poniedziałek, 4 maja 2026



by to zrozumieć, trzeba się cofnąć do 25 listopada 2006 r., kiedy został zatrzymany na Litwie prowadzący działania wywiadowcze przeciwko Polsce obywatel Białorusi Siergiej Monicz. Po przekazaniu Polsce został on skazany w naszym kraju na 5,5 roku więzienia.

W praktyce tajnych służb zasadą jest, że doprowadza się do wymian szpiegów, przy czym nie zawsze są to wymiany jednych agentów na drugich. Czasem w zamian za osobę idzie się na ustępstwa natury politycznej. Praktyka ta ma na celu zmniejszenie ceny, którą płacą współpracownicy własnych służb w razie złapania na terytorium przeciwnika.

Zgodnie z tą zasadą białoruskie władze bardzo intensywnie starały się doprowadzić do wymiany Monicza. Oferty składane przez Mińsk były bardzo hojne. Więcej na ten temat niestety nie mogę napisać, gdyż w tamtym okresie nie byłem jeszcze dziennikarzem, a dyplomatą i pełniłem funkcję chargé d’affaires RP na Białorusi. Wiąże mnie więc tajemnica państwowa.

Mogę natomiast napisać, tajemnicy nie łamiąc, że gdy Polska nie zgodziła się na proponowane przez stronę białoruską rozwiązania, ówczesny szef administracji prezydenta Białorusi, czyli tak naprawdę człowiek numer dwa w państwie, Władimir Makiej, powiedział mi, że Białorusini zapamiętają to, że Polska nie zgodziła się na wymianę i w swoim czasie się zemszczą.

Siergiej Monicz postanowieniem Sądu Okręgowego w Warszawie został warunkowo zwolniony z więzienia 28 grudnia 2011 r. Postanowienie sądu publikujemy dzięki uprzejmości dziennikarza śledczego Jarosława Jakimczyka, który zdjęcie postanowienia sądu udostępnił redakcji Onetu.
Siergiej Monicz w polskim więzieniu spędził dokładnie 1859 dni. To bardzo ważny fakt.

Andrzej Poczobut, który w odróżnieniu od Monicza szpiegiem nie był, został aresztowany 25 marca 2021 r. Wolność odzyskał 28 kwietnia 2026 r. W więzieniu spędził więc… 1859 dni.

O tę zbieżność Onet spytał dwóch byłych szefów polskich służb specjalnych, wywodzących się z dwóch całkowicie przeciwnych obozów politycznych. Zarówno były szef Wojskowych Służb Informacyjnych, gen. Marek Dukaczewski, jak i były szef Agencji Wywiadu, płk Grzegorz Małecki, zgodnie stwierdzili, że zasadą poradzieckich służb specjalnych jest to, że z zemsty nie rezygnują nigdy, ale też że zemsta realizowana jest w tak precyzyjny i wręcz lustrzany sposób, by druga strona wiedziała, że jest to zemsta i za co.

W opinii obydwu rozmówców fakt, iż Białorusini zwolnili Poczobuta po dokładnie tylu dniach pozbawienia wolności, ile spędził w polskim więzieniu Monicz, nie może być przypadkiem.

onet.pl


Prokuratura Generalna złożyła pozew o przejęcie na rzecz państwa pakietu kontrolnego akcji Rusagro — jednego z największych w kraju holdingów agroprzemysłowych, który zajmuje drugie miejsce w produkcji wieprzowiny, trzecie w produkcji cukru i posiada ponad 700 tys. ha ziemi rolnej.

Pozew dotyczący przejęcia 469 mln akcji Rusagro (ok. 49 proc. kapitału) od założyciela i głównego właściciela spółki, Wadima Moszkowicza, trafił do sądu rejonowego w moskiewskiej dzielnicy Chamowniki.

58-letni Moszkowicz, należący do grona 60 najbogatszych ludzi w Rosji z majątkiem szacowanym na 2 mld 900 mln dol. (prawie 12 mld zł), od wiosny ubiegłego roku przebywa w areszcie śledczym pod zarzutami oszustwa i wręczania łapówek.

Sukces ma wielu ojców, ale w Rosji jednego właściciela. Zwłaszcza gdy chodzi o naprawdę duże pieniądze.

Prokuratura domaga się konfiskaty akcji Rusagro należących bezpośrednio do Moszkowicza, a także tych zapisanych na jego żonę, partnerów biznesowych oraz powiązane z nim podmioty.

Ponadto państwo planuje przejąć jego środki finansowe w wysokości 14 mld rubli (ok. 630 mln zł), w tym gotówkę zabezpieczoną podczas przeszukania:
  • 29 mln 300 tys. rubli (ok. 1 mln 320 tys. zł),
  • 1 mln 800 tys. dol. (ok. 7 mln 200 tys. zł)
  • oraz 1 mln 600 tys. euro (prawie 7 mln zł).
Pełniąc funkcję senatora z obwodu biełgorodzkiego w latach 2006–2014, Moszkowicz — jak wynika z pozwu Prokuratury Generalnej — miał w szerokim zakresie wykorzystywać swoje wpływy polityczne oraz dostęp do aparatu administracyjnego państwa, aby wspierać rozwój własnego imperium biznesowego.

Chodziło nie tylko o formalne decyzje, ale również o nieformalne oddziaływanie na urzędników i instytucje publiczne, co pozwalało mu kształtować korzystne dla siebie rozstrzygnięcia. W szczególności miał doprowadzić do przekazania na rzecz powiązanych z nim podmiotów rozległych terenów rolnych w regionie, często na preferencyjnych warunkach lub w trybie budzącym wątpliwości.

W efekcie tych działań zasoby ziemi należące do Rusagro — czyli tzw. bank ziemi spółki — zwiększyły się aż dziesięciokrotnie, co znacząco umocniło jej pozycję na rynku i umożliwiło dynamiczną ekspansję działalności.

Dodatkowo, według materiałów sprawy przywoływanych przez agencję Interfaks, Moszkowicz miał stosować mechanizmy pozwalające na transferowanie znacznej części zysków spółki poza granice kraju. W praktyce oznaczało to korzystanie z sieci podmiotów zarejestrowanych w jurysdykcjach offshore, które służyły jako pośrednicy w przepływie środków finansowych.

Tego rodzaju struktury umożliwiają ograniczenie obciążeń podatkowych, ale w tym przypadku — jak twierdzi prokuratura — ich posiadanie i kontrola nie były ujawniane w oficjalnych deklaracjach podatkowych. W rezultacie część dochodów mogła pozostawać poza rosyjskim systemem fiskalnym, co stanowi jeden z kluczowych zarzutów w toczącym się postępowaniu.

Aktywami Moszkowicza zainteresowany jest klan Patruszewów, który — jak wcześniej informowało źródło "Nowej Gaziety" na rynku rolnym — dąży do przejmowania dużych przedsiębiorstw z sektora spożywczego i rolniczego. Według tego źródła Rusagro, z rocznymi przychodami rzędu 400 mld rubli (ok. 18 mld zł) i kapitalizacją sięgającą niemal 100 mld rubli (ok. 4 mld 500 mln zł), od dawna była celem potencjalnej konfiskaty.

Pod naciskiem władz, które wpisały Rusagro na listę przedsiębiorstw strategicznych i groziły uznaniem samego Moszkowicza za "zagranicznego agenta", biznesmen dobrowolnie przeniósł swoje aktywa z Cypru do Rosji.

Nie uchroniło go to jednak przed konfiskatą, która może stać się jedną z największych od początku wojny.

Łącznie fala nacjonalizacji prywatnego biznesu w latach 2022–2025 objęła przedsiębiorstwa o łącznej wartości 4 bln rubli (ok. 180 mld zł) — informował w marcu prokurator generalny Aleksandr Gucan.

Wśród nich znalazło się około trzydziestu "strategicznych przedsiębiorstw" o wartości 2 bln 500 mld rubli (ok. 112 mld 500 mln zł). Według danych Rosimienia, do połowy marca 2026 r. w Rosji znacjonalizowano łącznie 805 firm.

onet.pl\The Moscow Times


Dowódca systemów bezzałogowych obrony powietrznej płk J.A. Czerewaszenko i rzecznik sił powietrznych, płk Jurij Ihnat dla Reuters.

Skuteczność systemów wojny elektronicznej, które zakłócają nawigację Shahedów, jest różna, ale w niektóre noce są one w stanie zneutralizować  niemal połowę dronów wystrzelonych w trakcie. Drony przechwytujące zestrzeliwują obecnie 40 proc. rosyjskich dronów typu Shahed i innych dalekiego zasięgu  To wzrost w porównaniu z około 25 proc. zimą. Ukraińskie myśliwce F-16 również biorą udział w obronie i każdy z nich może zestrzelić nawet 10 Shahedów w ciągu jednej nocy. Jednym z największych wyzwań jest wykorzystywanie przez Rosję sztucznej inteligencji do tworzenia nowych tras lotu i taktyk, co utrudnia Ukrainie nadążanie za zmianami. Zwrócił też uwagę na stosowanie przez Rosjan „sieci mesh”, w których grupa dronów działa jako przekaźniki sygnału dla siebie nawzajem. Dzięki temu tworzą sieć rozciągającą się na ponad 120 km, co pozwala im pokonywać ukraińskie zakłócanie nawigacji. Pozytywnym aspektem jest to, że ukraińskie wysiłki w zakresie przechwytywania dronów zyskały nieoczekiwane wsparcie dzięki pracy zdalnej. Niektórzy z najlepszych pilotów latają teraz dronami-interceptorami zdalnie, przez łącze internetowe, z różnych regionów Ukrainy, błyskawicznie przełączając się między obrazami z kamer. Personel naziemny przygotowuje drony i anteny, ale sam pilot może znajdować się w dowolnym miejscu.

x.com/wojtekfalco


Armia nie radzi sobie z falą grabieży mienia cywilnego przez żołnierzy w Libanie i Strefie Gazy - informuje izraelski portal Ynet. Z relacji rezerwistów wynika, że rabunek opuszczonych domów odbywa się rutynowo, a dowództwo nie podejmuje działań dyscyplinarnych.

Według relacji publikowanych przez izraelskie media - zarówno liberalny i niszowy dziennik "Haarec", jak i najbardziej popularny izraelski portal Ynet - żołnierze wynoszą z libańskich wiosek niemal wszystko.

Na listach skradzionych przedmiotów znajdują się telewizory, motocykle, dywany, obrazy, sofy, pościel, a także sprzęt kuchenny, taki jak lodówki, tostery, czajniki, miksery, a nawet filiżanki. Jeden z żołnierzy rezerwy opisał, że widział jednostki ładujące na pojazdy całe zestawy mebli oraz biżuterię, a w innym wyznaniu pojawiła się informacja o kradzieży sztabek złota, kocy oraz prywatnych zdjęć.

Żołnierze wypowiadający się anonimowo dla izraelskich mediów opisują proceder jako jawny.

"Każdy, kto coś bierze - telewizory, papierosy, narzędzia - po prostu wkłada to do swojego pojazdu. Nikt tego nie ukrywa, wszyscy to widzą i rozumieją" - relacjonuje jeden z mundurowych w "Haarecu".

"W Strefie Gazy ktoś wsiadł do ciężarówki z kanapą, doszło tam do szalonej bójki. (…) Siedem miesięcy temu każda jednostka umeblowała sobie pomieszczenia wspólne sprzętami ze Strefy, całymi kompletami wypoczynkowymi" - powiedział inny żołnierz portalowi Ynet.

Podczas wojny w Strefie Gazy zjawisko grabieży miało osłabnąć - według źródeł Ynetu - jednak nie z powodu zaostrzenia rozkazów, lecz dlatego, że "zostało mało do zabrania".

Szef Sztabu Generalnego, Ejal Zamir, pod koniec kwietnia potępił rabunki, nazywając je "moralną plamą", jednak mimo tych deklaracji, żołnierze twierdzą, że dyscyplina nie jest egzekwowana. Choć niektórzy dowódcy niższego szczebla próbują interweniować - grożąc m.in. usunięciem z jednostki - większość ma przymyka oko na zachowanie podwładnych - wynika z raportu Ynet.

"Haarec" podkreśla, że dowódcy obawiają się wyciągania surowych konsekwencji wobec rezerwistów, by nie zniechęcać ich do służby, w czasie, kiedy armia odczuwa braki kadrowe. W efekcie, punkty kontrolne na granicy z Libanem, które miały zapobiegać wywożeniu łupów do Izraela, w wielu miejscach zostały zlikwidowane lub działają jedynie fasadowo.

Żołnierze tłumaczą swoje zachowanie na kilka sposobów. Wielu uważa, że skoro domy i tak zostaną zburzone lub zbombardowane, zabranie z nich mienia nie stanowi realnej szkody, inni postrzegają grabież jako formę "rekompensaty" za trudy wojny i osobiste koszty, jakie ponoszą jako rezerwiści.

Komentatorzy zauważają, że zjawisko grabieży to nie jest nowe w historii wojen toczonych przez Izrael. Podobne incydenty odnotowywano podczas konfliktów w 1948, 1956, 1967 roku oraz podczas pierwszej wojny libańskiej w 1982 roku. Zdaniem "Haareca" obecny problem wyróżnia się systemową biernością państwa. Rząd, choć oficjalnie nie zachęca do grabieży, nie podejmuje też realnych kroków, by je powstrzymać.

Oficjalne dane wojska mogą budzić wątpliwości co do skuteczności śledztw - w 2024 roku wpłynęło jedynie dziewięć zgłoszeń dotyczących grabieży w Strefie Gazy, z czego tylko jedno zakończyło się aktem oskarżenia - podał Ynet.

(...)

Z kolei trwająca obecnie izraelska inwazja na Liban jest związana z szerszą eskalacją po atakach USA i Izraela na Iran 28 lutego, po których libański Hezbollah włączył się do walk po stronie Teheranu.

PAP