wtorek, 21 lipca 2026



W poprzednich analizach wskazywałem na rozbudowę Federalnej Służby Ochrony (FSO), wzrost jej etatu o co najmniej jedną piątą i przekazanie jej kompetencji operacyjnych zastrzeżonych dotąd dla Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB).

Ten wątek ma dziś swoje domknięcie personalne. Nie chodzi o to, że gabinety śledcze zostały obsadzone ludźmi FSO w sensie dosłownym, gdyż dotyczy to głównie byłych funkcjonariuszy. Chodzi o coś skuteczniejszego. Sieć wychowanków FSO przejęła zawór kadrowy nad całym aparatem przymusu Federacji Rosyjskiej.

Bardzo ciekawe i znamienne jest, że od niedawna Aleksiej Diumin, były zastępca szefa ochrony prezydenta służący kiedyś pod Zołotowem, dziś pomocnik prezydenta i sekretarz Rady Państwa, kieruje również prezydencką komisją kadrową decydującą, które teczki nominacyjne w ogóle trafiają na biurko Putina.

Drugi eks-ochroniarz Putina, Dmitrij Mironow, jako pomocnik prezydenta odpowiada za kadry struktur siłowych. W mojej ocenie, ale nie tylko mojej, ta sieć byłych funkcjonariuszy FSO działa jak sieć „czyścicieli" i „nadzorców kadrowych" wysyłanych kolejno do MSW, FSB, prokuratury federalnej i regionalnej.

Trzeci z tego środowiska, Zołotow, dowodzi Rosgwardią, która na początku 2026 roku uzyskała rangę trzeciego sztabu generalnego.

Oznacza to, że ludzie, którzy przez dwadzieścia lat nosili za prezydentem teczkę i parasol, dziś decydują, kto będzie nosił rosyjskie pagony.W systemie personalistycznym taka konfiguracja bije każdą dywizję. 

Diumin formalnie niczym nie dowodzi i to jest jego największa siła, ponieważ nie można go oskarżyć o budowanie armii przeciw komukolwiek. On trzyma zawór. A w państwie, w którym wszystko jest kadrą, zawór kadrowy jest bronią o większej sile rażenia niż jakakolwiek struktura z własnym sztandarem.

(...)

Miecz Damoklesa nie wisi nad jednym urzędnikiem Administracji Prezydenta. Wisi nad całym pokoleniem beneficjentów starego systemu, a włos, na którym go zawieszono, trzymają ludzie z jednej służby, którzy przez ćwierć wieku stali za plecami pryncypała i nauczyli się od niego najważniejszego, że władza w Rosji nie należy do tego, kto najgłośniej mówi, tylko do tego, kto obsadza stanowiska.

Pozdrawiam i dziękuję.

x.com/Maciej_Korowaj


Przecież Czarnek mówi to, co mówi, nie po raz pierwszy. Jeszcze w 2025 r. był jedynym liczącym się polskim politykiem, który domagał się wydania Niemcom nurka ukraińskiego, odpowiedzialnego za wysadzenie bałtyckich rur gazowych łączących Niemcy z Rosją. To ciekawe, że Czarnek nie miał wtedy żadnych oporów, aby okazywać nadzwyczajną usłużność wobec rozeźlonych Niemców. W ciągu ostatnich tygodni Czarnek sprawiał takie wrażenie, jakby go ktoś z premedytacją „spuścił ze smyczy” i kazał hasać po polskiej polityce wschodniej. 8 lipca mówił w radiu, iż Kijów jest pod wpływem „ideologii nazistowskiej” i prowadzi „bardzo agresywną” politykę wobec Polski. Niestety, dziennikarstwo w Polsce jest na takim poziomie, iż nikt nie zapytał Czarnka o realne przejawy owej agresji ukraińskiej. A trzy dni później z patosem wzywał nas wszystkich, abyśmy wypełnili nasz „moralny obowiązek krzyczenia do wszystkich stolic Europy i świata” o ukraińskim nazizmie. Ze strony prezesa PiS nie było żadnej reakcji. Pojawiła się ona dopiero wtedy, gdy 14 lipca Czarnek zapowiedział, że zamierza „zmusić” świat do zablokowania pomocy dla walczącej Ukrainy. 

(...)

Po co bowiem mamy „krzyczeć” o nazizmie na Ukrainie? Po to, żeby świat przestał wspierać nazistowski reżim w Kijowie. A po co świat ma zaprzestać „jakiegokolwiek” wsparcia dla owego reżimu? Po to, żeby został on sprawiedliwie ukarany za nazizm, a państwo ukraińskie na powrót zostało zlikwidowane. Prawdziwy problem z Czarnkiem polega na tym, że pod pozorem odwetu za nielubianą w Polsce ukraińską politykę historyczną, kandydat PiS-u na premiera otwarcie wspiera międzynarodowe cele i plany nie tylko samej Moskwy, ale globalnej „osi zła” stojącej za tymi interesami (by odświeżyć sławny niegdyś termin Ronalda Reagana).

(...)

Komunistom chińskim i koreańskim oraz szyickim perskim mułłom zależy na tym, aby niepodległa Ukraina upadła, bo uważają ją za uzbrojoną, hardą i położoną w kluczowym punkcie świata wysuniętą placówkę Zachodu. Dlatego instrumentalnie akceptują argumentację Moskwy, wedle której nazizm ma być prawdziwą ideologią Ukrainy. Ale ta teza – jak dotąd – nie ma w świecie istotnego odzewu. Wśród współczesnych politycznych liderów Czarnek jest ewenementem. Do upowszechniania tezy o nazistowskiej Ukrainie nigdy nie posunął się Viktor Orbán (choć przecież szczerze nie znosi Ukraińców) ani żaden z przywódców zachodniej nowej alternatywnej prawicy. Ani Giorgia Meloni, ani Marine Le Pen, ani Alice Weidel nigdy nie posłużyły się tym argumentem. Owszem, teza o „nazistowskim puczu”, jakim miał być kijowski Majdan 2014 r., propagowana jest od dawna przez marginalnych trockistowskich komunistów w USA i Wielkiej Brytanii (np. Workers World Party) oraz najbardziej radykalną południowoafrykańską partię komunistyczną, której lider Solly Mapaila każdego dnia walczy słowem przeciw Ukrainie, gdyż ma ona być „tworem nazistowskim sterowanym przez amerykańskich kapitalistów”. 

Tak wygląda globalny klub współtowarzyszy Czarnka podzielających jego poglądy na temat Ukrainy. I co w tym najważniejsze, Czarnek, wykorzystując przydzieloną mu przez Kaczyńskiego pozycję kandydata na premiera, próbuje teraz przeciągnąć PiS do tego grona nienawidzących Zachodu sprzymierzeńców „osi zła”. Chce to zrobić niepostrzeżenie, tak by wyborcy PiS-u, owładnięci słusznym oburzeniem na kult UPA na Ukrainie, nie zorientowali się nawet, że ich partia staje się – paradoksalnie – największą na Zachodzie organizacją dywersyjną, propagującą intencje i cele polityczne nie tylko samej Moskwy, ale całego antyzachodniego sojuszu wschodnich despotii. Z tradycjonalnej, katolickiej, okcydentalnej i atlantyckiej partii typowego konserwatyzmu kulturowego PiS miałby się przeobrazić w formację prawicowych „wokeistów”, „przebudzonych”, nienawidzących własnego świata i dążących do jego osłabienia w starciu ze wschodnimi despotiami. 

Strategia Czarnka jest więc nie tylko próbą zakwestionowania tradycji polskiej polityki wschodniej, wedle której interesem Polski jest zawsze umacnianie niepodległości wschodnich sąsiadów, a nie podejmowanie przeciw nim jakiejś gry z Moskwą. Ta strategia jest bowiem również zamachem na ugruntowaną przez lata – za sprawą takich polityków, jak obaj bracia Kaczyńscy, nieżyjący już Ludwik Dorn czy Mateusz Morawiecki – ideową tożsamość PiS-u: partii przywiązanej do dziedzictwa dawnej Rzeczypospolitej, a współcześnie budującej Trójmorze – po to, by stawić opór sojuszowi wschodnich despotii.

/Jan Rokita/

rp.pl


"Osobiście przedstawiłem prezydentowi kandydaturę Madiara (Roberta Browdiego), aby stanął na czele SBS. Była to niepopularna decyzja i wziąłem za nią pełną odpowiedzialność. Dlaczego właśnie on? Ponieważ nie tylko przeszedł drogę od żołnierza do oficera, ale także stworzył wyjątkowy oddział i ma wizję. Wszyscy codziennie widzimy rezultaty" - stwierdził Syrski na portalu Militarnyj.

Nawiązując do krytyki pod swoim adresem, jakoby był generałem "starej szkoły", blisko 61-letni Syrski zauważył, że "człowiek, który nie chce prowadzić wojny z wykorzystaniem dronów, nie tworzy pierwszego na świecie odrębnego rodzaju wojsk bezzałogowych" ani nie powołuje jego dowódcy "wbrew dotychczasowym wojskowym tradycjom hierarchicznym".

Syrski podkreślił, że efektywne wykorzystanie dronów na polu walki nie jest możliwe bez wsparcia artylerii, moździerzy, wojsk inżynieryjnych, obrony przeciwlotniczej, środków walki radioelektronicznej oraz szeregu innych elementów wyposażenia.

"Nie mogę w ciągu dwóch miesięcy przestawić milionowej armii na drony i powiedzieć: od teraz walczymy w ten sposób" - stwierdził. Syrski podkreślił, że wszelkie eksperymenty prowadzone na taką skalę mają swoją cenę, którą Ukraina płaci utratą terytorium oraz życiem swoich obywateli.

"Powiem szczerze: nie interesuje mnie działalność medialna. Nie buduję swojego wizerunku i nie mam ambicji politycznych. Zajmuję się wojną. Przez całą dobę, siedem dni w tygodniu. (...) Byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że rzekomo istniał konflikt między mną a panem ministrem (Mychajłem Fedorowem). Nasze relacje postrzegałem jako robocze - z trudnymi kwestiami i różnicami zdań" - wyjaśnił.

Naczelny dowódca podkreślił, że Ukraina przetrwa, bo posiada armię, instytucje i miliony obywateli wykonujących swoją pracę. "Sprowadzenie tej wojny do konfliktu między dwiema osobami to największa przysługa, jaką możemy wyświadczyć wrogowi" - zaznaczył.

"Służę w armii od ponad 40 lat. Jestem człowiekiem wojska: nie stawiam ultimatum swoim przełożonym i nie dowodzę armią przez komunikatory. Milionową armią nie kieruje się przez WhatsApp. Dowodzi się nią za pośrednictwem sztabów, rozkazów i odpowiedzialnych dowódców na miejscu" - stwierdził.

(...)

Generał podkreślił, że nie walczy z resortem obrony, a wyłącznie z Rosją. "Sztab Generalny nigdy nie działał przeciwko ministerstwu. Współpracowaliśmy i będziemy współpracować z każdym ministrem, którego wyznaczy państwo. W armii nie wybiera się, z kim się służy. W armii wykonuje się rozkazy i swoją pracę. Ale wykonuje się ją dobrze" - podsumował Syrski.

gazeta.pl