sobota, 27 stycznia 2018


Badacze z Uniwersytetu w Cardiff zidentyfikowali co najmniej 47 kont powiązanych z rosyjskimi władzami, które wysłały 475 wiadomości dotyczących ataków, do których doszło w Wielkiej Brytanii. Autorzy analizy podkreślają, że zostały one udostępnione ponad 150 tys. razy, stając się zauważalnym elementem debaty publicznej w pierwszych godzinach po zamachach.

Zdaniem ekspertów publikowane treści były "elementem systematycznej kampanii skierowanej przeciwko Wielkiej Brytanii, mającej na celu zwiększenie szkód" wyrządzonych przez ataki przez podsycanie lęku i podziałów społecznych.

Jeden z tych wpisów - zamieszczony godzinę po majowym zamachu terrorystycznym w Manchester Arena, w którym zginęły 22 osoby - nawoływał do wprowadzenia zakazu praktykowania islamu i został udostępniony blisko 4 tys. razy. Inny pokazywał śmiejących się ludzi, sugerując fałszywie, że to muzułmanie świętujący czerwcowy atak terrorystyczny na London Bridge.

Analitycy podkreślili, że obserwowane przez ponad 136 tys. osób konto na Twitterze, na którym opublikowano oba powyższe wpisy, było prowadzone bezpośrednio przez pracowników finansowanej przez rosyjskie państwo Agencji Badań Internetu w Petersburgu.

Profesor Anthony Glees z Uniwersytetu w Birmingham ocenił, że jest "ewidentne, iż celem ich działań było zmylenie, a także zmobilizowanie i zradykalizowanie opinii publicznej w nadziei na wywołanie reakcji łańcuchowej, a nawet agresji na ulicach", w tym np. zamieszek przeciwko brytyjskiej mniejszości muzułmańskiej.

forsal.pl

Łącznie pomiędzy 2000 a 2015 r. liczba godzin przepracowanych rocznie przez młodych mężczyzn spadła aż o 12 proc. Naturalnym wytłumaczeniem jest spadek popytu na pracę, a w szczególności na takie jej rodzaje, które najczęściej świadczą młodzi mężczyźni. I rzeczywiście: w przemyśle oraz w zawodach z większym udziałem czynności rutynowych, a także w budownictwie w wielu stanach zatrudnienie się zmniejszyło. Tyle że spadek popytu wyjaśnia zaledwie niewielki procent zaobserwowanego spadku zatrudnienia młodych mężczyzn.

Problemem zajęli się Mark Aguiar (Princeton), Mark Bils (University of Rochester), Kerwin Kofi Charles oraz Erik Hurst (obaj z Chicago University), a odpowiedzi szukali we wzorcach aktywności. W badaniach nazywanych „budżetami czasu”, które dostępne są w USA niemal co roku, reprezentatywna populacja deklaruje rodzaje czynności, którym poświęca czas, np. dojazdy do pracy, sprzątanie, gotowanie i zakupy, opieka nad dziećmi, praca czy uczenie się – a także wypoczynek, czyli przyjemne sposoby spędzania wolnego czasu (kino, czytanie dla przyjemności itp.; czas snu i higieny osobistej zliczany jest osobno). Dzięki takim danym można prześledzić dokładnie wzorce spędzania czasu i zmiany w nich.

Okazało się, że młodzi mężczyźni w USA zwiększyli ilość czasu poświęcanego na przyjemności średnio o ok. 2,3 godz. w tygodniu, podczas gdy czas pracy zawodowej spadł o średnio 2,5 godz. Spowolnienie gospodarcze i kryzys przejawiły się m.in. tym, że wzrosła ilość czasu spędzanego na edukacji i poszukiwaniu pracy, średnio o 1,1 godz., lecz głównie kosztem opieki nad dziećmi oraz prac domowych. W przypadku młodych mężczyzn przyjemność zastąpiła pracę, a poszukiwanie pracy i edukacja – prace domowe. Wzorce spędzania czasu starszych mężczyzn (w wieku 31–55 lat) oraz kobiet w tym samym wieku nie uległy podobnym zmianom.

Cóż takiego robią w czasie wolnym ci młodzi mężczyźni? W kategorii „wypoczynek” mieści się oglądanie telewizji i filmów, socjalizowanie, fitness, jedzenie, a także... rekreacyjny komputer oraz gry. Okazuje się, że to wzrost czasu spędzonego na rekreacyjnym komputerze i grach wyniósł aż 1,9 godz. tygodniowo. To 82 proc. całego wzrostu czasu wolnego. W przypadku młodych kobiet i starszych mężczyzn przyrost czasu spędzonego na grach komputerowych i wideo był niewielki.

forsal.pl

Dzisiaj niezadowolenie z globalizacji zasila falę populizmu w Stanach Zjednoczonych i innych zaawansowanych gospodarkach, rządzonych przez polityków, którzy mówią swoim wyborcom, że system jest niesprawiedliwy wobec ich krajów. W USA prezydent Donald Trump twierdzi, że amerykańscy negocjatorzy porozumień handlowych zostali wystrychnięci na dudka przez negocjatorów z Meksyku i Chin.

Jak coś, co miało nam wszystkim się przysłużyć, zarówno w krajach rozwiniętych, jak i rozwijających się, mogło niemal wszystkim tak bardzo obrzydnąć? W jaki sposób porozumienia handlowe mogą być nieuczciwe wobec wszystkich jego stron?

Dla ludzi z krajów rozwijających się tezy Trumpa – podobnie jak on sam – są po prostu śmieszne. Stany Zjednoczone same napisały przecież zasady i stworzyły instytucje globalizacji. W niektórych z tych instytucji, na przykład w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, Ameryka nadal ma prawo weta, pomimo że jej rola w globalnej gospodarce się zmniejszyła (rola, którą jak się wydaje, Trump poprzysiągł pomniejszyć jeszcze bardziej).

Dla ludzi takich jak ja, którzy pilnie obserwują negocjacje handlowe od ponad ćwierć wieku, jest jasne, że negocjatorzy z ramienia USA dostali większość tego, czego chcieli. Problem polegał na tym czego chcieli. Ich cele zostały ustalone, za zamkniętymi drzwiami. Przez korporacje. To były cele napisane przez i dla wielkich międzynarodowych firm, kosztem pracowników i zwykłych obywateli na całym świecie.

Rzeczywiście, niektórym się wydaje, że pracownicy, których zarobki spadały, a miejsca pracy znikały, to po prostu „ofiary transformacji”, niewinne, acz nieuniknione ofiary bezlitosnego marszu postępu gospodarczego. Ale istnieje także inna interpretacja: jednym z celów globalizacji było celowane osłabienie siły przetargowej pracowników. Korporacje chciały tańszej siły roboczej – nieważne jakimi środkami zdobytej.

(...)

Istnieją trzy odpowiedzi na globalne niezadowolenie z globalizacji. Pierwszą nazwijmy strategią Las Vegas. Polega on na podwojeniu stawki i postawieniu na globalizację w formie, którą miała ona w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. To niebezpieczny hazard. Jest to stawianie na skompromitowaną politykę z przeszłości, której klęski potwierdzono licznymi dowodami (jak ekonomia „skapywania” – trickle-down economics) i opiera się na nadziei, że jakimś sposobem w przyszłości któraś z nich zadziała.

Druga odpowiedź to Trumpism: odcinamy się od globalizacji z nadzieją, że to jakoś przywróci świat, którego już nie ma. Ale protekcjonizm nie zadziała. Na całym świecie zmniejsza się liczba miejsc pracy przy produkcji, po prostu dlatego, że wzrost produktywności przewyższył wzrost popytu.

(...)

Istnieje też trzecie podejście: ochrona społeczna bez protekcjonizmu. To rodzaj podejścia zastosowany przez kraje skandynawskie. Wiedziały one, że jako małe kraje muszą pozostać otwarte. Wiedziały jednak również, że takie otwarcie wystawi na szwank interes ich pracowników. Dlatego kraje te musiały mieć umowę społeczną, która pomogła pracownikom przekwalifikować się ze starych rodzajów pracy na nowe, w okresie przejściowym udzielając im pewnego wsparcia.

krytykapolityczna.pl