na Titanicu. Jadą na czołowe zderzenie z rzeczywistością i kłócą się o to, kto będzie siedział na fotelu kierowcy, nie patrząc przy tym na drogę. Lewicowy wyborca musi być przygotowany na powtórzenie scenariusza z 2015 r., gdy Razem przekroczyło 3 proc., ale spowodowało, że lewicy w ogóle nie było w parlamencie. Może te cztery lata czyśćca to było za mało i trzeba czegoś więcej, aby ci ludzie oprzytomnieli.

- Co może okazać się kluczowe dla ostatnich tygodni kampanii? Czy zapowiadana na 12 maja kolejna debata będzie punktem kulminacyjnym?

Na pewno kluczowy będzie przebieg debaty i to, jak będą przygotowani kandydaci. Rafał Trzaskowski nie może sobie pozwolić na kolejny występ w słabej formie. Każdy ma prawo, aby mieć gorszy dzień. Jednak gdy sportowiec ma gorszy dzień podczas zawodów, to po prostu ma pecha. Tutaj pecha będziemy mieli my wszyscy, jeżeli to się powtórzy. Sytuacja jest naprawdę poważna.

Tąpnięcie w wynikach kandydata KO jest częściowo jego zasługą, ale zobaczmy jak sobie radzi Karol Nawrocki. On się wyrobił i to widać gołym okiem. Byłem pod wrażeniem, jak swobodnie się wypowiadał. Rafała Trzaskowskiego stać na dużo więcej. Dał się złapać na proste triki, taki jak ten z tęczową flagą. Nie był w stanie sobie z nią poradzić, co doskonale wykorzystała Magdalena Biejat. Takie błędy nie powinny się jednak zdarzać. Trudno mówić o jednym dużym błędzie, ale cały występ był po prostu słaby.

Musimy pamiętać, że Karol Nawrocki ma nadal rezerwę, ponieważ jego poparcie nadal jest niższe niż Prawa i Sprawiedliwości. Co więcej, trzeba pamiętać o możliwym przepływie wyborców Sławomira Mentzena do Karola Nawrockiego w drugiej turze. Przez ostatnich kilka tygodni żyliśmy w rzeczywistości, w której było wiadomo kto wygra. Nie wiedzieliśmy tylko z kim wygra w drugiej turze Trzaskowski. Teraz Mentzen stracił szansę na dogonienie Nawrockiego, a różnica między Trzaskowskim i Nawrockim znów zaczęła maleć. To powinien być dzwonek dla wszystkich sztabów partii koalicji rządowej, a przede wszystkim dla KO.

onet.pl


- Jako doradca prezydenta USA do spraw bezpieczeństwa narodowego blisko współpracował pan z Donaldem Trumpem. Jakie miejsce w jego wszechświecie zajmuje Polska?

John Bolton: Większość ludzi uważa, że świat jest nieco bardziej skomplikowany, ale według Donalda Trumpa Stany Zjednoczone mają dobre stosunki z danym krajem wtedy, gdy on sam ma przyjacielską relację z głową tego państwa. A prawda jest taka, że Trump faktycznie ma dobre, osobiste stosunki z prezydentem Andrzejem Dudą.

Ponadto uwadze Trumpa nie umykają wydatki Polski na obronność, znacznie przewyższające obecne standardy wewnątrz NATO. Sądzę więc, że ma pozytywne odczucia względem waszego kraju. Ale co z tego, skoro nie wiadomo, co będzie jutro?

- Donald Trump potrafi zmieniać poglądy z dnia na dzień?

Ależ oczywiście.

- A Polacy wkrótce wybiorą nowego prezydenta.

I to bez wątpienia wpłynie na to, co myśli Donald Trump. Ale można zarówno spodziewać się, że będzie źle, jak i że będzie niespodziewanie dobrze. Nigdy nie wiadomo, jak zareaguje na daną osobę.

Spójrzmy chociażby na to, jak traktował Justina Trudeau, do niedawna premiera Kanady. Trump dosłownie go trollował, nazywał go "gubernatorem", robiąc aluzje do tego, że Kanada będzie 51. stanem. Trudeau w zeszłym miesiącu zastąpiony został przez Mike’a Carneya, który podobnie jak jego poprzednik związany jest z Liberalną Partią Kanady — stoi na jej czele. Można było więc spodziewać się, że Trump także jego nie polubi. Tymczasem po rozmowie z amerykańskim prezydentem Carney twierdzi, że wcale tak nie jest. Zatem nim nasz prezydent nie zasiądzie do rozmowy z nowym prezydentem Polski, nie warto nic przesądzać.

(...)

- Donald Trump sugerował niedawno, że może być prezydentem o wiele dłużej, aniżeli sądzimy. Niektórzy uważają, że mówił poważnie, a niektórzy, że lubi żarty, które rozgrzewają świat. Jego słowa na temat wyjścia USA z NATO z pewnością nie są od początku do końca żartem, natomiast zastanawiać się można, w jakim stopniu realny jest ów scenariusz, a w jakim stopniu Donald Trump próbuje wywołać pewną dyskusję, bądź też po prostu sensację.

U Trumpa zawsze jest ten element żartu, przy czym ja próbuję unikać słowa "żart" i zastępuję je słowem "okrucieństwo". On po prostu droczy się ze światem.

Niemniej jednak uważam, że ryzyko wyjścia USA z NATO jest poważne. Już w 2018 r. Trump był niebezpiecznie bliski podjęcia takiej decyzji i sytuacja niewątpliwie może się powtórzyć. Szczerze mówiąc, wszystko zależy od tego, co akurat jest na szczycie listy jego przemyśleń i czy coś lub ktoś spowoduje, że temat Sojuszu nagle na ten szczyt wskoczy.

Jeśli więc chcemy zapobiec wyjściu USA z NATO, możemy stosować bardzo prostą strategię – zaprzątać mu głowę innymi problemami. Ponadto to szalenie istotne, by nasi przyjaciele w Europie nie dawali mu kolejnych argumentów do wycofania się z Sojuszu. A Trump może wykorzystać byle wymówkę, jak chociażby niedawny komentarz Friedricha Merza.

- Gdy przyszły kanclerz Niemiec wspomniał o "niepodległości od USA"?

Tak. Usłyszawszy to, Trump może po prostu powiedzieć, że nie chce, by ktokolwiek czuł się niekomfortowo i że skoro tak się mają sprawy, to USA żegna się z NATO. Naprawdę niewiele mu wystarczy, więc należy być bardzo ostrożnym. Jednocześnie należy pamiętać, że wymagając od krajów członkowskich zwiększenia wydatków na obronność, Trump potencjalnie wytycza sobie drogę do kolejnych argumentów.

- Kwoty są zbyt wysokie, by wszystkie kraje mogły sprostać jego oczekiwaniom?

Tak. Sądzę, że Trump chce postawić poprzeczkę tak wysoko, by w końcu jakieś państwo, na przykład Niemcy, powiedziało: "nie wydamy tyle".

W 2014 r. kraje członkowskie podjęły decyzję, że będą przeznaczać co najmniej 2 proc. swojego PKB na obronność. Wiele państw musiało przejść pewną ścieżkę, by osiągnąć ten cel. Słysząc, że poprzeczka jest bezustannie stawiana wyżej, niektórzy mogą zacząć się zastanawiać, czy są jakieś granice. A w oczach Trumpa NATO to sojusz, w którym Ameryka broni Europy i nie otrzymuje nic w zamian. Szczerze? Sam nie chciałbym być częścią NATO, gdybym tak je postrzegał. Tyle że Trump nie ma racji – bo w NATO chodzi o to, że łącząc siły, wszyscy jesteśmy bezpieczniejsi.

- Czy Donald Trump ma poczucie, że Ameryka cokolwiek straci, wychodząc z NATO?

Uważa, że nie stracimy absolutnie nic i zadaje sobie pytanie: po co zawracać sobie głowę tymi Europejczykami? Jakieś małe państewko tu, jakieś małe państewko tam — a Ameryka ma według niego mieć do czynienia z grubymi rybami — takimi jak te, które rozdają karty na Kremlu.

- Jak bardzo na przyszłość USA w NATO wpłynąć mogą wydarzenia w Ukrainie?

Są to tematy bardzo blisko powiązane, natomiast sądzę, że uwagę Trumpa skupiają obecnie inne zagadnienia – chociażby problemy z Iranem i opatrywanie ran, które sam sobie zadał, nakładając cła. Z Ukrainą ewidentnie mu nie wyszło — przecież jeszcze nie tak dawno twierdził, że zakończy wojnę w 24 godziny. Było to bzdurą wówczas i jest bzdurą nadal, zwłaszcza że nie udało mu się nawet doprowadzić do zawieszenia broni. Rosjanie postępują wręcz w sposób dokładnie odwrotny do tego, co kryje się pod terminem "zawieszenie broni".

- Jakie reakcje wśród amerykańskich wojskowych wywołują słowa Donalda Trumpa na temat Sojuszu Północnoatlantyckiego?

Pośród najwyższych rangą oficerów naszego wojska panuje duży niepokój. Dla nich to oczywiste, że członkostwo w NATO daje nam strategiczną przewagę. Pomysł opuszczenia Sojuszu lub choćby nawet osłabienia go to coś wręcz niepojętego.

W mojej opinii NATO jest najbardziej udanym sojuszem w historii. Dlaczego ktoś chciałby z niego wyjść? To dziwi przecież nie tylko naszych wojskowych, ale ludzi na całym świecie.

Dwie dekady temu były premier Hiszpanii Jose Maria Aznar powiedział, że NATO powinno być globalnym sojuszem i że należy przyjąć do niego Japonię, Australię, Izrael, Singapur, Południową Koreę i szereg innych państw. I to jest rozmowa, którą powinno się dziś prowadzić – rozmowa o poszerzeniu NATO, a nie o wychodzeniu z Sojuszu. Uważam, że większość amerykańskich dowódców wojskowych podziela tę opinię.

Tymczasem Trump ma izolacjonistyczne pomysły i jest otoczony ludźmi, którzy mają podobne — choćby J.D. Vance, który bez wątpienia jest izolacjonistą.

(...)

- Pracował pan dla Donalda Trumpa. Bycie doradcą osoby, która nie chce, by jej doradzano, jest chyba trudnym zadaniem?

Podczas kampanii prezydenckiej w 2016 r. Rudy Giuliani został zapytany, jak często Donald Trump słucha jego rad. Powiedział, że raz na pięć razy. Myślę, że to naprawdę optymistyczny szacunek. Trump, mając jakiś pomysł, często chodzi od osoby do osoby, szukając takiej, która w końcu się z nim zgodzi.

I wie pan, co dzieje się wówczas?

- Realizuje swój pomysł, powołując się na rozmowę z tą osobą?

Tak, robi to, co chciał zrobić od samego początku, powtarzając: "ludzie wokół mówią mi, że mam tak postąpić". A my musimy zaciskać zęby i łagodzić skutki jego decyzji. Pamiętajmy, że wraz z odejściem Donalda Trumpa świat się nie skończy. Będziemy musieli żyć w posttrumpowskiej rzeczywistości.

onet.pl


— Stany Zjednoczone w ciągu kilku dni zrezygnują z prób doprowadzenia do pokoju między Rosją i Ukrainą, jeśli nie będzie sygnałów, że porozumienie w tej sprawie jest do osiągnięcia — oświadczył Marco Rubio, sekretarz stanu USA.

Słowa te padły po jego spotkaniu z przywódcami europejskimi i ukraińskimi w Paryżu. Stwierdził on, że Donald Trump nadal zainteresowany jest porozumieniem pokojowym, ale ma wiele innych priorytetów na całym świecie i jest skłonny iść naprzód tylko wtedy, gdy pojawią się oznaki postępu w rozmowach pokojowych.

To duża zmiana w porównaniu do tego, co prezydenta USA mówił jeszcze kilka tygodni temu.

— Musimy zrozumieć w ciągu dni, a nie tygodni, czy możliwe jest zakończenie tej wojny. Jeśli tak, jesteśmy gotowi zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby to ułatwić i zapewnić, że konflikt może zostać zakończony w korzystny i sprawiedliwy sposób — powiedział sekretarz stanu USA, przemawiając do dziennikarzy w Paryżu.

Podkreślił, że w przeciwnym razie Donald Trump odmówi dalszego pośredniczenia w rozmowach pokojowych dotyczących zakończenia wojny w Ukrainie. — Nie zamierzamy nadal wyznaczać terminu [rozmów] na tygodnie lub miesiące do przodu... Jeśli będzie można zrobić to szybko, pozostaniemy zaangażowani. Jeśli nie będzie to możliwe, mamy inne priorytety — podsumował.

Sekretarz stanu USA uczestniczył w czwartek w Paryżu w rozmowach z przedstawicielami Europy i Ukrainy na temat sytuacji w Ukrainie. Odbywają się w czasie, gdy wysiłki Waszyngtonu na rzecz zawieszenia broni wydają się nie przynosić większych rezultatów /nic dziwnego - red./.

Marco Rubio podkreślił znaczenie zaangażowania w proces pokojowy europejskich sojuszników Ukrainy. — Myślę, że Wielka Brytania, Francja i Niemcy mogą nam pomóc. Mogą posunąć sprawy do przodu i przybliżyć nas do rozwiązania. Uważam, że ich pomysły są bardzo przydatne i konstruktywne — powiedział.

onet.pl