czwartek, 31 października 2024



– Spotykał się pan z Łukaszenką… Czy może nam Pan opowiedzieć o tych spotkaniach?

Mariusz Maszkiewicz, ambasador RP na Białorusi (1998-2002): – Moja ostatnia rozmowa z Łukaszenką miała miejsce w czerwcu 2002 roku, to było takie pożegnalne spotkanie… Miałem już wyjeżdżać i nagle Łukaszenka przyjechał z Moskwy, wściekły… To było to słynne spotkanie, kiedy Putin powiedział przy dziennikarzach słynną frazę „muchy – osobno, kotlety – osobno”. Był zły [na Putina] i chyba chciał pokazać, że teraz będzie przyjacielem Polski. Akurat potrzebował mnie w tym momencie, dwa dni po tym spotkaniu z Putinem i zaprosił mnie na pożegnalną rozmowę: „Panie ambasadorze, pan wyjeżdża, ale zawsze może pan do nas przyjechać, jest pan przyjacielem Białorusi, wiem o pana pracy tutaj”. Potem, kiedy kamery zniknęły, a dziennikarze wyszli, odbyliśmy rozmowę w cztery oczy, trwała około 45 minut. Powiedziałem mu, by brał przykład z Rosji – tam jest demokracja, gospodarka się rozwija. A on spojrzał na mnie i odpowiedział: „Panie ambasadorze, myli się pan, nie wie pan, kim jest Putin, ale jeszcze pan zobaczy, jakim jest człowiekiem”.

Napisałem wtedy raport do Warszawy z tej rozmowy. Myślę, że była to najciekawsza depesza w mojej pracy dyplomatycznej.

– Co się w niej znalazło?

– Przewidywania co do przyszłości Putina, do czego on się posunie, że będzie gorszy od Łukaszenki. On [Łukaszenka] się go wtedy bał. Trząsł się przed nim ze strachu.

– Co jeszcze powiedział o Putinie?

– Że być może my nie podejrzewamy go [Putina] o morderstwa, ale on wie coś o tym. Powiedział, żeby przyglądać się sytuacji w Rosji, że tam nie ma granic i nie ma hamulców.

– Ciekawe, że w 2002 roku mówił takie rzeczy, a 20 lat później rozpoczął wojnę z Putinem przeciwko Ukrainie.

– Cóż, sam się zagnał w kozi róg, nie miał wyjścia, znalazł się pod ścianą jak szczur. Ludzie wierzyli, że będzie w stanie prowadzić niezależną politykę, ale okazało się, że nie.

– Mówi się czasem, że Łukaszenka jest najlepszym gwarantem białoruskiej niepodległości w dzisiejszych warunkach. Czy jest on dziś w stanie przeciwstawić się Putinowi?

– Wydaje mi się, że ten problem przeszedł na inny poziom.

- Dla Putina nie ma znaczenia, w jakim stopniu Białoruś jest teraz suwerenna. Białoruś stała się częścią tego systemu, częścią wojny, częścią rosyjskiej gospodarki. Stało się to stopniowo… Łukaszenka oddawał po kawałku…

A jednak nadal ma coś do zaoferowania, ponieważ wciąż jeszcze jest suwerenność i jednocześnie jej nie ma. Bardzo podoba mi się białoruska formuła: „tak czy siak” – nie wiesz, czy stoisz na prawej, czy na lewej nodze, a może trochę na prawej, trochę na lewej. To bardzo ciekawa formuła, niezrozumiała dla naszej zachodniej mentalności. Ale na Białorusi ludzie nauczyli się z tym żyć: liczne wojny, okupacje pokazały, że trzeba zachować życiową substancję, umieć ukryć swoje przekonania i swoje myślenie przed wrogiem. To jest niezrozumiałe dla Litwina czy Polaka, ale ja to rozumiem.

(...)

– Stosunki polsko-białoruskie praktycznie nie istnieją po tym, jak Łukaszenka rozpoczął hybrydowy atak. Andrzej Poczobut siedzi w więzieniu, Andżelika Borys została zwolniona, ale może znowu tam trafić, nie ma żadnych gwarancji. Czy uważa Pan, że Polska ma jakąkolwiek możliwość wpłynięcia na to, co dzieje się teraz na Białorusi?

– Obawiam się, że politycy nie mają na to wpływu, a urzędnicy różnych polskich struktur po prostu boją się eskalacji, to zrozumiałe. Oczywiście zawsze trudno jest podejmować decyzje, ale doradzałbym ostrzejszą politykę w odniesieniu do tego, co jest teraz najważniejsze dla Łukaszenki – roli pośrednika w handlu z Chinami. Znamy nazwy niemieckich firm, które dostarczają sprzęt, maszyny dla rosyjskiego kompleksu wojskowego. Przywożą je do Turcji, tam zmieniane są naklejki, a towary transportowane są do Rosji. To po prostu przerażające. Powinniśmy zamknąć cały handel z Białorusią, zlikwidować wszystkie możliwości, odciąć dopływ tlenu. Ale to wymaga odwagi.

– W białoruskich siłach demokratycznych są osoby, które twierdzą, że wydarzenia z 2020 roku były błędem, ponieważ zniszczyły nawet tę przestrzeń wolności, która uformowała się na Białorusi wewnątrz dyktatury w latach 2015-2020. Co Pan o tym sądzi?

– Od początku był to dla mnie projekt rosyjski. Wszyscy ci blogerzy… Babaryka… (Wiktar Babaryka, jeden z kandydatów w wyborach prezydenckich 2020, obecnie więzień polityczny – belsat.eu) Nie wiem, po prostu uważam to za możliwą opcję, ale nie wiem na pewno. Te projekty mogły mieć na celu osłabienie Łukaszenki. Byłem bardzo sceptyczny od samego początku, ale kiedy ludzie wyszli spod kontroli tych politycznych technologów, którzy chcieli kontrolować proces za dwa miliony dolarów… To jak trawa wyrastająca spod asfaltu. Pojawiła się białoruska flaga, pojawił się białoruski język. To oznacza, że ta idea narodowa jest bardzo silna.

– A dlaczego tak niewielu urzędników poparło naród? Było oczywiste, że Łukaszenka przegrał. Widzieli protokoły, widzieli kolejki do głosowania, których nigdy w historii Białorusi nie było.

– To nie tak, że nie poparli, oni się bali. Nie chcę teraz wystawić urzędnika, z którym miałem kontakty. Ale proszę mi wierzyć: byli po stronie ludzi, ale po prostu się bali i milczeli. Czekali na rozwój wydarzeń.

Łukaszenka jest maniakiem władzy, wyników wyborów, człowiekiem, który czuje wszystko opuszkami palców i wie, co i jak zrobić. To polityk, który ma to swoim kodzie genetycznym, jest zwierzęciem politycznym.

x.com/Bielsat_pl


Chińskie roszczenia sięgają 1947 r. i zostały zgłoszone przez rząd Republiki Chińskiej, a następnie w pełni podtrzymane przez ChRL, po jej utworzeniu w 1949 r. Pekin dąży do ustanowienia na obszarze ok. 80% Morza Południowochińskiego (zakreślonym na pierwszej opublikowanej mapie roszczeń przerywaną „linią dziewięciu kresek” – stąd nazwa) de facto morza terytorialnego. Roszczenia wysuwane wobec Filipin obejmują praktycznie całą ich wyłączną strefę ekonomiczną, a na niektórych odcinkach nachodzą również na morze terytorialne tego państwa (...).

Po dojściu do władzy Xi Jinpinga w 2012 r. nastąpiła intensyfikacja działań ChRL na Morzu Południowochińskim. Pekin nie tylko zajmuje kolejne obszary lądowe (rafy, atole, mielizny itp. – formacje, które zgodnie z Konwencją NZ o prawie morza nie są wyspami), lecz także tworzy sztuczne wyspy, gdzie buduje bazy wojskowe – w sumie mają one powierzchnię ok. 13 km2. Na niektórych nieokupowanych atolach Chińczycy zainstalowali ruchome podwodne przeszkody, które bronią wejścia do tych naturalnych portów. Pekin próbuje egzekwować wokół okupowanych obiektów prawa przynależne morzu terytorialnemu i WSE. Chińska straż wybrzeża blokuje dostęp rybakom czy statkom badawczym innych państw do całości spornego akwenu. Oddziały tzw. morskiej milicji ludowej nękają jednostki straży wybrzeża pozostałych krajów nadbrzeżnych. Obecnie w zasadzie każdy tydzień przynosi informacje o nowych incydentach, które przybierają coraz ostrzejszą formę. Coraz częściej dochodzi również do bezpośrednich interakcji między stronami. Używane są m.in. armatki wodne, mają też miejsce przypadki taranowania okrętów. Istnieje uzasadniona obawa, że jest kwestią czasu, kiedy działania te poskutkują ofiarami w ludziach.

Uzyskanie kontroli nad wschodnią częścią Morza Południowochińskiego ma także ogromne znaczenie dla Pekinu w kontekście zdobycia zdolności do zbrojnego przejęcia w przyszłości wyspy Tajwan. Cieśnina Luzon, oddzielająca Filipiny od Tajwanu, może stanowić jedną z dwóch głównych dróg zaopatrzenia wyspy – druga prowadzi z japońskiej wyspy Ishigaki. Połączenie czynników politycznych, strategicznych i ekonomicznych (dostęp do zasobów naturalnych, zob. mapa) powoduje, że przywódcy Komunistycznej Partii Chin (KPCh) nie mogą wycofać się z pretensji terytorialnych w regionie.

W 1994 r. ChRL zajęła rafę Mischief, ok. 150 mil morskich od Filipin, gdzie zbudowano sztuczną wyspę i ogłoszono ustanowienie wokół niej morza terytorialnego. Była to pierwsza zdobycz Pekinu kosztem wyłącznej strefy ekonomicznej tego kraju. W 2012 r. Chiny przejęły kontrolę nad ławicą Scarborough, położoną 132 mile morskie od filipińskiej wyspy Luzon, natomiast we wrześniu 2024 r. – nad ławicą Sabina, niecałe 80 mil morskich od filipińskiego brzegu (zob. mapa). Filipińczycy wciąż kontrolują drugą ławicę Thomas, gdzie unieruchomili na mieliźnie stary okręt „Sierra Madre”, ale Chińczycy utrudniają na wszelkie sposoby jego zaopatrywanie i naprawy. Zwiększanie liczby i zakresu incydentów prowokowanych przez chińskie jednostki sugeruje, że przywódcy ChRL nie są gotowi na żaden kompromis z pozostałymi państwami nadmorskimi i dążą do ich zastraszenia.

Można zaryzykować stwierdzenie, że z perspektywy Pekinu obecne działania są oceniane jako sukces i budzą w kierownictwie KPCh przekonanie, że wygrywają oni tę niewypowiedzianą konfrontację – zwłaszcza że systematycznie przejmują kontrolę nad kolejnymi obszarami Morza Południowochińskiego. Równocześnie w mniej lub bardziej zawoalowany sposób wyrażają oczekiwanie, że Filipiny rozluźnią więzi z USA. Wydaje się, że przywódcy ChRL nie dostrzegają nie tylko sprzeczności między tymi celami, lecz także faktu, że taka polityka wręcz przybliża Manilę do Waszyngtonu. Możliwe również, że drogę do neutralizacji Filipin widzą w ich zastraszaniu i pokazywaniu braku skutecznych działań USA, które mogłyby powstrzymać Pekin.

KPCh uczyniła dążenie do „odzyskania” rzekomych chińskich terytoriów jednym z filarów legitymizacji swej władzy. Odstąpienie od tych wysiłków i uznanie filipińskich praw do WSE na bazie UNCLOS jest więc niemożliwe z powodów wewnętrznych. Bardzo ogólne obietnice współpracy gospodarczej w zamian za pogodzenie się z chińskimi roszczeniami nie mogą wpłynąć na zmianę postawy Manili z podobnych powodów – nie zostałoby to bowiem zaakceptowane przez filipińską opinię publiczną. W konsekwencji polityka Chin wobec Filipin stanowi chaotyczne połączenie z jednej strony eskalacyjnej presji militarnej, której oczekuje nacjonalistycznie nastawione chińskie społeczeństwo i część aparatu partyjno-państwowego, z drugiej zaś – obietnic bliżej niezdefiniowanych korzyści gospodarczych dla Filipin w przypadku uznania pretensji terytorialnych ChRL.

(...)

Niepowodzenie ścieżki prawnomiędzynarodowej zachęciło kolejnego prezydenta Filipin – Dutertego – do podjęcia próby znalezienia kompromisu z Xi Jinpingiem, z którym nawiązał też dobre relacje osobiste. Sprzyjały temu skłócenie Dutertego z Amerykanami na tle przestrzegania praw człowieka na Filipinach oraz oskarżenia pod jego adresem o autorytarne inklinacje. Z perspektywy czasu wydaje się, że początkowe lata jego administracji stanowiły dla Pekinu najlepszą okazję, aby wciągnąć Manilę w chińską orbitę wpływów. Przywódca Filipin był prawdopodobnie nawet gotowy na wycofanie się z EDCA i ogłosił polityczną „separację” kraju od USA.

Duterte był pierwszym filipińskim prezydentem, który wybrał Pekin jako cel swojej inauguracyjnej podróży zagranicznej. Podczas wizyty w październiku 2016 r. Chiny zaoferowały Filipinom inwestycje w wysokości 24 mld dolarów, w tym duże projekty infrastrukturalne w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku. Później strony omawiały ideę połączonych patroli na spornych akwenach i program ochrony łowisk przed nadmierną eksploatacją. Obietnice wspólnego wydobycia zasobów w spornych obszarach czy ogromnych chińskich inwestycji pozostały jednak niespełnione. ChRL uruchomiła tylko dwa z zapowiadanych projektów infrastrukturalnych: most i system irygacyjny w jednej lokalizacji.

W tym samym czasie nadzieje Pekinu i samego Dutertego na pobudzenie antyamerykańskich nastrojów na Filipinach nie spełniły się. Działania ChRL na Morzu Południowochińskim doprowadziły wręcz do wzrostu antychińskiego nastawienia w tamtejszym społeczeństwie. Wydaje się, że elity chińskie – podobnie jak kremlowskie wobec Ukraińców przed 2022 r. – oparły swoje oczekiwania na własnych projekcjach, głównie na marksistowskich antykolonialnych kalkach. Przywódcy KPCh byli przekonani, że ze względu na kolonialną przeszłość Filipin w państwie tym łatwo można wykorzystać antyamerykańskie nastroje i rozerwać sojusz filipińsko-amerykański. Pekin zinterpretował na przykład opuszczenie archipelagu przez wojska USA w 1991 r. jako klęskę Stanów Zjednoczonych, a nie efekt normalizacji relacji między Manilą a Waszyngtonem.

W 2019 r. i na początku 2020 r. Chiny otoczyły wysepkę Thitu – od 1971 r. kontrolowaną przez Filipiny, ale co do której pretensje roszczą sobie ChRL, Tajwan i Wietnam – setkami kutrów tzw. morskiej milicji ludowej w celu uniemożliwienia modernizacji pasa startowego. Następnie upoważniły swoją straż przybrzeżną do ostrzeliwania w razie potrzeby zagranicznych statków, a w marcu ponad 200 kutrów milicji zacumowało na spornej rafie Whitsun. W konsekwencji Duterte zapoczątkował pod koniec kadencji powrót do tradycyjnej, proamerykańskiej orientacji polityki zagranicznej i bezpieczeństwa.

(...)

Filipiny, byłe terytorium zależne, a de facto amerykańska kolonia, od uzyskania pełnej niepodległości w 1946 r. są jednym z najstarszych sojuszników USA. Traktat o wzajemnej obronie między Stanami Zjednoczonymi a Republiką Filipin został podpisany w 1951 r. i zobowiązuje strony do wzajemnego wsparcia w przypadku ataku innego państwa zarówno na terytorium, jak i na siły zbrojne, ale też statki i samoloty służby cywilnej w regionie Pacyfiku. Filipiny są postrzegane przez okoliczne państwa jako miernik wpływów Waszyngtonu na Indo-Pacyfiku. Dla Pekinu rozerwanie tych więzi byłoby znaczącym sukcesem politycznym i strategicznym. Niemniej polityka ChRL wobec Filipin wiąże się nierozerwalnie z kwestią Morza Południowochińskiego i pretensji terytorialnych w ramach „linii dziewięciu kresek”.

Ofensywne operacje na Morzu Południowochińskim wpisują się w szereg działań Chin na arenie międzynarodowej, jak te prowadzące do napięć z Indiami czy Japonią, które są odbierane przez państwa Indo-Pacyfiku jako dążenie do uzyskania regionalnej dominacji. Reakcją na to jest z jednej strony kooperacja dwustronna w sferze bezpieczeństwa z Waszyngtonem, z drugiej zaś rosnący poziom współpracy regionalnej obejmującej również Filipiny. W maju 2024 r. oficjalnie potwierdzono działanie grupy państw zwanej „Squad”, obejmującej Stany Zjednoczone, Australię, Japonię i Filipiny. Prowadzą one wspólne patrole morskie w WSE Filipin. Wcześniej powstały też dwa nieformalne sojusze: w 2007 r. Czterostronny Dialog ds. Bezpieczeństwa (Quadrilateral Security Dialogue, QUAD), skupiający Indie, Australię, Japonię i USA, a w 2021 r. partnerstwo Australii, Wielkiej Brytanii i USA (AUKUS). Grupa państw Pacyfiku – Australia, Japonia, Korea Południowa i Nowa Zelandia – zwana nieformalnie AP4 zawiązała partnerstwo z NATO.

Wspólnym i niezbędnym elementem tych inicjatyw pozostają Stany Zjednoczone. Mimo odnowienia systemu sojuszy w regionie wydają się one niezdolne do powstrzymania postępów ChRL poniżej progu wojny, chociaż poczyniły szereg kroków, aby wzmocnić dwustronne porozumienia obronne z Filipinami. Przy zachowaniu wszystkich różnic pomiędzy działaniami na morzu i na lądzie, a także przy uwzględnieniu innego stanu sojuszy wojskowych, przypomina to sytuację na Ukrainie po aneksji Krymu w 2014 r., a przed pełnoskalową inwazją Rosji na ten kraj. Pomimo zmian kolejnych administracji w Waszyngtonie wciąż dominuje podejście do sytuacji w Azji Wschodniej zdefiniowane przez prezydenta Baracka Obamę (2008–2016). Zakłada ono potwierdzenie nienaruszalności suwerenności Filipin i deklarowanie gotowości USA do ich obrony zgodnie z zobowiązaniami traktatowymi. Z drugiej strony Waszyngton nie chce prowadzić mediacji między stronami i nie jest gotowy do bezpośredniego reagowania na chińskie prowokacje tak długo, jak ChRL nie prowadzi otwartej agresji. Administracja Obamy wykazała się przy tym dużą dozą naiwności nie tylko wobec Rosji (polityka resetu), lecz także Chin, gdy prezydent USA uwierzył w zapewnienia Xi Jinpinga z 2015 r., że Pekin nie będzie militaryzował sztucznych wysp budowanych na Morzu Południowochińskim. Mimo to do 2022 r. Chińczycy zmilitaryzowali ich siedem.

(...)

Choć wydaje się, że obecnie strony są zdecydowane na utrzymanie stanu poniżej progu wojny, to istnieje realna groźba, że wydarzenia wymkną się spod kontroli. Filipiny pozostają traktatowym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, a na ich terytorium stacjonują wojska amerykańskie. Sprawia to, że decyzja o otwartej wojnie z Filipinami jest dla Pekinu o wiele trudniejsza, niż dla Moskwy wydanie rozkazu o pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Z dużym prawdopodobieństwem oznaczałoby to wojnę z USA i ich sojusznikami, ponieważ Waszyngtonowi udała się rewitalizacja systemu sojuszy w regionie.

Trudno uniknąć pytań, czy dotychczasowe doświadczenia, przede wszystkim brak poważnych konsekwencji jawnego pogwałcenia przez Pekin prawa międzynarodowego i ignorowania wyroku Trybunału Arbitrażowego z Hagi, nie przesądzą o dalszej eskalacji sporu. W decyzjach przywódców KPCh ponownie coraz większą rolę odgrywa ideologia, która stanowi mieszankę marksizmu i nacjonalizmu. Zgodnie z nią nie tylko starcie z Zachodem jest nieuniknione, lecz także przesądzony jest schyłek Zachodu. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku działań Kremla na przestrzeni ostatnich dekad, może to nasilić przekonanie Chin, że USA są długofalowo niezdolne do obrony status quo w dziedzinie bezpieczeństwa w Azji. W konsekwencji może to zachęcić Pekin do posunięć wykraczających skalą poza te aktualnie przezeń podejmowane.

Istotnymi czynnikami pozostają również przebieg i nieznane dzisiaj rozstrzygnięcie wojny rosyjsko-ukraińskiej. Można założyć, że przykład Ukrainy działa na Xi Jinpinga i jego otoczenie odstraszająco. Fakt, że konflikt zbrojny trwa już trzeci rok, a Rosja wciąż nie spotkała się z pełną mobilizacją Zachodu, potwierdza jednak głęboko ugruntowane w Pekinie przekonanie, że Zachód nie będzie zdolny do długotrwałych zmagań. Z perspektywy ChRL brak zdecydowanego oporu wobec jej akcji na Morzu Południowochińskim też o tym świadczy.

Bezspornie postępy Chin w rozszerzaniu swojej kontroli na Morzu Południowochińskim nie tylko przyczyniają się do budowy ich pewności siebie, lecz także zachęcają je do pogłębiania de facto sojuszu chińsko-rosyjskiego. Strategicznie przekształca się on z relacji czysto defensywnej – reżimy autorytarne czują się zagrożone przez demokratyczne państwa Zachodu i są przekonane, że te dążą do ich obalenia – w sojusz rewizjonistyczny, zmierzający do aktywnego przebudowania porządku światowego. Wydaje się, że elementem kalkulacji chińskich przywódców jest wiara, że w dalszej perspektywie, w konsekwencji kolejnych zdobyczy terytorialnych Pekinu na Morzu Południowochińskim, słabnąć będzie również wartość amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa – nie tylko w regionie Indo-Pacyfiku, lecz także w skali globalnej. Można się spodziewać, że zachęci to regionalne państwa rewizjonistyczne, jak Iran czy Korea Północna, do asertywniejszych działań. Rozproszenie zaś sił amerykańskich jest celem Pekinu, ponieważ doprowadzi do dalszego osłabienia determinacji obrony zarówno Filipin, jak i Tajwanu.

osw.waw.pl

środa, 30 października 2024



W ciągu dwóch i pół roku od rozpoczęcia w lutym 2022 r. pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę można było dostrzec ewolucję rosyjskiej taktyki. Moskwa dostosowywała się do zmieniającej się sytuacji na froncie i zewnętrznych okoliczności polityczno-gospodarczych. Można w tym procesie wyodrębnić kilka etapów.

1) Próba chirurgicznej operacji wojskowej przeciw Ukrainie (24 lutego – koniec marca 2022 r.)

Zarówno deklaracje, jak i działania najwyższych przedstawicieli państwa rosyjskiego i Sił Zbrojnych FR pozwalają na próbę rekonstrukcji pierwotnych założeń planu Moskwy. Wszystko wskazuje na to, że Kreml zaplanował szybką operację wojskową, która miała w krótkim czasie (od kilku dni do paru tygodni) doprowadzić do zajęcia Kijowa, całości Donbasu i  utworzenia lądowego połączenia na Krym, a w wariancie maksimum – do opanowania całej wschodniej części Ukrainy położonej na lewym brzegu Dniepru, a także południowej jej części – do granicy z Mołdawią. Demokratyczne władze ukraińskie z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim na czele miałyby zostać obalone, a ich najważniejsi członkowie zlikwidowani lub zmuszeni do ucieczki z kraju. Rząd w Kijowie zastąpiono by marionetkowym gabinetem złożonym z prorosyjskich kolaborantów. Działania te miałyby sparaliżować ewentualny opór ukraińskich sił zbrojnych i innych struktur siłowych oraz zastraszyć tamtejsze społeczeństwo. Tym samym Rosja przejęłaby kontrolę polityczną nad całą Ukrainą (niejasny jest ewentualny zasięg wojskowej okupacji kraju, być może nie objęłaby ona najbardziej na zachód wysuniętych obwodów), terrorem tłumiąc przejawy ewentualnego lokalnego oporu. Moskwa zapewne liczyła się z ograniczonymi sankcjami ze strony Zachodu, niemniej zakładała, że szok wywołany szybkością i skutecznością jej działań oraz załamanie się ukraińskiego oporu powstrzymają go przed próbą jakiejkolwiek ingerencji, co z czasem doprowadzi do faktycznej akceptacji przezeń nowego status quo. Aby odstraszyć państwa zachodnie od prób poważniejszego wsparcia Kijowa, Kreml wysłał sygnały świadczące o jego determinacji do użycia wszelkich środków dla swojej „obrony” (z bronią nuklearną włącznie). Jednocześnie Moskwa zgodziła się na negocjacje polityczne ze stroną ukraińską, usiłując wybadać, na ile wysoka jest jedność władz ukraińskich i czy uda się osiągnąć cele polityczne na drodze dyplomatycznej bez konieczności ponoszenia znaczących kosztów wojny.

2) Rosja w defensywie (koniec marca 2022 – sierpień 2023 r.) 

W tym okresie Rosja miała już świadomość fiaska planów swojej operacji wojskowej (jej sukcesami militarnymi były jedynie zajęcie znacznej większości obwodów chersońskiego i zaporoskiego, stworzenie szerokiego korytarza lądowego na Krym oraz odcięcie Ukrainy od Morza Azowskiego). Brak wystarczających sił po jej stronie doprowadził do wymuszonego ich wycofania z północnego odcinka frontu (obwodów kijowskiego, żytomierskiego, czernihowskiego i sumskiego). To – obok odkrycia rosyjskich masowych zbrodni wojennych – spowodowało przerwanie ukraińsko-rosyjskich rozmów politycznych. Rosjanie musieli stawić czoła coraz mocniejszym siłom ukraińskim (wspieranym rosnącą stopniowo pomocą wojskową i finansową Zachodu), których udana kontrofensywa w obwodzie charkowskim we wrześniu 2022 r. zmusiła ich do wycofania wojsk z tego regionu. Moskwa zdecydowała się wówczas na kilka ważnych kroków. Po pierwsze ogłosiła „częściową mobilizację” w celu zwiększenia liczebności jednostek na froncie. Po drugie dokonała formalnej aneksji czterech obwodów Ukrainy: donieckiego, ługańskiego, chersońskiego i zaporoskiego. Było to – nawet wobec tradycji rosyjskiej polityki imperialnej – posunięcie nietypowe, bowiem Moskwa nie kontrolowała części anektowanych terytoriów. Świadczyło to o desperacji po stronie Kremla, który posunął się do zademonstrowania swojej determinacji poprzez zasugerowanie użycia taktycznej broni jądrowej dla obrony „integralności terytorialnej Rosji”. Miało to odstraszyć Zachód, a zwłaszcza USA, przed dalszym wspieraniem militarnym strony ukraińskiej i – jak się wydaje – wpłynęło na opóźnienie części dostaw zachodniej pomocy wojskowej z obawy przed eskalacją konfliktu (ten ostatni argument nieustannie podnoszono w publicznej i niepublicznej debacie w państwach zachodnich, co podziałało samoodstraszająco). Osłabieniu morale strony ukraińskiej i wywołaniu kryzysu humanitarnego służyła także fala ataków powietrznych na obiekty krytyczne ukraińskiej infrastruktury energetycznej jesienią i zimą 2022 r. Wszystko to nie zapobiegło kolejnej rosyjskiej porażce na froncie. Siły FR, pod presją ukraińskiej kontrofensywy, zostały zmuszone w listopadzie 2022 r. do wycofania się z prawobrzeżnej Chersońszczyzny, w tym ze stolicy obwodu – Chersonia.

Od początku 2023 r. Rosja ustabilizowała front i zaczęła koncentrować się coraz bardziej na próbach ofensywy w Donbasie (którego „obrona” była głównym politycznym pretekstem dla wojny, jakim posługiwał się Kreml) i rozbudowie linii obronnych na innych odcinkach frontu. Niewielkie postępy rosyjskie w obwodzie donieckim (zwłaszcza zajęcie Bachmutu w maju 2023 r.) zostały okupione bardzo dużymi stratami, poniesionymi jednak głównie przez rosyjskich więźniów wcielonych (w liczbie ok. 50 tys.) do oddziałów tzw. prywatnej firmy wojskowej Grupa Wagnera. Narastający publiczny konflikt jej lidera Jewgienija Prigożyna z kierownictwem Sił Zbrojnych FR osłabiał morale strony rosyjskiej. Kulminacją tego procesu był krótkotrwały „bunt Prigożyna” w czerwcu 2023 r. (zob. dalej), który nastąpił już po rozpoczęciu ukraińskiej kontrofensywy. Wówczas Moskwa ponownie zaczęła używać szerzej straszaka nuklearnego i m.in. ogłosiła decyzję o rozmieszczeniu taktycznej broni jądrowej na Białorusi. Sięgnęła także po broń ekonomiczną: w lipcu wycofała się z porozumienia dotyczącego (funkcjonującego od sierpnia 2022 r.) tzw. czarnomorskiego korytarza zbożowego umożliwiającego Ukrainie bezpieczny eksport produktów rolno-spożywczych. Strona ukraińska zdołała jednak w kolejnych miesiącach w dużym stopniu zneutralizować konsekwencje tego kroku poprzez rozwój alternatywnych szlaków eksportu wzdłuż wybrzeża czarnomorskiego, rzeką Dunaj i trasami lądowymi.

3) Rosja w ofensywie (od września 2023 r.)

Śmierć Prigożyna w katastrofie lotniczej (w końcu sierpnia 2023 r., najprawdopodobniej w wyniku sabotażu służb specjalnych FR) przywróciła poczucie stabilności w rosyjskich elitach. We wrześniu uwidoczniło się też fiasko kilkumiesięcznych prób ukraińskiej kontrofensywy na południu frontu i w Donbasie. Przyczyniły się do niego dobre przygotowanie i adaptacja sił rosyjskich, opóźnione i niewystarczające wsparcie wojskowe ze strony Zachodu oraz błędy popełnione przez stronę ukraińską. Narastały także oznaki zmęczenia przedłużającym się konfliktem w części państw zachodnich i słabnięcia woli wspierania Kijowa. Skutkowało to wzrostem pewności siebie po stronie rosyjskiej. Moskwa zaczęła wysyłać sygnały, że jest gotowa rozmawiać o zakończeniu konfliktu, lecz na podstawie przedstawionych wcześniej (wiosną 2022 r.) warunków de facto kapitulacji Ukrainy. Kreml liczył na to, że blokada amerykańskiego pakietu pomocy dla Kijowa (w dużej mierze umożliwiającego kluczowe dostawy broni i amunicji dla sił ukraińskich) doprowadzi do stopniowego załamania się (najpóźniej na przełomie 2024 i 2025 r.) ukraińskiej obrony. Zintensyfikował zatem ataki powietrzne na ukraińską infrastrukturę krytyczną (w tym energetyczną) i zwiększył presję wojskową w Donbasie.

Przyjęcie w końcu kwietnia 2024 r. amerykańskiego pakietu pomocowego (ok. 61 mld dolarów) zmieniło sytuację, umożliwiając stronie ukraińskiej stopniowe wzmacnianie obrony. Rosja rozpoczęła z kolei lokalną ofensywę w obwodzie charkowskim, wiążąc tam część sił ukraińskich. Przyczyniło się to do zgody USA na wykorzystanie zachodnich systemów rakietowych do bombardowania rosyjskiego pogranicza (wcześniej Waszyngton dopuszczał takie ataki tylko na okupowane terytoria ukraińskie). Kluczowe państwa zachodnie (w tym USA) podpisały także z Kijowem długoterminowe umowy dwustronne o współpracy w obszarze bezpieczeństwa. W odpowiedzi Moskwa rozpoczęła operację polityczno-propagandową zmierzającą w dwóch kierunkach. Po pierwsze, zaczęła znów używać straszaka nuklearnego, grożąc eskalacją konfliktu do poziomu użycia taktycznej broni jądrowej. Po drugie, deklarowała gotowość zakończenia wojny, przedstawiając jej polityczne warunki (...). Kreml nie mógł już liczyć na szybkie pokonanie ukraińskiej obrony, ale najprawdopodobniej zakładał, że dynamika sytuacji politycznej w Europie (wzrost wpływów środowisk populistycznych i nacjonalistycznych, przychylnie nastawionych do Moskwy) i w USA (wzrost nastrojów izolacjonistycznych) doprowadzi – najpóźniej w 2025 r. – do wewnętrznych sporów i w konsekwencji załamania się względnej solidarności Zachodu w polityce wsparcia Ukrainy i presji na Rosję. Tym samym realniejsze stanie się osiągnięcie przez Moskwę strategicznych celów wobec Ukrainy (na pierwszym etapie) i wobec Zachodu (w dalszej kolejności). Kijów zareagował deklaracjami o gotowości do rozmów pokojowych i jednoczesną lokalną ofensywą swych regularnych sił zbrojnych na rosyjski obwód kurski w sierpniu 2024 r. Ta ostatnia poskutkowała zajęciem przez wojska ukraińskie przygranicznych terenów obwodu, co stanowiło problem polityczny i wizerunkowy dla Kremla. Nie zmieniało to jednak taktyki Rosji.

Marek Menkiszak - (Nadal można) wygrać wojnę z Rosją


Rosyjscy politycy i urzędnicy oraz państwowa propaganda – w ramach zintensyfikowanej od wiosny 2024 r. kampanii – usiłują przekonać zachodnią opinię publiczną do fałszywej tezy. Zawiera ona kilka elementów. Po pierwsze, Moskwa miała wysuwać rzekomo ograniczone żądania wobec Ukrainy. Po drugie, stronom zasadniczo udało się porozumieć i uzgodnić „kompromisowe” formuły. Po trzecie, do zgody nie doszło wskutek zachodniego sabotażu (jako główny „sprawca” przedstawiany jest ówczesny premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson).

W rzeczywistości już wtedy żądania Moskwy wobec Kijowa były daleko idące – ich przyjęcie doprowadziłoby do „legalizacji” naruszenia integralności terytorialnej Ukrainy, efektywnego jej rozbrojenia oraz pozbawienia swobody prowadzenia polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Stworzyłyby one także formalne narzędzia ingerencji Moskwy w politykę wewnętrzną państwa ukraińskiego. W żadnym momencie rozmów nie powstała wersja dokumentu akceptowana przez obie strony. Ukraińcy formułowali początkowo kontrpropozycje wobec niektórych rosyjskich żądań, ale w końcowej fazie przedstawili de facto alternatywny projekt, pomijający kluczowe postulaty Moskwy i skupiający się na zachodnich gwarancjach bezpieczeństwa dla Kijowa. Powodem wstrzymania rozmów ukraińsko-rosyjskich było z jednej strony fiasko kluczowej, pierwszej fazy rosyjskiej agresji, mającej prowadzić do zajęcia Kijowa (jedyną motywacją do wszczęcia rozmów przez stronę ukraińską było zapobieżenie likwidacji państwa ukraińskiego w obliczu znaczącej dysproporcji sił na korzyść Moskwy i znikomego wówczas wsparcia militarnego ze strony Zachodu). Z drugiej strony ważnym czynnikiem politycznym było odkrycie na początku kwietnia 2022 r. w podkijowskiej Buczy i Irpieniu masowych grobów ukraińskich cywilów zamordowanych przez rosyjskich agresorów. Radykalnie zwiększyło to nastroje antyrosyjskie w społeczeństwie ukraińskim i wzmocniło wolę oporu za wszelką cenę, czyniąc ewentualne ustępstwa wobec Moskwy politycznie nieakceptowalnymi. Z kolei udział przedstawicieli ONZ, państw zachodnich, Turcji i Białorusi w procesie negocjacyjnym był mocno ograniczony – sprowadzał się głównie do usług logistycznych i wsparcia redakcyjnego. Rozmowy nie osiągnęły nigdy etapu, na którym konieczne stałoby się podjęcie decyzji politycznych dotyczących zobowiązań Zachodu wobec stron (czy to gwarancji dla Ukrainy, czy ustępstw wobec Moskwy).

Od kwietnia 2024 r. strona rosyjska zaczęła publicznie sugerować, że możliwe byłoby trwałe uregulowanie konfliktu z Ukrainą na bazie powyższych warunków stambulskich, jednak po ich modyfikacji. Listę takich formalnych ogólnikowych żądań najpełniej przedstawił Władimir Putin w wystąpieniu z 14 czerwca 2024 r. Wysunął on wówczas dwa warunki wstrzymania działań wojennych:

• wycofanie sił ukraińskich do granic administracyjnych anektowanych przez Rosję obwodów (siły  rosyjskie kontrolują niemal całość obwodu ługańskiego, ale jedynie większą część obwodów  donieckiego, zaporoskiego i chersońskiego);
• zobowiązanie się Ukrainy do rezygnacji z członkostwa w NATO.

Według Putina uregulowanie konfliktu byłoby możliwe w toku rozmów i wymagałoby zgody Kijowa  (oraz Zachodu) na rosyjskie warunki, tj.:

• akceptację przez Ukrainę „nowych realiów terytorialnych” (czyli aneksji Krymu i czterech innych ukraińskich regionów);
• neutralny, pozablokowy i bezatomowy status państwa ukraińskiego;
• demilitaryzację (w oparciu o poziomy uzbrojenia dyskutowane w 2022 r. (...));
• „denazyfikację” (którą 4 czerwca Putin zdefiniował m.in. jako zakaz działalności organizacji wspierających ideologię (neo)nazistowską, w tym banderowską);
• zapewnienie praw i swobód ludności rosyjskojęzycznej;
• przyjęcie porozumień pokojowych w formie aktów prawnomiędzynarodowych;
• zniesienie wszystkich zachodnich sankcji przeciw Rosji.

Nie ma jednak wątpliwości, że gdyby doszło do rozmów na bazie powyższych żądań, to strona rosyjska powróciłaby do poszerzania listy szczegółowych warunków – do zakresu porównywalnego z tym, czego domagała się wiosną 2022 r. (...).

Spełnienie wyżej wymienionych roszczeń prowadziłoby w praktyce nie tylko do poważnego naruszenia integralności terytorialnej Ukrainy, lecz także do istotnego ograniczenia jej suwerenności. 

(...)

Obecne starcie rosyjsko-ukraińskie nie jest konfliktem lokalnym, lecz ważnym elementem dużo szerszej konfrontacji Rosji z Zachodem, która toczy się co najmniej od początku 2007 r., a jej charakter stopniowo się zaostrza (wyjąwszy krótkie interludium bardziej kooperatywnych relacji w latach 2009–2011). Ważną cezurę wyznacza powrót Putina na urząd prezydenta FR wiosną 2012 r., po którym (od 2013 r.) nastąpił szereg agresywnych działań Moskwy. Od tego czasu możemy mówić o prowadzonej przez putinowską Rosję wojnie z Zachodem. Objęła ona i nadal obejmuje m.in. wrogie kampanie propagandowe, cyberataki, akcje sabotażowe, w tym przeciwko infrastrukturze krytycznej, próby dywersji politycznej, działania korupcyjne, szantaż energetyczny czy wreszcie demonstracje i prowokacje zbrojne (...).

Faktyczna likwidacja Ukrainy jako niepodległego państwa po planowanym zwycięstwie Rosji w wyniku pełnoskalowej agresji w lutym 2022 r. miała stanowić jedynie punkt wyjścia do rozmów z USA i państwami NATO, ale już z pozycji siły. Podstawą tych pertraktacji byłyby przedstawione przez Moskwę w grudniu 2021 r. żądania w formie projektów porozumień o bezpieczeństwie (...). Kreml zapewne eskalowałby przy tym swoje roszczenia, co służyłoby realizacji celów strategicznych polityki putinowskiej w Europie. Należą do nich: (1) uznanie przez Zachód tzw. obszaru poradzieckiego (z czasowym wyłączeniem państw bałtyckich) za rosyjską strefę wpływów i zablokowanie przy tym możliwości przyszłej integracji państw Europy Wschodniej i Kaukazu Południowego ze strukturami europejskimi i euroatlantyckimi; (2) ustanowienie buforowej strefy bezpieczeństwa w Europie Środkowej (a także Północnej) poprzez narzucenie daleko idących ograniczeń dotyczących zbrojeń, aktywności wojskowej i rozmieszczania tam sił sojuszniczych; (3) zredukowanie do minimum amerykańskiej obecności w Europie, w tym zwłaszcza doprowadzenie do wycofania się sił USA (w pierwszej kolejności ich broni nuklearnej) oraz do demontażu powstającego zintegrowanego (amerykańsko-natowskiego) systemu obrony przeciwrakietowej na Starym Kontynencie.

(...)

Strona rosyjska, zwłaszcza od jesieni 2023 r., nawiązywała do powyższych postulatów, sugerując przy tym, że w nowej rzeczywistości geopolitycznej (po rosyjskiej agresji na Ukrainę i zaostrzeniu konfliktu z Zachodem) musiałyby one zostać zrewidowane (czyli zaostrzone). Swoistą „ofertą” ze strony Kremla wobec części państw zachodnich (zwłaszcza w Europie) było ich dołączenie do przedstawionej w czerwcu 2024 r. przez Putina wizji nowej architektury bezpieczeństwa i rozwoju w Eurazji. Ta stanowiąca poszerzenie – lansowanej od roku 2015 przez Moskwę – idei Wielkiego Partnerstwa Eurazjatyckiego ogólnikowa koncepcja zakładała rozwój sieci współpracy gospodarczej (w tym finansowej, handlowej, technologicznej i transportowej) w Eurazji w powiązaniu z porozumieniami o zbiorowym bezpieczeństwie i wycofaniu sił „pozaregionalnych” (czytaj: amerykańskich) z tego obszaru. Warunkiem dołączenia państw europejskich do tego (w praktyce zdominowanego przez Chiny) nowego centrum globalnej integracji byłoby wedle Putina „uwolnienie się” przez nie od zależności wojskowej, politycznej, technologicznej, ideologicznej i informacyjnej od USA.

Marek Menkiszak - (Nadal można) wygrać wojnę z Rosją


Siergiej Miedwiediew, politolog, socjolog i dziennikarz, pracuje na Uniwersytecie Karola w Pradze; Rosja przypięła mu łatkę „agenta zagranicznego”. Od wielu lat jest współpracownikiem Radia Swoboda. Z uwagą przygląda się Rosji, analizuje, zadaje trudne pytania. Na swoim profilu na Facebooku zamieścił wzmiankę o spotkaniu ze swoim byłym studentem. Posłuchajcie: „Pamiętam go z dawnych lat, jeszcze jako licealista przychodził na moje wykłady do Muzeum im. Puszkina. Moskwianin, łebski gość, teraz kończy licencjat w Wyższej Szkole Ekonomii w Moskwie [z tą uczelnią Miedwiediew był w przeszłości związany przez wiele lat]. Spotkaliśmy się, wypytywałem go o to, jak jego koledzy studenci odnoszą się do wojny i tego wszystkiego, co się dzieje. Z jego odpowiedzi wywnioskowałem, że ten temat nie jest w ogóle obecny w rozmowach, to nie powód do refleksji. To znaczy oni nawet nazywają wojnę wojną, rozumieją, że na wojnie giną ludzie, ale uznają to za element rzeczywistości, jako jedną z zasad gry, coś, czego nie są w stanie zmienić. Dla niego to oczywiście nieszczęście, ale nie katastrofa. Wojna toczy się gdzieś tam, wojna jest dla tych, którzy generalnie żyją daleko, na marginesie: dla więźniów, dla mieszkańców biednych prowincjonalnych regionów. Ale nie dla takich jak on – młodych, zdolnych, odnoszących sukcesy. Aktywność tzw. patriotów na uczelni? Cały ten ruch Biały Kruk, zbiórki dla uczestników specjalnej operacji wojskowej […] czy tworzenie filii Wyższej Szkoły Ekonomii w Doniecku czy Ługańsku – tak, to jest, ale gdzieś obok. I on to nawet ocenia jako rzecz żenującą. Podobnie jak ogromne plakaty wzywające, by zgłaszać się na wojnę, podpisywać kontrakty, wiszące na stacjach metra. Ale nie ma ich znowu tak wiele, więcej jest reklam telefonii komórkowej.

Psychologicznym problemem wojna jest dla niektórych studentów wydziałów humanistycznych, ale nie dla tych, którzy studiują na wydziałach technicznych – dla programistów, matematyków. W szczególności dla ekonomistów to nie jest żaden problem. Dla nich to czas wielu możliwości. 21-letnich młodziaków przyjmują takie znane firmy jak Yandex […], na początek nowi pracownicy dostają na rękę ekwiwalent 3 tysięcy euro. Problemy? Jakie problemy? Moskwa żyje swoim burzliwym życiem, a życie płynie.

Z rodzicami mój student o wojnie nie rozmawia. Mama jest nauczycielką, ojciec biznesmenem. Codziennie oglądają telewizję, która ich formatuje i podpowiada słowa, których mają używać w opisie rzeczywistości. Ukraińców wszyscy żałują, ale wszyscy są też przekonani, że to sami Ukraińcy zbombardowali i zniszczyli Mariupol. Student sam doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co dzieje się w kraju, w tym wie o represjach (to też nie jest problem, wszyscy wokół wiedzą, że po pierwszej „administratiwce” [zapewne chodzi o karę aresztu administracyjnego] trzeba raczej wyjechać za granicę), ale cóż – życie, młodość, perspektywy są ważniejsze.

Powiedział jeszcze, że jego optyka związana jest z tym, że gdy dorastał, Putin już był, był po prostu od zawsze, represje były normą, a Ukraina była wrogiem. Student nie znał z autopsji czasów, gdy były wybory, a prasa miała margines swobody, na ulicach odbywały się demonstracje. Dla niego to, co się dzieje teraz, to część normy, tyle że obecnie to ma silniejszy wyraz i wydźwięk. Ale to nadal nie jest coś, co burzy jego życie, co powoduje zapaść.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl


To byłaby piękna wizja, przyznajmy. Rosyjski dyktator pojmany w Mongolii i przekazany Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu w Hadze za zbrodnie na Ukrainie. Brzmi niczym jakiś cosplay, grupa rekonstrukcyjna średniowiecznej historii Imperium Mongolskiego uśmiercającego swych ruskich wasali, przybyłych w stepy, by oddać pokłon wielkiemu chanowi. No, pomarzyliśmy!

(...)

Putin po wydaniu nakazu aresztowania przez MTK bywał już za granicą, między innymi w Chinach, nieuznających wszak MTK. Z kolei RPA, która miała go gościć, zrobiła unik, zamieniając tryb wizyty rosyjskiego przywódcy z realnej w wirtualną. Pod tym względem mongolska ekskursja Władimira Władimirowicza okazała się bezprecedensowa, bo rosyjski dyktator po raz pierwszy odwiedził państwo sygnatariusza MTK, do tego demokratyczne i prozachodnie, przynajmniej deklaratywnie.

No i go nie aresztowali.

Przeciwnie, rozłożyli przed nim czerwony dywan, czym po wschodniemu przykryli swoją porażkę dyplomatyczną.

Ale po kolei.

Patrząc na łąki w Karakorum, nie sposób uwierzyć, że była to kiedyś stolica świata, najważniejsze miasto na ziemi, serce Imperium Mongolskiego. Ze wszystkich kierunków sunęły do niego karawany z kupcami i poselstwa bijące czołami przed wielkim chanem. Po dawnej chwale dziś nie pozostał kamień na kamieniu (jeśli nie liczyć buddyjskiego klasztoru z recyklingu, wzniesionego z budulca po dawnej stolicy). Ukryte w łąkach fragmenty ruin odkopanych przez archeologów unaoczniają starą prawdę o nietrwałości potęg.

Wielkość Mongolii przeminęła ze stepowym wiatrem, z dawnego imperium pozostało wspomnienie, a znaczną część mongolskich ziem przejęli Chińczycy, burzyciele Karakorum. Pewnie utrzymaliby je w całości do dziś, gdyby na początku XX wieku północna połówka, tak zwana Mongolia Zewnętrzna, nie wyrwała się na niepodległość, korzystając ze sprzyjających okoliczności i rosyjskiego wsparcia.

Tak, Rosja dla Mongolii okazała się oswobodzicielką z obcego jarzma, niczym dla Serbii czy Bułgarii. I chociaż Mongołowie zapłacili wysoką cenę, będąc pod protektoratem Moskwy, to jednak uratowali państwowość. I to jest pierwszy powód, że Putina teraz nie aresztowali.

Drugim jest położenie geograficzne.

Nadwiślańscy geopolityczni influencerzy, miłośnicy tez o nieuniknioności i przekleństwie geografii, powinni z miejsca pokochać Mongolię. Ma ona najgorszą geografię polityczną na świecie. Graniczy tylko z dwoma sąsiadami, i to jakimi! – Rosją i Chinami. I nie posiada dostępu do morza. Jakby co, nie dopłynie tu amerykańska flota, nie dolecą samoloty, nie dotrą sojusznicze oddziały. Handel też idzie przez Rosję i Chiny, jest uzależniony od chińskich portów i rosyjskich kolei; podobnie energetyka i transport. Mongolia mapy nie oszuka, pozostaje wciśnięta między dwa ekspansywne mocarstwa. Musi z tym żyć. Jeśli więc ktoś zaczyna (i kończy) analizę polityki międzynarodowej na mapie, powinien natychmiast zająć się Mongolią. Słowem, geopolitycy do Ułan Bator!

Ale Mongołowie nie wpadli w defetyzm. Geografię zinterpretowali twórczo. Choć graniczą tylko z dwoma krajami, ogłosili politykę „trzeciego sąsiada” (po rosyjsku nazywając ją jeszcze z dyplomatyczną zwinnością, „trzecim partnerem”). No to co, że go nie ma? Trzeba stworzyć! By politycznie zrównoważyć rosyjsko-chińskie sąsiedztwo, na „trzeciego sąsiada” wyśniono sobie USA. I aby dopomóc marzeniom, przyjęto, dość naskórkowo, demokrację, co pomogło otrzymać granty i pożyczki z Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Rozwoju Azji. Jeszcze innym „trzecim” sąsiadem została Japonia, a następnie Korea Południowa, ważni inwestorzy i jeszcze ważniejsi darczyńcy. Listę „trzeciego”, czy raczej „trzecich” sąsiadów wydłużyć jeszcze można choćby o Australię, UE czy Kanadę, a także o mocnych azjatyckich średniaków, jak Kazachstan czy Wietnam.

Póki trzymał się postzimnowojenny porządek, polityka „trzeciego sąsiada” zdawała egzamin. Zachód rządził, Rosja pozostawała słaba, a Chiny skromne. W międzyczasie zamiana rubla transferowego na dolary w handlu międzynarodowym i urynkowienie cen uczyniły Mongolię wydobywczym eldorado, surowcowym rezerwuarem międzynarodowych korporacji, z australijską Rio Tinto na czele. Politycznie to się opłaciło nie tylko miejscowym skorumpowanym elitom, zarabiającym krocie na tej współczesnej odmianie kompradorstwa. W szerszym sensie było to też korzystne dla racji stanu: wiązało gospodarczo Zachód, by w razie czego zechciano tam umierać za Ułan Bator.

Niestety, z czasem sytuacja międzynarodowa zaczęła się pogarszać. Zachód stopniowo acz nieubłagalnie słabnie, rosyjska asertywność skończyła się inwazją na Ukrainę i globalną półizolacją, a Chiny zrobiły się zbyt silne, zbyt bogate i zbyt pewne siebie. Ich wzrost zachwiał równowagą strategiczną Mongolii, bo to Państwo Środka jest jedynym zagrożeniem dla niepodległości tego kraju (i przy okazji głównym partnerem handlowym). „Miał być trzeci sąsiad, a tymczasem dziś to pierwszy sąsiad zaczyna się stawać drugim”, mówił mi w czerwcu 2023 roku jeden z dyplomatów w Ułan Bator, nawiązujący do stopniowego zdominowania Rosji przez Chiny. Robiąca się powoli dodatkiem do Pekinu Moskwa to strategicznie fatalne wieści dla Mongołów. Podobnie jak wojna rosyjsko-ukraińska i jej konsekwencje.

Chwiejącą się pax americana przeciwnicy z lubością nazywają amerykańską hegemonią, na której korzystają głównie Stany Zjednoczone. Choć trudno z tym polemizować, to stworzony przez Amerykanów porządek międzynarodowy ma ważną zaletę: chroni (lojalne wobec niego) państwa małe i średnie. W Polsce doskonale to rozumiemy, a na obszarze postradzieckim Ukraina na własnej skórze przekonuje się, jak wyglądać może alternatywa wobec „porządku opartego na (amerykańskich) regułach”. Gdy nie ma najmocniejszego w piaskownicy wuja Sama, powraca darwinistyczna reguła klubu mocarstw, kliki silnych decydujących o losach świata. Średni i mali są tam niczym tubylcze ludy niewpuszczane do ekskluzywnych klubów „tylko dla białych” w czasach kolonialnych.

Dla Mongolii to fatalna perspektywa. Bo skoro można najechać Ukrainę, łamiąc podstawy Karty ONZ, to dlaczego pewnego dnia Pekin nie miałby doprowadzić do „zjednoczenia” Mongolii? Czyli przyłączenia niepodległej Mongolii (Zewnętrznej) do Mongolii Wewnętrznej, jej połówki historycznej, obecnie prowincji chińskiej. Jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku Deng Xiaoping przypomniał George’owi H. Bushowi o „teorii liścia klonowego”, zgodnie z którą Państwo Środka powinno na mapie przypominać zarysem obręb liścia klonu. Tak nie jest, bo po odłączeniu się Mongolii zrobiła się wyrwa.

To dlatego podważanie obecnego porządku międzynarodowego jest dla Mongolii niczym otwieranie puszki Pandory. A co gorsza, robi to jeszcze Rosja, sprzymierzona obecnie z Chinami.

„Gdy twój gwarant bezpieczeństwa najeżdża na sąsiada, wiedz, że masz problem”, mówił mi rok temu jeden z byłych mongolskich premierów, kreśląc mongolskie podejście do inwazji na Ukrainę. To połączenie niedowierzania, wyparcia, obojętności, niezrozumienia oraz rosnącego krytycyzmu hamowanego świadomością realiów i strachem o przyszłość kraju, wynikającym z globalnych konsekwencji wojny. Dla Mongolii starcie rosyjsko-ukraińskie jest fatalne, bo ustawia Rosję i Zachód na kolizyjnym kursie. A biorąc pod uwagę realia, Rosja jest dla Mongolii planem B, na wypadek, gdyby „trzeci sąsiad” jednak zawiódł i nie wystarczył. Tyle że Moskwa tak nachalnie podważająca obecny porządek międzynarodowy, na którym opiera swoje istnienie Mongolia, zaczyna się robić problematycznym protektorem. Casus MTK doskonale to pokazuje.

Międzynarodowy Trybunał Karny to część obecnego porządku międzynarodowego. Kwestionowanie autorytetu MTK to z kolei podważanie tegoż porządku, szczególnie niebezpieczne dla małych i średnich państw (duzi sobie poradzą). Przekładając to na Mongolię, niearesztowanie Putina naraża Ułan Bator na krytycyzm i potępienie (Ukraina już to nazwała „ciężkim ciosem” dla systemu prawa karnego) oraz dystansuje Mongolię od zachodnich „trzecich sąsiadów”. Ale alternatywa, ewentualne aresztowanie, byłoby jednak samobójstwem politycznym, atakiem na gwaranta bezpieczeństwa. Wyboru więc nie było. Gdy Putin zechciał przyjechać do Ułan Bator, nie tylko nie można go było aresztować, lecz nawet mu odmówić.

kulturaliberalna.pl


Rosyjska gospodarka wykazuje pewne oznaki, że podejmowanie ryzyka związanego z innowacjami i przedsiębiorczością spada. Według rankingu Światowej Organizacji Własności Intelektualnej z 2024 r. innowacje w Rosji nie nadążają za poziomem rozwoju kraju. Liczba zgłoszeń patentowych w Rosji spadła o 13 proc. w 2022 r., a liczba zgłoszeń patentowych od zagranicznych wnioskodawców spadła o 30 proc. według danych Rosyjskiego Urzędu Patentowego.

Rosja utworzyła zaledwie 240 tys. 458 nowych spółek z ograniczoną odpowiedzialnością w 2022 r., czyli ok. połowy liczby nowych firm zarejestrowanych w 2015 r., wynika z bazy danych Banku Światowego dotyczącej przedsiębiorczości.

Prywatne inwestycje w Rosji również spadły. Transakcje fuzji i przejęć oraz rundy finansowania wspierane przez kapitał private equity i venture capital w Rosji spadły o ok. 39 proc. w latach 2022-2023, a według danych S&P Global w ubiegłym roku w kraju odnotowano zaledwie 1 mld 400 mln dol. obrotów tego typu. Wartość transakcji fuzji i przejęć jako całości również spadła o 71 proc. do 6 mld 410 mln dol. z 22 mld 480 mln dol. w poprzednim roku.

W pierwszej połowie 2024 r. zyski przedsiębiorstw w Rosji również spadły o ok. 6 proc. Tymczasem zyski z działalności zawodowej, naukowej i technicznej w Rosji spadły o ok. 19 proc. w pierwszej połowie tego roku w porównaniu z tym samym okresem rok temu.

Portes powiedział, że na wyniki te częściowo wpływa bardziej restrykcyjne środowisko w Rosji, a także inne wyzwania stojące przed Moskwą, takie jak wysoka inflacja i ucieczka niektórych najbardziej wykształconych pracowników.

— Konsekwencje długoterminowe, konsekwencje średnioterminowe, pustoszą gospodarkę — powiedział. — To bardzo smutne, ale tak właśnie jest — dodał.

businessinsider.com.pl


Spadki cen ropy i gazu oraz rabaty, jakie kraj Putina musi dawać nabywcom, spowodowały, że ich eksport towarów spadł w lipcu br. do 33,7 mld dol. z 37,1 mld dol. rok wcześniej w analogicznym miesiącu i z 35,4 mld dol. w czerwcu br. — wynika z danych Trading Economics. W całym ub.r. ich eksport towarów wyniósł 424,5 mld dol. w porównaniu do 592,1 mld dol. rok wcześniej — podaje Bank Centralny Rosji. Razem z eksportem usług daje to łącznie 465,7 mld dol. przy 640,9 mld dol. rok wcześniej. To poważny zawał rosyjskiej gospodarki będący efektem agresywnych zapędów kraju i sankcji tym wywołanych.

Jak w tym samym czasie wyglądały podobne liczby dla Polski? Rosja ma przecież potencjał ludzki czterokrotnie wyższy niż Polska, nie mamy ropy ani gazu na eksport, więc Rosja powinna mieć przygniatającą przewagę. Nic z tych rzeczy. Przy tych wszystkich różnicach i tak ich przebijamy.

Mamy już w kraju rozbudowany potencjał produkcyjny, który wysyła za granicę towary przetworzone, a nie surowce. Eksport towarów z Polski wyniósł w ub.r. 362 mld dol., a razem z eksportem usług daje to 471 mld dol. — wynika z danych NBP. To o ponad 5 mld dol. więcej niż Rosja.

(...)

Inwestorzy pchali się do Państwa Środka przez lata drzwiami i oknami mimo trudnych warunków stawianych przez komunistyczną partię, niepewności regulacyjnych, braku zachodnich standardów ochrony własności, wciskania inspektorów politycznych do firm. Przyciągała ich wielkość rynku i setki miliony tanich pracowników. Chiny jednak straciły w ubiegłym roku wiele blasku. Tak wynika z danych Banku Światowego.

O ile jeszcze w 2022 r. w Chinach bezpośrednich inwestycji zagranicznych było za 190,2 mld dol., a w Polsce za 36,9 mld dol., to w 2023 r. Chiny przyciągnęły już tylko 42,7 mld dol. podczas gdy Polska 31,6 mld dol. Różnica z ponad 150 mld dol. skurczyła się do nieco ponad 10 mld dol. Dla kapitału międzynarodowego nagle Polska zrównała się z Chinami.

onet.pl

wtorek, 29 października 2024



Według amerykańskiego kontrwywiadu, który przechwycił tajne dokumenty Kremla oraz wewnętrzne protokoły spotkań przedstawicieli administracji Władimira Putina, władze rosyjskie otwarcie oczekują od swoich służb specjalnych, propagandystów i hakerów wspierania Donalda Trumpa w wyścigu o fotel prezydencki.

Za ingerencję w amerykańską kampanię wyborczą mają odpowiadać trzy firmy IT podległe Administracji Prezydenta Rosji, a konkretnie jej wiceszefowi Siergiejowi Kirijence. W operacji bierze udział także sam Władimir Putin, który publicznie wyraził swoje poparcie dla Joe Bidena, a następnie Kamali Harris. Zdaniem ekspertów jest to celowy zabieg, mający na celu uczynienie przywódców Demokratów „prorosyjskimi” w oczach elektoratu, a tym samym odwrócenie uwagi od rosyjskiego wsparcia dla Trumpa.

Jak wynika z uzyskanych rosyjskich dokumentów, których część została niedawno ujawniona opinii publicznej, już w 2023 roku, w celu zapewnienia Trumpowi zwycięstwa, Rosja rozpoczęła zmasowaną, tajną kampanię dezinformacyjną, która miała wywierać wpływ na amerykańskich polityków, biznesmenów, dziennikarzy, celebrytów, osobistości religijne, liderów opinii publicznej. Celem kampanii było także tworzenie treści dla antyrządowych kanałów YouTube, fikcyjnych grup zwolenników Republikanów w sieciach społecznościowych, portali pseudoinformacyjnych o nastawieniu protrumpowskim, klonów mediów oraz ukierunkowanych reklam i ogromnej liczby prorosyjskich komentarzy z udziałem farm botów i innych organizacji propagandowych.

Przykładem takiej działalności jest stworzenie w USA przez agentów Kremla sieci regionalnych pseudomediów. Jak wynika z dokumentów, kampania dezinformacyjna składa się z co najmniej trzech jednoczesnych operacji pod nazwami „Good Old USA”, „Network of American Social Media Influencers” i „Guerrilla Media Company”. W opisie pierwszej operacji kremlowscy analitycy podkreślają, że Rosja powinna dołożyć wszelkich starań, aby zapewnić zwycięstwo Donaldowi Trumpowi.

Dokumenty opublikowane przez Amerykanów ocenzurowano. Kandydaci i ich partie zostali w tłumaczonych dokumentach oznaczeni literami A i B, jednak z kontekstu wynika, że „kandydat A” to Trump, a „kandydat B” to Biden. Podobny zabieg zastosowano wobec Partii Republikańskiej i Partii Demokratycznej.

Z uzyskanych dokumentów wynika, że Kreml uważa, iż dzisiejszą sytuację międzynarodową charakteryzuje przede wszystkim ostra wrogość USA wobec Rosji. Stany Zjednoczone mają dążyć do utrzymania „globalnego przywództwa”, usiłując zadać Rosji strategiczną porażkę. Jednocześnie według kremlowskich analityków kwestia uzasadnienia tych wysiłków USA pozostaje główną kwestią polityki wewnętrznej i będzie zasadniczym tematem wyborów prezydenckich w USA w 2024 roku.

- Właściwe jest, by Rosja dołożyła wszelkich starań, aby zapewnić zwycięstwo amerykańskiej opinii publicznej z punktu widzenia Donalda Trumpa (przede wszystkim jego zwolenników), w tym zapewnienie pokoju na Ukrainie w zamian za terytoria, konieczność skupienia się na problemach amerykańskiej gospodarki, powrót wojsk z całego świata do kraju itp. Obecnie istnieją realne możliwości korzystnego dla nas ukierunkowania amerykańskiej opinii publicznej przy wykorzystaniu narzędzi pracy informacyjnej z internautami - czytamy w tajnym kremlowskim dokumencie.

Jako narzędzia internetowe władze rosyjskie wymieniają takie portale społecznościowe, jak YouTube, Facebook, Instagram, Reddit, 4chan i inne, zwracając szczególną uwagę na X - ex-Twittera, który Kreml nazywa „jedyną masową platformą w Stanach Zjednoczonych, na której można pracować bez demokratycznej cenzury i zwiększonej kontroli amerykańskich służb specjalnych”. Platforma od końca 2022 roku należy do miliardera Elona Muska, który otwarcie popiera Donalda Trumpa oraz prawdopodobnie prowadził bezpośrednie rozmowy z Władimirem Putinem.

- Celem jest utworzenie i rozwój sieci 200 kont, po 4 dla każdego stanu USA, chronionych przez VPN i serwery fizyczne w samych USA przed wykryciem przez lokalne służby specjalne „rosyjskiego śladu”, oraz dotarcie do odbiorców. Przed wyborami ma ich być ponad milion - tak kremlowscy specjaliści od propagandy opisują swoją strategię w amerykańskim segmencie platformy X.

Jednocześnie kremlowscy specjaliści od dezinformacji postanowili zadbać o minimalną wiarygodność swoich kanałów informacyjnych i nieprzesadzanie z fejkami. Zalecają, że podczas pracy w sieciach społecznościowych „konieczne jest używanie minimum fałszywek i wrzucanie bardziej realistycznych informacji”.

We wrześniu FBI i inne amerykańskie agencje poinformowały, że za wykradzeniem e-maili pracownikom kampanii wyborczej Donalda Trumpa stali irańscy hackerzy. Miało to miejsce w czerwcu i lipcu tego roku, zanim Joe Biden wycofał swoją kandydaturę w wyborach, a jego miejsce zajęła Kamala Harris. Oświadczenie pojawiło się tydzień po tym, gdy przedstawiciele takich amerykańskich mediów, jak New York Times, Washington Post i Politico poinformowali o otrzymaniu wewnętrznych dokumentów kampanii Trumpa, w tym dotyczących kandydata na wiceprezydenta, senatora z Ohio J.D. Vance'a.

Media i eksperci zwracają uwagę, że wiąże się to z obawami Iranu o możliwość utwardzenia amerykańskiej polityki po powrocie Donalda Trumpa do władzy. Amerykański polityk w czasie swojej kadencji w 2018 roku wycofał USA z porozumienia z Iranem, mającego na celu zatrzymanie jego programu broni jądrowej w zamian za ograniczenie sankcji. Również rzeczniczka kampanii republikańskiego kandydata Caroline Leavitt powiązała hakerski atak właśnie z faktem, że zamiarem Trumpa jest przywrócenie surowych sankcji i przeciwdziałanie „irańskiemu terroryzmowi"

x.com/Bielsat_pl/ East24.info/BBC


Rosyjski portal RBK pisze o zbiorowym pozwie 17 rosyjskich kanałów TV, które poskarżyły się na naruszenie przez właściciela platformy YouTube swoich interesów poprzez zablokowanie ich kont.  Astronomiczną sumę nałożono na wniosek państwowych i prywatnych prokremlowskich nadawców. Najważniejsze to kanał TV ministerstwa obrony Zwiezda, państwowy holding VGTRK (nadawcy kanałów Rossija 1, Rossija 24 itp., należąca do Gazpromu NTV, telewizja władz obwodu moskiewskiego Kanał TV 360, należące do firmy, której szefową jest konkubina Władimira Putina Alina Kabajewa, Pierwyj Kanał i TRK Petersburg, firma IP Simonyan, reprezentująca kanał YouTube szefowej RT (d. Russia Today propagandystki Margarity Simonjan, a także Prawosławna Telewizja - właściciel kanału Spas (pol. Zbawiciel).

Rosyjski sąd nakazał Google przywrócenie ich kont YouTube, a w przypadku niespełnienia wymogów nałożył karę. Jeżeli orzeczenie sądu nie zostanie wykonane w terminie dziewięciu miesięcy od dnia jego wejścia w życie, za każdy dzień niewykonania orzeczenia zostanie naliczona kara w wysokości 100 tys. rubli. Kwota ta podwaja się co tydzień do czasu wykonania decyzji, bez ograniczenia całkowitej kwoty kary.

Jest to nie pierwsza sprawa tego typu wobec amerykańskiej firmy. W 2020 r.  YouTube zablokował kanał prawosławnej TV Cargrad (kontrolowanej przez kremlowskiego oligarchę Konstantego Małofiejewa), kanały telewizji RIA i FAN na podstawie wprowadzonych amerykańskich sankcji. 

Wiosną 2021 roku stołeczny sąd nakazał Google przywrócenie Cargradowi dostępu do zablokowanych kont pod groźbą progresywnej kary w przypadku niewykonania tej decyzji. W lutym 2022 roku do akcji weszła rosyjska Federalna Służba Antymonopolowa, która uznała, że ​​Google naruszył artykuł ustawy „O ochronie konkurencji” w związku z nadużyciem pozycji dominującej, gdyż YouTube samowolnie zablokował konta i kanały rosyjskich nadawców. FAS zażądała od firmy kary w wysokości 2 miliardów rubli, którą później zwiększyła do 4 miliardów rubli z powodu braku reakcji. Miesiąc później Google częściowo spełnił żądania Cargradu i według przedstawiciela tego kanału zapłacono im 1 miliard rubli. W czerwcu 2022 r. rosyjski oddział firmy Google ogłosił upadłość.

Rosyjskie media zwróciły się też do sądów Turcji, Węgier, Hiszpanii, Republiki Południowej Afryki i innych krajów z prośbą o uznanie i wykonanie orzeczeń wydanych przeciwko Google w Rosji. W czerwcu Wysoki Trybunał Republiki Południowej Afryki uwzględnił wniosek o przejęcie aktywów Google w tym kraju. Stało się to po tym, jak korporacja nie zastosowała się do nakazu moskiewskiego sądu nakazującego przywrócenie konta rosyjskiego kanału telewizyjnego Spas w serwisie YouTube.

Sam Google złożył w sierpniu pozwy przed sądami USA i Wielkiej Brytanii przeciwko właścicielom rosyjskich kanałów telewizyjnych RT, Cargrad i Spas. Spółka stara się o decyzję zakazującą stacjom telewizyjnym wszczynania postępowań prawnych poza Rosją. Pierwsza rozprawa w tej sprawie odbyła się pod koniec września w Kalifornijskim Sądzie Okręgowym. Google złożył także podobne pozwy przed Najwyższym Sądem Anglii i Walii.

Smaczku sprawie dodaje fakt, że z jednej strony państwowi, lub związani ściśle z Kremlem nadawcy domagają się odblokowania swoich kont na YouTube. A z drugiej strony rosyjskie władze utrudniają korzystanie z platformy swoim obywatelom, zmniejszając 10-krotnie szybkość transmisji filmików. Jest to środek odwetowy za okazywanie “braku szacunku narodowi rosyjskiemu”, a konkretnie blokowanie rosyjskich kanałów propagandowych i artystów związanych z reżimem. 

x.com/Bielsat_pl


Gdy Bezos zarządził, że należąca do niego gazeta nie może poprzeć przeciwnika Trumpa, był to przejrzysty akt poddania się, wynikający z intuicyjnego zrozumienia różnic między kandydatami.

Bezos zrozumiał, że jeśli zantagonizuje Kamalę Harris i Harris zostanie prezydentem, nie poniesie żadnych konsekwencji. Administracja Harris nie będzie atakować jego firm, ponieważ administracja Harris będzie — jak wszystkie administracje prezydenckie, na których czele nie stoi Trump — przestrzegać praworządności.

Bezos również zrozumiał, że odwrotna sytuacja nie jest prawdziwa. Gdyby nadal antagonizował Trumpa, a Trump zostałby prezydentem, jego biznesy byłyby bardzo narażone.

Więc zgięcie kolana przed Trumpem było mądrym zagraniem. Same plusy, żadnych minusów.

Trump zrozumiał, że wniosek Bezosa będzie miał ograniczone zastosowanie, jeśli zostanie zachowany w tajemnicy. Ponieważ celem dominacji nad Bezosem nie było tylko dominowanie nad Bezosem. Chodziło o wysłanie wiadomości do każdego innego biznesmena, przedsiębiorcy i korporacji w Ameryce: że takie są zasady gry. Jeśli jesteś miły dla Trumpa, rząd będzie miły dla ciebie. Jeśli krytykujesz Trumpa, rząd zostanie użyty przeciwko tobie.

Dlatego Trump spotkał się z Blue Origin tego samego dnia, w którym Bezos ustąpił. To była demonstracja — bardzo publiczna demonstracja.

thebulwark.com


Washington Post poinformował 27 października, że ​​rosyjska gospodarka jest „w niebezpieczeństwie przegrzania”, zauważając, że nadmiernie wysokie wydatki wojskowe Rosji napędzały wzrost gospodarczy w sposób, który zmusił rosyjskie firmy do sztucznego podnoszenia wynagrodzeń w celu zaspokojenia popytu na pracę, pozostając konkurencyjnymi wobec wysokich wynagrodzeń wojskowych w Rosji. Washington Post zacytował szefową rosyjskiego banku centralnego Elwirę Nabiullinę, która ostrzegła w lipcu 2024 r., że siła robocza i zdolności produkcyjne Rosji są „prawie wyczerpane”. Washington Post zauważył, że prywatne rosyjskie firmy mają trudności z nadążaniem za rosyjskimi wynagrodzeniami wojskowymi i coraz częściej muszą oferować wynagrodzenia kilkakrotnie wyższe od typowych średnich w branży. ISW niedawno poinformowało, że rosyjskie władze regionalne znacznie zwiększają jednorazowe premie za podpisanie kontraktu dla rosyjskich żołnierzy w celu utrzymania tempa generowania sił zbrojnych w Rosji (około 30.000 żołnierzy miesięcznie), co podkreśla fakt, że Rosja nie ma nieograniczonej puli siły roboczej i musi finansowo i społecznie liczyć się z ciągle rosnącymi kosztami uzupełniania strat na pierwszej linii za pomocą różnych kanałów generowania sił zbrojnych. The Washington Post zauważył również, że surowa polityka migracyjna Rosji, szczególnie po ataku na Crocus City Hall w marcu 2024 r., jeszcze bardziej uszczupliła pulę siły roboczej w Rosji i nasiliła tarcia gospodarcze. Stało się tak szczególnie dlatego, że pracownicy migrujący coraz częściej identyfikują Rosję jako wrogie i nieatrakcyjne miejsce do przeprowadzki w celach zarobkowych. ISW szczegółowo relacjonował, w jaki sposób Putin próbuje znaleźć równowagę między zaspokajaniem potrzeb swojego prowojennego, ultranacjonalistycznego elektoratu, który podziela skrajnie antyimigranckie nastroje, a praktyczną potrzebą wykorzystania siły roboczej migrantów zarówno ekonomicznie, jak i militarnie.

Putin prawdopodobnie ocenia, że ​​wezwanie do kolejnej częściowej mobilizacji lub wprowadzenie powszechnej mobilizacji będzie zbyt kosztowne dla jego reżimu, dlatego też uciekł się do wysiłków kryptomobilizacji, które wydają się kłaść coraz większe obciążenia na rosyjską gospodarkę wojenną. Niedawne pojawienie się północnokoreańskich wojsk w Rosji i ich doniesienia o rozmieszczeniu w strefie walk w obwodzie kurskim dodatkowo sugerują, że cały system generowania sił Putina jest bardzo wątły. Koszty podsycania wojny będą rosły, ponieważ Rosja nadal zużywa siłę roboczą i materiały na linii frontu. Zasoby rosyjskie są ograniczone, a Putin nie może liczyć się z tymi kosztami w nieskończoność. Gospodarka Rosji osiągnie punkt wypalenia. Ten punkt wypalenia spowoduje ogromne koszty dla rosyjskiego społeczeństwa, co może zmusić Putina do podjęcia ważnych decyzji o tym, jak zapewnić zasoby na wojnę Rosji lub zmienić sposób prowadzenia wojny przez Rosję, aby zachować stabilność jego reżimu.

understandingwar.org


Jak Chiny mogą zmienić obecną sytuację? Według Simony Grano potrzebne są fundamentalne zmiany polityczne i administracyjne w chińskim systemie prawnym oraz gospodarczym,

— System musi stać się bardziej otwarty, przejrzysty i konkurencyjny — wyjaśnia.

George Magnus, ekonomista i ekspert do spraw Chin, przewidział lata temu, że styl zarządzania Xi będzie szkodliwy dla gospodarki.

Ale dla maniaka kontroli Xi, pod którego rządami chińska gospodarka powróciła do centralizacji i restrykcji, zwiększenie swobód jest niemożliwe.

W ten sposób Xi stawia swój kraj przed poważnymi problemami.

— Ponieważ globalna potęga Chin opiera się na ich znaczeniu gospodarczym, jeśli to drugie zostanie zagrożone, to pierwsze również ucierpi — powiedział Magnus w wywiadzie dla "Blicka".

Od roku Chiny znajdują się w punkcie krytycznym. Bez funkcjonującej gospodarki Chiny mogą stracić na znaczeniu. W tym miejscu do gry wkraczają wydarzenia takie jak szczyt BRICS.

onet.pl/Blick


Według oficjalnych danych opublikowanych przez Rosstat (urząd statystyczny Rosji) na koniec września produkcja stali walcowanej w Rosji zmniejszyła się o 18,2 proc. rok do roku, żeliwa o 9,4 proc., rur stalowych o 9,5 proc., a produkcja stali niestopowej o 15,8 procent.

Narastająco w ciągu 9 miesięcy Rosja wyprodukowała 45,3 mln ton walcówki – 5,3 mln ton, czyli o 6,3 proc. mniej niż w tym samym okresie rok wcześniej. Produkcja surówki w okresie styczeń-wrzesień spadła o 5,8 proc., do 38,4 mln ton; rur stalowych – o 5,2 proc., do 9,6 mln ton.

„Tendencja jest niezdrowa i wskazuje zarówno na pogorszenie sytuacji na rynku światowym, jak i na spowolnienie popytu krajowego” – zauważa Maksym Chudałow główny strateg IC Vector Capital. Huty oligarchów są w złej sytuacji także przez zniesienie preferencyjnych kredytów hipotecznych przez Kreml. Spowodowało to załamanie rynku deweloperskiego w Rosji, podkreśla opozycyjny „The Moscow Times".

- Rynki eksportowe są dla rosyjskiej metalurgii zamknięte sankcjami – podkreśla Chudałow. Eksport metali z Rosji w okresie styczeń–wrzesień tego roku spadł o 14,7 proc., do 16,1 mln ton. Największe straty poniósł koncern TMK, największy w Rosji producent rur stalowych. Eksport z Wołżskiego Zakładu Rur spadł o połowę, a z Czelabińskiego Zakładu Walcowania Rur o 60 procent.

Siewierstal, należący do miliardera Aleksieja Mordaszowa, odnotował załamanie eksportu o 23 proc., zakłady Evraz Romana Abramowicza – o 14-21 proc., Magnitogorska Huta Żelaza i Stali (MMK) zmniejszyła sprzedaż za granicę o 12 procent. Nieco mniej eksportu straciły Nowolipieckie Huty Żelaza i Stali (NLMK) oligarchy Władimira Lisina – 4 proc.

rp.pl


Zdaniem jej rozmówców, inwestycja warta 25 mld dolarów, której budowa trwała prawie dekadę, nie może znaleźć nabywców na swój gaz, przez co gromadzą się niesprzedane rezerwy. W październiku Novatek ograniczył wydobycie gazu na potrzeby Arctic LNG 2 do 5,3 mln m3 dziennie, czyli o ponad połowę do produkcji września (12,1 mln m3 dziennie).

Od sierpnia Arctic LNG 2 wyprodukował osiem partii gazu, ale jednej z nich nie udało się w ogóle sprzedać, mimo że Rosjanie oferowali rabaty sięgające 40 proc. w stosunku do cen rynkowych. Klienci ostrożnie podchodzą do przyjmowania tankowców z Arctic LNG 2, gdyż Stany Zjednoczone nałożyły na nie nowe sankcje.

W sierpniu na czarną listę trafiło 8 gazowców związanych z projektem. Sama fabryka Novateku znalazła się pod amerykańskimi sankcjami w listopadzie 2023 r. W wyniku tego zagraniczni udziałowcy zamrozili swój udział, a południowokoreańska stocznia, gdzie Rosjanie zamówili jednostki do transportu gazu, odmówiła dostaw gazowców klasy lodowej. A tylko takie radzą sobie na pokrytym lodem przez większość część, roku Północnym Szlakiem Morskim.

W czerwcu 2024 r Biały Dom zaostrzył sankcje wobec Novateku. Wszystkie projekty w budowie (Murmańsk LNG, Obsky LNG, Murmansk-transgaz, Arctic LNG 2, Arctic LNG 3), a także 7 z 15 gazowców, zamówionych tankowców rosyjska stocznia Zwiezda – znalazły się na czarnej liście z zakazem jakichkolwiek operacji biznesowych.

Zastępca sekretarza ds. energii USA Geoffrey Pyatt powiedział w zeszłym tygodniu Bloombergowi, że na tym nie koniec. - Bardzo uważnie obserwujemy, dokąd zmierzają objęte sankcjami rosyjskie ładunki i można być pewnym, że administracja Bidena będzie w dalszym ciągu dokręcać śrubę w eksporcie rosyjskiego LNG – ostrzegł.

rp.pl


O zniknięciu statystyk inflacyjnych Rosstatu wyszło na jaw wkrótce po tym, jak ekonomiści ze Sztokholmskiego Instytutu Ekonomii stwierdzili, że władze rosyjskie prawdopodobnie fałszują dane na temat podwyżek cen, zawyżając w ten sposób dane dotyczące wzrostu gospodarczego.

Od początku roku, według oficjalnych statystyk, ziemniaki podrożały o 50 proc., masło – o 23,4 proc., jagnięcina – o 21,1 proc., mleko – o 11,8 proc., śmietana – o 11,9 proc., pieczywo – o 11 proc. Ceny wołowiny wzrosły o 10,2 proc. w niecałe 10 miesięcy, jabłka podrożały o 13,1 proc. Koszty materiałów budowlanych i zakwaterowania w hotelach wzrosły o prawie 20 proc., a ceny przejazdów komunikacją miejską o ponad 10 proc.

Szwedzcy ekonomiści zwrócili uwagę na fakt, że alternatywne wskaźniki inflacji są znacznie wyższe od oficjalnych: na przykład wskaźnik cen Romir dóbr konsumpcyjnych codziennego użytku, liczony na podstawie realnego koszyka konsumenckiego obywateli, wzrósł od początku wojny o 87 proc., podczas gdy skumulowana oficjalna inflacja wynosi zaledwie 27 proc.

Szwedzcy eksperci podkreślają, że obecnie stopa banku centralnego (21 proc.) przewyższa oficjalną inflację o ponad 12 punktów procentowych, a takiej rozbieżności nie miała w Rosji od początku XXI wieku. Przykładowo, przy takiej samej inflacji (8,5%) jak obecnie, na koniec 2021 roku Bank Rosji utrzymał stopę na poziomie 8,5–9,5 proc., a w 2007 roku – 10 proc.

rp.pl


Czy rynki finansowe już obstawiły wygraną jednego z kandydatów? Czy widać przesłanki, jaki wynik rynek przewiduje?

Ostatnie tygodnie przyniosły na rynkach sygnały, które sugerują, że inwestorzy zaczęli wyraźniej wyceniać scenariusz zwycięstwa Donalda Trumpa. Na początku kampanii, gdy przewagę miała kandydatka Demokratów, rynki zakładały jej wygraną. Jednak z czasem, w miarę jak jej poparcie zaczęło słabnąć, a notowania Trumpa rosły, rynki dostosowały swoje strategie inwestycyjne, by lepiej odzwierciedlać prawdopodobieństwo jego zwycięstwa. W efekcie widać np. umocnienie dolara, wzrost stóp procentowych na rynku obligacji i zainteresowanie aktywami, które mogą zyskać w przypadku realizacji polityki gospodarczej Trumpa.

Rynki spodziewają się, że jeśli Trump wygra i wprowadzi swoje pomysły dotyczące polityki gospodarczej, takie jak podwyższenie taryf celnych na produkty z Chin czy Europy, możemy zobaczyć wzrost inflacji w USA oraz ograniczenie skali obniżek stóp procentowych przez Fed. To z kolei może wpłynąć na dolara, który zyska na wartości względem innych walut, jak euro czy jen. Poza tym zwiększenie ryzyka geopolitycznego w różnych częściach świata – co mogłoby mieć miejsce przy wygranej Trumpa - również sprzyja dolarowi jako bezpiecznej walucie.

A co to oznacza dla złotego?

Widać, że rynek zaczyna przewidywać wygraną Trumpa, co ma wpływ także na wartość złotego. W ostatnich tygodniach złoty osłabił się, co może być częściowo wynikiem zmian w oczekiwaniach dotyczących wyborów w USA. Zwycięstwo Trumpa, zdaniem analityków, mogłoby ograniczyć skalę obniżek stóp procentowych Fed i zwiększyć ryzyko geopolityczne, co mogłoby wpłynąć na inwestorów, powodując odpływ kapitału z rynków wschodzących, takich jak Polska. W sytuacji, gdy dolar się umacnia, złoty zazwyczaj traci.

money.pl


rp.pl: Od lat słyszymy o zagrożeniu inwazją rosyjską krajów bałtyckich, Finlandii, nawet Polski. Ale nigdy Norwegii, którą przecież dzieli z Rosją granicę lądowa. Pana kraj jest tak dobrze przygotowany na odparcie ataku Moskwy, że ta w ogóle o czymś podobnym nie myśli?

Bjørn Arild Gram, minister obrony Norwegii: Rosja jest bardzo zaangażowana w Ukrainie. Znaczna część rosyjskich sił konwencjonalnych, które były rozlokowane wzdłuż granicy z Norwegią, została przeniesiona na front ukraiński. Ale jednocześnie obserwujemy, że Moskwa była w stanie przebudować swój przemysł w taki sposób, że produkuje teraz znaczne ilości broni, amunicji. Przeprowadziła także reorganizację sił zbrojnych, odtwarzając Leningradzki Dystrykt Wojskowy. Zapowiedziała ponadto, że rozmieści w przyszłości znacznie więcej sił wzdłuż granicy z Finlandią i Norwegią. Odrębną kwestią są strategiczne zdolności bojowe Rosji, tak morskie, jak i powietrzne. Te zasadniczo pozostają na północy nietknięte, w szczególności w rejonie Półwyspu Kolskiego. Te siły mają obecnie jeszcze większe znaczenie dla Rosji. Pilnie je obserwujemy. Ale też nigdy nie mieliśmy wojny z Rosjanami, którzy pomogli pod koniec drugiej wojny światowej wyzwolić północną część Norwegii. Kilkanaście lat temu doszliśmy do ostatecznego porozumienia w sprawie przebiegu naszej granicy. Po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę nasze kontakty z Moskwą zostały bardzo ograniczone, choć utrzymujemy z nimi łączność. Zwiększyliśmy jednak naszą czujność, gdy idzie o ruchy okrętów podwodnych. Niepokoją nas też rosyjskie działania hybrydowe. Obserwujemy cyberataki na wielką skalę na norweskie przedsiębiorstwa, władze publiczne, samorządy. Nieraz trudno jest określić, skąd one pochodzą. Ale z pewnością są to wrogie nam siły.

(...)

Kto wygrywa wojnę w Ukrainie?

Rosji nie udało się osiągnąć celu, jaki zakładała sobie blisko trzy lata temu: obalenie ekipy Wołodymyra Zełenskiego i przejęcie kontroli nad całą Ukrainą. Rosyjskie wojska z wielkim trudem posuwają się teraz naprzód. Przebieg frontu, który rozciąga się na przeszło tysiąc kilometrów, tylko w niewielkim stopniu się zmienia. Można by wręcz mówić o jego zamrożeniu, gdyby nie niezwykła skala ofiar tych zmagań.

O jak wielkich stratach mówimy?

Nie znam dokładnych liczb, jednak słyszymy, że Rosjanie tracą dziennie tysiąc żołnierzy, włączając w to nie tylko zabitych, ale i rannych. Ukraińcy też ponoszą znaczące straty, choć mniejsze.

(...)

Słabnąca Rosja nie wpadnie w nieodwracalną zależność od Chin?

Obserwujemy coraz bliższą współpracę, coraz większe zaangażowanie Chin także na dalekiej północy Rosji. Tu chodzi w szczególności o wydobycie ropy, gazu. 

Chińczycy mogą przejąć kontrolę nad rosyjską infrastrukturą wydobywczą?

Nie, to za daleko powiedziane.

rp.pl

poniedziałek, 28 października 2024



Czy Donald Trump wygra wybory?

Wszystkie sondaże ze stanów wahających się pokazują różnicę dwóch punktów procentowych. Cztery punkty procentowe to margines błędu. Dwa punkty to połowa! Każdy, kto twierdzi, że jest w stanie przewidzieć wynik, jest idiotą. Bez pojęcia. Nie będę ryzykował swojej reputacji.

Po debacie telewizyjnej Trumpa z Kamalą Harris powiedział pan, że jest on skończony?

Tak, powiedziałem. Ale teraz mówię: on może wygrać. Co oznacza, że nasze debaty prezydenckie już nic nie znaczą. Że cały nasz kosmos, to, co myśleliśmy, że wiemy o polityce, nie jest już prawdą. Debatę obejrzało 75 mln obywateli USA. Trump był katastrofalny. I wciąż może wygrać.

Czyli obecny trend w sondażach jest prawdziwy?

Dużo podróżuję po stanach wahających się. Wyborcy Trumpa chcą, żebyśmy wiedzieli, że go chcą. Chcą się zemścić, wykrzyczeć: "głosuję na Trumpa, pie***ę cię, nie obchodzi mnie, co o tym myślisz!".

Dlaczego więc wciąż jest pan sceptyczny?

Ponieważ nie jestem pewien, czy mam pełen przegląd. I dlatego, że młode pokolenie zwykle nie głosuje. Ale tym razem nie mogą się doczekać. Dlatego nie rozumiem, dlaczego Trump wdał się w spór z Taylor Swift. To najgłupsza rzecz, jaką mógł zrobić. Młode kobiety widzą siebie w Kamali Harris. Jest ikoną, ale to nie ma nic wspólnego z polityką. To osobowość. Trudne kwestie nie mają znaczenia.

Dla wielu wyborców odgrywają one ważną rolę. Czy to dlatego Harris spada?

W ciągu pierwszych 30 dni kampanii Harris była bezsprzecznie najlepszą kandydatką, jaką kraj widział we współczesnej historii USA. Lepszą niż Barack Obama. Wzięła naród szturmem. Ale w ciągu ostatnich 20 lub 30 dni wypadła fatalnie. Trzeba dać wyborcom drugi akt. Ale ona nie mówi im tego, co chcą lub powinni usłyszeć. Wyborcy są wściekli. W międzyczasie Trump wygłasza ekstremalne rzeczy — i wcale mu to nie szkodzi.

Czego Harris nie mówi, a powinna?

Ludzi nie stać na życie. Chodzi o żywność i benzynę, czynsze i opiekę zdrowotną. Ci, którzy mają bardzo niskie dochody, martwią się o to pierwsze, a ci, którzy mają trochę więcej pieniędzy, o to drugie. Ale to nie jest to, czym zajmuje się Harris. Inną kwestią jest migracja. Nie chce zdystansować się od Joego Bidena i jego polityki. To podstawowa wada jej kampanii wyborczej. Harris może zapłacić najwyższą cenę za kwestię migracji. Za jej niechęć do przyznania, że jest to kryzys i wzięcia za niego odpowiedzialności. Mimo to jest o wiele bardziej popularna jako osoba niż Trump. Jeśli zapytać o to wyborców, zdecydowanie wygrywa. Ale w dwóch kwestiach, które mają znaczenie — wysokich kosztach życia i migracji — Trump ma od 12 do 14 p.p. przewagi.

Wróćmy do Taylor Swift. Jaką rolę w tych wyborach odegrają kobiety?

Mogą zrobić decydującą różnicę na korzyść Harris w stanach wahających się. Mężczyźni są w 39-56 proc. za Trumpem. Kobiety głosują na korzyść Harris. Harris nie może zdobyć mężczyzn. Członkowie związków zawodowych, Latynosi — Trump radzi sobie tam znacznie lepiej. To głosy, które tradycyjnie trafiały do Demokratów. Harris nie dba zbytnio o mężczyzn. Jej klipy wyborcze dotyczą kobiet. Klipy Trumpa są o mężczyznach. Ale głosuje więcej kobiet niż mężczyzn. Chciałbym być prawnikiem rozwodowym. Mógłbym zarobić dużo pieniędzy po wyborach!

Jaki wpływ na te wybory ma Elon Musk?

Patrzę na Elona Muska i Joego Rogana. Żaden z nich nie będzie miał wymiernego wpływu. W przeciwieństwie do Taylor Swift. Przeprowadziłem ankietę: kto ma większy wpływ na twój głos: Trump, Harris czy Swift? 26 proc. głosowało na Swift, wśród młodych ludzi było to nawet 35 proc.

Który stan ostatecznie zadecyduje o wyborach?

Ostatecznie zależy to od zachowań wyborczych niektórych grup. W Pensylwanii, Wisconsin i Michigan decydujące są głosy związków zawodowych. I po raz pierwszy ich członkowie mówią szefom: "walcie się, głosujemy na Trumpa". W Georgii i Karolinie Północnej chodzi o głosy Afroamerykanów. Republikanie uzyskiwali tam może 7 proc. Tym razem jest to 25 proc. A w Nevadzie i Georgii jestem prawie pewien, że wygra Trump. Ze względu na Latynosów. Przez całe życie głosowali na Demokratów i nie dostali nic w zamian.

To brzmi jak zwycięstwo Trumpa, prawda?

Zwrócę uwagę na jeszcze jedną liczbę, która naprawdę mnie zszokowała. Krzyczałem do moich pracowników: to niemożliwe, sprawdź jeszcze raz. Wrócili z tym samym wynikiem. 55 proc. Amerykanów uważa, że Trump wykonał dobrą robotę jako prezydent.

Co stanie się 6 listopada, dzień po wyborach?

Nie poznamy wyniku ani 5, ani 6 listopada. Ludzie są coraz bardziej wściekli. Mogę sobie wyobrazić, że kampania Trumpa szybko powie: "wybory zostały skradzione". Oglądała pani "Sukcesję"? Jest tam odcinek, w którym Republikanie palą lokal wyborczy, gdzie głosowali głównie Demokraci. Więc nie można ich policzyć. Mógłbym sobie wyobrazić coś takiego w Filadelfii.

Czy ma pan dane także na ten temat?

Tak. Zapytaliśmy: czy Trump powinien zrobić wszystko, co w jego mocy, aby ubiegać się o urząd prezydenta USA? 25 proc. Republikanów odpowiedziało twierdząco. To jest chore. Dlatego tak bardzo martwię się o naszą przyszłość. Tak duża liczba Amerykanów mówi: "to jest nasza prezydentura. Mamy prawo ją objąć. I Trump powinien zrobić to samo".

onet.pl/Die Welt


Z dzisiejszej perspektywy Kijów nie ma realnych szans na powrót do pozycji siły i pełne odzyskanie okupowanych terytoriów. Jednak to właśnie przywrócenie integralności terytorialnej jest deklarowanym celem prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.

Biorąc pod uwagę cel, w obecnej sytuacji Ukraina może przegrać, a prezydent Rosji Władimir Putin wygrać. Nawet zawieszenie broni i ewentualne negocjacje pokojowe — których obecnie nie widać — raczej tego nie zmienią. Jest bowiem co najmniej jedna kwestia, co do której NATO i Rosja są w dużej mierze zgodne: wynik negocjacji zostanie zdeterminowany przez układ sił na froncie w momencie poszukiwania kompromisu.

W zeszłym tygodniu na szczycie BRICS w Kazaniu Putin z uśmiechem zauważył, że rozmowy muszą być zorientowane na "realia w terenie". Zachód zrobiłby jednak wszystko, by nie uznać przewidywalnego sukcesu Moskwy — i by ją udobruchać.

— Niezależnie od tego, jak ostatecznie będzie wyglądało porozumienie, nigdy nie zaakceptujemy go jako zwycięstwa Rosji — powiedział kilka dni temu portalowi "Die Welt" wysoki rangą urzędnik NATO, który nie chce podawać swojego nazwiska ze względów bezpieczeństwa.

onet.pl/Die Welt


Z niektórymi prawdami w ogóle nie mamy ochoty się spotykać.

– Są prawdy o nas, których po prostu nie dźwigniemy. Jesteśmy narodem straumatyzowanym przez wiele generacji. Jednym z najbardziej nieufnych na świecie. Nie ufamy sobie, drugiemu człowiekowi i instytucjom. Kilkanaście lat temu zagraniczny PR-owiec poproszony o hasło promujące Polskę na świecie wymyślił: "Twórcze napięcie". Ja bym Polaków zdiagnozował inaczej: "Niekonstruktywne podkur****".

Przez hipokryzję, zakłamanie religijne, polityczne, obyczajowe jesteśmy w sieci kłamstw, manipulacji i nerwowo nawigujemy, szukając schronienia przed oszustwem i wycyckaniem. To nie może prowadzić do miłego luzu i pewności siebie.

onet.pl


Istnieje coraz więcej dowodów na to, że jedną z metod płatności stosowanych przez Rosję wobec Iranu i Korei Północnej w zamian za dostarczanie Moskwie broni wojennej były samoloty Su-35 — najbardziej zaawansowane myśliwce w służbie Rosji.

Większość analityków wojskowych uważa, że kontrakt na dostawę 24 myśliwców wielozadaniowych Suchoj Su-35 (według nazewnictwa NATO Flanker E), których dostawa rozpoczęła się w kwietniu 2023 r., był jedną z takich transakcji. Samoloty te były dostępne w stosunkowo krótkim czasie, ponieważ były częścią umowy o wartości dwóch mld dol. (ponad ośmiu mld zł), z której Egipt wycofał się prawdopodobnie w obawie przed sankcjami USA w przypadku zakupu broni od Rosji.

Obecnie wydaje się, że poziom ciągłego wsparcia ze strony Iranu osiągnął taki poziom, że dwa tuziny samolotów nie są już wystarczającą rekompensatą. Według irańskiego dziennikarza Hayala Muazina, Moskwa przyznała Iranowi licencję na rozpoczęcie produkcji rosyjskich myśliwców Su-30 (według nazewnictwa NATO Flanker C) i Su-35 i już przygotowuje się do uruchomienia zakładu montażowego. Muazin określił to jako "znaczący krok w rozwoju irańskiego lotnictwa", gdzie pierwsze dostawy Su-35 w ramach obecnego kontraktu już zwiększyły możliwości irańskich sił powietrznych.

Wydaje się prawdopodobne, że początkowo Iran otrzyma wcześniej wyprodukowane podsystemy, komponenty i inne części do lokalnego montażu, zanim ostatecznie rozwinie własne zdolności produkcyjne. Według izraelskiego kanału Mezuzah na Telegramie drobny druk licencji dla Iranu, który pozwoli na budowę aż 72 Su-35 i nieznanej liczby Su-30, został sfinalizowany podczas szczytu BRICS, który odbył się w Kazaniu w Rosji w dniach 22-24 października br.

onet.pl/Kyiv Post

niedziela, 27 października 2024



Północna Droga Morska oferuje znacznie krótszą trasę z Europy do Azji niż przez Kanał Sueski. Transport szlakiem przez Morze Czarne jest ponadto utrudniony ze względu na ostrzał statków transportowych przez jemeński ruch Huti.

Kreml oczekiwał, że znaczną część rosyjskich towarów transportowanych Północną Drogą Morską stanowić będzie ropa naftowa i skroplony gaz ziemny. Sankcje zmusiły Rosję do przekierowania dostaw ropy naftowej z Europy do Chin i Indii. Od przyszłego roku UE wprowadzi zakaz przeładunku rosyjskiego LNG w europejskich portach.

Przychody z tranzytu dla Rosji miał być zatem generowane przez transport ładunków między Europą a Chinami, które są bardzo zainteresowane zwiększeniem dostaw przez Północną Drogę Morską.

Jednak zachodnie sankcje nałożone w odpowiedzi na inwazję Rosji na Ukrainę spowolniły rozwój handlu w obszarze Arktyki, pozbawiły Rosję możliwości zamawiania i kupowania zagranicznych statków oraz osłabiły własną produkcję surowców energetycznych.

"Dalszy rozwój wymiany towarowej Północną Drogą Morską zależy zarówno od dostępności tankowców klasy lodowej, jak i postępów w projektach arktycznych" — powiedział Bloombergowi Viktor Kuriłow, starszy analityk rynku ropy naftowej w firmie konsultingowej Rystad Energy.

(...)

Sankcje uniemożliwiły Rosji pozyskanie statków klasy lodowej zamówionych w Korei Południowej. Rosyjska stocznia Zvezda zwodowała trzy z 15 tankowców LNG przeznaczonych do projektu, ale tylko jeden z nich jest gotowy do testów.

onet.pl


Jeszcze gdy izraelskie pociski spadały na Iran, w Teheranie widać było już ulgę. Mohammad Marandi, profesor na Uniwersytecie Teherańskim i prorządowy komentator Al-Jazeery, powiedział, że skala ataku była znacznie mniejsza, niż oczekiwano. Irańczycy już zaczęli kpić z ataku. Według nich Stany Zjednoczone, które popierają Izrael, powinny wiedzieć, że przegrają, jeśli zaangażują się w wojnę: "Iran jest znacznie silniejszy niż Hamas i Hezbollah, których Izrael i tak nie może pokonać. Zachód poniesie porażkę".

Jednak każdy, kto rozmawia z urzędnikami na Bliskim Wschodzie, zaangażowanymi w dyplomację kryzysową, odnosi inne wrażenie. Według nich Iran jest obecnie zdesperowany, aby uniknąć otwartej wojny z Izraelem — właśnie dlatego, że Republika Islamska wie, że w takim scenariuszu byłaby wyraźnie gorsza od państwa żydowskiego, zwłaszcza gdyby w sytuacji awaryjnej Izrael miał być broniony przez USA.

W związku z tym Teheran wyraźnie zasygnalizował w ostatnich dniach, że odwet może nie być konieczny, jeśli Izrael ograniczy swój atak do celów wojskowych i powstrzyma się od ataków na przemysł surowcowy, a nawet program nuklearny kraju.

Tak poważnych ataków należało się spodziewać po tym, jak 1 października Iran wystrzelił niezwykle dużą liczbę pocisków balistycznych w kierunku Izraela, powodując poważne szkody. Rząd w Jerozolimie zagroził wówczas atakiem odwetowym na bezprecedensową skalę i rzekomo rozważał uderzenie w irański program nuklearny.

Jednak w nocy z piątku na sobotę Daniel Hagari, rzecznik izraelskiej armii, podkreślił w komunikacie wideo, że siły powietrzne zaatakowały tylko cele wojskowe — co można również rozumieć jako sygnał, że Izraelczycy uszanowali czerwoną linię Irańczyków, choć pod naciskiem Waszyngtonu. A jednak był to historyczny atak, który wywarł na Iranie znaczną presję.

(...)

Podobnie jak w przypadku ataku dronów w kwietniu w odpowiedzi na pierwszy irański atak rakietowy, Izrael po raz kolejny pokazuje, że mógłby zaatakować program nuklearny, gdyby tylko chciał. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku innego celu, który według raportu "New York Times" najwyraźniej również został zaatakowany — Parczin.

Nazwa kompleksu wojskowego położonego 30 km na południowy wschód od Teheranu wywołuje niepokój wśród wieloletnich obserwatorów irańskiego programu nuklearnego. Rakiety były produkowane w Parczin już za rządów szacha, który został obalony przez obecnych mułłów w 1979 r. Pod koniec 2011 r. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) poinformowała, że otrzymała sygnały, iż Parczin jest częścią tajnego irańskiego programu nuklearnego i wezwała do przeprowadzenia inspekcji.

Jednak Teheran wpuścił inspektorów do zakładu dopiero cztery lata później. Znaleźli oni głównie ślady nietypowej przebudowy budynków i bardzo małe ilości uranu. Istnieją różne wersje co do tego, czy cząstki te są wystarczającym dowodem na rozwój broni jądrowej. Jeśli doniesienia o ataku na Parczin lub jego okolicy są prawdziwe, to Izrael również mógł zasygnalizować: możemy uderzyć tam, gdzie boli najbardziej. Jednak to nie musiał być jedyny powód ataku.

— Parczin jest wymieniany w kontekście programu nuklearnego, ale obiekt ten jest również bardzo ważny dla wielu innych celów wojskowych — mówi Fabian Hinz, ekspert do spraw Iranu i rakiet w berlińskim biurze brytyjskiego think tanku IISS. Obiekt w Parczin jest bardzo duży i mieści różne ważne części irańskiej produkcji obronnej, podkreśla Hinz.

— Izrael jest bardzo precyzyjny w swoich atakach, nie tylko pod względem wykonania, ale także w wyborze celów. Izraelczycy mają bardzo dobry przegląd tego, jak mogą wyrwać znaczące luki w łańcuchach dostaw irańskiej produkcji broni za pomocą zaledwie kilku uderzeń — dodaje Hinz. Jest jednak jeszcze zbyt wcześnie, by ocenić, jak bolesny był dla Iranu izraelski atak. Nie można wykluczyć, że Teheran celowo bagatelizuje szkody.

onet.pl/Die Welt

sobota, 26 października 2024



Wywiad Alaksandra Łukaszenki dla prokremlowskiej gazety przekształcił się w osobliwą mieszkankę umizgów i gróźb wysyłanych pod adresem Kremla. Dziennikarze pytali go głównie o perspektywy Państwa Związkowego, czyli Związku Białorusi i Rosji (ZBiR). Łukaszenka tradycyjnie zauważył, że najpierw należy zbudować fundament Państwa Związkowego – gospodarkę. Dla białoruskich władz integracja z Rosją to zawsze okazja do uzyskania dodatkowych preferencji na rosyjskim rynku oraz zniżek na surowce energetyczne. Jak widać, Kreml ma tu inne pomysły, i chce zaczynać od integracji politycznej dwóch państw.

– Zawsze nalegałem – i powiem państwu szczerze, nalegam, że dom – jeśli wyobrażamy sobie Państwo Związkowe jako dom – trzeba budować od fundamentów. Czyli nie od strony dachu. Co jest podstawą naszego związku? Gospodarka. Dlatego konieczne jest budowanie podstaw gospodarczych tego państwa - stwierdził.

Jednak potem białoruski dyktator nieoczekiwanie przeszedł do tematu suwerenności swojego kraju. Najpierw tradycyjnie nazwał ZBiR “wspólną ojczyzną: od Brześcia po Władywostok”, do czego Białoruś miała się  przyzwyczaić. Ale przypomniał przy tym, że “tak się złożyło, nie z naszej winy”, że Białoruś i “ogromna Rosja” są dwoma suwerennymi krajami. Podkreślił, że nie podobają mu się rozmowy o imperium i satelitach oraz wstąpieniu w skład Rosji. 

- Proszę się postawić na moim miejscu, jako prezydenta suwerennego, nie mówię niezależnego państwa, bo jesteśmy od siebie zależni. [Państwa] które nie ma granic [z Rosją] i które stało się suwerenne nie z własnej winy. I jeśli jutro ktoś by to państwo zniszczył. Nigdy bym się na to poszedł i nikt mnie do tego nie upoważnił, to pierwsza rzecz. Po drugie, jeżeli jakikolwiek polityk wykona ruch tym kierunku, zostanie zmiażdżony przez naród białoruski.

Potem Łukaszenka wygłosił przydługie przemówienie o tym, że "Białorusini są dla Rosjan najbardziej lojalnym i niezawodnym narodem". Jednak powrócił do tematu ewentualnego wchłonięcia Białorusi przez Rosję.

- Wy jesteście mniejsi, my jesteśmy więksi, nasza gospodarka jest taka i siaka. Pomożemy wam, ale przyłączcie się do Rosji. Nie można stawiać kwestii w taki sposób. To jest niemożliwe i nierealne. Boję się nawet powiedzieć, że to oznacza wojnę – stwierdził, relacjonując jego zdaniem rosyjską debatę wokół integracji z Białorusią.

Zapewnił jednak, że w rozmowach z Władimirem Putinem "taka kwestia nigdy się nie pojawiała". Dodał jednak, że w Rosji są ludzie w wysokich kręgach, których "swędzą ręce" i takie myślenie należy odrzucić. Dalej na przykładzie Ukrainy tłumaczył, dlaczego wchłanianie jednego kraj przed inny jest bardzo niekorzystne.

- Tak, dzisiaj można kogoś stłamsić, coś zdobyć, ale jutro co? No cóż, powiedzmy Rosja, podbiła Ukrainę. I co wtedy? Zawsze robiąc jakiś krok, mądry i rozsądny polityk musi pomyśleć: co dalej? […] Czy tak ogromny kraj można zmiażdżyć bez konsekwencji? NIE. Co chcemy uzyskać? Żeby tam już zawsze trwała wojna partyzancka, a oni dokonywali ataków terrorystycznych przeciwko nam i Rosjanom?

Stwierdził, że ktoś (w domyśle Zachód) będzie do tego podburzać Ukraińców i dostarczać im np. materiały wybuchowe. Podkreślił, że teraz jest inaczej niż w średniowieczu, gdy zajmowano terytoria, a ludność po prostu płaciła podatki nowemu władcy. Zasugerował, że pomysł podbicia Ukrainy jest głupotą, bo nie zastanowiono się nad tym, co będzie dalej

x.com/Bielsat_pl