czwartek, 20 czerwca 2019
„Etatyzm polega w Polsce na nadmiernej rozbudowie gospodarki państwowej oraz na wciskającej się we wszystkie tryby życia gospodarczego interwencji państwa. (…) Wszystkie działy etatyzmu wyrażają się w niesłychanej ilości więzów, nakazów i zakazów” – narzekał na łamach miesięcznika „Prąd” w 1929 r. prof. Adam Heydel. Zdaniem znanego ekonomisty pęd obozu sanacyjnego do obejmowania kontroli nad kolejnymi obszarami gospodarki wynikał przede wszystkim z uwarunkowań społecznych. „Struktura socjalna Polski to mieszanina trzech typów: szlachcica, inteligenta urzędnika i inteligenta z wolnego zawodu. Żaden z nich nie jest typem gospodarza przedsiębiorcy w nowoczesnem tego słowa znaczeniu” – pisał w artykule pt. „Dążności etatystyczne w Polsce” prof. Heydel. Przy czym nie widział żadnej siły zdolnej w II RP zapobiec triumfalnemu pochodowi etatyzmu. „Ideologja feudalna, kult tradycji, tradycyjnego sposobu życia i stopy życiowej, traktowanie ziemi nie jako warsztatu zarobkowego, ale irracjonalnie, z punktu widzenia sentymentu lub ambicji, charakteryzuje często nawet współczesnego ziemianina. Urzędnik nastawiony jest oczywiście etatystycznie. Im więcej ma inicjatywy, ambicji, energji tem silniej chce zaznaczyć swoją indywidualność. Wraz z inteligentem z wolnego zawodu ma na pół, lub zupełnie socjalistyczną wiarę w państwo, myśl «państwowo-twórczą». Wszystkim tym trzem przeważającym w Polsce typom wspólne jest jedno: pogarda dla zysku, dla dorobkiewiczostwa” – podkreślał prof. Heydel.
forsal.pl
„Przed domem nagle padł strzał skierowany z tyłu do Huberta Lindego. Strzał był wymierzony w głowę” – donosił „Głos Polski” 18 kwietnia 1926 r. Dzień wcześniej byłego prezesa PKO zastrzelił w Warszawie sierżant Wacław Trzmielowski. Opinia publiczna bardzo szybko opowiedziała się po stronie mordercy, bo Linde kojarzył się obywatelom z bankowością, czyli wszystkim, co najgorsze. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej, pod koniec lata 1925 r., krajem wstrząsnął potężny kryzys. Po ujawnieniu przez prasę malwersacji w jednym z lwowskich banków ludzie ruszyli do kas, żeby wycofać swoje oszczędności. Większości się to nie udało, bo bank upadł. Wkrótce podobna panika ogarnęła klientów innych instytucji finansowych i rozlała się na cały kraj. Rząd Władysława Grabskiego i powołany do życia Bank Polski SA, mający status banku centralnego, wcześniej potrafiły poradzić sobie z hiperinflacją, lecz te zdarzenia ich przerosły. Nim nadeszła zima, upadło w II RP jakieś trzy czwarte prywatnych instytucji finansowych i kryzys sam wygasł. Obywatele stracili jednak większość oszczędności, nabierający rozpędu wzrost gospodarczy się załamał, również złotówka uległa dewaluacji. Na koniec upadł i rząd Grabskiego.
Wkrótce potem podejrzenia zwykłych ludzi, że bankierzy to oszuści, potwierdziły opisane w lewicowej prasie nadużycia Huberta Lindego, byłego ministra skarbu z czasów premierostwa Witosa. Związany ze środowiskami endeckimi ekonomista podczas krachu kierował państwową Pocztową Kasą Oszczędności. Jak wykryła kontrola NIK, główną troską prezesa było zapewnienie bratu oraz politycznym przyjaciołom posad w zarządzanej przez siebie instytucji. Ponadto inspektorzy zarzucili Lindemu niegospodarność, podejrzewając go nawet o świadome wyprowadzanie pieniędzy z PKO. Były minister skarbu stanął przed sądem, lecz nim zapadł wyrok, karę wymierzył zawodowy żołnierz, sierżant Trzmielowski. „Przesiadywał na procesie, słuchał mów obrońców i replik, doszedł do wniosku, że Linde może być zbyt łagodnie ukarany, wobec tego, jak oświadczył, dla dobra ojczyzny postanowił popełnić zbrodnię” – relacjonował „Głos Polski” zeznania zabójcy.
Wiosną 1926 r. odczucia sierżanta Trzmielowskiego podzielały rzesze obywateli tęskniących za tym, żeby wreszcie w kraju przejął władzę ktoś, kto przywróci poczucie sprawiedliwości. Głównym kandydatem na przywódcę był oczywiście Józef Piłsudski. Nigdy nie wątpiono w jego uczciwość, a na dodatek – po wycofaniu się z życia politycznego – żył skromnie w podarowanym mu przez społeczeństwo dworku w Sulejówku. To kontrastowało ze stylem życia elity rządzącej. „Panowie generałowie siedzący na dobrach kupionych za bezcen, panowie politycy robiący interesy na swoim wpływie publicznym, panowie urzędnicy zabezpieczający sobie przezornie znakomicie płatne posady w koncernach i towarzystwach akcyjnych, jakże musicie pogardzać tym litewskim odludkiem, do którego czystych i pięknych rąk nie przylgnął żaden grosz publiczny” – wyliczał w książce „Wielki człowiek w Polsce” przywódca socjalistów Ignacy Daszyński.
forsal.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)