piątek, 3 maja 2024


Daleko na północy Rosji w Zatoce Ura, dawnej bazie atomowych okrętów podwodnych, powstać miało rosyjskie eldorado gazowe. To tam największy prywatny koncern gazowy w Rosji i jednocześnie konkurent państwowego Gazpromu, firma Novatek, zlokalizował dwie najważniejsze instalacje do skraplania gazu ziemnego (LNG) i wysyłania go w świat: Yamal LNG i znajdującą się na drugim brzegu zatoki Arctic LNG 2.

To właśnie ta druga miała być największym zakładem upłynniania gazu w Rosji. Miała też wskrzesić topniejące w ogniu wojny marzenie Putina. Według ukutej przed najazdem na Ukrainę strategii (z zatwierdzonej 9 czerwca 2020 roku Strategii Energetycznej Federacji Rosyjskiej do 2035 roku) do 2035 roku Rosja miała produkować od 80 do nawet 140 mln ton LNG rocznie, z czego tylko w Arktyce do 91 mln ton. Inwestycje Novateku miały sprawić, że Rosja stanie się największym producentem gazu skroplonego na świecie.

Po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę Rosja, na przekór coraz bardziej dokuczliwym sankcjom, parła do realizacji projektu Arctic LNG 2 w pierwotnym kształcie, bo w nowych realiach geopolitycznych to transportowany drogą morską gaz stał się kluczowym surowcem. Po pierwsze, miał pokryć straty wynikające ze zmniejszonych dostaw na zachód Europy za pomocą rurociągów (Unia Europejska nałożyła bowiem na transportowany w ten sposób gaz sankcje, a na rosyjski LNG - nie). Po drugie, miał pomóc w ekspansji w kierunku Azji, głównie Chin i Indii.

Pierwotnie Arctic LNG 2 miał być wyposażony w trzy linie produkcyjne, a każda z nich miała upłynniać do 6,6 mln ton gazu rocznie. To dawałoby łączną moc produkowania 19,8 mln ton LNG rocznie z gazu pochodzącego ze złoża Utrienneje, znajdującego się na Półwyspie Gydańskim.

W planach była potężna infrastruktura umożliwiająca transport gazu. Jak podkreśla Grzegorz Kuczyński z Warsaw Institute, terminal miał obsługiwać dwa masowce jednocześnie i gazowce klasy lodołamaczy. Byłby oknem na Azję, ale również pomóc w usprawnieniu i zmniejszeniu kosztów transportu LNG do Europy. 

Problem w tym, że sankcje już doprowadziły do ograniczenia skali tego projektu. Novatek nie jest w stanie ukończyć inwestycji w takim kształcie, jak planował. Według doniesień rosyjskiego dziennika "Wiedomosti" i ustaleń agencji Reutersa ostatecznie konieczne będzie ograniczenie infrastruktury Arctic LNG 2 do dwóch linii produkcyjnych. To zaś wymiernie zmniejszy przepustowość do 13,2 mln ton rocznie. Choć Rosja wciąż utrzymuje retorykę sukcesu, redukcja mocy będzie oznaczać realne straty wpływów.

(...)

Z kolei Filip Rudnik z Ośrodka Studiów Wschodnich podkreśla, że decyzja o ograniczeniu mocy Arctic LNG 2 jest próbą dostosowania się do ograniczeń wynikających z amerykańskich sankcji, które zmusiły spółkę do wyhamowania tempa działalności.

"Produkcja była stopniowo zmniejszana. Ta negatywna tendencja odbija się na całej produkcji Novateku i notuje się spadek jej dynamiki wzrostu. Według oficjalnych danych w I kwartale 2024 roku zakład wyprodukował 21,12 mld m sześc. LNG, co oznacza niewielki wzrost o 1,2 proc. rok do roku" - wylicza Rudnik w analizie opublikowanej na stronie internetowej OSW.

"Amerykańskie sankcje uniemożliwiły transfer sześciu gazowców klasy Arc 7, które zbudowano w stoczni Hanwha w Korei Południowej. Trzy z nich przeznaczone były dla Sovkomflot, trzy pozostałe dla japońskich Mitsui OSK Lines, ale wszystkie miały służyć do transportu LNG produkowanego w zakładach Novateku" - tłumaczy Rudnik. "W obawie przed wtórnymi sankcjami stocznia zawiesiła także prace nad kolejnymi 10 statkami przeznaczonymi dla Arctic LNG 2" - wyjaśnia ekspert. Tymczasem Rosja potrzebuje co najmniej 13 takich jednostek do obsługi terminala arktycznego LNG.

money.pl

Pożar w Domu Związków Zawodowych był kulminacją konfrontacji na ulicach Odessy między zwolennikami zjednoczonej Ukrainy a prorosyjskimi aktywistami. W tym czasie Rosja zaanektowała już Krym. Uzbrojeni separatyści zajęli miasta w obwodach donieckim i ługańskim, zabijając urzędników państwowych i lokalnych aktywistów, którzy stawiali im opór. W kwietniu proklamowano Doniecką, Ługańską i Charkowską Republiki Ludowe, z których władze ukraińskie były w stanie szybko zlikwidować tylko tę ostatnią.

Do niepokojów doszło także w Odessie. Obóz prorosyjskiego ruchu Antymajdan stanął na Kulikowym Polu, placu przed Domem Związków Zawodowych. Na tym tle 2 maja kibice odeskiego klubu sportowego Czernomoriec i charkowskiego klubu Metalista postanowili zorganizować wspólny marsz "Za Zjednoczoną Ukrainę" przed meczem o mistrzostwo kraju w piłce nożnej. Do akcji przyłączyły się inne organizacje i aktywiści lokalnego Euromajdanu.

Według organizatorów demonstracji dzień wcześniej uzgodnili oni trasę z przedstawicielami Antymajdanu, by uniknąć starć. Ci z kolei obiecali nie organizować kontrdemonstracji. Jednak nie wszystkie siły prorosyjskie uznały te ustalenia.

Marsz "Za Zjednoczoną Ukrainę" rozpoczął się ok. godz. 15. Pierwsze starcia miały miejsce na placu Greckim, około 2,5 km od Domu Związków Zawodowych. Aktywiści obu stron rzucali w siebie kamieniami, środkami pirotechnicznymi i koktajlami Mołotowa, rozbijali witryny sklepowe, przystanki i samochody. Użyto również broni palnej. Zginęło sześć osób, w tym aktywista Euromajdanu Andriej Biriukow i członek skrajnie prawicowego ukraińskiego Prawego Sektora Igor Iwanow.

Masowe zamieszki w centrum Odessy trwały około sześciu godzin — i rozprzestrzeniły się na Kulikowe Pole. Kibice szturmowali miasteczko namiotowe aktywistów Antymajdanu. 300-350 aktywistów tego ruchu schroniło się w Domu Związków Zawodowych.

Niektórzy z nich wnieśli z ulicy do budynku resztki drewnianych barykad, a także kanistry i agregaty prądotwórcze z benzyną. Uczestnicy konfrontacji kontynuowali obrzucanie się koktajlami Mołotowa — i wkrótce w Domu Związków Zawodowych wybuchł pożar. Dziesiątki osób zostało uwięzionych w budynku. 32 osoby zmarły w wyniku zatrucia tlenkiem węgla, a 10 kolejnych wyskoczyło przez okna i zginęło. Ratownicy dotarli na miejsce dopiero pół godziny po wybuchu pożaru.

(...)

Przekształcenie bardzo realnego pożaru i śmierci bardzo realnych ludzi w mit rozpoczęło się niemal natychmiast po 2 maja 2014 r. Nieodzownym elementem propagandowego pompowania był kontrast między mieszkańcami Odessy, którzy rzekomo byli prorosyjscy i martwili się o status języka rosyjskiego w Ukrainie, a "faszystowskimi radykałami", którzy przybyli z Kijowa i Lwowa, by ich zabić. Nigdy wcześniej rosyjscy propagandyści nie używali dehumanizującej retoryki wobec Ukrainy tak chętnie i rażąco.

W rosyjskiej telewizji Dom Związków Zawodowych w Odessie został natychmiast porównany do Chatynia. Rosjanom wrzucono tak wiele różnych i często sprzecznych wersji tego, co się wydarzyło w Odessie, że widzowie nie mieli możliwości odróżnienia faktów od fikcji. Opowiadano, że członkowie Prawego Sektora szturmowali budynek, zabijając, gwałcąc, torturując i rozczłonkowując mężczyzn, kobiety i dzieci. Pożar został opisany jako "zaplanowana masakra" poprzedzona "rozkazem zniszczenia", a także jako "mord rytualny" i "specjalna operacja satanistyczna". Pojawiła się również historia o ciężarnej kobiecie rzekomo spalonej żywcem — analogiczna do fałszywki o ukrzyżowanym chłopcu, która pojawiła się kilka miesięcy później.

Badacze dezinformacji uważają, że to właśnie ta i podobne kampanie propagandowe normalizowały radykalne antyzachodnie i antyukraińskie postawy oraz promowały poparcie dla samozwańczych republik ludowych w obwodach donieckim i ługańskim. Wielu rosyjskich ochotników twierdzi, że to właśnie "Odeski Chatyn" przekonał ich do walki w Donbasie.

onet.pl

Ukraińcy otrzymali 31 Abramsów w wersji M1A1SA. Trafiły na stan 47. Samodzielnej Brygady Zmechanizowanej, która od lutego wykorzystywała czołgi na najtrudniejszym odcinku pod Awdijiwką i Berdyczami. Ukraińcy w ciągu dwóch miesięcy stracili prawdopodobnie cztery pojazdy. Dwa zostały poważnie uszkodzone i nie wiadomo, czy nadają się do remontu, a dwa kolejne uszkodzone i porzucone przez załogi. W tym przypadku bardzo trudno będzie odzyskać pojazdy, które utknęły na ziemi niczyjej.

26 lutego rosyjski bezzałogowiec trafił w magazyn amunicji jednego z Abramsów. Znajduje się on w tyle wieży. Uderzenie doprowadziło do zapłonu amunicji, jednak wóz w żaden inny sposób nie został uszkodzony. Spanikowana załoga opuściła pojazd i wycofała się. Wszystko wskazuje, że prócz wypalenia amunicji, wóz nie odniósł żadnych innych uszkodzeń i gdyby załoga nie spanikowała, mogłaby się bezpiecznie wycofać. Dopiero po porzuceniu pojazdu, Rosjanie kilka razy ponownie trafili bezbronny czołg.

Z kolei 3, 5 i 10 marca załogi porzuciły Abramsy, które zostały lekko uszkodzone. Jeden po wjechaniu na minę stracił gąsienicę, pozostałe dwa – trafione przeciwpancernymi pociskami kierowanymi 9M133 Kornet. W obu przypadkach nie doszło do przebicia pancerza burtowego, jednak załogi porzuciły pojazdy.

Być może wynika to z doświadczeń ukraińskich pancerniaków, którzy wcześniej służyli na czołgach radzieckiej konstrukcji. Dla nich takie ciosy byłyby najpewniej śmiertelne. Po penetracji kadłuba następuje reakcja łańcuchowa – eksplozja ładunków w nieosłoniętym pancerzem magazynie karuzelowym wyrywa z pojazdu wieżę, wyrzucając ją w powietrze.

Działa to dokładnie tak samo, jak w dziecięcych zabawkach – im większe ciśnienie, tym korek leci dalej. Skutki eksplozji amunicji widać na wielu nagraniach z frontu – wyrzucone z ogromną siłą wieże biją rekordy w wysokości i odległości lotu. Oczywiście załoga takiej maszyny ginęła natychmiast, chyba że eksplozja następowała już po opuszczeniu przez nią pojazdu.

Wspomniane już zachodnie rozwiązanie – amunicja w pancernym magazynie – zapobiega takim sytuacjom. Znakomitym przykładem działania systemu jest trafienie pojazdu z 26 lutego, który otrzymał bezpośrednie trafienie w magazyn amunicji, a mimo to załoga przeżyła.

Wynika to z zachodniej doktryny wojennej – załoga ma przeżyć, jej wyszkolenie jest kosztowne i czasochłonne. W przypadku ukraińskich Abramsów to się udało. Ba, trafione czołgi mimo zniszczeń wciąż nadawały się do bezpiecznego wycofania z pola walki. To, że do tego nie doszło, wynika z niskiego wyszkolenia ukraińskich pancerniaków i skandalicznych wręcz błędów w taktyce użycia czołgów.

Wielokrotnie na nagraniach można było zauważyć czołgi atakujące bez wsparcia bojowych wozów piechoty, a nawet bez samej piechoty. Umożliwia to podejście przeciwnikowi na niewielką odległość i odpalenie pocisku przeciwpancernego wprost w najsłabiej chronione boki i tył.

Na opublikowanych w sieci filmach wyraźnie widać, że Ukraińcy prowadzą ogień z nieprzygotowanych, odsłoniętych pozycji, nie zmieniają miejsca po oddanym strzale, narażając się na zniszczenie pojazdu.

26 kwietnia agencja prasowa Associated Press poinformowała, że 47. Brygada tymczasowo wycofała z walk pozostałe Abramsy ze względu na zagrożenie ze strony rosyjskich bezzałogowców i amunicji krążącej. Nieoficjalnie mówi się jednak, że głównym celem jest zmiana taktyki działania Abramsów na polu walki.

onet.pl