czwartek, 17 września 2020


Zbyt daleko idąca odmienność była rzeczą na terenie dziewiętnastowiecznej wsi nie do przyjęcia. Dawało się ją łatwo wychwycić, bo w małej społeczności wszyscy wiedzieli o wszystkich prawie wszystko. Kiedy ktoś zbytnio zaczynał odstawać od reguł, wówczas padał ofiarą hejtu. Jeśli to nie przywoływało odstępcy do porządku, kończył jak Jagna z „Chłopów” Reymonta: „w postronkach, na gnoju, zbita do krwi, w porwanym odzieniu, pohańbiona na wieki”.

Współczesne "informacyjne wsie", inaczej niż przewidywał w 1962 r. McLuhan, narodziły się nie dzięki telewizji, lecz w ostatniej dekadzie za sprawą: Internetu, smartfonów oraz mediów społecznościowych. Te trzy instrumenty dały miliardom ludzi możność błyskawicznego przekazywania informacji oraz pozostawania w stałym kontakcie. Generując przy tym efekty uboczne. Po pierwsze użytkownicy nowych mediów uwielbiają epatować swymi opiniami. Po drugie używając: esemesów, twittów, czy nieco dłuższych wpisów na Facebooku można epatować jedynie w skondensowanej postaci. Z jednej strony nauczyło to ludzi lapidarności, z drugiej wiadomości udostępniane publicznie przenoszą nie tyle wiedzę (ją nie daje się niestety łatwo skondensować), lecz prosty ładunek emocjonalny. Jest on niczym kod binarny, czyli wszystko określa cyfra: „0” lub cyfra: „1”. Tym kodem zero-jedynkowym, jakim porozumiewają się komputery, zaczęli komunikować ludzie. Coś jest albo „super” i to się promuje albo „słabe” i to się hejtuje. Owa prawidłowość tyczy się każdego elementu otaczającej nas rzeczywistości: informacji, idei, poglądów, konkretnych osób, itd. Wszystkie byty podlegają regule zero-jedynkowej.

Rewolucja komunikacyjna anektowała w krajach demokratycznych stare podziały ideowo-polityczne na prawicę i lewicę. Sukcesywnie zmieniając je w nowoczesną polaryzację. Najbardziej widocznym jej efektem są „bańki informacyjne”. Prawdziwy fundament i jednocześnie mur graniczy między „wioskami”. W zależności od poglądów ludzie przyłączają się do konkretnej bańki i stopniowo w niej pogrążają. W zamian dostając jedynie takie informacje oraz idee, jakich oczekują. Nadążające za tą zmianą media tradycyjne: prasa, radia, telewizje skupiły się na wzmacnianiu trwałość murów otaczających wsie. W nowej normalności przecież tego oczekują odbiorcy. Informacje wywołujące u nich dysonans poznawczy są spychane na dalszy plan, przemilczane albo fałszowane. Ludzie o odmiennych poglądach zaszczuwani lub niedopuszczani do głosu. Tak buduje się coraz bardziej jednorodne światopoglądowo wspólnoty.

dziennik.pl

 

Jak zauważają autorzy podręcznika do ekonomii COREO niektóre krzywe statystyczne przypominają położony na płasko kij hokejowy. Przez długi czas biegnie niemal całkiem prosta linia. Dopiero pod koniec osi odciętych „kij” pnie się gwałtownie w górę.

Wskaźnik PKB również przypomina kij hokejowy, jeśli weźmiemy pod uwagę wzrost PKB per capita od czasów Chrystusa do 1820 roku. Aby to zmierzyć, amerykański historyk gospodarki Angus Maddison wykonał iście benedyktyńską pracę. Dowiódł, że od roku 0 do 1820 globalny PKB na głowę wzrósł o około 50 proc.

W Europie było nieco lepiej, ale niewiele. Jak zauważa Johan Norberg współczesny mieszkaniec Mozambiku jest zamożniejszy od mieszkańca Europy Zachodniej w 1820 roku (przy uwzględnieniu siły nabywczej). W książce „Postęp” napisał, że gdyby nawet na początku XIX wieku lub we wcześniejszych stuleciach dochody były „(…) idealnie równo rozłożone na całym świecie (...) oznaczałoby to uniwersalną, skrajną biedę. Przez dużą część historii człowieka większość ludzi prowadziła żywot nędzarzy – porównywalny z żywotem współczesnych mieszkańców Haiti, Liberii czy Zimbabwe”.

Ubóstwo absolutne jest definiowane przez Bank Światowy jako życie za kwotę poniżej 1,9 dolara dziennie – przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej.

W 1820 roku jego wskaźnik grubo przekraczał 90 proc. populacji. Niemal każdy mieszkaniec świata żył zatem w biedzie czy wręcz nędzy. W 1920 roku spadł do ponad 75 proc., a w 1970 wynosił ponad 40 proc. Dziesięć lat później wynosił niecałe 40 proc., przy czym niemal połowa ludzkości cierpiała skrajną nędzę w krajach Azji i Afryki.

W kolejnych dekadach spadek globalnej nędzy okazał się oszałamiający. Jak pisze Norberg, w 2000 roku wskaźnik ubóstwa absolutnego według danych Banku Światowego spadł do ok. 20 proc., by w 2015 roku wynieść 8 proc.

(...)

Europejczycy i Amerykanie zdołali niemal całkowicie pokonać ubóstwo absolutne już w XIX i XX wieku (problemem pozostaje ubóstwo względne), jednak ostatnie kilkadziesiąt lat to przede wszystkim sukces gospodarczy krajów „egzotycznych” – najpierw Japonii, Korei Południowej, Tajwanu, Hongkongu czy Singapuru, a od reform gospodarczych w 1979 roku także i Chin (oraz Indii od otwarcia rynków w 1991 roku).

Skok cywilizacyjny tych krajów jest imponujący. Norberg przypomina, że od 1950 roku PKB Japonii wzrósł o 1100 proc., Indii o 500 proc., a Chin aż o 2000 proc.

(...)

Gwałtowność spadku globalnego ubóstwa w ostatnich dziesięcioleciach (podobnie jak protekcjonalne traktowanie przez Europejczyków państw „egzotycznych”) tłumaczy w znacznej mierze, dlaczego wykształceni ludzie wiedzą o niektórych sprawach na świecie mniej niż szympansy, jak zauważył szwedzki profesor Hans Rosling autor książki „Factfulness”. W znacznej mierze winne jest właśnie (przestarzałe) wykształcenie, a także media lubujące się w przedstawianiu czarnych wizji świata. W efekcie obraz świata wielu współczesnych w kwestii ubóstwa odzwierciedla raczej rzeczywistość lat 70. XX stulecia.

Jak pisze Max Roser, zdumiewający postęp w walce z ubóstwem nie przebił się do powszechnej świadomości. 52 proc. ankietowanych uznaje, że skrajne ubóstwo w ciągu ostatnich 20 lat na świecie wzrosło, a 28 proc. sądzi, że pozostało na tym samym poziomie (lub przyznało się do niewiedzy). Najwięcej prawidłowych odpowiedzi wśród badanych udzielili Chińczycy – co zrozumiałe w świetle rozwoju gospodarczego tego kraju w ostatnich dziesięcioleciach.

Oczywiście nie wszędzie sytuacja jest różowa. Jak podaje Bank Światowy połowa z 730 milionów cierpiących ubóstwo absolutne znajduje się w 5 krajach: Nigerii, Kongo, Bangladeszu, Etiopii i (mimo wszystko wciąż) Indiach. Norberg zauważa, że w 26 państwach – w tym 24 z Afryki Subsaharyjskiej – skrajna bieda dotyczy 4 na 10 osób.

obserwatorfinansowy.pl