Dzisiaj niezadowolenie z globalizacji zasila falę populizmu w Stanach Zjednoczonych i innych zaawansowanych gospodarkach, rządzonych przez polityków, którzy mówią swoim wyborcom, że system jest niesprawiedliwy wobec ich krajów. W USA prezydent Donald Trump twierdzi, że amerykańscy negocjatorzy porozumień handlowych zostali wystrychnięci na dudka przez negocjatorów z Meksyku i Chin.
Jak coś, co miało nam wszystkim się przysłużyć, zarówno w krajach rozwiniętych, jak i rozwijających się, mogło niemal wszystkim tak bardzo obrzydnąć? W jaki sposób porozumienia handlowe mogą być nieuczciwe wobec wszystkich jego stron?
Dla ludzi z krajów rozwijających się tezy Trumpa – podobnie jak on sam – są po prostu śmieszne. Stany Zjednoczone same napisały przecież zasady i stworzyły instytucje globalizacji. W niektórych z tych instytucji, na przykład w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, Ameryka nadal ma prawo weta, pomimo że jej rola w globalnej gospodarce się zmniejszyła (rola, którą jak się wydaje, Trump poprzysiągł pomniejszyć jeszcze bardziej).
Dla ludzi takich jak ja, którzy pilnie obserwują negocjacje handlowe od ponad ćwierć wieku, jest jasne, że negocjatorzy z ramienia USA dostali większość tego, czego chcieli. Problem polegał na tym czego chcieli. Ich cele zostały ustalone, za zamkniętymi drzwiami. Przez korporacje. To były cele napisane przez i dla wielkich międzynarodowych firm, kosztem pracowników i zwykłych obywateli na całym świecie.
Rzeczywiście, niektórym się wydaje, że pracownicy, których zarobki spadały, a miejsca pracy znikały, to po prostu „ofiary transformacji”, niewinne, acz nieuniknione ofiary bezlitosnego marszu postępu gospodarczego. Ale istnieje także inna interpretacja: jednym z celów globalizacji było celowane osłabienie siły przetargowej pracowników. Korporacje chciały tańszej siły roboczej – nieważne jakimi środkami zdobytej.
(...)
Istnieją trzy odpowiedzi na globalne niezadowolenie z globalizacji. Pierwszą nazwijmy strategią Las Vegas. Polega on na podwojeniu stawki i postawieniu na globalizację w formie, którą miała ona w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. To niebezpieczny hazard. Jest to stawianie na skompromitowaną politykę z przeszłości, której klęski potwierdzono licznymi dowodami (jak ekonomia „skapywania” – trickle-down economics) i opiera się na nadziei, że jakimś sposobem w przyszłości któraś z nich zadziała.
Druga odpowiedź to Trumpism: odcinamy się od globalizacji z nadzieją, że to jakoś przywróci świat, którego już nie ma. Ale protekcjonizm nie zadziała. Na całym świecie zmniejsza się liczba miejsc pracy przy produkcji, po prostu dlatego, że wzrost produktywności przewyższył wzrost popytu.
(...)
Istnieje też trzecie podejście: ochrona społeczna bez protekcjonizmu. To rodzaj podejścia zastosowany przez kraje skandynawskie. Wiedziały one, że jako małe kraje muszą pozostać otwarte. Wiedziały jednak również, że takie otwarcie wystawi na szwank interes ich pracowników. Dlatego kraje te musiały mieć umowę społeczną, która pomogła pracownikom przekwalifikować się ze starych rodzajów pracy na nowe, w okresie przejściowym udzielając im pewnego wsparcia.
krytykapolityczna.pl