piątek, 13 lutego 2026



Bezprecedensowa w historii powojennej Japonii skala zwycięstwa Partii Liberalno-Demokratycznej w przedterminowych wyborach do Izby Reprezentantów (izby niższej parlamentu) zaskoczyła przywódców ChRL. Nie postrzegają jednak oni swojej trwającej kilka miesięcy eskalacji dyplomatycznej skierowanej przeciwko premier Takaichi Sanae jako jednoznacznej porażki. Japonia może stać się teraz celem nawet bardziej zażartej kampanii politycznej wewnątrz Chin, która pozwoli na odnowienie legitymizacji wewnętrznej KPCh pod nacjonalistycznymi i antyjapońskimi hasłami. W sytuacji dyplomatycznego zawieszenia broni z USA Pekin potrzebuje innego celu, na którym może skupić negatywne emocje opinii publicznej.

Partia Liberalno-Demokratyczna (LDP) zdobyła 8 lutego 315 mandatów w Izbie Reprezentantów, a koalicyjna Japońska Partia Innowacji (JIP) uzyskała 36 mandatów, dzięki czemu rządząca koalicja ma obecnie 351 posłów w 465-osobowej izbie niższej parlamentu. LDP samodzielnie posiada teraz więcej niż wymagane dwie trzecie głosów (310) do zainicjowania zmiany konstytucji. Do tego jednak potrzeba również większości dwóch trzecich głosów w zdominowanej przez opozycję izbie wyższej – Izbie Radców. Osiągnięta „super większość” pozwala jednak LDP odrzucić weto Izby Radców do ustaw przyjętych przez Izbę Reprezentantów. Da to premier duże możliwości realizowania jej ambitnej agendy gospodarczej, ale też wprowadzania fundamentalnych zmian w polityce bezpieczeństwa narodowego Japonii. W pierwszej kolejności dotyczy to trwającej rewizji strategii bezpieczeństwa, a także znaczącego zwiększenia wydatków na cele obronne, na co Takaichi uzyskała jednoznaczny mandat wyborczy.

Japonia, wychodząca z nowym impulsem rozwojowym z wieloletniej stagnacji gospodarczej, może równocześnie zostać ważnym aktorem w sferze bezpieczeństwa w Azji Wschodniej. W ten sposób może stać się istotną przeszkodą w realizacji przez Pekin ambicji przejęcia Tajwanu czy zdominowania gospodarczo-politycznego tego regionu. Wydaje się, że bezprecedensowa kampania nacisku dyplomatycznego na premier Takaichi (zob. Pekin eskaluje konflikt dyplomatyczny z Tokio) miała na celu co najmniej rozbicie rządzącej w Tokio koalicji, a w wypadku przedterminowych wyborów – doprowadzenie do przegranej LDP. Mimo że tak się nie stało, kierownictwo Komunistycznej Partii Chin (KPCh) niekoniecznie musi uznać swoją strategię za porażkę, choć presja na premier bezpośrednio przed wyborami mogła de facto wzmocnić LDP.

Oficjalna reakcja chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych na wynik japońskich wyborów wpisuje się w dotychczasową eskalację napięć dyplomatycznych. Rzecznik MSZ ChRL Lin Jian potwierdził, że co prawda wybory są sprawą wewnętrzną Japonii, ale ich wynik odzwierciedla „pewne głęboko zakorzenione problemy strukturalne, nurty myślowe i trendy”, które powinny skłonić społeczeństwo japońskie i międzynarodową opinię publiczną do refleksji. Wezwał rząd Japonii do zmierzenia się z międzynarodowymi obawami, do „dążenia do pokojowego rozwoju” i „niepowtarzania militaryzmu”. Ostrzegł też, że jeśli „skrajnie prawicowe siły” w Japonii „źle ocenią sytuację i będą działać lekkomyślnie, spotkają się z oporem ze strony społeczeństwa japońskiego i społeczności międzynarodowej”. Ponowił również żądanie wycofania się premier Takaichi z tego, co nazwał „błędnymi uwagami” na temat Tajwanu, podkreślając, że naród chiński jest „zdecydowany bronić swoich podstawowych interesów”.

Równocześnie KPCh kontynuuje operację propagandową przeciwko Japonii. Wiele chińskich mediów nie tylko powtarza oficjalny komunikat MSZ, lecz także propaguje wypowiedzi komentatorów powiązanych z tym ugrupowaniem – zazwyczaj „ekspertów” z finansowanych przez państwowe firmy think tanków i instytutów badawczych. Przedstawiają oni wyniki wyborów w alarmistycznym tonie. Podsycają obawy wielu Chińczyków, że Takaichi i LDP dążą do zmiany japońskiej konstytucji i powrotu do militarystycznej, ekspansjonistycznej polityki sprzed II wojny światowej. Straszą też zachwianiem równowagi regionalnej i wzrostem prawdopodobieństwa wybuchu wojny, jeśli Japonia pod nowymi rządami odejdzie od pacyfistycznej konstytucji. Taka narracja jest powielana i powtarzana zarówno w propagandzie wewnętrznej, jak i zagranicznej. W chińskich mediach społecznościowych pojawiły się mało wyszukane karykatury Takaichi i ultranacjonalistyczne komentarze. Nawet jeżeli część z nich powstała spontanicznie, to aparat propagandowy je wzmacnia i powiela.

osw.waw.pl


TS: Chciałbym wrócić na chwilę do wątku CNN i percepcji Chin. W Stanach Zjednoczonych czy w Polsce jednak mamy możliwość podjęcia decyzji, trzymając w ręku pilota od telewizora. W Chinach tej możliwości nie ma. Ważnym elementem lęku przed Chinami jest także to, że społeczeństwo chińskie żyje dosłownie w orwellowskim świecie, ponieważ jest to świat jedynego obowiązującego przekazu, ubrany we wszystkie nowoczesne technologie, w piękne portale, ale to jest jednak świat orwellowski.

MJ: I znów ja rozumiem to trochę inaczej. Zobacz, Chińczycy bez problemu za pomocą VPN od lat korzystają z dostępnej na świecie pornografii, z gier video, z innych rzeczy. Oni mają dostęp do wiadomości.

TS: Zgadzam się.

MJ: Ale ich to nie interesuje.

TS: Dokładnie.

MJ: I to jest problem.

TS: Tak. A dlaczego ich to nie interesuje?

BG: Ponieważ mają zakodowane, żeby władzy nie tykać. W DNA to mają.

MJ: Z jednej strony, wiedzą czym to grozi. Z drugiej – nie ma środowisk, które stanowiłyby fundament…

BG: Tak, środowisk dysydenckich.

MJ: Po prostu nie ma tego. Z trzeciej strony natomiast jest jedna rzecz, której my nie zauważamy. To dyskurs intelektualny w Chinach. Chiny nie są pustynią intelektualną.

BG: Nie są.

MJ: Ten dyskurs istnieje. Jest on jednak diametralnie różny od tego, co my mówimy dzisiaj, tutaj, i co mówi się za granicą – tak różny, że trudno nam to sobie czasem wyobrazić. Ale toczą się dyskusje dotyczące miejsca Chin w świecie, realizowanej polityki, relacji z Rosją. Nie żeby te dyskusje tętniły życiem, ale debata intelektualna istnieje, choć jest niestety niezwykle silnie nacjonalistyczna. Możemy określić Chiny jako ultranacjonalistyczne państwo, w którym nie możesz krytykować Chin i nie możesz krytykować władzy, bo wówczas stajesz się wrogiem ludu. To tak, jakbyśmy politykę PiS podkręcili jeszcze stukrotnie – wtedy wyjdzie nam coś podobnego. Na przykład, jeżeli powiem w Polsce, że powinniśmy utrzymywać dobre relacje ekonomiczne z Niemcami, to według niektórych naszych środowisk nacjonalistycznych jestem zdrajcą. Jeżeli w Chinach intelektualista powie, że np. być może powinniśmy jednak słuchać Europy jeśli chodzi o respektowanie praw człowieka, to nie jest Chińczykiem. Tu moim zdaniem tkwi problem, dlaczego ludzie nie szukają informacji w mediach zagranicznych, dlaczego nie podważają pewnych rzeczy. Uważają, że zagranica kłamie i jest antychińska, nie ufają jej. Natomiast dyskurs antypartyjny dotyczący wolności indywidualnych również w Chinach istnieje, tylko jest on tak subtelny, że łatwo go przeoczyć.

Tomasz Sajewicz Marcin Jacoby Bogdan Góralczyk - Nowa gra w Chińczyka