poniedziałek, 20 kwietnia 2026



Do Stanów Zjednoczonych trafia więcej towarów z Chin, niż wskazują oficjalne dane, ale dywersyfikacja geograficzna eksportu jest faktem. Sprzedawcy i kupujący omijają podwyższone cła m.in. poprzez fałszowanie kraju pochodzenia produktu, przenoszenie montażu końcowego poza ChRL (np. do państw ASEAN czy Meksyku), zaniżanie deklarowanej ceny towaru, podwójne fakturowanie, zmienianie klasyfikacji celnej czy fasadowe podmioty pełniące rolę importera odpowiedzialnego za opłacenie cła. Nie oznacza to jednak, że wzrost eksportu na innych kierunkach był wyłącznie próbą obejścia amerykańskich ceł bądź poszukiwaniem nowych rynków zbytu wymuszonym przez Waszyngton. Stanowił raczej przejaw widocznej już wcześniej nierównowagi między rosnącą produkcją i niską sprzedażą towarów w Chinach oraz rosnącego popytu na tamtejsze towary na świecie. W minionym roku nadwyżka ChRL w handlu produktami fabrycznymi przekroczyła 2% PKB reszty świata, czyli więcej niż Niemcy i Japonia notowały łącznie w szczycie swojej eksportowej potęgi w latach 70. i 80.

Wzrost nadwyżki handlowej jest wspierany przez zaniżanie wartości renminbi przez Pekin. Mimo że Chiny sprzedały za granicę towary za przeszło 1,2 bln dolarów więcej, niż kupiły, to chińska waluta osłabiła się w 2025 r. w stosunku do euro o blisko 8%. W ujęciu realnym – uwzględniającym różnice w inflacji – skala deprecjacji była jeszcze wyższa, co przełożyło się na zdecydowaną poprawę relatywnej konkurencyjności chińskiego eksportu. Szacunki ekspertów wskazują, że renminbi może być niedowartościowane o 20–30%.

(...)

Na świecie rosną obawy nie tylko przed wykorzystywaniem przez Pekin zależności w łańcuchach dostaw jako instrumentu nacisku politycznego, lecz także przed „chińskim szokiem 2.0”, czyli skutkami ekspansji przemysłowej Chin dla baz wytwórczych innych państw. W warunkach popytu wewnętrznego zbyt słabego, by absorbować szybko rozbudowywane moce produkcyjne, firmy z ChRL coraz agresywniej kierują sprzedaż za granicę, wypierając produkcję z innych gospodarek i utrudniając rozwój nowoczesnych gałęzi przemysłu. Pogarsza to perspektywy wzrostu, destabilizuje rynki pracy i pogłębia zależność od dostaw z Chin. Już dziś ChRL odpowiada za ok. 30% światowej produkcji przemysłowej, a według prognoz ONZ do końca dekady jej udział może wzrosnąć nawet do 45%. W przeciwieństwie do pierwszego „chińskiego szoku” obecna fala ekspansji obejmuje nie tylko tradycyjne branże o niskiej wartości dodanej, lecz także produkty wysokomarżowe oraz sektory kluczowe dla przyszłego wzrostu, bezpieczeństwa technologicznego i transformacji energetycznej.

W odpowiedzi na chińską ekspansję eksportową wiele państw nadal wznosiło bariery protekcjonistyczne, lecz nie wszędzie były one zaostrzane z równą konsekwencją. Krótkoterminowe koszty konfliktu handlowego z USA i zagrożenie retorsjami Pekinu zaczęły równoważyć długoterminowe obawy przed chińską nadprodukcją. W 2025 r. po instrumenty obrony handlu sięgnęły 52 z 70 największych gospodarek świata, ale tylko część z nich bardziej stanowczo zaostrzała kurs wobec Pekinu. Zdecydowane pozostawały przede wszystkim Indie, Brazylia, Turcja i Meksyk. Eskalacja wojny celnej prowadząca do powstania szerokiej „antychińskiej” koalicji stanowiłaby realne zagrożenie dla stabilności chińskiej gospodarki. Na razie jednak świat, uzależniony od szybkich i tanich dostaw z Chin, pozostaje niezdolny do zbudowania szczelnego „muru celnego” wokół ChRL.

Rosnąca nadwyżka w handlu towarami jest pochodną pogłębiającej się dysproporcji pomiędzy lokalnymi możliwościami produkcyjnymi a popytem wewnętrznym. Ambitna polityka przemysłowa władz ChRL prowadzi do przerostu mocy wytwórczych ponad potrzeby miejscowych nabywców. Intensywna konkurencja między firmami podsyca wyniszczające wojny cenowe. W efekcie krajowe dostawy zastępują import, a konkurencyjność chińskich towarów na rynkach zagranicznych rośnie.

Chiny pozostają głównym producentem wielu prostych i niskomarżowych dóbr, ale równocześnie budują przewagi w zaawansowanym przemyśle, który Pekin traktuje jako fundament modernizacji gospodarki oraz źródło bezpieczeństwa i dobrobytu. Władze szczycą się, że w 2025 r. produkcja robotów przemysłowych wzrosła o 28% r/r, obrabiarek do cięcia metalu o 10%, układów scalonych o 27%, inteligentnych dronów o 57%, inteligentnych urządzeń pokładowych do pojazdów o 26%, elementów optoelektronicznych o 19% i urządzeń do druku 3D o 53%, a wartość dodana produkcji wyrobów cyfrowych zwiększyła się o 9%.

Szczególnie dobrze ilustruje to sektor motoryzacyjny, w którym przewagi kosztowe i postęp technologiczny przełożyły się na rosnącą presję konkurencyjną wobec zagranicznych producentów zarówno w ChRL, jak i poza nią. Z szacunków branży wynika, że w 2025 r. sprzedaż aut osobowych za granicę wzrosła o 20%, do blisko 6 mln pojazdów, a Chiny utrzymały pozycję największego eksportera na świecie. Oficjalne dane celne wskazują na jeszcze większą zwyżkę eksportu: o 86%, do przeszło 7 mln sztuk, a także spadek importu o ponad 30%, do niespełna 500 tys. sztuk.

Dostawy z Chin pozostały kluczowe dla globalnej transformacji energetycznej. W 2025 r. eksport komponentów fotowoltaicznych wzrósł o blisko 30%, do przeszło 450 GW, baterii – o ponad 50%, do przeszło 300 GWh, a osobowych samochodów elektrycznych i hybrydowych – o ponad 70%, do 3,8 mln pojazdów. Wartość zagranicznej sprzedaży powyższych towarów, tzw. nowego trio, zwiększyła się o 23%, przekraczając 180 mld dolarów. W krótkim okresie dynamiczny wzrost dostaw z Chin sprzyja „zielonej” transformacji energetycznej dzięki obniżce jej kosztów, jednak w dłuższej perspektywie utrudnia rozwój niezależnej od władz w Pekinie produkcji komponentów i urządzeń niskoemisyjnych technologii na świecie.

Globalna ekspansja chińskiego sektora cleantech to konsekwencja forsowanej przez rządzących transformacji energetycznej, której najważniejszymi celami są poszerzenie samowystarczalności, modernizacja państwa w oparciu o krajowe technologie i źródła energii elektrycznej oraz pobudzanie aktywności gospodarczej. Dostęp do taniego prądu na masową skalę ma wzmocnić konkurencyjność przemysłu i zmniejszyć uzależnienie państwa od importu paliw kopalnych. W okresie, gdy dotychczasowe źródła wzrostu słabną, a nowe pozostają jeszcze niedostatecznie rozwinięte, zielona transformacja podtrzymuje aktywność gospodarczą i wspiera zatrudnienie. Eksperci szacują, że szeroko rozumiany sektor cleantech – obejmujący OZE, energetykę jądrową, sieci elektroenergetyczne, magazyny energii, elektromobilność oraz kolej – stanowił w ubiegłym roku ponad 11% gospodarki, a jego kontrybucja do wzrostu PKB wyniosła 30%.

(...)

Skłonność mieszkańców Chin do zakupów nadal osłabiał pogłębiający się – mimo oznak stabilizacji pod koniec 2024 r. – kryzys na rynku mieszkaniowym. Sprzedaż lokali spadła o 9% pod względem powierzchni i o 13% pod względem wartości. W efekcie była o ponad połowę niższa niż w rekordowym 2021 r. Powierzchnia nowo rozpoczętych inwestycji mieszkaniowych zmniejszyła się o 20%, do najniższego poziomu od 2002 r. Nakłady inwestycyjne ograniczono o kolejne 16%. Podobnie jak rok wcześniej załamanie w sektorze nieruchomości mogło przełożyć się na ograniczenie tempa wzrostu PKB nawet o 2 p.p..

Niski popyt w warunkach silnej rywalizacji rynkowej skutkuje dalszym pogarszaniem się wyników finansowych przedsiębiorstw. W minionym roku zyski dużych firm przemysłowych wzrosły po raz pierwszy od 2021 r., choć o zaledwie 0,6%. Równocześnie odsetek podmiotów notujących straty na koniec roku zwiększył się do 24%, najwyższego poziomu w XXI wieku. Firmy zombie – czyli takie, których zysk operacyjny nie wystarcza na pokrycie kosztów odsetek – stanowiły już ponad 12% wszystkich spółek giełdowych, ponad dwukrotnie więcej niż w 2018 r. i niemal dwa razy więcej niż średnio na świecie. Nieadekwatny poziom konsumpcji w stosunku do możliwości produkcyjnych powoduje, że firmy intensyfikują próby ekspansji zagranicznej, aby poprawić wyniki finansowe.

Słaba kondycja finansowa przedsiębiorstw ogranicza wzrost płac, uszczupla dochody budżetowe, a zarazem – co z punktu widzenia Pekinu najistotniejsze – skłania firmy do wyniszczającej konkurencji cenowej kosztem rozwoju technologicznego. W reakcji na silną presję rynkową wiele podmiotów w pierwszej kolejności ogranicza koszty, w tym nakłady na badania i rozwój. Jest to sprzeczne z wizją „technologicznej ucieczki do przodu” forsowanej przez władze Komunistycznej Partii Chin, w której to innowacje mają prowadzić do wzmocnienia samowystarczalności państwa oraz znalezienia nowych źródeł produktywności.

Narastający problem skłonił Pekin do intensyfikacji kampanii przeciw „wyniszczającej konkurencji” (nèijuǎn). Termin ten pojawiał się w oficjalnym przekazie już od lipca 2024 r. – m.in. w komunikatach po lipcowym posiedzeniu Biura Politycznego KC KPCh i grudniowej Centralnej Konferencji Pracy Gospodarczej. Do rangi jednego z głównych haseł polityki gospodarczej urósł jednak dopiero po przedstawieniu przez premiera Li Qianga w marcu kolejnego roku sprawozdania z prac rządu oraz po wyeksponowaniu na najwyższym szczeblu w czerwcu i lipcu 2025 r., m.in. podczas obrad Centralnej Komisji Finansowo-Gospodarczej i Biura Politycznego KC KPCh, a także w publikacjach partyjnego czasopisma „Qiushi”. Poza samym przekazem politycznym Pekin uruchomił również miękkie, sektorowe naciski administracyjne: od wezwań do „racjonalnej konkurencji” i kontroli cen, kosztów oraz jakości, po wywieranie presji na firmy, by ograniczały nowe inwestycje w branżach z nadwyżkami mocy (w sektorach motoryzacji, fotowoltaiki i baterii, ale też stali, cementu, szkła i metali nieżelaznych).

Jednym ze skutków zaostrzenia retoryki wobec „wyniszczającej konkurencji” był pierwszy w historii całoroczny spadek raportowanych nakładów na środki trwałe. W 2025 r. skurczyły się one o 3,8%. W przeciwieństwie do lat ubiegłych ujemny wynik stał się nie tylko akceptowalny dla Pekinu, lecz także właściwy z perspektywy władz lokalnych i powiązanych z nimi firm, ponieważ potwierdzał ich aktywny udział w kampanii politycznej zaordynowanej przez władze centralne. Nie sposób jednak rozstrzygnąć, w jakiej mierze odzwierciedlał on realne osłabienie aktywności, a w jakiej ograniczenie trwającego od dekad zawyżania statystyk inwestycyjnych w celu osiągania rezultatów zwiększających szanse urzędników na awans w hierarchii partyjno-państwowej. Spadek inwestycji nie ograniczał się bowiem do branż objętych kampanią przeciw „wyniszczającej konkurencji”.

Przyczyn spadku nakładów na środki trwałe należy szukać też m.in. w pogłębiającym się kryzysie na rynku nieruchomości, malejącym uzasadnieniu dla kolejnych inwestycji w obliczu przerostu mocy produkcyjnych oraz ograniczeniu wydatków infrastrukturalnych w związku z nasyceniem Chin tego typu obiektami oraz z przesunięciem środków na spłatę ukrytych zobowiązań władz lokalnych i powiązanych z nimi podmiotów. Nakłady w sektorze nieruchomości skurczyły się aż o 17,5%, wobec 10,8% rok wcześniej i niespełna 9% w 2023 i 2022 r. W poprzednich latach słabość tę kompensowały jeszcze wysokie inwestycje w przemyśle i infrastrukturze, lecz w 2025 r. mechanizm ten przestał działać: pierwsze wzrosły jedynie o 0,6%, a drugie spadły o 2,2%.

Za kampanią przeciw „wyniszczającej konkurencji” stoi zarazem próba odejścia od zdecentralizowanego modelu gospodarczego, opartego na rywalizacji regionów, na rzecz silniejszej centralnej koordynacji i większej kontroli Pekinu nad alokacją zasobów. Aby sprostać oczekiwaniom centrali, władze lokalne od dekad kierują środki do sektorów, które w danym okresie uznawane są za priorytetowe, co prowadzi do dublowania inwestycji, przerostu mocy produkcyjnych, marnowania kapitału, narastania lokalnego protekcjonizmu i intensywnej konkurencji cenowej. Z perspektywy kierownictwa KPCh mechanizm ten słabiej służy dziś rozwojowi technologicznemu, który wymaga specjalizacji, komplementarności i wykorzystania korzyści skali. Priorytetem nie jest szybka ekspansja, lecz wzrost wysokiej jakości. Inną perspektywę mają władze lokalne, dla których ograniczanie mechanizmów podtrzymujących miejscowe firmy oznacza wzrost bezrobocia i osłabienie aktywności gospodarczej, a więc zagrożenie dla stabilności społecznej. Dlatego będą opierać się naciskom centrali tak długo, jak to będzie możliwe.

osw.waw.pl


Wojska inwazyjne miały przy tym wykorzystywać na polu walki bTG, które, jak wspomniałem wcześniej, nadawały się do szybkich działań manewrowych, ale traciły siły oraz impet już po kilku dniach marszu lub w wyniku zderzenia się ze zdecydowanym oporem prowadzonym przez zdeterminowanego przeciwnika. Dlatego dowództwo rosyjskie planowało poruszanie się kolumnami jak najszybciej i omijanie punktów oporu. W ciągu kolejnych dni, z naciskiem na cztery pierwsze doby inwazji (do D+3, gdzie D oznacza dzień agresji), czyli do 27 lutego, zakładano rozbicie wojsk ukraińskich na głównych kierunkach uderzenia i zdobycie albo otoczenie Kijowa. Stabilizacja i likwidacja odosobnionych miejsc koncentracji przeciwnika miała nastąpić do 11. dnia inwazji, czyli 6 marca (D+10). Wtedy też regularne jednostki liniowe SZ FR miały przejść do działań wspierających okupację. Do tego dnia Ukraina miała być pozbawiona przywództwa politycznego, a SZU i inne formacje mundurowe rozbite.

Prawdopodobnie nie przewidywano konieczności opracowania planów awaryjnych. Przyjmowano zapewne, że nie będą potrzebne. Rosjanie uważali, że Ukraina podejmie próbę mobilizacji rezerwistów, ale byli przekonani, że zdąży wystawić jedynie 40 tys. z nich. Zignorowano potencjał SZU i innych formacji mundurowych, a także OT, choć w tym ostatnim przypadku można jeszcze zrozumieć postawę najeźdźców z uwagi na to, że w lutym wciąż miała ona charakter kadrowy. Rosjanie przewidywali też, że dowództwo ukraińskie większość sprawnych bojowo jednostek SZU skieruje do Donbasu, gdzie zostaną związane walką, a nie wykorzysta ich na północy i południu Ukrainy.

Rosjanie zamierzali przy użyciu jednostek specjalnych i wojsk desantowych WDW szybko opanować strategiczne punkty zarówno przy granicach, jak i wewnątrz kraju. Kluczowym elementem były lotniska — celem było przejęcie ich w możliwie nienaruszonym stanie, aby szybko przerzucić tam śmigłowce i samoloty, usprawnić logistykę oraz transport wsparcia. Kontrola nad portami lotniczymi miała podtrzymać tempo ofensywy i przyspieszyć przejęcie kontroli nad terytorium Ukrainy. Przygotowaniom do lądowań miały towarzyszyć uderzenia rakietowe i bombardowania Sił Powietrznych FR. Co istotne, w założeniach nie przewidywano masowego niszczenia miast ani celowego dewastowania infrastruktury krytycznej — tę planowano raczej przejąć w stanie nienaruszonym (np. elektrownie jądrowe). Ostrzał miał być punktowy i (według planistów) "ściąć głowę" ukraińskiemu systemowi decyzyjnemu: celem były ośrodki dowodzenia i miejsca podejmowania decyzji politycznych. W razie ich skutecznego zneutralizowania miała w ukraińskich szeregach zapanować dezorganizacja, a także demoralizacja. Równocześnie ataki rakietowe miały unieszkodliwić ukraińską obronę przeciwlotniczą i lotnictwo, otwierając drogę siłom powietrznym FR i ułatwiając dostawy kolejnych oddziałów oraz zaopatrzenia drogą lotniczą.

W związku z przewidywanym charakterem inwazji SZ FR planowały przeprowadzić liczne "chirurgiczne" operacje przy użyciu specnazu i grup dywersyjnych. Przed rozpoczęciem uderzenia sporządzono listy osób do likwidacji, aresztowania lub izolacji od społeczeństwa. Obejmowały one polityków, rozpoznawalnych wojskowych (w tym medialnie znanych weteranów ATO/OPS), publicystów, dziennikarzy, obrońców praw człowieka, aktywistów antykorupcyjnych, duchownych oraz aktywnych działaczy lokalnych. Jak wspomniałem w rozdziale 1., istniało wysokie prawdopodobieństwo, że planowano zamach na prezydenta Zełenskiego wraz z jego rodziną, gdyby nie opuścił Kijowa zaraz po rozpoczęciu agresji.

W planie inwazji niezwykle ważną rolę powierzono prorosyjskiej agenturze, za którą odpowiadały FSB i GRU. Kreml był przekonany, że pomoże ona odnieść podobny sukces, jak w 2014 r. na Krymie. Prorosyjscy politycy i urzędnicy, szczególnie ci znajdujący się w kręgach władzy, mieli paraliżować proces decyzyjny lub sabotować wykonywanie ważnych rozporządzeń. Nie mniej istotne miało być zniechęcanie do stawiania oporu agresorom. Agentura miała również wskazywać cele i przekazywać informacje bezpośrednio siłom inwazyjnym. Rosyjska Cerkiew Prawosławna na Ukrainie (tzw. Patriarchat Moskiewski) również pomagała w stworzeniu siatki agenturalnej, a dodatkowo aktywnie propagowała tezy Kremla. Jednym z narzędzi służących osłabianiu Ukrainy od wewnątrz była korupcja. Prorosyjscy politycy, urzędnicy i przedstawiciele resortów siłowych mieli też pomóc w ustanowieniu struktur okupacyjnych, a tym samym także legitymizacji podboju Ukrainy przez Rosję. Ważną rolę w tym planie miał pełnić szczególnie Wiktor Medwedczuk, którego darzył zaufaniem Putin.

Na każdym z frontów Rosjanie mieli do pokonania inne bariery naturalne i infrastrukturalne, lecz szczególnie wymagający okazał się właśnie północny teatr działań wojennych. To przecież tam teren przecinały liczne rzeki, którym często towarzyszyły rozległe bagna i grząskie doliny, zwłaszcza wzdłuż granicy z Białorusią. Właśnie podmokły teren, szczególnie w czasie odwilży, stanowił wyzwanie trudniejsze niż większość napotkanych cieków — gdyż zmuszał Rosjan do skanalizowania ataków oraz transportu zaopatrzenia. Obszar ten był również gęsto zalesiony, co sprzyjało zasadzkom i utrudniało przemieszczanie się ciężkiego sprzętu. Mimo to rosyjskie dowództwo w swoich planach niemal całkowicie zlekceważyło te uwarunkowania terenowe, przyjmując, że ofensywa na Kijów z północy — prowadzona po obu stronach Dniepru, a częściowo także od wschodu — przebiegnie szybko i bez większych przeszkód. Możliwe, że pewność siebie podnosiła nie tylko przewaga liczebna i sprzętowa SZ FR, które miały złamać opór lub zniechęcić do jego stawiania, ale również posiadanie dużej liczby mostów pontonowych, które przygotowano właśnie z myślą o ukraińskich działaniach opóźniających, takich jak wysadzanie przepraw.

Zastanawia wybór terminu inwazji. Dlaczego Rosjanie zdecydowali się zaatakować w czasie, gdy zima się kończyła i nadchodziła odwilż? Warunki pogodowe utrudniały działania lotnictwa i prowadzenie rozpoznania, a wilgoć zmieniła pola w bagna, co zmusiło wojska pancerne do skanalizowania marszu po drogach utwardzonych. Wcześniej Rosjanie przeprowadzali inwazje głównie w okresie wiosennym i letnim, gdy było sucho, a noce były krótsze. Przykładem była Gruzja w 2008 r. i zaangażowanie w walki w Donbasie w 2014 r. Tymczasem w dokumentach zdobytych na żołnierzach WDW pod Kijowem widniała wzmianka o wydaniu map i rozkazów 20 lutego, co pozwalało wywnioskować, że pierwotnym terminem inwazji miał być 22 lutego. Rzecz w tym, że zgodnie z sowiecko-rosyjską tradycją takie dokumenty były wydawane jednostkom biorącym udział w operacjach wojskowych właśnie na dwie doby przed ich rozpoczęciem. Oznacza to, że Rosjanie z jednej strony przesunęli najazd o kolejne dwie doby, z drugiej byli gotowi zaryzykować przeprowadzenie inwazji w gorszych warunkach.

/W roku 2021 przeprowadzono atak ekonomiczny na kraje UE, na polu polityki energetycznej - "zakręcono kurek z rosyjskim gazem", w celu wywołania szoku cenowego na Zachodzie, wykorzystując inflację wywołaną bezprecedensową emisją pieniądza podczas pandemii - red./

(...)

Według relacji dowódcy PSG gen. Dejneki, inwazja rozpoczęła się o godzinie 3.40, ostrzałem i atakiem na jeden z punktów granicznych w obwodzie ługańskim. Kilka minut później zaczęły do niego docierać doniesienia z innych odcinków granicy z Rosją. O godzinie 4.00 Dejneko powiadomił ministra Monastyrskiego o natarciu rosyjskim na trzech odcinkach granicy. Jednym z nich był rejon położony przy Czarnobylu. O godzinie 5.17 dowódca PSG wysłał do Zełenskiego sms-a z informacją o sytuacji.

Około godziny 4.00 Rosja rozpoczęła uderzenie rakietowe na Kijów oraz kluczowe obiekty rozmieszczone wokół ukraińskiej stolicy. Głównym celem pierwszej fali ataku były nieruchome obiekty wojskowe: bazy lotnicze, stanowiska dowodzenia, koszary, zidentyfikowane pozycje obrony przeciwlotniczej, systemy radarowe oraz magazyny amunicji i zaopatrzenia. Do bombardowania wykorzystano setki pocisków balistycznych i manewrujących. Po godzinie 6.00 jedna z rakiet typu "Kalibr" ominęła samo miasto i uderzyła na terenie koszar 4. Brygady Szybkiego Reagowania GNU, znajdujących się przy lotnisku Antonowa w Hostomelu — miejscu, które w kolejnych godzinach i dniach stało się areną intensywnych walk i rozpoznawalnym symbolem początku rosyjskiej agresji. Pocisk spadł jednak nie na zabudowania, lecz na pusty plac apelowy. Inna rakieta tego samego typu trafiła natomiast w pobliski blok mieszkalny, powodując zniszczenia w zabudowie cywilnej.

W tym samym czasie z lotniska Bokow w rejonie Mozyrza na Białorusi poderwano w powietrze 34 śmigłowce transportujące żołnierzy wojsk powietrznodesantowych, głównie z 31. Brygady Desantowo-Szturmowej oraz 45. Brygady Specnazu. Grupa licząca ok. 200-300 żołnierzy miała za zadanie zdobyć lotnisko Antonowa wraz z jego najbliższym otoczeniem. Osłonę powietrzną zapewniało jej 10 śmigłowców uderzeniowych Ka-52, wspieranych przez kilka maszyn Mi-24 i Mi-28. Desant wyposażono w elementy szybkiej identyfikacji opisane w poprzednim rozdziale.

Lotnisko Antonowa szykowano do obrony. Zdjęcia satelitarne wskazują, że wokół niego przygotowano nieliczne polowe stanowiska ogniowe. Tam właśnie znajdowały się pozycje żołnierzy wyposażonych w ręczne wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych "Igła-1". Razem z działkiem ZSU-23-2 była to jedyna obrona przeciwlotnicza na wyposażeniu gwardzistów z GNU. Ukraińcy mieli ponad 4 godziny na przygotowanie się na przybycie najeźdźców.

Tuż po rozpoczęciu rosyjskiego ostrzału rakietowego dowódca kompanii 4. Brygady Szybkiego Reagowania, mjr Witalij Rudenko, zdołał szybko zmobilizować swoich ludzi, ok. 200 żołnierzy (połowa z nich była poborowymi o niewielkim doświadczeniu), i ruszył z nimi w kierunku Lotniska Antonowa. Nie mógł jednak liczyć na resztę brygady, gdyż niemal wszystkie jej elementy znajdowały się w Donbasie w strefie ATO/OSP. Gwardziści dysponowali głównie bronią strzelecką, postsowieckimi granatnikami przeciwpancernymi oraz wspomnianymi wyżej "Igłami-1" i dwulufowym działkiem przeciwlotniczym kalibru 23 mm. Na terenie koszar mieli też niewielką liczbę pojazdów opancerzonych, ale nieznany jest stan większości z nich, w tym nielicznych czołgów T-64. Podejrzewam, że większość sprawnego sprzętu została zabrana do strefy walk w Donbasie. Podzieleni na kilka mniejszych pododdziałów, zajęli kluczowe pozycje wokół obiektu, przygotowując się do odparcia desantu. Około cztery godziny po pierwszych uderzeniach rakietowych do Hostomela dotarły także elementy 1. Prezydenckiej Brygady Operacyjnego Przeznaczenia im. hetmana Petra Doroszenki GNU oraz wyspecjalizowana jednostka antyterrorystyczna "Omega". Dzięki nim liczebność ukraińskich obrońców wzrosła do ponad 300 żołnierzy.

Około 9.30 rosyjska grupa śmigłowców przekroczyła granicę białorusko-ukraińską, przelatując nad rozległym Zbiornikiem Kijowskim na Dnieprze. Formacja przez blisko godzinę poruszała się bardzo nisko nad lustrem wody, kierując się na południe, po czym skręciła na zachód w rejonie kijowskiej elektrowni wodnej. Właśnie tam doszło do pierwszych strat po stronie agresora — Ukraińcy zestrzelili najpierw śmigłowiec Mi-35M, który spadł na ląd, a chwilę później trafili Mi-24, który runął do wody. W obawie przed kolejnymi trafieniami rosyjscy piloci zaczęli intensywnie odpalać flary, mające odciągnąć od maszyn pociski wystrzeliwane z przenośnych wyrzutni przeciwlotniczych.

Około godziny 10.30 rosyjska formacja śmigłowców znalazła się w rejonie Hostomela i podzieliła się na dwie grupy: maszyny uderzeniowe Ka-52, Mi-24 i Mi-28 miały oczyścić teren Lotniska Antonowa z ukraińskiej obrony, natomiast śmigłowce transportowe Mi-8 otrzymały rozkaz wysadzenia desantu zarówno w południowej części lotniska, jak i w pobliżu koszar Gwardii Narodowej.

Już na początku starcia ukraiński gwardzista ps. "Fara" trafił "Igłą-1" śmigłowiec Ka-52, który ciężko uszkodzony wylądował awaryjnie na pobliskim polu. Jak twierdził później w udzielonym wywiadzie — uczynił to bez skrępowania, gdyż rozpoznał sylwetkę maszyny i wiedział, że w przeciwieństwie do Mi-8 albo Mi-24, wojska ukraińskie nie mają na swoim wyposażeniu takich śmigłowców. W krótkim czasie trafione zostały kolejne dwa Ka-52 (jeden z nich rozbił się na pasie startowym) oraz jeden Mi-28.

Około godziny 11.00 rozpoczął się właściwy atak. Śmigłowce szturmowe intensywnie ostrzeliwały pasy startowe, koszary, warsztaty oraz miejsca, z których Ukraińcy prowadzili ogień, a nad lotniskiem uniósł się gęsty, czarny dym. Dość szybko obrońcom zaczęło brakować amunicji, co zmusiło ich do wycofania się do koszar. Dzięki temu Rosjanie, teraz już bez większych przeszkód, przeprowadzili desant w zachodniej części lotniska przy pasie startowym oraz na północ od bazy 4. Brygady Gwardii Narodowej. Najeźdźcy dość szybko przejęli pod swoją kontrolę większość terenu Lotniska Antonowa.

Thorkill, opierając się na analizie wybranych materiałów audiowizualnych, kwestionuje ukraińskie informacje o zniszczeniu dwóch śmigłowców Mi-8, a także rozbiciu jednej z grup rosyjskiego desantu. Powyższe stwierdzenie stoi jednak w sprzeczności choćby z treścią skrytykowanego przez niego artykułu Andrija Charuka. Ukraiński badacz poddał zresztą krytyce słowa rzecznika prasowego 4. Brygady GNU Charytina Starskiego, który błędnie zidentyfikował część rosyjskich wraków, ale również dowiódł, że po bitwie na lotnisku znaleziono wrak jednego Mi-8AMTSz o identyfikacji RF-9128510. Z kolei zebrane przez Liama Collinsa, Michaela Kofmana i Johna Spencera z "War on the Rocks" relacje ukraińskich żołnierzy wskazują na trafienie tylko jednego Mi-8.

Zarzuty Thorkilla są więc niezrozumiałe, zwłaszcza że nie wskazuje on źródła, które poddaje krytyce. Z drugiej strony tezy, które sam stawia, są co najmniej dyskusyjne. Jego zdaniem "atak wszystkich trzech wskazanych wyżej rosyjskich grup bojowych na opisane wyżej kolejne cele operacji przebiegał bez żadnych komplikacji i praktycznie bez większego oporu ze strony wojsk ukraińskich".

Marek Kozubel - Kijów-Czernihów-Sumy 2022: Klęska rosyjskiego Blitzkriegu