Według naszych źródeł na Kremlu władze negocjowały z Prigożynem od wieczora 23 czerwca, kiedy ogłosił on rozpoczęcie swojego "marszu sprawiedliwości". — Dowództwo wojskowe, urzędnicy administracji prezydenckiej, kierownictwo Rosgwardii i bliscy mu (Prigożynowi — red.) urzędnicy próbowali się z nim porozumieć. Był tak zdeterminowany do marszu, że nie było zbyt jasne, o czym w ogóle negocjować — mówi nasze źródło na Kremlu.
Prigożyn chciał usunięcia Szojgu z resortu obrony, więcej pieniędzy dla najemników oraz gwarancji, że Kreml nie będzie mieszał się w sprawy wagnerowców. Ale — jak twierdzi nasze źrodło — przeliczył się. — W pierwszych godzinach buntu całkowicie wypadł z systemu — mówi nasz informator.
Następnie Kreml nakazał rosyjskim gubernatorom i politykom publicznie potępić działania Prigożyna i ogłaszać, że jest zdrajcą. Około godz. 10 rano czasu moskiewskiego sam Putin wygłosił przemówienie telewizyjne, w którym oskarżył Prigożyna, nie wymieniając go z nazwiska, o "zdradę" i "wbicie noża w plecy", tym samym zdając się całkowicie wykluczać możliwość pokojowego rozwiązania sytuacji.
W odpowiedzi Prigożyn stwierdził, że "prezydent jest w głębokim błędzie" oraz że "nikt nie zamierza oddać się w ręce policji na żądanie prezydenta, FSB lub kogokolwiek innego". W tym czasie wagnerowcy kontrolowali już Rostów nad Donem; przez kilka następnych godzin poruszali się w kierunku Moskwy całkowicie bez przeszkód.
Jednak źródła Meduzy bliskie administracji prezydenckiej twierdzą, że w południe 24 czerwca to Prigożyn sam podjął próby dotarcia na Kreml. — Próbował nawet zadzwonić do Putina, ale prezydent nie chciał z nim rozmawiać — zdradza nasz informator.
Według źródeł Meduzy zbliżonych do Kremla i rosyjskiego rządu jest prawdopodobne, że Prigożyn zdał sobie sprawę, że "przekroczył nieprzekraczalną granicę". W tym czasie najemnicy byli już niedaleko rzeki Oka — to właśnie tam armia rosyjska i Rosgwardia postanowiły zbudować pierwszą linię obrony przed wagnerowcami. Jednocześnie w pierwszych godzinach powstania, dodatkowe wsparcie (o którym Prigożyn zapewniał w swoich oświadczeniach), nie pojawiło się.
Chwilę po południu Kreml — według naszych źródeł — zdecydował się nie dążyć do "krwawego starcia". Negocjacje były prowadzone przez dużą grupę urzędników, w skład której wchodzili m.in. szef administracji prezydenckiej Anton Wajno, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Nikołaj Patruszew i ambasador Rosji na Białorusi Borys Gryzłow.
Frontmanem tej grupy był Aleksander Łukaszenko. Według źródła na Kremlu Prigożyn nalegał, aby w negocjacjach uczestniczyli "najwyżsi urzędnicy"; biorąc pod uwagę niechęć Putina do kontaktu z Prigożynem, negocjatorzy nie mieli wielu opcji.
Prigożyn spanikował. Żeby wyjść z twarzą, potrzebował ważnego powiernika, a takim okazał się właśnie Aleksander Łukaszenko, dla którego stanie się "gołąbkiem pokoju" też było na rękę. Dyktator z Białorusi będzie mógł teraz opowiadać, jak to "uratował Rosję przed rozlewem krwi i wojną domową".
W efekcie tych rozmów Prigożyn przyjął ofertę zatrzymania się. Sam założyciel wagnerowców przez cały dzień nic nie mówił na temat rozmów z dyktatorem z Białorusi (chociaż podczas swojego buntu był niezwykle gadatliwy). Wkrótce jednak wersję Mińska potwierdził rzecznik Kremla, Dmitrij Pieskow. Co więcej, według Pieskowa, Prigożyn "pojedzie na Białoruś" — a sprawa karna przeciwko niemu o bunt zostanie zakończona. Nie wiadomo, co dokładnie Prigożyn będzie robił na Białorusi.
Źródła Meduzy bliskie Kremlowi i rosyjskiemu rządowi zgadzają się, że Prigożyn stracił w wyniku swojego radykalnego działania. Został zmuszony do opuszczenia Rosji, bo Putin nie wybacza takich rzeczy. Jednocześnie nasz rozmówca nie wykluczył, że po buncie mogą nastąpić zmiany personalne w kierownictwie resortu obrony.
Na samym początku buntu gen. Siergiej Surowikin (który dowodził grupą rosyjskich żołnierzy w Ukrainie od początku października 2022 r. do początku stycznia 2023 r.) nagrał wideo, w którym wezwał wagnerowców do zatrzymania się i "pokojowego rozwiązania". Gen. Władimir Aleksiejew nagrał dokładnie to samo wideo i w tym samym miejscu: nazwał działania Prigożyna "ciosem w plecy prezydenta" i "próbą zamachu stanu".
Kilka godzin później Prigożyn spotkał się z Aleksiejewem i wiceministrem obrony Junusem-Bekiem Jewkurowem w siedzibie Południowego Okręgu Wojskowego w Rostowie nad Donem. Biznesmen powiedział im, że zamierza udać się do Moskwy i chce "załatwić szefa Sztabu Generalnego (Walerija Gierasimowa — red.) i ministra obrony Siergieja Szojgu". Z naszych informacji wynika, że podczas tego spotkania Aleksiejew miał z uśmiechem odpowiedzieć Prigożynowi: "bierz".
Jak dotąd ani Siergiej Szojgu, ani Walerij Gierasimow nie odnieśli się słowem do buntu Prigożyna. Nie wiadomo również, gdzie przebywali przez cały ten czas.
Źródło Meduza bliskie rządowi wątpi jednak, aby decyzje personalne dotyczące rosyjskiego Ministerstwa Obrony mogły zostać podjęte w najbliższym czasie: "Putin prawie nigdy nie poddaje się okolicznościom i nie ugina się pod presją".
Źródła zbliżone do Kremla przyznają jednak, że bunt osłabił pozycję Putina: "nie mógł się pogodzić z Prigożynem, ale po przemówieniu telewizyjnym zniknął". Pieskow utrzymuje, że w dniu, w którym Prigożyn ruszył na Moskwę, Putin pracował nad dokumentami na Kremlu. Tymczasem samolot Putina wyleciał z Moskwy po południu 24 czerwca i zniknął z radarów w pobliżu Tweru.
onet.pl/Meduza