czwartek, 7 marca 2019


- Lekarze poznają pracowników po stopach. Są często owrzodzone. Pracownicy mają otwarte rany, problemy z kręgosłupem, depresję. Nie biorą zwolnień, bo to się kończy wyrzuceniem z pracy - (...)


- Co miesiąc trzeba wyrobić większą normę. Jeżeli komuś nie uda się cztery razy, zostaje zwolniony. Pracownik "robi" 20 km dziennie - (...)

Jak mówiła, firmy takie jak Amazon szantażują państwa, wymuszając na nich swoje zasady traktowania pracowników. Dziennikarka tłumaczyła, że korzystają one z różnych luk prawnych. Mogą ustalać sobie dowolne normy pracy, bo kodeks pracy tego nie reguluje, a PIP nie ma narzędzi, żeby kontrolować.

Jak to wygląda w praktyce, wyjaśniał w TOK FM Grzegorz Ilnicki z Ogólnopolskiego Pracowniczego Związku Zawodowego Konfederacja Pracy

- Wątki dotyczące naruszania praw pracy funkcjonują w wysublimowany sposób. Amazon, kiedy broni się przed oskarżeniami, pokazuje czyste hale i mówi "zobaczcie, to wcale nie wygląda tak źle".

- A problem polega na wyśrubowanych normach pracy, czyli liczbie czynności, które trzeba wykonać w określonym czasie - mówił Ilnicki.

Tłumaczył, że Kodeks pracy mówi, że normy są ustalane z uwzględnieniem osiągniętego poziomu techniki i organizacji pracy. Mogą być one zmieniane w miarę wdrażania technicznych i organizacyjnych usprawnień zapewniających wzrost wydajności pracy.

- Co takiego dzieje się z kwartału na kwartał, co usprawiedliwiałoby mówienie ludziom, że muszą pracować wydajniej? - pytał retorycznie.

(...)

Przypomnijmy - Jeff Bezos, założyciel i największy udziałowiec Amazona, jest na pierwszym miejscu listy najbogatszych ludzi świata sporządzonej przez Bloomberga. Jego pracownicy nie są jednak zadowoleni ze sposobu, w jaki firma pomnaża swoją fortunę. Stworzyli międzynarodową akcję protestacyjną.

W ubiegłym tygodniu, w czasie Prime Day, czyli dni specjalnych wyprzedaży,  pracownicy w kilku krajach w Europie uzgodnili, że przeprowadzą akcje protestacyjne. W Hiszpanii w strajku wzięło udział 1800 osób, w Niemczech strajkowało już osiem centrów logistycznych.

tokfm.pl

Liczne afisze, które rozwieszono na ulicach Budapesztu, przyciągały wzrok już od kilku miesięcy. Na zarys Królestwa Węgier – które do 1918 r. rozciągało się od Adriatyku aż po Siedmiogród – nałożono współczesne granice kraju w kolorze krwistej czerwieni. W ten sposób zachęcano mieszkańców stolicy do przyjścia na pl. Bohaterów, by obejrzeli plenerową „Rock operę o Trianon” opowiadającą o traktacie, na mocy którego po I wojnie światowej państwo utraciło 72 proc. terytorium i 64 proc. ludności.

Widowisko, wystawione na początku czerwca w 98. rocznicę podpisania układu, przygotowano z rozmachem. Cztery sceny, fajerwerki, 20 aktorów, 200 tancerzy i ponad 100 statystów, do tego konie, motocykle oraz samochody. Nie zabrakło również admirała Miklósa Horthyego, który pojawił się na scenie dwukrotnie. Pierwszy raz na białym koniu, co symbolizowało jego wjazd do Budapesztu 16 listopada 1919 r. To zdarzenie oznaczało przejęcie przez niego władzy i koniec Węgierskiej Republiki Rad. Drugi raz, kiedy w tle odtwarzano jego słowa z 1938 r. Regent oznajmiał w przemówieniu, że po arbitrażu wiedeńskim należące do Czechosłowacji Koszyce wracają do Węgier. Obydwu momentom towarzyszyły brawa kilku tysięcy widzów, choć jest postacią niejednoznaczną. Po II wojnie światowej skazano go na zapomnienie jako sojusznika III Rzeszy, ale od 2010 r., od wygranych przez Fidesz wyborów, przywraca się pamięć o nim i o jego epoce. Przed rokiem premier Viktor Orbán nazwał regenta „wyjątkowym węgierskim patriotą”.

forsal.pl

Wczoraj dziennikarz Fox News zapytał Donalda Trumpa: „Dlaczego mój syn miałby jechać do Czarnogóry, by bronić jej przed napaścią”. – Rozumiem, co mówisz. Sam zadaję sobie to pytanie. (Czarnogórcy – red.) to bardzo silni ludzie. Mogą stać się agresywni i gratulacje, mamy III wojnę światową – odpowiedział prezydent USA. Tymczasem w stołecznej Podgoricy trwa proces najemników, którzy w 2016 r., u progu sfinalizowania procesu akcesji do NATO, próbowali dokonać tam prorosyjskiego zamachu stanu. Rosja wszystkiemu zaprzecza.

Właściciel piłkarskiego klubu PAOK Saloniki Iwan Sawwidi, w Grecji znany jako Sawidis, trafił na czołówki portali w marcu 2018 r., gdy wtargnął z bronią w ręku na boisko i groził śmiercią sędziemu podczas ligowego meczu z AEK Ateny. Ten urodzony w greckiej wiosce w Gruzji biznesmen jest najbogatszym rosyjskim Grekiem. Dobry znajomy prezydenta Władimira Putina przez osiem lat był deputowanym do rosyjskiej Dumy z ramienia kremlowskiej Jednej Rosji. W Grecji poza klubem piłkarskim inwestuje także w miejscowe media. Wspiera prowadzącą w sondażach konserwatywną Nową Demokrację (ND).

ND sprzeciwia się porozumieniu zawartemu w czerwcu przez lewicowego premiera Aleksisa Tsiprasa z jego macedońskim odpowiednikiem Zoranem Zaewem. Układ, na którego mocy postjugosłowiańskie państwo przybiera nazwę Macedonii Północnej, a Ateny w zamian odblokowują jego starania o wejście do NATO i UE, został zgodnie oprotestowany przez opozycję w obu państwach. Tsipras musiał się zmierzyć ze zgłoszonym przez ND wnioskiem o wotum nieufności, a neonazistowski poseł Konstandinos Barbarusis nawoływał nawet do wojskowego puczu. Zaew zaś musiał obalić w parlamencie weto wywodzącego się z opozycji prezydenta Dźorgego Iwanowa.

dziennik.pl

Proceder wywożenia z ziem polskich młodych dziewcząt i sprzedawania ich do domów publicznych całego świata, mimo działań podejmowanych przez społeczników i policję, trwał w latach 20. w najlepsze. Rozpoczął się w latach 60. XIX w., kiedy wielkie porty oceaniczne zostały połączone liniami kursujących regularnie parowców. Obie Ameryki ściągały wtedy z Europy miliony poszukujących pracy imigrantów, wśród których przeważali samotni mężczyźni. W miastach Argentyny, Brazylii, Chile, Stanów Zjednoczonych czy Kanady powstawały niezliczone burdele wszelkich kategorii: od pośpiesznie skleconych bud i namiotów, w których niewykwalifikowani robotnicy płacili za kwadrans z dziewczyną, po wykończone marmurami, kryształami i czerwonym pluszem pałace rozpusty. Brytyjscy dżentelmeni wysyłani do miast kolonii imperium: Kalkuty, Bombaju, Johannesburga, a także do europejskich faktorii handlowych w krajach Dalekiego Wschodu: Szanghaju, Pekinu, Jokohamy, domagali się od przedsiębiorców oferujących usługi seksualne, aby w ofercie mieli przede wszystkim białe dziewczęta.

Otworzył się gigantyczny globalny rynek usług seksualnych, z ogromnym zapotrzebowaniem na pracujące niewolniczo lub półniewolniczo młode kobiety. Początkowo były zwożone przez alfonsów z całej Europy: z Anglii, Francji, Niemiec, Belgii i Holandii. Jednak w tych krajach protestancka i katolicka opinia publiczna bardzo szybko zaczęła się domagać od władz państwowych zdecydowanych działań, by ukrócić zamorski „handel dziewczęcym mięsem”, jak ów proceder wtedy nazywano. Powstały liczne państwowe, wyznaniowe i społeczne organizacje, zazwyczaj sprawnie funkcjonujące, podpisywano międzynarodowe konwencje.

Jednak Rosja nie uczestniczyła w międzynarodowych działaniach zmierzających do ograniczenia zjawiska, Austro-Węgry zaś nie wykazywały specjalnego zaangażowania. Dlaczego? W Rosji porywaniem i wywozem dziewcząt zajęły się żydowskie szajki działające przede wszystkim na ziemiach polskich, gdzie władze rosyjskie ustaliły strefy osiedlenia dla Żydów przepędzanych z innych rejonów imperium. Urzędnicy i policjanci, zgodnie z oficjalną doktryną rosyjskiego państwowego antysemityzmu, nie widzieli powodu, żeby powstrzymywać gangi wywożące w siną dal, najczęściej już na zawsze, żydowskie dziewczęta. Austriacy również chętnie pozbywali się Żydów, niezależnie od płci i wieku. Wkrótce zresztą do żydowskich stręczycieli dołączyli polscy koledzy, pozyskujący dla zamorskich lupanarów katolickie dziewczęta (w Ameryce Południowej, Azji i Afryce najwięcej płacono za blondynki o jasnej skórze), lecz dla władz rosyjskich i austriackich wciąż nie było to powodem do podejmowania działań zapobiegawczych.

tygodnikprzeglad.pl