Urzędnik z Pałacu Prezydenckiego: W sierpniu 2015 roku Andrzej Duda wygrał wybory. Został prezydentem i zwierzchnikiem sił zbrojnych. Wtedy jeszcze ministrem obrony był Tomasz Siemoniak. Duda, wchodząc do pałacu, był młodym niedoświadczonym politykiem. O wojsku nie wiedział nic. Kompletnie. Sięgnął więc po ludzi prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Szefem BBN-u został Paweł Soloch. Można mu sporo zarzucić, ale na wojsku to on się znał. Miał też dobre wyczucie. Rozumiał system i ludzi. Miał również wizję reformy armii. Przede wszystkim Soloch chciał naprawić system dowodzenia. Trafił jednak na Antoniego Macierewicza, który przyszedł do MON-u po wygranej PiS-u, a razem z nim całe to szaleństwo. W konsekwencji niewiele z tych jego planów udało się zrealizować. Z Macierewiczem w fotelu ministra obrony mogliśmy już tylko ratować, co się dało.
Polityk PiS-u związany z prezesem Kaczyńskim: Przed wyborami nazwisko Macierewicza jako kandydata na ministra obrony wcale się nie pojawiało. Media spekulowały, że szefem MON-u może zostać Jarosław Gowin. Prezes Kaczyński też nie chciał Macierewicza w rządzie, ale on wywalczył sobie ten resort swoją brutalnością. Robił podchody. Fikał. Jakby premierem został wtedy Jarosław Kaczyński, to myślę, że nie wziąłby Macierewicza do swojego rządu, a że był to rząd Beaty Szydło, to prezes wyszedł z założenia, że niech się Beata z nim szarpie, ale lepiej mieć go pod kontrolą. Do tego doszedł Smoleńsk, którym Antoni zajmował się od czasu katastrofy. Naobiecywał prezesowi, że jak będzie w MON-ie, to będzie miał większe możliwości dotarcia do dokumentów wojskowych i wszystko wyjaśni.
Polityk PiS-u związany z Pałacem Prezydenckim: Antoni szybko prezesowi urwał się ze smyczy. Prawie codziennie zaczęły wypływać te wszystkie historie z Misiewiczem, z Żandarmerią Wojskową, te jego nocne skoki do basenu i wszystkie inne wygłupy. Z poziomu politycznego patrzyliśmy, jak Antoni pomiata tymi generałami, jak ich przerzuca do zielonych garnizonów, a oni nic. Siedzieli jak mysz pod miotłą, tylko Różański coś o Konstytucji powiedział, ale to nie wybrzmiało. Nawet rozmawialiśmy w naszym gronie, że niby wojsko, a takie jakieś mało odważne. Prezes się tym raczej specjalnie nie przejmował.
Na późniejszej dymisji Macierewicza zaważyły inne sprawy. Po pierwsze relacje międzynarodowe. Antoni nigdzie nie bywał, nie miał żadnych kontaktów. Społeczność międzynarodowa go nie uznawała. Macierewicz lekceważył NATO, ale oni odpłacali mu tym samym. Tutaj nie miał żadnych dokonań.
Do tego Antoni ciągle pokazywał lekceważący stosunek do prezydenta Dudy. Sądził, że to spodoba się naczelnikowi, bo dla niego jedynym prawdziwym prezydentem był tylko jego brat Lech. I rzeczywiście na początku tak było. Prezes nawet uśmiechał się pod nosem, jak słyszał, że Antoni znowu upokorzył Andrzeja Dudę. To jakoś grało, ale prezydent Antoniemu tego lekceważenia nie darował. Jak miał okazję się odegrać, przy podpisywaniu jakichś ustaw, to wymógł na prezesie dymisję Macierewicza. Najzabawniejsze było to, że Antoni jechał do pałacu i nie wiedział, że tę dymisję dostanie. Dowiedział się na miejscu. Duda miał satysfakcję. Nieźle się Antoniemu odwinął za wszystkie dyshonory.
Polityk PiS-u, członek gabinetu Morawieckiego: Przy zmianie rządu Mateusz Morawiecki nie chciał mieć Macierewicza na pokładzie, bo wiedział, że w jakimś sensie to jest regularny wariat. Dlatego wyrzucenie go wszystkim wtedy pasowało – i Kaczyńskiemu, i Dudzie, i Morawieckiemu. A załatwili go jego własną metodą, bo on jechał do pałacu uświetnić osobą ministra rekonstrukcję rządu, a wyjechał już z dymisją. Gdyby wiedział, że taki będzie obrót wydarzeń, to pewnie wcale by się w pałacu nie pojawił. Cały Antoni.
On był potem rozżalony na wszystkich, ale sam jest sobie winien. Zawsze był nieprzewidywalny. Rano umawiał się na załatwienie sprawy w jakiś sposób, a po południu załatwiał ją zupełnie inaczej. Prezes ten balast Macierewicza i ten cały folklor wokół niego traktował w ten sposób, że dopóki się dało, to trzeba było to tolerować. W końcu miarka się przebrała. Najpierw Duda stanął okoniem. Potem Mariusz Kamiński dostarczył swoje materiały ze służb o tym, co ludzie Macierewicza wyprawiają w spółkach zbrojeniowych. Do tego afera z Misiewiczem. To był koniec Antka w rządzie.
Urzędnik z BBN-u, były żołnierz: Pierwsze nasze zetknięcie z Macierewiczem było niedługo po odebraniu przez niego teki ministra. Przyjechał osobiście do BBN-u, żeby się z nami spotkać, przywitać, porozmawiać. Był szef BBN-u Paweł Soloch, był gen. Kraszewski i jeszcze kilku urzędników. Siedzieliśmy w saloniku i rozmawialiśmy między innymi o amerykańskim systemie artylerii rakietowej HIMARS. Macierewicz wiedział, że coś takiego ma trafić do naszej armii, ale nic więcej. Wtedy z Solochem się umówili na wtorkowe herbatki.
Kiedyś król Stanisław urządzał obiady czwartkowe, a u Macierewicza były herbatki wtorkowe. Soloch najpierw się ucieszył. Jeździł do MON-u, ale z czasem wracał stamtąd coraz bardziej wkurzony. Na tych herbatkach u Macierewicza zawsze był merytorycznie przygotowany, a Antoni o jakichś odłamach hiszpańskich zamieszkujących Amerykę Południową wolał gadać. Jaki to ma wpływ na obronność naszego państwa? Dlatego szybko te nasiadówki zostały zawieszone. Macierewicz z Solochem w ogóle przestał rozmawiać.
Oficer służący w MON-ie: Solocha poznałem, jak przyjeżdżał do nas do pałacyku na Klonową, na te słynne herbatki u Macierewicza. To niezwykle inteligentny człowiek, oczytany. Od razu zauważyliśmy, że wiedzę przyswaja w miarę szybko. On tych naszych duperszwanców wojskowych szybko się ponauczał. A jak już się ponaumiał tej wiedzy, to nią jechał. Mówił do Macierewicza: "Panie ministrze, może byśmy o obronie powietrznej porozmawiali albo o dronach? A co pan sądzi o przyszłości marynarki wojennej, bo w BBN-ie nad raportem pracujemy?". Antoni ziewał, oczami przewracał, miny robił, tematy zmieniał. Wcale go to nie interesowało. Było widać, że się strasznie nudzi.
Urzędnik z BBN-u: Potem pojawił się temat reformy systemu kierowania i dowodzenia wojskiem. Na początku naprawdę nikt się nie spodziewał, że to będzie bomba zegarowa z opóźnionym zapłonem, i doprowadzili do największego kryzysu na linii prezydent, zwierzchnik sił zbrojnych – minister obrony narodowej. Ale Antoni takie propozycje przy okazji tej reformy podrzucał, że nie mogliśmy przymykać na to oka.
Chciał, aby to minister obrony kierował obroną państwa w czasie wojny. Soloch przyjeżdżał do niego i mu te pomysły torpedował. Strasznie Macierewiczowi się nie spodobało, że BBN doprecyzował kandydata na naczelnego dowódcę na czas wojny. To miał być naszym zdaniem szef sztabu generalnego bezpośrednio podporządkowany prezydentowi. Tak jak mają Amerykanie.
Macierewicz od początku na takie rozwiązanie kręcił nosem. Robił uniki, ale Soloch na wszystko miał racjonalne argumenty. Primo, szef sztabu jest człowiekiem, który z tym najważniejszym dokumentem, jakim jest plan użycia sił zbrojnych, był najbardziej zaznajomiony. Secundo, siedział w procedurach wojskowych. Tertio, wiedział, jak wygląda współdziałanie sojusznicze. Dlatego szef BBN-u dążył do tego, by przywrócić mu kompetencje do dowodzenia, by mógł kierować całością sił zbrojnych. W taki sposób chcieliśmy odkręcić reformę gen. Kozieja, która szefa sztabu generalnego sprowadziła do poziomu jakiegoś ośrodka doradczego. Natomiast Solochowi chodziło o to, żeby sztab był zapleczem naczelnego dowódcy.
onet.pl