poniedziałek, 5 grudnia 2016
19 października 1812 r. Napoleon zaczął wycofywać się z Rosji. Najpotężniejsza armia nowożytnej Europy osiągnęła swój największy triumf i zdobyła Moskwę. Ale mimo to czekała ją zagłada.
Nie doszło jeszcze do zajęcia miasta przez wojska napoleońskie, a panika już przybrała zastraszające rozmiary. Mieszkańcy gromadnie uciekali. Rostopczin z rozkazu Aleksandra rozpoczął budowę olbrzymiego balonu, który miał się wznieść ponad zgromadzone na przedpolach Moskwy obce wojska, a wytropiwszy sztab francuskiego cesarza, sypnąć gradem kul i zniszczyć centrum dowodzenia, być może zabić samego Napoleona. Już kilka miesięcy wcześniej rozpoczęto pod Moskwą tajne prace nad budową latających maszyn. Przygotowaniami kierował niemiecki inżynier Franz Leppich — kapitan w służbie rosyjskiej. Całe przedsięwzięcie było tak tajne, że wiedziały o nim tylko cztery osoby i Aleksander, który zaaprobował niezwykły pomysł. Wydano 72 tysiące rubli, przeszkolono 50 osób do podniebnego startu. Konstrukcja powietrznej „machiny piekielnej” była jednak wadliwa i ten zuchwały plan uratowania Moskwy, a może i zakończenia wojny, się nie powiódł.
Skoro zawiodły działania militarne, pozostały pozamilitarne, w których Rosjanie mieli długą tradycję i duże doświadczenie. Kutuzow szykował Napoleonowi moskiewską pułapkę. Przechwalał się, że Bonaparte może go pokonać, ale przechytrzyć nie zdoła. Agenci głównodowodzącego dezinformowali Francuzów, że miasto będzie się bronić do upadłego, że wojsko nigdy Moskwy nie opuści. Tymczasem 13 września na tajnej naradzie wojennej w Filach podjęto decyzję o poddaniu miasta. Przekazano ją Aleksandrowi i Rostopczinowi, ale nie była ona dla nich zaskoczeniem, bo wiedziano, że Moskwa ocaleje w inny sposób, że będzie początkiem końca Wielkiej Armii. W mieście potajemnie gromadzono zapasy materiałów łatwopalnych i wybuchowych, usunięto sprzęt przeciwpożarowy, ogołocono magazyny z żywności i innych środków niezbędnych do życia; wszystko przebiegało zgodnie z planem Aleksandra. Już bowiem w ostatnim dniu swego pobytu w Moskwie polecił on przecież Rostopczinowi przygotowanie ewakuacji miasta i pułapki, skoro nie było nadziei na jego utrzymanie. Sto pięćdziesiąt wozów wywiozło skarby moskiewskie z cerkwi i pałaców. Po tygodniu w wielkiej tajemnicy konwój przybył do Kołomny, a stamtąd udał się do Niżnego Nowogrodu. Całą operację przeprowadzono tak sprawnie, że w odróżnieniu od nieudolnej ewakuacji petersburskiej moskiewskiej nikt nie zauważył. Nie zdołano wszakże wywieźć wszystkich bogactw i część z nich wpadła potem w ręce zdobywców.
histmag.org
Nikt nie może powiedzieć, że liberalna demokracja nie wyzwoliła niektórych ludzi i że niektóre rodzaje niewoli nie zostały wymazane, jednak w obecnym systemie pojawiło się wiele sprzeczności. Doświadczamy poważnego kryzysu demokracji liberalnej, który pokrywa się ze „śmiercią” socjalizmu. Koniecznym warunkiem demokracji liberalnej było istnienie ruchu robotniczego. Było to wynikiem kompromisu, w którym w zamian za wewnętrzny spokój i stabilizację, socjaldemokracja zrezygnowała z niektórych rewolucyjnych postulatów i stała się częścią państwa burżuazyjnego. W efekcie niższe klasy miały odtąd swoją reprezentację. Wewnętrzna równowaga pomiędzy klasami w obrębie zachodnich państw opiekuńczych, z przywilejami dla proletariatu, związkami zawodowymi, partiami socjaldemokratycznymi i komunistycznymi, oraz międzynarodowy spokój między zreformowanym i ograniczonym kapitalizmem a blokiem sowieckim, doprowadziły do powstania w latach 1945–1989 systemu nazywanego dziś „liberalną demokracją”. Zachodnioeuropejskie ustawodawstwo dotyczące praw pracowniczych czerpało z radzieckich i socjalistycznych wzorców prawnych z lat 20., podobnie jak prawo dotyczące równości płci oraz prawo rodzinne. Potwierdzają to ostatnie prawno-historyczne badania naukowe.
krytykapolityczna.pl
Obrazek z San Francisco? Może ten: na skrzyżowaniu w samym sercu miasta na światłach stoją jeden za drugim porsche carrera, ferrari testarossa i tesla. Kilka metrów dalej bezdomny zdejmuje spodnie i wypróżnia się prosto na chodnik, przechodzący obok ludzie niemal go nie zauważają. San Francisco to dziwne miejsce, nawet jak na ten ekstremalny kraj.
Światowe marki epoki internetu – Twitter, Google, Airbnb, Uber – budują tu swoje nowe kwatery główne i filie. Hole są tu z marmuru, wzrokiem sięgnąć można daleko ponad błękitną zatokę. Podczas przerwy obiadowej pracownicy dostają gratis organiczne truskawki i świeże ostrygi. Przed drzwiami wejściowymi leżą połamane fajki do palenia cracku, włóczą się tu ćpuny, obrzucające śmieciami urzędników, którzy przejeżdżają obok nich rowerami wyścigowymi za dwa tysiące dolarów.
San Francisco przeżywa boom, sprowadzają się tu dziesiątki tysięcy ludzi – programiści, inżynierowie, projektanci, których zarobki zaczynają się od 150 tysięcy dolarów. Tysiące innych opuszczają jednak każdego roku tę metropolię, to policjanci, nauczyciele, pomocnicy lekarscy. Zarabiają 70 tysięcy dolarów lub mniej, tymczasem czynsz za zwykłe trzypokojowe mieszkanie wynosi około pięciu tysięcy dolarów miesięcznie, a w dobrej lokalizacji ponad siedem.
W samej tylko Bay Area znajduje się 55 restauracji z gwiazdkami Michelina, w całym mieście zaś można naliczyć zaledwie 56 jadłodajni dla ubogich. Jest prawie trzy tysiące start-upów i co najmniej 7500 bezdomnych. Przybywa ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na kupno dwóch mieszkań, i takich, których nie stać na wynajęcie dwóch pokoi.
onet.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)