niedziela, 25 czerwca 2023


Gość WP przez wiele lat pracował dla rosyjskiego rządu jako ekspert ds. finansowych i gospodarczych. Jak wspominał, nie miał do czynienia z szefem Grupy Wagnera, ale miał dość bliskie kontakty z obecnym ministrem obrony Rosji. - To jest człowiek, któremu Putin może zawdzięczać to, że Rosja nie ma armii z prawdziwego zdarzenia. To jest korupcjonista na dużą skalę - mówił prof. Ponomariow pytany o relacje z Siergiejem Szojgu.

Z kolei na pytanie o wizerunek Putina po ciosie zadanym mu przez Prigożyna, ekspert odpowiedział, że pozycja przywódcy Rosji osłabiła się nie w oczach przeciętnych obywateli, lecz w oczach elit. - Dla najnędzniejszych warstw rosyjskiego społeczeństwa pieniędzy jeszcze nie brakuje - zwrócił uwagę. Przypuszczenia, według których za buntem wagnerowców stali rosyjski oligarchowie, uważa za mało prawdopodobne.

- Teraz trzeba śledzić nasilenie represji. To będzie znak, że Putin wzmocnił swoją pozycję wobec Rosjan, a dalej wszystko zależy od Ukrainy, od tego, jak będzie rozwijać się ofensywa ukraińska - podsumował gość WP.

wp.pl

Dwaj rosyjscy żołnierze, podlegający pod MON, zgodzili się anonimowo udzielić komentarza dziennikarzom naszej rosyjskojęzycznej redakcji. Takie były ich opinie o dzisiejszej sytuacji w Rosji.

Jeden z dowódców zmobilizowanych żołnierzy, stacjonujący na odcinku ługańskim:

“Osobiście odnoszę się do tego raczej negatywnie - trwa bardzo ciężka wojna, której końca nie widać. Nie rozumiem, po co Prigożyn postanowił zrobić to teraz. Zwyczajnie nie wystarczy mu sił na przeciwstawienie się armii, FSB, MSW i Rosgwardii. Nie ma nawet skąd brać broni, sprzętu czy amunicji. Ludzie dookoła są raczej zdziwieni i wsparcia Prigożynowi nikt nie okazuje."

”Wojskowy z trzeciego korpusu armii rosyjskiej, który znajduje się na froncie na odcinku ługańskim: 

“Dziś nocą wróciłem z pierwszej linii i ruszyło mnie to. Prigożyn mówi prawdę. Tuwińska kanalia i jego generałowie nas zdradzili. Z tych, z którymi zdążyłem porozmawiać, wiele osób go wspiera. Nawet oficerowie. Wszyscy wiedzą, że on powiedział prawdę o zdradzie ze strony Szojgu i innych. Ja jestem wojskowym. Sam fakt takiego pochodu świadczy o tym, że armia w większości jest po stronie Prigożyna. Przeciwko niemu mogą pójść Rosgawrdia i mundurowi prezydenta, ale oni nie mogą się równać z wagnerowcami. Czeczeni, oddani żołnierze Putina, nawet nie pisnęli w stronę wagnerowców, bo rozumieją świetnie, że jeden wagnerowiec jest wart tyle, co setki achmatowców.”

Ze względu na ograniczenia platformy usunęliśmy przekleństwa z wypowiedzi.

belsat.eu

24 czerwca wieczorem Jewgienij Prigożyn ogłosił, że wydał rozkaz zawrócenia oddziałów Wagnerowców zmierzających do Moskwy i zajmujących obiekty strategiczne w Rostowie nad Donem do ich baz. Decyzję uzasadnił koniecznością nie dopuszczenia do „przelania rosyjskiej krwi”, a najemnicy zaczęli opuszczać Rostów nad Donem. Do ugody miał się przyczynić Aleksandr Łukaszenka, który działając w porozumieniu i kontakcie z Putinem, przedstawił propozycję deeskalacji napięcia i opcję gwarancji dla wagnerowców. Do chwili rozkazu o powrocie do baz Wagnerowcy bez przeszkód zbliżyli się do Moskwy na dystans do 200 km. Poza ostrzałami z powietrza kolumn wagnerowców w rejonie Woroneża, nie odnotowano przeciwdziałania ze strony armii i służb rosyjskich. Liczebność sił, którymi dysponował Prigożyn szacuje się na 25 tys. ludzi choć kolumny zmierzające do Moskwy nie liczyły maksymalnie do 4 tys. Władze lokalne podjęły mało skuteczne działania mające utrudnić posuwanie się „buntowników”. Niszczono drogi lub ustawiano blokady z autobusów i samochodów ciężarowych, które bez trudności były usuwane. W Moskwie i obwodzie moskiewskim, gdzie obowiązuje stan operacji antyterrorystycznej pojawiły się na drogach wiodących do miasta posterunki blokadowe Gwardii Narodowej. Do miasta nie wprowadzono oddziałów regularnej armii. Według niepotwierdzonych informacji idący na Moskwę Wagnerowcy zajęli „kluczowe obiekty” w Woroneżu, czemu zaprzeczył gubernator Aleksander Gusiew, grożąc odpowiedzialnością karną za rozpowszechnianie fałszywych informacji.

Jeszcze kilka godzin przed ogłoszeniem powrotu Wagnerowców do baz przedstawiciele władz opisywali Prigożyna jako nieodpowiedzialnego watażkę dążącego do destabilizacji Rosji i działającego de facto w interesie Zachodu i Ukrainy. Wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Dmitrij Miedwiediew stwierdził, że „bunt” jest zaplanowaną operacją, której celem jest przejęcie władzy. Nie wykluczył, że wzięły w nim udział osoby, które wcześniej służyły w elitarnych jednostkach Sił Zbrojnych, a także „zagraniczni specjaliści”. Ostrzegł, że rebelianci mogą usiłować przejąć kontrolę nad bronią jądrową. Resort spraw zagranicznych odnosząc się do sytuacji ostrzegł państwa zachodnie przed wykorzystywaniem kryzysu wewnętrznego do realizacji ich „rusofobicznych celów”. Podkreślono, że rebelia działa na korzyść zewnętrznych wrogów Rosji.

Późnym wieczorem rzecznik Putina Dmitrij Pieskow oświadczył, że sprawa karna przeciwko Prigożynowi w sprawie zbrojnego buntu zostanie umorzona pod warunkiem, że oskarżony wyjedzie na Białoruś (rządzący państwem dyktator Alaksandr Łukaszenka jest długoletnim znajomym Prigożyna). Osoby walczące w formacjach wagnerowców będą przebywać w obozach polowych, a chętni będą mogli podpisać kontrakt z Siłami Zbrojnymi FR. Biorący udział w buncie nie będą pociągani do odpowiedzialności karnej.

Komentarz:

Zaniechanie przez Prigożyna dalszego marszu na Moskwę i przyjęcie niekorzystnych dla niego gwarancji bezpieczeństwa nie można uznać za sukces Kremla. Pozycja prezydenta Putina, który jeszcze kilka godzin wcześniej deklarował, że władze obronią kraj przed wewnętrzną zdradą, a uczestnicy buntu poniosą niechybną karę, uległa znaczącej erozji. W dyktatorskim systemie panującym w Rosji niezdolność do przykładowego surowego ukarania przeciwnika, który rzucił otwarte wyzwanie władzy, łamiąc wszelkie formalne i nieformalne zasady, zostanie uznana przez członków szerszej elity za przejaw słabości. Nie ma przy tym znaczenia, że odstąpienie od zniszczenia sił Wagnerowców zapewne wynikało, poza deficytem sił zdolnych do działania, z obawy, że będzie trudnym i kosztownym zadaniem dla rosyjskich sił zbrojnych. Wewnętrzny konflikt zbrojny byłby groźny biorąc pod uwagę stan i tak problematycznego morale w armii i mógł negatywnie wpłynąć na sytuację na froncie wojny na Ukrainie. Jest prawdopodobne, że sytuacja ta będzie prowadzić z jednej strony do roszad kadrowych a z drugiej do nasilenia się, początkowo zapewne niejawnej, rywalizacji wewnątrz elity.

Marsz Wagnerowców potwierdził tezę o narastającej słabości systemu bezpieczeństwa państwa. Władze, siły zbrojne czy służby specjalne nie podjęły zdecydowanych kroków na rzecz stłumienia buntu. Może to świadczyć, że wśród struktur państwowych narasta sceptycyzm co do poleceń płynących od władz centralnych. Wykonawcy rozkazów likwidacji Wagnerowców stanęli przed dylematem albo zabijać Rosjan jeszcze niedawno chwalonych za męstwo w wojnie z Ukrainą albo bojkotować polecenia Kremla.

Wszystko wskazuje na to, że Prigożyn wydając rozkaz marszu na Moskwę był przekonany, że manifestacja siły zmusi władze do uwzględnienia jego żądań co do zmiany ministra obrony i szefa Sztabu Generalnego. Liczył też, że jego desperacki krok wywoła kryzys wewnętrzny na szczytach władzy. Nie można wykluczyć, że posiadał informacje o tarciach w elitach politycznych i uznał, że jego działania przyśpieszą proces dezintegracji reżimu putinowskiego, a on sam zostanie wsparty np. przez część generalicji. Gambit Prigożyna zakończył się jednak fiaskiem, a jego kapitulacja została wymuszona szantażem (prawdopodobnie użyto argumentu, że zostanie on zlikwidowany bądź pozbawiony kontroli nad zgromadzonymi środkami finansowymi). Po wyjeździe na Białoruś straci on dotychczas zajmowaną pozycję populistycznego dowódcy wojskowego, który w warunkach wojny, kontestował politykę władz i podważał autorytet sił zbrojnych. Jego firma przejdzie zapewne pod kontrolę resortu obrony. Otwartą kwestią pozostaje dalszy los założyciela firmy „Wagner”. Nie jest wykluczone, że za przyzwoleniem Łukaszenki będzie próbował kontynuować podobną działalność z terytorium Białorusi, bądź uda się do jednego z państw afrykańskich lub bliskowschodnich gdzie działają Wagnerowcy.

osw.waw.pl

Według naszych źródeł na Kremlu władze negocjowały z Prigożynem od wieczora 23 czerwca, kiedy ogłosił on rozpoczęcie swojego "marszu sprawiedliwości". — Dowództwo wojskowe, urzędnicy administracji prezydenckiej, kierownictwo Rosgwardii i bliscy mu (Prigożynowi — red.) urzędnicy próbowali się z nim porozumieć. Był tak zdeterminowany do marszu, że nie było zbyt jasne, o czym w ogóle negocjować — mówi nasze źródło na Kremlu.

Prigożyn chciał usunięcia Szojgu z resortu obrony, więcej pieniędzy dla najemników oraz gwarancji, że Kreml nie będzie mieszał się w sprawy wagnerowców. Ale — jak twierdzi nasze źrodło — przeliczył się. — W pierwszych godzinach buntu całkowicie wypadł z systemu — mówi nasz informator.

Następnie Kreml nakazał rosyjskim gubernatorom i politykom publicznie potępić działania Prigożyna i ogłaszać, że jest zdrajcą. Około godz. 10 rano czasu moskiewskiego sam Putin wygłosił przemówienie telewizyjne, w którym oskarżył Prigożyna, nie wymieniając go z nazwiska, o "zdradę" i "wbicie noża w plecy", tym samym zdając się całkowicie wykluczać możliwość pokojowego rozwiązania sytuacji.

W odpowiedzi Prigożyn stwierdził, że "prezydent jest w głębokim błędzie" oraz że "nikt nie zamierza oddać się w ręce policji na żądanie prezydenta, FSB lub kogokolwiek innego". W tym czasie wagnerowcy kontrolowali już Rostów nad Donem; przez kilka następnych godzin poruszali się w kierunku Moskwy całkowicie bez przeszkód.

Jednak źródła Meduzy bliskie administracji prezydenckiej twierdzą, że w południe 24 czerwca to Prigożyn sam podjął próby dotarcia na Kreml. — Próbował nawet zadzwonić do Putina, ale prezydent nie chciał z nim rozmawiać — zdradza nasz informator.

Według źródeł Meduzy zbliżonych do Kremla i rosyjskiego rządu jest prawdopodobne, że Prigożyn zdał sobie sprawę, że "przekroczył nieprzekraczalną granicę". W tym czasie najemnicy byli już niedaleko rzeki Oka — to właśnie tam armia rosyjska i Rosgwardia postanowiły zbudować pierwszą linię obrony przed wagnerowcami. Jednocześnie w pierwszych godzinach powstania, dodatkowe wsparcie (o którym Prigożyn zapewniał w swoich oświadczeniach), nie pojawiło się.

Chwilę po południu Kreml — według naszych źródeł — zdecydował się nie dążyć do "krwawego starcia". Negocjacje były prowadzone przez dużą grupę urzędników, w skład której wchodzili m.in. szef administracji prezydenckiej Anton Wajno, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Nikołaj Patruszew i ambasador Rosji na Białorusi Borys Gryzłow.

Frontmanem tej grupy był Aleksander Łukaszenko. Według źródła na Kremlu Prigożyn nalegał, aby w negocjacjach uczestniczyli "najwyżsi urzędnicy"; biorąc pod uwagę niechęć Putina do kontaktu z Prigożynem, negocjatorzy nie mieli wielu opcji.

Prigożyn spanikował. Żeby wyjść z twarzą, potrzebował ważnego powiernika, a takim okazał się właśnie Aleksander Łukaszenko, dla którego stanie się "gołąbkiem pokoju" też było na rękę. Dyktator z Białorusi będzie mógł teraz opowiadać, jak to "uratował Rosję przed rozlewem krwi i wojną domową".

W efekcie tych rozmów Prigożyn przyjął ofertę zatrzymania się. Sam założyciel wagnerowców przez cały dzień nic nie mówił na temat rozmów z dyktatorem z Białorusi (chociaż podczas swojego buntu był niezwykle gadatliwy). Wkrótce jednak wersję Mińska potwierdził rzecznik Kremla, Dmitrij Pieskow. Co więcej, według Pieskowa, Prigożyn "pojedzie na Białoruś" — a sprawa karna przeciwko niemu o bunt zostanie zakończona. Nie wiadomo, co dokładnie Prigożyn będzie robił na Białorusi.

Źródła Meduzy bliskie Kremlowi i rosyjskiemu rządowi zgadzają się, że Prigożyn stracił w wyniku swojego radykalnego działania. Został zmuszony do opuszczenia Rosji, bo Putin nie wybacza takich rzeczy. Jednocześnie nasz rozmówca nie wykluczył, że po buncie mogą nastąpić zmiany personalne w kierownictwie resortu obrony.

Na samym początku buntu gen. Siergiej Surowikin (który dowodził grupą rosyjskich żołnierzy w Ukrainie od początku października 2022 r. do początku stycznia 2023 r.) nagrał wideo, w którym wezwał wagnerowców do zatrzymania się i "pokojowego rozwiązania". Gen. Władimir Aleksiejew nagrał dokładnie to samo wideo i w tym samym miejscu: nazwał działania Prigożyna "ciosem w plecy prezydenta" i "próbą zamachu stanu".

Kilka godzin później Prigożyn spotkał się z Aleksiejewem i wiceministrem obrony Junusem-Bekiem Jewkurowem w siedzibie Południowego Okręgu Wojskowego w Rostowie nad Donem. Biznesmen powiedział im, że zamierza udać się do Moskwy i chce "załatwić szefa Sztabu Generalnego (Walerija Gierasimowa — red.) i ministra obrony Siergieja Szojgu". Z naszych informacji wynika, że podczas tego spotkania Aleksiejew miał z uśmiechem odpowiedzieć Prigożynowi: "bierz".

Jak dotąd ani Siergiej Szojgu, ani Walerij Gierasimow nie odnieśli się słowem do buntu Prigożyna. Nie wiadomo również, gdzie przebywali przez cały ten czas.

Źródło Meduza bliskie rządowi wątpi jednak, aby decyzje personalne dotyczące rosyjskiego Ministerstwa Obrony mogły zostać podjęte w najbliższym czasie: "Putin prawie nigdy nie poddaje się okolicznościom i nie ugina się pod presją".

Źródła zbliżone do Kremla przyznają jednak, że bunt osłabił pozycję Putina: "nie mógł się pogodzić z Prigożynem, ale po przemówieniu telewizyjnym zniknął". Pieskow utrzymuje, że w dniu, w którym Prigożyn ruszył na Moskwę, Putin pracował nad dokumentami na Kremlu. Tymczasem samolot Putina wyleciał z Moskwy po południu 24 czerwca i zniknął z radarów w pobliżu Tweru.

onet.pl/Meduza