Internet jest pełen krzyków ludzi, którzy po raz pierwszy włączyli VPN. Nie, nie mówię o tych, którzy jeszcze wczoraj popierali każde kichnięcie władzy, a dziś poczuli się jak głupcy. W ich przypadku można tylko poczuć złośliwą satysfakcję i trochę się zasmucić z powodu braku podstawowych umiejętności tworzenia logicznych powiązań.
Mówię o tych, którzy do tej pory próbowali żyć we własnej rzeczywistości, mając jak najmniejszy kontakt z władzą — nie o opozycjonistach, lecz raczej o tych, których pogardliwie miesza się z błotem.
Zdecydowanie nie podobają mi się takie wyzwiska, ponieważ z podejrzliwością podchodzę do wezwań, by stać się bohaterami — nie, nikt nie jest do tego zobowiązany, a czas bohaterów nadchodzi zwykle z powodu obecności łotrów i głupców.
Chodzi raczej o ludzi czynu. Ktoś jest zawodowo zaangażowany i nie czuje się gotowy, by zrezygnować z życiowego powołania, a także ze związanych z tym zobowiązań. Ktoś nie może porzucić bliskich, którzy go potrzebują. Albo jest ktoś, kto naprawdę kocha ojczyznę i nie rozumie, dlaczego to on ma ją stracić, a nie ci, którzy psują jej życie. Ogólnie rzecz biorąc, są to zazwyczaj ludzie aktywni, mądrzy, ale całkowicie świadomie odcięci od agendy politycznej i gotowi znosić kaprysy władzy tak długo, jak długo nie przeszkadza to ich sprawie i życiu.
Co może pójść nie tak? Zdecydowana większość rosyjskiego społeczeństwa okazała się właśnie takimi konformistami. Narzekali, skarżyli się sobie nawzajem, ale znosili to wszystko, dostosowywali się. Rządź i ciesz się, że masz spokój z narodem. Po co było sięgać po wyłącznik?
Nie, przyczyna jest jasna: władza znowu przechytrzyła samą siebie. Z entuzjazmem budowała cyfrowy gułag, marząc, by wszystko było jak w Chinach: własne komunikatory, sieci społecznościowe, platformy handlowe — i wszyscy wychwalają mądrą politykę partii i przywódcę kraju osobiście, a wszelkie szkodliwe Facebooki i Google'e stoją smutno przy zaporze ogniowej, nie mogąc jej pokonać. I by na każdym rogu były kamery, rozpoznające, że nie uśmiechasz się lojalnie, nawet jeśli masz maskę. I by masa programistów przetwarzała ogromne zbiory danych napływających z każdego zakątka.
Ale wtedy pojawił się Iran. I stało się jasne (a mądrzy wiedzieli to od zawsze), że cały ten system inwigilacji może działać również w drugą stronę. I nie potrzeba do tego ogromnej machiny państwowej, a jedynie zespołu dobrych hakerów.
I oto te same kamery rozpoznają nie tylko twarze zwykłych obywateli, ale także twarze bardzo ważnych osób. A cały zbiór danych może przeanalizować ktoś inny. I tak dalej, i tym podobne.
I władza się przestraszyła.
/Ciekawa rosyjska autoteoria spiskowa, przy okazji usprawiedliwianie głównej części społeczeństwa - red./
(...)
Obywatele, którzy do tej pory słabo rozumieli, jaką rolę w ich życiu odgrywa internet, ale lubili przytaczać jako argument za życiem w Rosji wspaniałe usługi, od e-administracji po dostawy i carsharing, nagle znaleźli się sam na sam z rzeczywistością, w której proponuje się im budki telefoniczne. Co prawda z internetem. Młodsi nawet nie znają tego słowa.
A właścicielka firmy marketingowej pisze przez VPN: "pomóżcie, ratujcie, co robić?". Połowa regionalnych dziennikarzy, którzy utrzymywali przyzwoity poziom życia dzięki współpracy z federalnymi mediami (nawiasem mówiąc, całkowicie prorządowymi), ubolewa: "oto my, głupcy, ci, którzy pisali do zakazanych emigracyjnych i zachodnich mediów, od dawna żyją z VPN i innymi gadżetami, w skrajnym przypadku wyjadą — a co my mamy robić?".
W moich różnych komunikatorach, czasem bardzo egzotycznych, pojawiają się i znikają dawno zapomniane nazwy. I ogólny chór — jaki VPN działa? Wszyscy zlekceważyli zakaz reklam i prowadzą zaciekłe spory, który jest lepszy i jak najlepiej za niego płacić. Pozostali biegają po sklepach, powtarzając: "mapy, pager, dwie krótkofalówki".
Niezadowolenie dało o sobie znać nawet u niezwykle lojalnego i z racji pełnionej funkcji zobowiązanego do usprawiedliwiania całej sytuacji rzecznika prasowego prezydenta, Dmitrija Pieskowa. Jak, mówi urzędnik, będziemy teraz przekazywać nasze poglądy zagranicznej publiczności? Jak będziemy prowadzić propagandę? Jak, jak? Gołębiami, oczywiście.
Mądrzy ludzie mówią: władza, widząc taką reakcję społeczną, się cofnie. Panika opadnie.
(...)
Właśnie przetoczyła się fala publikacji, że regiony ograniczają wydatki na opiekę zdrowotną. Rozważania o tym, jak sprawić, by chorzy zdrowieli, są tak intensywne, że proponuje się już wydawanie leków na cukrzycę wyłącznie osobom pracującym. Nie proponuje tego byle kto, ale naukowcy z Narodowego Centrum Medycznego Endokrynologii. Mówią oni, że jest to uzasadnione ekonomicznie. I tak nie ma pieniędzy na zapewnienie leków dla wszystkich.
Wygląda na to, że nadeszły ciężkie czasy, kiedy trzeba liczyć każdą kopiejkę, kiedy stoisz przed trudnym wyborem — kto ma żyć, kto ma żyć dobrze, a kto — jak Bóg da.
onet.pl\The Moscow Times