piątek, 31 lipca 2026

 
 
Stefaniszyna opisuje sytuację wyjściową, z jaką zetknęła się po przybyciu do Waszyngtonu. — W naszych rozmowach z najwyższymi rangą przedstawicielami Białego Domu słyszeliśmy, że Rosja wygrywa wojnę. Posunęło się to tak daleko, że podawano nam nazwy najmniejszych wiosek, które rzekomo zajęła Moskwa — opowiada. Dla Stefaniszyny było jasne, że podatność na rosyjską propagandę jest podstawowym problemem, który musi rozwiązać. — Rosjanie mieli stały kanał komunikacji z Waszyngtonem, przez który przekazywali fałszywe informacje — twierdzi Stefaniszyna.

— Rozpoczęliśmy kampanię dyplomatyczną, aby wyjaśnić [amerykańskim] decydentom sytuację w Ukrainie — mówi. W jej ramach Ukraińcy za zamkniętymi drzwiami przekazywali informacje amerykańskim urzędnikom na wszystkich szczeblach. — Po prostu pojawiałam się wszędzie tam, gdzie nikt nie chciał mnie widzieć — mówi Stefaniszyna.

— Prezydent Trump kształtuje swoje zdanie nie tylko na podstawie osobistych rozmów, ale także w oparciu o spostrzeżenia innych — mówi ambasadorka. Dlatego też ona i jej współpracownicy rozpoczęli konkretne działania mające na celu zmianę wizerunku Ukrainy w jego otoczeniu.

— Istniał "męski klub", który doprowadził do tej zmiany — opowiada Stefaniszyna. Od listopada 2025 r. Kijów dbał o to, by ukraińscy wojskowi, na czele z byłym funkcjonariuszem służb specjalnych i obecnym szefem Biura Prezydenta Ukrainy Kyryłem Budanowem, regularnie rozmawiali ze swoimi amerykańskimi kolegami. Każde z tych spotkań trwało od trzech do czterech godzin — twierdzi Stefaniszyna. — W ten sposób udało nam się powstrzymać próby Rosjan mające na celu manipulowanie rzeczywistością.

Stefaniszyna i jej zespół skupiali się nie tylko na decydentach w rządzie, ale także na środowisku MAGA prezydenta Trumpa. Nie chce wyraźnie komentować roli, jaką odegrała podczas wizyty prawicowej influencerki Laury Loomer w Ukrainie. — To było bardzo skuteczne — stwierdza jedynie krótko.

W 2022 r. Loomer wezwała Ukrainę do poddania się Rosji i zdecydowanie sprzeciwiła się udzielaniu przez USA wsparcia temu krajowi. "Czuję się jak dupek, że przez ostatnie pięć lat bagatelizowałam walkę Ukrainy. Byliśmy pod wpływem rosyjskiej propagandy" — napisała w mediach społecznościowych podczas swojej kilkudniowej podróży po Ukrainie. Wcześniej pracowała dla rosyjskiej telewizji państwowej Russia Today. Po wizycie w Ukrainie wyraźnie potępiła ataki Putina na kościoły w Ukrainie i obaliła szeroko rozpowszechnioną w kręgach prawicowych tezę, że Rosja jest prawdziwym obrońcą chrześcijaństwa.

Również w Fox News można zaobserwować zwrot. Ulubiony prezenter Trumpa, Sean Hannity, zawsze bronił bliskich relacji prezydenta USA z Rosją oraz jego wynikającego z tego powściągliwego stanowiska wobec Kijowa. We wtorkowym wywiadzie z Zełenskim stwierdził oburzonym głosem: — Rosja bez powodu zaatakowała pański kraj.

Podczas popołudniowej mowy pogrzebowej poświęconej zmarłemu senatorowi Lindseyowi Grahamowi zwrócił się bezpośrednio do obecnego na sali Zełenskiego. — Wiem, że Lindsey byłby głęboko poruszony i zaszczycony tym, że podjął pan tę długą podróż, aby dzisiaj tu być — powiedział Hannity. — W naszych prywatnych rozmowach często podziwiał pana siłę, z jaką stawia pan czoła całemu światu, jednemu z najbrutalniejszych reżimów na świecie.

Zełenski potrafił wykorzystać tę zmianę nastrojów w Waszyngtonie na swoją korzyść. Ambasador Stefaniszyna potwierdziła, że licencjonowanie linii produkcyjnej systemu Patriot w Ukrainie jest już przesądzone. Prezydent Ukrainy spotkał się zarówno z przedstawicielami amerykańskiego koncernu zbrojeniowego Raytheon, jak i z przedstawicielami Lockheed Martin. Obie firmy produkują różne typy rakiet.

/Bajki dla małych, naiwnych dzieci, podobnie jak "prawdziwe" powody zmiany w Wasztngtonie, nie znamy ich, prawdopodobnie to "sojusz" USA i Ukrainy w sprawie Iranu - red./

Ponadto, jak poinformowała ambasador, Trump poinformował Zełenskiego, że amerykańscy negocjatorzy Steve Witkoff i Jared Kushner udadzą się w swoją pierwszą podróż do Ukrainy. Dla Kijowa jest to znaczący krok — do tej pory Witkoff siedem razy odwiedził Rosję, ale nigdy Ukrainę.

(...)

Również w Kongresie doszło w tym tygodniu do ogromnego przełomu. Projekt ustawy o sankcjach wobec Rosji i odbiorców jej energii, nad którym Lindsey Graham pracował od ponad roku, przeszedł w zmodyfikowanej formie pierwsze głosowanie w Senacie.

— Ta ustawa wysyła Putinowi sygnał, że dni jego wojny są policzone — powiedział demokratyczny senator Richard Blumenthal, który opracował ją wspólnie z Grahamem. Gdyby ustawa została przyjęta również przez Izbę Reprezentantów, prezydent miałby uprawnienia do nałożenia ceł w wysokości do 500 proc. na Rosję oraz ceł wtórnych w wysokości do 100 proc. na pięć największych krajów będących odbiorcami rosyjskiej energii.

/Małe szanse na sukces, pdobnie jak licencja na Patrioty - red./

onet.pl


Potem w 1990 roku nadszedł kryzys. Japońskie rynki finansowe się załamały. Gospodarka pogrążyła się w głębokiej recesji. W kolejnych latach indeks tokijskiej giełdy spadł do połowy wartości z 1990 roku. Ceny nieruchomości w Tokio spadały jeszcze bardziej. Wydawało się, że cud gospodarczy Japonii stał się historią. (...) Przykładem złej kondycji japońskiej gospodarki była branża uważana za wzór sprawności przemysłowej tego kraju. Mowa o przemyśle półprzewodnikowym.

Sześćdziesięciodziewięcioletni Morita obserwował, jak wraz ze spadkiem cen akcji Sony zmniejszają się japońskie fortuny. Wiedział, że problemy jego kraju mają głębsze korzenie i nie ograniczały się do sytuacji na rynkach finansowych. Całą poprzednią dekadę Morita pouczał Amerykanów o konieczności poprawy jakości produkcji, a nie skupianiu się na „pieniężnych grach” na rynkach finansowych. Jednak kiedy tokijska giełda się załamała, osławione długookresowe myślenie Japonii nie wyglądało już tak wizjonersko. Pozorna dominacja Japonii została zbudowana na nietrwałym fundamencie wspieranych przez rząd nadmiernych inwestycji. Tani kapitał ułatwiał budowę nowych fabryk układów scalonych, ale zachęcał także producentów chipów, aby mniej myśleli o zyskach, a więcej o produkcji. Największe japońskie firmy zajmujące się półprzewodnikami zwiększyły produkcję pamięci DRAM, nawet wtedy gdy ich pozycja zaczęła być naruszana przez tańszych producentów, takich jak Micron i południowokoreański Samsung.

Japońskie media dostrzegły przeinwestowanie w branży półprzewodnikowej, a nagłówki gazet ostrzegały przed „lekkomyślną rywalizacją inwestycyjną” i „inwestycjami, których nie można zatrzymać”. Prezesi japońskich firm produkujących układy pamięci ciągle budowali nowe fabryki, nawet jeśli nie przynosiły one zysków. „Jeśli zaczniesz martwić się o nadmierne inwestycje, nie będziesz mógł w nocy spać”, przyznał jeden z dyrektorów Hitachi. Dopóki banki udzielały pożyczek, prezesom łatwiej było wydawać pieniądze niż przyznać, że nie mają pomysłu, jak sprawić, by ich firmy były rentowne. W latach osiemdziesiątych działające na zasadach wolnej konkurencji amerykańskie rynki kapitałowe nie były postrzegane jako atut, a jednak strach przed utratą finansowania pomógł firmom ze Stanów Zjednoczonych utrzymać się na nogach. Japońscy producenci pamięci DRAM mogliby dużo nauczyć się z paranoi Andy’ego Grove’a lub wiedzy Jacka Simplota na temat nieprzewidywalności rynków towarowych. Zamiast tego wszyscy zainwestowali w ten sam rynek, sprawiając tym samym, że niewielu mogło na nim zarobić.

Firma Sony wyróżniała się wśród japońskich firm z branży półprzewodnikowej tym, że nigdy nie stawiała zbyt mocno na produkcję pamięci DRAM. Zamiast tego z sukcesem opracowywała nowe produkty, takie jak specjalizowane układy scalone do przetworników obrazu. Kiedy fotony uderzają w krzem, w odpowiednich miejscach w chipie gromadzą się ładunki elektryczne, których ilość jest skorelowana z natężeniem światła. Pozwala to przekonwertować obrazy na dane cyfrowe. Dzięki przetwornikom obrazu Sony było dobrze przygotowane do przewodzenia rewolucji cyfrowej w fotografii, a układy tej firmy ciągle są jednymi z najlepszych na świecie. Mimo to firma nie ograniczyła inwestycji w obszarach przynoszących straty i na początku lat dziewięćdziesiątych jej rentowność spadła.

Chris Miller - Wielka wojna o czipy

czwartek, 30 lipca 2026



W grudniu 2025 r. szef Biura Prezydenta Federacji Rosyjskiej ds. Projektów Społecznych Siergiej Nowikow poinformował, że z frontu do życia cywilnego powróciło 167 tys. żołnierzy. Zakłada się, że jest to liczba osób posiadających legitymację weterana działań wojennych.

W tym samym czasie Nowikow podał jeszcze jedną liczbę — 250 tys. osób. — Widzimy, że nadal pozostaje u nas dość duża szara strefa: dziesiątki tysięcy osób, które nie zgłosiły się do funduszu, ale też nie znalazły zatrudnienia — wyjaśnił. Chodzi tu o państwowy fundusz Obrońcy Ojczyzny, utworzony w celu wspierania uczestników wojny w Ukrainie.
Logo

Następnie liczba 250 tys. została usunięta z mediów "na polecenie z góry". Pozostaje pytanie, kogo dokładnie obejmują te liczby?

167 tys. osób zwróciło się do funduszu Obrońcy Ojczyzny i uzyskało status weteranów. 250 tys. tego nie zrobiło. — Wrócili, nie pracują, albo wydają pieniądze, które otrzymali, albo w jakiś inny sposób zarabiają na życie — powiedział Nowikow. Jeśli tak, łącznie powróciło 417 tys. osób.

Wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Dmitrij Miedwiediew lubi chwalić się tym, ilu Rosjan podpisało kontrakty i trafiło na front. Tylko w zeszłym roku, według jego słów, ministerstwo obrony zwerbowało 422,7 tys. osób. Jeśli potraktować te oświadczenia poważnie i zsumować wszystkie oficjalnie podane liczby — 185-tysięczna armia, 300 tys. zmobilizowanych, kolejne 1,9 mln żołnierzy kontraktowych oraz 164 tys. ochotników zwerbowanych w latach 2023–2026 (według słów Miedwiediewa) — okaże się, że na wojnę w Ukrainie wyruszyło już co najmniej 2,5 mln osób.

Eksperci i dziennikarze sceptycznie podchodzą do oświadczeń Miedwiediewa. Na przykład, jeśli chodzi o wydatki na wypłaty z tytułu zawarcia kontraktu, serwis Ważnyje Istorii oraz ekonomista Janis Kluge obliczyli, że od czwartego kwartału 2022 r. do pierwszego kwartału 2026 r. kontrakty mogło podpisać ponad 1,2 mln osób. W sumie, według minimalnych szacunków, od lutego 2022 r. do maja 2026 r. przez wojnę mogło przejść ok. 1,5–1,6 mln kontraktowców i zmobilizowanych, nie licząc ochotników.
Liczbę ofiar śmiertelnych, w tym osób zaginionych, na koniec 2025 r. dziennikarze Meduzy i Mediazony oszacowali na 352 tys. osób, nie uwzględniając zaginionych od lipca 2025 r. Jednocześnie rosyjska armia w Ukrainie liczy do 700 tys. Rosjan — tak twierdzili zarówno ukraińscy urzędnicy, jak i Władimir Putin.

Z tego wynika, że według bardzo przybliżonych szacunków co najmniej 400 tys. osób mogło już powrócić z frontu do życia cywilnego.

A być może nawet więcej.

Eksperci, z którymi rozmawiała Nowa Gazieta, podają tę samą dolną granicę: od 400 tys. osób. Górny szacunkowy poziom to nawet 800 tys.

(...)

W pierwszej kolejności do życia cywilnego powrócili ciężko ranni. Według szacunków brytyjskiego Międzynarodowego Instytutu Badań Strategicznych (IISS) do początku 2026 r. aż 476 tys. żołnierzy zostało ciężko rannych lub stało się niepełnosprawnymi. Amerykańskie Centrum Badań Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) szacuje liczbę rannych nawet na ok. 900 tys. osób.

Istnieją też bardziej ostrożne szacunki. Już od 2023 r. wojna w Ukrainie zaczęła przekształcać się w wojnę dronów. Obecnie na głębokości do 20 km od linii frontu rozciąga się tzw. szara strefa, czyli strefa śmierci, gdzie bezzałogowe statki powietrzne wroga natychmiast wykrywają i zabijają przeciwnika. Ewakuacja rannych jest niezwykle utrudniona, przez co śmiertelność na froncie rośnie.

Dmitrij Kuzniec, obserwator wojskowy serwisu Meduza, uważa, że obecnie szanse na przeżycie ciężko rannych żołnierzy należy porównać do tych z czasów wielkiej wojny ojczyźnianej.

O ile w 2022 r. pisano o stosunku liczby poległych do rannych wynoszącym ok. 1 do 1,7–2, o tyle obecnie wynosi on 1 do 0,5.

Co więcej, nawet z ciężkimi obrażeniami trudno jest odejść z armii. Komisje wojskowo-lekarskie po prostu nie przeprowadzają badań oceniających zdolność do służby, nie rejestrują okaleczeń i wysyłają ocalałych żołnierzy ze szpitali z powrotem na front.

W ten sposób, według najbardziej ostrożnych szacunków, do końca 2025 r. co najmniej 300 tys. żołnierzy zostało zdemobilizowanych z powodu ran.

Dane dotyczące udziału więźniów oraz "niezależnych" najemników z prywatnej firmy wojskowej Grupa Wagnera zostały zbadane dość dokładnie — przede wszystkim dzięki pracy serwisu Mediazona oraz rosyjskiej sekcji BBC, które uzyskały listy wypłat pośmiertnych dla krewnych.

W sumie dziennikarze pisali o co najmniej 48 tys. 366 osobach zwerbowanych z kolonii karnych. 17 tys. 251 z nich zginęło do lipca 2023 r., kiedy to grupa została rozwiązana po buncie Jewgienija Prigożyna. Ponadto od lipca 2022 r. do lipca 2023 r. zginęło ok. 2,4–2,5 tys. wolnych najemników. Przez prywatną firmę wojskową przeszło łącznie ok. 78 tys. osób.

Do normalnego życia mogło powrócić ok. 31 tys. byłych więźniów, zwerbowanych przez Prigożyna, a także do 27 tys. niezależnych najemników.

Jest to szacunek maksymalny, ponieważ po buncie część najemników podpisała kontrakty z ministerstwem obrony i ponownie wyruszyła na wojnę. Władimir Putin mówił o kilku tysiącach takich bojowników. Część byłych członków Grupy Wagnera mogła znowu trafić do kolonii karnej, a stamtąd — na wojnę.

Od września 2023 r. zaprzestano rekrutacji więźniów na półroczne kontrakty, po których można było uzyskać ułaskawienie i wrócić do domu.

Prywatna firma wojskowa Grupa Wagnera była najliczniejszą spośród wszystkich formacji ochotniczych, ale nie jedyną. Ok. 25 tys. umów zostało podpisanych za pośrednictwem czeczeńskiej organizacji Achmat. Liczebność innej, stosunkowo dużej prywatnej firmy wojskowej Redut szacuje się na 7 tys. osób.

Wreszcie, krótkoterminowe kontrakty na kilka miesięcy można do dziś podpisywać z BARS (Bojowy Rezerwowy Oddział Armii Państwowej). Oddziały BARS nie zawsze służą na froncie. Korzystają z tego na przykład urzędnicy, aby budować swoją karierę. Liczbę ochotników walczących na froncie w latach 2022–2023 szacowano na 40 tys. osób.

(...)

Ilu żołnierzy jeszcze powróci? Tempo rekrutacji żołnierzy kontraktowych w ostatnich latach mniej więcej odpowiada poziomowi strat, a nawet go przewyższa. Pozwala to utrzymać stabilną liczebność rosyjskiej armii w Ukrainie (ok. 700 tys. Rosjan). Oznacza to, że jeśli charakter walk nie ulegnie radykalnej zmianie, po zakończeniu wojny z frontu może powrócić jeszcze 700 tys. osób z doświadczeniem bojowym.

Należy do tego dodać ciężko rannych. Według najbardziej konserwatywnych szacunków co miesiąc z frontu wraca ok. 5 tys. rannych, co daje 60 tys. żołnierzy rocznie. Liczba ta może jednak być wyższa.

W 2025 r. IISS szacuje straty Rosji w postaci rannych na ok. 100 tys. osób.

onet.pl\Nowa Gazieta


Obiekty, które mogą być w czasie kryzysu lub konfliktu zbrojnego wykorzystywane jako placówki medyczne, będą budowane w Bydgoszczy, Toruniu, Włocławku i Świeciu. Na realizację inwestycji władze województwa przewidują ok. trzech lat — do 2029 r. Planowany koszt to 270 mln zł. Inwestycje mają być wzorowane na podobnych rozwiązaniach w Finlandii, gdzie schrony budowane są pod parkingami, obiektami sportowymi i budynkami użyteczności publicznej.

W planowanych schronach powstaną m.in. sale operacyjne, ale mniejsze od tych standardowych i przeznaczone tylko na niezbędne procedury medyczne, na przykład chirurgiczne czy diagnostyczne. Wszystkie schrony będą miały niezależne źródła energii, ujęcia wody i systemy wentylacyjne oraz systemy filtracji powietrza.

Podziemne schrony powstaną przy placówkach prowadzonych przez samorząd województwa: Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Toruniu, Centrum Onkologii w Bydgoszczy, Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym we Włocławku oraz Wojewódzkim Szpitalu Zdrowia Psychicznego w Świeciu.

(...)

Jak informuje Radio Zet, w Toruniu, Bydgoszczy i Włocławku planowane są dwupoziomowe schrony o powierzchni od 1,5 tys. do 1,8 tys. m kw. Oba poziomy znajdą się pod ziemią — jeden z nich będzie służył jako miejsce czasowego ukrycia dla około 450-500 osób, drugi, położony niżej — ma działać jak placówka medyczna.

Nieco inaczej będzie wyglądał schron w Świeciu, gdzie powstanie tylko jeden poziom. Na 720 m kw. będzie mogło się ukryć 250 osób. Na co dzień będzie wykorzystywany jako przestrzeń do rehabilitacji i terapii pacjentów oraz sportowo-rekreacyjna.

businessinsider.com.pl


— Najprawdopodobniej mamy do czynienia z rakietą o oznaczeniu Ch-101, która zawierała materiał wybuchowy w znacznej ilości — przekazał prok. Marcin Kozak. — Zgromadzony jest bardzo obszerny materiał dowodowy. Bardzo dużo elementów tego pocisku zostało już zabezpieczonych — dodał.

Donald Tusk nad ranem powołał specjalny zespół koordynujący i udał się na Lubelszczyznę. Szef rządu podkreślił, że doszło do "poważnego zdarzenia", a wszystkie służby prowadzą działania wyjaśniające. — Byliśmy gotowi do zestrzelenia rakiety, w przypadku, gdyby kontynuowała swój lot — powiedział w Lublinie.

onet.pl

środa, 29 lipca 2026



Przepisy antysmogowe są znacznie starsze, niż mogłoby się wydawać. Brytyjska akademia nauk (The Royal Society) wyliczyła, że pierwsze odnotowane problemy ze smogiem pojawiły się w średniowiecznych chińskich i brytyjskich metropoliach, gdzie zaczęto na szeroką skalę korzystać z węgla. Pierwsze znane prawo antysmogowe pojawiło się w 1273 roku i zakazywało spalania węgla w Londynie. A pierwsza dobrze udokumentowane prawo karzące za spalanie węgla w Londynie przyjęto dokładnie 700 lat temu.

Pod koniec XIII wieku Londyn był jednym z największych miast Europy, zamieszkiwanym przez blisko 100 tys. mieszkańców. Miał gęstość zaludnienia zbliżoną do dzisiejszego Manhattanu. Z tą różnicą, że bez wieżowców pnących się po 300-400 metrów wzwyż i gęstej sieci metra pod ziemią, za to z mrowiem ludzi na ulicach oraz całym przemysłem i rzemiosłem w obrębie miasta. Było ciasno, tłoczno i duszno. Chociaż klimat średniowiecza sprzyjał, to i tak było chłodniej niż dziś. Rozrastające się miasto błyskawicznie wytrzebiło lasy wokół, a ceny drewna rosły niczym ceny ropy i gazu podczas walk w Zatoce Perskiej.

Kryzys energetyczny w Londynie stał się tak poważny, że kupcy, pomimo grasujących wokół Anglii piratów, zaczęli sprowadzać do miasta węgiel drogą morską z północy kraju (blisko 600 km). Początkowo sięgała po niego biedota i rzemieślnicy, ale wraz z dalszym wzrostem cen drewna, spalanie węgla upowszechniało się w całym społeczeństwie.

Nowe paliwo (coś pomiędzy węglem kamiennym i brunatnym) pyliło, dymiło, śmierdziało i emitowało znacznie więcej zanieczyszczeń, w tym tlenki siarki, od drewna. Problem smogu w Londynie stał się na tyle poważny, że królowie i parlament zaczęli zajmować się tematem. Powołano nawet komisję badającą przyczyny smogu i kontrolującą wprowadzanych zakazów. W 1306 roku Król Edward I wydał proklamację ograniczającą spalanie „sea coal” (czyli wspomnianego węgla, przewożonego drogą morską z północnej Anglii) w Londynie. Prawo umożliwiało nakładanie grzywien na spalających „węgiel morski”.

Problem polegał jednak na tym, że gospodarka bardziej potrzebowała taniej energii niż czystego powietrza. Zakazy okazały się nieskuteczne. Londyn przez kolejne stulecia spalał coraz więcej węgla. Miasto rosło, przemysł się rozwijał, a smog stawał się częścią codzienności. W XVII i XVIII wieku londyńskie mgły zmieszane z dymem były już słynne w całej Europie. Traktowano je niemal jak element lokalnego krajobrazu.

Problem londyńskiego smogu wracał przez kolejne stulecia. W 1603 roku król Jakub I Stuart wydał tzw. „Proklamację przeciw dymowi”, zakazując spalania węgla w pobliżu parlamentu podczas jego obrad. Przepisy antysmogowe nadal były jednak łamane ze względów ekonomicznych.

interia.pl


Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej (KPRF), która przez wiele lat była drugą pod względem popularności partią, ma obecnie wszelkie szanse na gwałtowne pogorszenie swojej pozycji zarówno z powodu oczywistej niejasności swoich przywódców, jak i z powodu skutecznego mąciciela — partii Nowi Ludzie, której Kreml umożliwił wejście do parlamentu w 2021 r. Obecnie, jak uważa wielu politologów, partia ta sama stała się problemem, ponieważ przyciąga znaczną liczbę niezadowolonych i zajmuje drugie miejsce pod względem poparcia, nawet nie podejmując żadnych nadzwyczajnych działań.

Równolegle "toną" dwie inne partie systemowe. LDPR straciła część wpływów po śmierci swojego założyciela Władimira Żyrinowskiego, a Sprawiedliwa Rosja nie jest traktowana poważnie po tym, jak zrezygnowała z wystawienia swojego kandydata w wyborach prezydenckich w 2024 r. Jedyną siłą, która deklaruje swoje przywiązanie do pokoju (ale jednocześnie krytykuje wojnę w dopuszczalnych granicach), jest Jabłoko.

Chociaż Kreml prawdopodobnie postanowił zezwolić partii na udział w wyborach, jej działania są skrajnie ograniczone z powodu masowego wszczynania spraw karnych przeciwko jej działaczom, uznawania ich za agentów zagranicznych oraz wykluczania z wyborów pod różnymi pretekstami.

Charakterystyczne jest to, że w przeciwieństwie do poprzednich wyborów opozycja pozasystemowa w ogóle nie wypracowała żadnego rozpoznawalnego stanowiska, które w ciągu pozostałych tygodni mogłoby przyciągnąć znaczną liczbę wyborców.

W tej sytuacji Kreml, jak się wydaje, postanowił wykorzystać dwa elementy strategii, która ma zapewnić Jednej Rosji większość konstytucyjną.

Z jednej strony są to tradycyjne środki administracyjne. Wybory ponownie odbywają się w ciągu trzech dni, co pozwala praktycznie zneutralizować instytucję obserwatorów (ponadto partia rządząca rozmieszcza swoich obserwatorów wśród kandydatów, zapewniając sobie pełną kontrolę nad procesem).

Zdalne głosowanie elektroniczne, które w 2021 r. zostało dopuszczone w siedmiu regionach i — przypomnę — radykalnie zmieniło wyniki wyborów w okręgach jednomandatowych w Moskwie, zostało obecnie rozszerzone na 33 podmioty federacji, w których potencjalnie może objąć 48,4 mln wyborców.

W regionach, w których metoda była stosowana podczas poprzednich wyborów, wyniki głosowania internetowego systematycznie różniły się od wyników głosowania stacjonarnego — przy czym, oczywiście, zawsze na korzyść Jednej Rosji. Jednocześnie przedstawiciele władz otwarcie twierdzą, że nieustanne ataki ze strony Ukrainy mają na celu wywarcie wpływu na wyborców, aby "uzyskać Dumę bez stabilnej większości", co pośrednio oznacza, że ci, którzy odmawiają poparcia Jednej Rosji, powinni być postrzegani wyłącznie jako zdrajcy.

Ten sam komunikat obecna Duma i Rada Federacji skierowały również do emigrantów, ostrzegając szczególnie agresywnych spośród nich przed nieuchronną utratą znacznej części praw obywatelskich i majątkowych.

Z drugiej strony, do presji administracyjnej tym razem najprawdopodobniej dołączy również manipulowanie wyborcami poprzez instytucję małych partii. Ich funkcja zasadniczo różni się od tej, jaką przypisuje się im w dyskursie publicznym. Zostały one dopuszczone do wyborów nie tyle w celu zapewnienia różnorodności krajobrazu politycznego (a tym bardziej nie po to, by reprezentować interesy obywateli niezadowolonych z obecnej sytuacji), ile po to, by odciągnąć głosy od systemowych partii opozycyjnych, które w warunkach zmęczenia Jedną Rosją stają się bardziej niebezpieczne niż dotychczas.

Ten aspekt wydaje mi się szczególnie istotny. Małe partie obiektywnie nie mają szans na pokonanie pięcioprocentowego progu wyborczego i jednocześnie w żaden sposób nie konkurują z partią władzy. Dlatego głosy oddane na te ugrupowania okażą się straconymi głosami dla komunistów lub liberalnych demokratów, a następnie zostaną rozdzielone proporcjonalnie między tych, którzy przekroczyli pięcioprocentowy próg (a ponieważ liderem wyścigu niezmiennie pozostaje Jedna Rosja, to właśnie ona otrzyma lwią część "zagubionych" głosów). Dlatego głosowanie na małą partię oznacza w praktyce głosowanie na partię rządzącą, nawet jeśli sam wyborca jest przekonany o czymś przeciwnym.

Rozmieszczenie partii na skrzydłach zostało zaplanowane z chirurgiczną precyzją. Na lewym skrzydle głosy KPRF będą odbierać Komuniści Rosji i Partia Emerytów. Na "patriotycznym" skrzydle głosy LDPR i Sprawiedliwej Rosji przejmuje Rodina. Na skrzydle liberalnym przeciwko Nowym Ludziom wystawiono od razu trzy ugrupowania: Zieloną Alternatywę, Partię Demokracji Bezpośredniej i Jabłoko.

Ta ostatnia partia niemal na pewno poprawi swój wynik. I to znacząco. Jakkolwiek ostrożna byłaby jej retoryka, przyciągnie ona dodatkowych wyborców, a tym razem oszacowałbym jej ostateczne poparcie na poziomie ok. 4 proc. Kreml nie będzie się temu sprzeciwiać, dopuszczając partię do finansowania z budżetu i pokazując krytykom, że nawet taka opozycja ma w kraju prawo do własnego zdania i aktywności politycznej.

Władze potrzebują Jabłoka nie jako gracza politycznego, ale jako leja, do którego odpłynie część liberalnego elektoratu.

I oczywiście, mówiąc o potencjalnych wynikach wyborów, należy pamiętać o ich drugim elemencie — głosowaniu w okręgach jednomandatowych, gdzie właściwie zapewnia się niezbędne wyniki. Jak będą one osiągane, widzieliśmy na przykładzie Borisa Nadieżdina.

onet.pl\Nowa Gazieta


Niemiecki „Bild” napisał dość prowokacyjnie, że w obecnej chwili Zełenski jest „ulubieńcem” Trumpa. Coś w tym jest. Trudna lekcja jaką Amerykanin otrzymał w wojnie z Iranem, zrozumienie czym tak naprawdę jest walka z przeciwnikiem, który masowo używa bezpilotowców w połączeniu z pociskami balistycznymi, dały ukraińskiemu prezydentowi drugą szansę w kontaktach z Białym Domem. Zełenski zyskał w oczach Donalda Trumpa. Okazało się, że wytrzymanie trwających od kilku lat nalotów godne jest szacunku, a wypracowanie w takich warunkach zdolności do zadawania strat wielokrotnie większemu przeciwnikowi, to cenny know how, na jakim zależy amerykańskiej armii.

Gdy rok temu Ukraińcy próbowali zainteresować Amerykanów technologiami dronowymi, spotkali się z chłodną odmową. Ich ofertę zbagatelizowano jako niewiele wartą. Konfrontacja z Iranem pokazała jednak na czym polega ekonomika nowoczesnego pola walki. Środki rażenia kosztujące grosze dokonują zniszczeń idących w grube miliony. Pozbawieni tanich systemów obrony przeciwlotniczej Amerykanie, zmuszeni zostali do użycia drogich pocisków do systemów Patriot. Saturacyjne naloty dronami w połączeniu z masowym ostrzałem rakietowym to kombinacja, do której odparcia nie byli przygotowani. A w każdym razie nie wtedy, gdy naloty trwają przez wiele tygodni. Dopiero odpowiednia perspektywa pokazała, jak powolny proces produkcyjny kosztownych efektorów przegrywa wobec masowej produkcji tanich środków rażenia. Ukraina oferuje więc coś, co jest Amerykanom wręcz niezbędne. A przynajmniej tak ma uważać Trump.

Zełenski przyjechał do Waszyngtonu (28.07.2026) na pogrzeb zmarłego niedawno Lindseya Grahama, w bardzo konkretnym celu. Chciał upewnić się, że ustawa sankcyjna zostanie przegłosowana. Tak też się stało. Po spotkaniu z senatorami, aż 86 zagłosowało za jej przyjęciem, a jedynie 12 wstrzymało się od głosu. Zełenski opowiadał politykom o sytuacji Ukrainy, o potrzebie uzyskania efektorów do systemów Patriot i planach zmuszenia Rosji do negocjacji. Komentarze osób zaznajomionych z kuluarami amerykańskiej polityki sugerują, że do czasu spotkania z Zełenskim spodziewano się maksymalnie 70 głosów popierających ustawę. Przekonanie kolejnych ma być zasługą ukraińskiego prezydenta. Jednocześnie wizyta w Kongresie była elementem szerszego planu. Ukraińcy spotkali się również z przedstawicielami koncernu Lockheed Martin, producentami Patriotów, pocisków ATACMS i systemów HIMARS. Całe to uzbrojenie leży w obrębie ukraińskiego zainteresowania i wszelkie kooperatywy lub potencjalne umowy licencyjne są na wagę złota.

Najważniejszym punktem wizyty było jednak spotkanie z Donaldem Trumpem, na którym poruszono wszystkie tematy, od licencji przez dostawy środków przeciwlotniczych, szeroko rozumiane kwestie bezpieczeństwa, aż po wznowienie negocjacji z Rosją. A przynajmniej tyle wiemy z lakonicznych komunikatów, bowiem rozmowy miały charakter zamknięty. Ze strony ukraińskiej udział w nich wzięli: Kiryło Budanow, Rustem Umerow, Andrij Sybiha oraz Pawlo Palica. Ze strony amerykańskiej obecni byli: Marco Rubio, Scott Bessent, Pete Hegseth, gen. Dan Caine oraz Steve Witkoff. Rozmawiano nieco ponad godzinę, więc trudno przypuszczać aby tak ograniczony czas wystarczył do omówienia szczegółowych planów. Wydaje się raczej, że w kontekście przyjętej ustawy i rozmów o obiecanych przez Trumpa licencjach, chodziło raczej o przypieczętowanie procesu oficjalną aprobatą. Myślę także, że prezydent Zełenski (co zapowiadał), faktycznie przekazał Trumpowi jakieś informacje wywiadowcze mające potwierdzać rosyjski udział we wsparciu Iranu, oraz m.in. atakach na amerykańskie wojska.

Wpisanie się w bliskowschodni konflikt jest zresztą interesującą okolicznością. Kilka dni temu ukraińskie drony zaatakowały należący do Iranu frachtowiec na Morzu Kaspijskim, który według Kijowa miał przewozić uzbrojenie dla Rosji. W wyniku eksplozji jeden z marynarzy zginął a kilku zostało rannych. Teheran nie krył oburzenia. Doszło nawet do groźby wystrzelenia pocisków balistycznych na jeden z ukraińskich portów. Ostatecznie sytuacja została załagodzona przez ministrów spraw zagranicznych Andrija Sybihę oraz Abbasa Aragcziego. Sygnał został jednak wysłany. Ukraińcy włączyli się w działania przeciwko Iranowi w chwili, gdy wymiana ognia na linii USA-Iran nadal trwała. Traf chciał, że chwilę później Trump postanowił o wstrzymaniu trwających trzynaście nocy nalotów. Ukraińcy więc szybko deeskalowali napięcie. Stworzony został jednak precedens. Okazuje się, że Waszyngton mógłby liczyć na nieoczekiwanego sojusznika, w chwili gdy Europa i NATO (jak twierdzi Trump) się od niego odwróciły. Zapewne właśnie takie wrażenie chciał wywołać Zełenski.

(...)

Ta zmiana optyki u samego Trumpa, przekłada się także na rewolucję w narracji MAGA. Jej najwyraźniejszym przykładem jest przypadek Laury Loomer, wpływowej publicystki środowiska radykałów, mającej bezpośredni dostęp do wszystkich ludzi z prezydenckiego otoczenia. Pani Loomer, która do niedawna była zagorzałą krytyczką Zełenskiego i Ukrainy, słowo w słowo powtarzając rosyjską propagandę, nagle zmieniła front. Publicznie oświadczyła, że tkwiła w błędzie, omamiona rosyjską dezinformacją, a następnie wyruszyła na Ukrainę, aby dać swoim odbiorcom świadectwo jak sprawy mają się w rzeczywistości. Od kilku tygodni pojawiają się więc jej reportaże z Ukrainy. Rozmawiała m.in. z prezydentem Zełenskim czy Andrijem Biłeckim, d-cą Azowa. Odwiedziła elektrownie D-TEK, niszczone w rosyjskich nalotach, była w Charkowie, czy zakładach produkujących drony (Skyfall). Jest w swoich działaniach szalenie konsekwentna, a nawet wykorzystując swoje kontakty, stara się obecnie wpływać na prezydencką administrację aby bardziej pomagała Ukrainie, którą uważa za ważnego amerykańskiego sojusznika.

Ukraina ma dzisiaj swoje kolejne „5 minut” w amerykańskich mediach. Podczas pogrzebu sen. Grahama, będący w bliskiej komitywie ze zmarłym dziennikarz Sean Hannity, istotny fragment pochwały zmarłego poświęcił jego relacji z Zełenskim, którego podziwiał, zwracając uwagę na fakt jak wielkim był zwolennikiem pomocy Ukrainie. W tym też duchu ukraiński prezydent wystąpił w Fox News, przekonując Amerykanów co do konieczności zapewnienia środków przeciwlotniczych oraz zmuszenia Putina do pokoju, którego chce on sam i Europa. Wyraził przy tym przekonanie, że Ukraina zyskuje strategiczną przewagę nad Rosją, co widać dzięki prowadzonej kampanii lotniczej oraz wydarzeniach na froncie, gdzie nie tylko udaje się w wielu punktach Rosjan powstrzymać, ale także odbić utracone terytoria. Podsumowując, Trump, Senat, Lockheed Martin, telewizja – Zełenski wycisnął tę okazję jak cytrynę, do samego cna.

globalnagra.pl


Rola Vance'a była jasna od połowy lipca 2024 roku, kiedy Donald Trump oświadczył, że to właśnie młody senator z Ohio będzie mu towarzyszył w wyborach prezydenckich. Kandydatury wiceprezydentów zazwyczaj rozpatruje się tylko pod jednym względem: dla jakich grup elektoratu są oni atrakcyjni i w związku z tym, jak mogą wzmocnić kandydata na prezydenta. Ich rola po wygranych wyborach jest często marginalna (choć bywały wyjątki, jak Dick Cheney u boku Geroge'a W. Busha). Vance jednak nie był pod tym względem atrakcyjnym partnerem dla Trumpa.

Z racji na swoją biografię mógł dodatkowo motywować elektorat w pasie rdzy, sercu dawnej, przemysłowej Ameryki - ale tam były prezydent radził sobie doskonale od 2016 roku i nie potrzebował nikogo do pomocy. Vance trafiał również do przekonania młodym mężczyznom, ale w tej grupie demograficznej Trump w 2024 również radził sobie świetnie.

Stawiając na Vance'a, Trump rozwiązywał inny problem: pokazywał swoim zwolennikom, a także potencjalnym współpracownikom, że to nie jest projekt na jedną kadencję. Że niezależnie od jego wieku i konstytucyjnych ograniczeń warto na niego głosować, bo ruch MAGA ma przed sobą przyszłość.

Vance ma modelowy wręcz życiorys dla polityka republikańskiego nowej generacji:
wychowany wśród postprzemysłowej biedy, służył w wojsku, ukończył Yale, napisał bestsellerową książkę i nawet zdobył odrobinę doświadczenia na Kapitolu.

(...)

Prezydent Trump nie ma nic przeciwko konfliktom i napięciom w swoim otoczeniu. Liczne relacje wskazują na to, że nigdy nie przeszkadzały mu ostre wymiany opinii w Gabinecie Owalnym, czy wręcz awantury, do jakich dochodziło pod koniec obecności Elona Muska w administracji (w pewnym momencie miliarder miał się niemal pobić z sekretarzem skarbu Scottem Bessentem). Trump lubi czasem sam podsycać tego rodzaju spory.

Mimo to wypowiedź Donalda Trumpa z początku maja 2025 roku mogła być pewnym zaskoczeniem. W programie "Meet the Press" prezydent najpierw zasugerował, że jednak ograniczy się do dwóch kadencji, potem wskazał potencjalnych następców. Nie jednego, ale dwóch. J.D. Vance'a jako oczywistego faworyta oraz sekretarza stanu Marco Rubio.

Był to dowód niezwykłego awansu polityka z Florydy w otoczeniu Trumpa - jeszcze kilka miesięcy wcześniej wskazywano go jako kandydata do szybkiej dymisji, ze względu na niekompatybilność z ruchem MAGA. Rubio jednak dobrze odnalazł się w administracji i szybko zyskał względy swojego szefa (z którym przecież ostro rywalizował o partyjną nominację w prawyborach z 2016 roku).

Początkowo wypowiedź Trumpa wydawała się jedynie unikiem pozbawionym większego znaczenia: nie chciał zbyt szybko przekazać pałeczki, żeby uniknąć przedwczesnego postawienia Vance'a w centrum i osłabienia własnego znaczenia.

Vance zdecydowanie dominował w sondażach, a Rubio wprost deklarował, że nie zamierza startować, chyba że jako kandydat na wiceprezydenta. Ale miesiące mijały. Rubio zyskiwał kolejne role (m.in. doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego) i pozostawał centralną postacią administracji we wszystkich ważniejszych momentach. Vance, z racji na swoją funkcję, był zdecydowanie mniej widoczny. Umocnił się na drugim miejscu w sondażach, zdecydowanie dystansując innych potencjalnych chętnych (Dona Jr., Nikki Haley, Rona DeSantisa czy Teda Cruza).

Wzbudził zainteresowanie darczyńców i części partyjnego establishmentu, który chętniej widziałby Rubio, bardziej tradycyjnego republikanina i doświadczonego polityka, niż nieopierzonego Vance'a. Sam Trump przez wiele miesięcy uznawał to za znakomitą rozrywkę i zadawał różnym ludziom to samo pytanie: Vance czy Rubio. Czasami w obecności obydwu wymienionych.

W kwietniu 2024 roku senator Vance opublikował w "New York Timesie" długi tekst, w którym sprzeciwiał się dalszej amerykańskiej pomocy dla Ukrainy. Argumentował, że pomoc ta jest zbyt mała, by odwrócić losy wojny, a jednocześnie zużywa amerykańskie zasoby militarne, które wkrótce mogą być potrzebne gdzie indziej. Krytykował również ówczesne założenie administracji Joe Bidena, że Ukraina nie może na tym etapie negocjować z Rosją.

Vance miał zasłużoną opinię przeciwnika amerykańskiego interwencjonizmu. Jego stanowisko wewnątrz administracji dobrze pokazała słynna "afera signalowa", kiedy ówczesny doradca ds. bezpieczeństwa narodowego dodał do prywatnej konwersacji na platformie Signal redaktora naczelnego liberalnego magazynu "The Atlantic". W tej rozmowie, poświęconej planowanym uderzeniom na rebeliantów w Jemenie, Vance wzywał do namysłu. Uważał, że Amerykanie nie powinni zajmować się usuwaniem zagrożenia na Morzu Czerwonym, skoro ten szlak morski jest istotny przede wszystkim dla Europejczyków. Narzekał na "jazdę na gapę" państw europejskich w kwestiach bezpieczeństwa. Jego głos nie powstrzymał jednak uderzenia na Hutich.

Podobnie wpływ Vance'a okazał się nieskuteczny w przypadku amerykańskich ataków na Iran: latem 2025 roku i ponownie, na zdecydowanie większą skalę, pod koniec lutego 2026. Wiceprezydent miał być wśród osób, które sceptycznie odnosiły się do planu wojny u boku Izraela, co zresztą przyznał sam Donald Trump. Decydujące okazały się jednak głosy innych doradców, dar przekonywania premiera Netanjahu i intuicje samego prezydenta.

(...)

Vance najwyraźniej ma świadomość, że jego droga do Gabinetu Owalnego stała się bardziej wyboista. Z jednej strony urósł mu poważny rywal (choć Rubio wciąż nie deklaruje startu w prawyborach), z drugiej strony oponenci wewnątrz partii starają się go pogrążyć, jeszcze zanim rozpocznie się kampania prawyborcza. Elementem jego działań ofensywnych był niedawny wywiad u Joe Rogana.

Wiceprezydent starał się wykorzystać tę okazję, by dotrzeć do młodego, przede wszystkim męskiego elektoratu, który okazał się kluczowy w 2024 roku, a obecnie jest mocno zniechęcony ze względu na sprawę akt Epsteina czy wojnę w Iranie.

Vance starał się przedstawić jako jeden z nich. Znaczną część rozmowy poświęcił gali UFC, która odbyła się na południowym trawniku Białego Domu - żeby zademonstrować swój entuzjazm dla sportów walki. Na różne sposoby mrugał okiem do zwolenników teorii spiskowych, między innymi angażując się w dłuższą wymianę zdań poświęconą niezidentyfikowanym obiektom latającym. W jednym i drugim temacie wydawał się raczej nowicjuszem, ale pełnym zaangażowania.

Podążając za nastrojami młodszych wyborców, prezydent pozwolił sobie nawet na delikatną krytykę Izraela - rzecz nie do pomyślenia u republikańskiego polityka jeszcze zupełnie niedawno. Jednak wojna w Iranie podziałała na część elektoratu tej partii podobnie, jak na wyborców demokratów wpłynęła okupacja Gazy. Vance ma świadomość, że w następnych wyborach licytowanie się na przychylność wobec Tel-Awiwu nie będzie sposobem na wzmocnienie poparcia i przygotowuje grunt.

Wreszcie wiceprezydent zajął bardzo ciekawe stanowisko wobec obowiązującej do niedawna wśród republikanów wolnorynkowej ortodoksji. Ogłosił się mianowicie zwolennikiem… trzeciej drogi. Kapitalizm i własność prywatna tak, ale jeśli nie zapobiegniemy pogłębieniu się społecznych nierówności, czeka nas socjalizm - przekonywał. Dlatego potrzebne są silne związki zawodowe. I taki system, w którym młodzi poczują się beneficjentami, a nie przegranymi.

Ten skrojony pod młodych przekaz może mu przynieść powodzenie w tej grupie, pytanie jednak czy nie zniechęci do niego innych grup wyborców. W amerykańskim systemie dwupartyjnym kluczowa jest zdolność do budowania szerokich obozów.

interia.pl

wtorek, 28 lipca 2026



Jednak wielu twardogłowych sojuszników Trumpa z ruchu "America First" na Kapitolu nie podziela zmiany stanowiska Loomer. Dotyczy to zwłaszcza grupy republikańskich członków Izby Reprezentantów, którzy od dawna naciskają na kierownictwo Partii Republikańskiej, by wstrzymać amerykańską pomoc wojskową i gospodarczą dla Ukrainy.

- Nie mogę wypowiadać się w imieniu ruchu MAGA, ale ja nie zamierzam zacząć popierać Ukrainy — tłumaczy kongresman Tim Burchett, republikanin z Tennessee popierający ruchy "America First" i MAGA.

Inni republikanie z Kapitolu powiązani z ruchem MAGA przekonują, że Loomer otrzymuje wynagrodzenie za promowanie swojego nowego, przyjaznego Ukrainie stanowiska oraz że żaden republikański kongresmen nie zmienił zdania w sprawie Kijowa.

— X nie kształtuje polityki zagranicznej — zaznacza anonimowo republikanin z Izby Reprezentantów, odnosząc się do lawiny postów w mediach społecznościowych publikowanych przez byłych sceptyków wobec Ukrainy w Partii Republikańskiej.

Zapytana, kto sfinansował jej podróż do Ukrainy, Loomer odpowiada, że nie był to rząd ukraiński, ale nie podaje więcej szczegółów. Loomer podkreśla również, że to ona zainicjowała tę podróż.

— Nie miałam pojęcia, że ludzie będą tak bardzo szaleć z powodu mojej obecności w Ukrainie — mówi. — Stało się to niemal ogólnokrajową sensacją. Nie planowałam, że tak będzie. Po prostu przyjechałam na Ukrainę i wszyscy chcieli się ze mną spotkać, i tak po prostu się potoczyło.

Spotkanie Zełenskiego z Loomer nie miało pierwotnie charakteru wywiadu, ale prezydent Ukrainy "docenił, że poświęciła swój czas", aby uzyskać informacje o wojnie z pierwszej ręki — informuje ukraiński urzędnik.

(...)

Niektórzy rozmówcy POLITICO z kręgów zbliżonych do Białego Domu kwestionują szczerość zmiany stanowiska Loomer.

Zagraniczne rządy i powiązane z nimi interesy przeniknęły do ekosystemu prawicowych mediów w Ameryce. Jest to przestrzeń, która całkowicie wymknęła się spod kontroli — ocenia anonimowo jedna z tych osób.

(...)

Znany konserwatywny podcaster Tim Pool, wcześniej otwarty krytyk Ukrainy, wzbudził zdziwienie wśród swoich odbiorców, gdy w zeszłym tygodniu napisał w poście na X, że Ukraina "walczy o swoje przetrwanie przeciwko złemu dyktatorowi" i dodał, że teraz rozumie znaczenie zwycięstwa Ukrainy nad Rosją.

Nie było jednak jasne, czy tę wypowiedź należy traktować poważnie. W poniedziałek Pool zasugerował, że osoby wspierające Ukrainę powinny cieszyć się większym zainteresowaniem mediów. Ale nie odpowiedział na prośbę o komentarz.

onet.pl\Politico


Najtrudniejsza sytuacja panuje w okolicach Konstantynówki i w niej samej. Trwają walki w północnej części aglomeracji, gdzie Ukraińcy mają wciąż utrzymywać pojedyncze punkty oporu. Jednocześnie coraz aktywniejsze stają się rosyjskie grupy szturmowe w Ołeksijewo-Drużkiwce, położonej na północny zachód od miasta. Sytuacja wojsk ukraińskich na całym tym kierunku nadal się pogarsza, zwłaszcza w obliczu dążeń agresora do przecięcia połączeń logistycznych na północy Konstantynówki.

Ukraińskie kontrataki na kierunkach nowopawliwskim i nowoołeksandriwskim przyniosły wprawdzie zdobycze lokalne, lecz nie doprowadziły do przełamania rosyjskiego ugrupowania. Źródła ukraińskie donoszą o odrzuceniu wojsk rosyjskich w pobliżu miejscowości Filija oraz powolnym przesuwaniu się oddziałów ukraińskich na odcinkach między rzekami Janczur, Worona i Wołcza. Celem tych działań ma być skrócenie dystansu do drogi Hulajpole–Wełyka Nowosiłka. Zmuszają one Rosjan do podjęcia wysiłków stabilizacyjnych, ale nie zagrażają jeszcze bezpośrednio ich systemowi zaopatrzenia, do czego dążą Ukraińcy.

(...)

Zgodnie z komunikatami ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych w okresie od wieczora 21 lipca do rana 28 lipca agresor użył 1225 dronów uderzeniowych i ich imitatorów, 11 rakiet balistycznych Iskander, 16 pocisków manewrujących oraz trzech przeciwokrętowych. Zadeklarowano zniszczenie lub zneutralizowanie 1060 bezzałogowców, 13 pocisków manewrujących i przeciwokrętowych oraz sześciu rakiet balistycznych.

Do najtragiczniejszego w skutkach ataku powietrznego doszło 24 lipca. Jego celem była organizowana przez ukraińskie stowarzyszenie producentów systemów bezzałogowych Armada prezentacja technologii dronowych. Wydarzenie w miejscowości Kapitaniwka pod Kijowem miało zgromadzić ponad 300 wojskowych, urzędników oraz przedstawicieli zagranicznych przedsiębiorstw zbrojeniowych. W wyniku skoordynowanego ataku rakietowego z użyciem trzech rakiet balistycznych zginęło 11 osób, a ponad 100 zostało rannych. Prokuratura Generalna Ukrainy poinformowała o wszczęciu śledztwa oraz zatrzymaniu organizatora prezentacji i postawieniu mu zarzutów nielegalnej organizacji spotkania bez zachowania odpowiednich środków bezpieczeństwa. W ataku miał zginąć pracownik jednej z polskich firm działających w sektorze obronnym Ukrainy, niebędący obywatelem RP. 

(...)

Wojska rosyjskie kontynuują uderzenia na obiekty infrastruktury portowej w Odessie, Czarnomorsku i Mikołajowie oraz statki u wybrzeży Morza Czarnego. 22 lipca Państwowa Służba Graniczna Ukrainy zakomunikowała, że rosyjski dron uderzył w rufę masowca „Golden Rose” na Morzu Czarnym, wywołując rozległy pożar. Ewakuowano wszystkich 16 członków załogi. 25 lipca doszło do ataku na cywilny statek pod banderą Palau, który opuszczał port w obwodzie odeskim. 27 lipca państwowe przedsiębiorstwo Administracja Portów Morskich Ukrainy poinformowało o nocnych atakach na cywilne statki handlowe w porcie w Mikołajowie – zginęła w nich jedna osoba, a kolejne zostały ranne.

(...)

21 lipca agencja Bloomberg podała, że władze Kazachstanu ogłosiły wstrzymanie przesyłu ropy do głównego terminalu eksportowego nad Morzem Czarnym po serii ukraińskich ataków na tankowce. Terminal Kaspijskiego Konsorcjum Rurociągowego w pobliżu Noworosyjska miał przestać przyjmować surowiec ze względu na obawy armatorów o bezpieczeństwo statków. Według agencji utrzymanie przerwy do końca tygodnia miałoby zmusić kazachstańskie przedsiębiorstwa do ograniczenia wydobycia, gdyż przez terminal przechodzi ok. 80% eksportu ropy z kraju (...). 27 lipca władze w Kazachstanie ogłosiły przywrócenie funkcjonowania terminalu.

22 lipca 2026 r. rosyjski dziennik „Kommiersant” poinformował, że w wyniku ataków ukraińskich dronów przeprowadzonych tego dnia dokonano zniszczeń czterech centrów logistycznych Wildberries – w Elektrostali, Kotowsku, Krasnodarze i Niewinnomysku – o łącznej powierzchni 552 tys. m², odpowiadającej ok. 10% infrastruktury magazynowej spółki. Z kolei źródła OSINT donosiły 24 lipca o uderzeniach w obiekty Wildberries w Suszarach i Nowosaratowsku w obwodzie leningradzkim. Tego samego dnia kierownictwo przedsiębiorstwa powiadomiło o ataku na centrum logistyczne firmy w Symferopolu. 25 lipca rosyjskie źródła poinformowały o prawdopodobnej próbie ataku dronów na największy magazyn Wildberries w Jekaterynburgu. Brak jednak doniesień na temat skutków uderzeń.

25 lipca Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) przekazała, że przeprowadzono atak dronowy na platformę wydobywczą na złożu Fiłanowskim oraz objęte sankcjami statki towarowe „Port Olya 2” i „Begey”, wykorzystywane – według SBU – do przewozu ładunków wojskowych między Iranem a Rosją. Tego samego dnia MSZ Iranu oskarżyło Ukrainę o zaatakowanie irańskiego statku handlowego – na jednostce miało dojść do eksplozji, w wyniku której zginął jeden marynarz, a drugi został ranny. Teheran określił uderzenie jako akt agresji i naruszenie Karty Narodów Zjednoczonych. 27 lipca w wywiadzie dla Sky News prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski stwierdził, że Iran de facto uczestniczy w wojnie przeciwko Ukrainie, ponieważ od początku pełnoskalowej inwazji dostarcza Rosji tysiące dronów typu Shahed, technologie ich produkcji oraz inne uzbrojenie. 

(...)

Służba Bezpieczeństwa Ukrainy ujawniła dwie siatki rosyjskich agentów w Kijowie i Dnieprze, które miały aktywować dla rosyjskich struktur ponad tysiąc terminali Starlink. 24 lipca w stolicy Ukrainy zatrzymano dwóch agentów FSB, którzy zarejestrowali 76 urządzeń, wykorzystując fałszywe paszporty ukraińskie i pomoc pracownika poczty. Dzień później w Dnieprze aresztowano podejrzanego, który posługując się danymi podstawionych osób, aktywował ponad tysiąc terminali. SBU powiadomiła, że wszystkie urządzenia w obu prowadzonych sprawach zablokowano.

osw.waw.pl


22 lipca minister polityki rolnej Ukrainy Taras Wysocki poinformował, że tego dnia żaden statek handlowy nie wpłynął do ukraińskich portów czarnomorskich. Jest to związane z decyzją armatorów, obawiających się o bezpieczeństwo statków. Powodem jest intensyfikacja rosyjskich ostrzałów – m.in. 19 lipca wskutek ataku na statek „Golden Leo” zginęło dziewięć osób, a 26 lipca jednostka zatonęła. Minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha nazwał rosyjskie ataki „celowym gospodarczym i humanitarnym terrorem”. Wcześniej w mediach pojawiły się informacje o wstrzymaniu wydawania nowych polis przez firmy ubezpieczeniowe dla statków udających się do ukraińskich portów. Porty czarnomorskie są główną bramą eksportową dla ukraińskich towarów, w szczególności zbóż (ok. 95% sprzedaży zagranicznej), ale też rudy żelaza.

(...)

Komentarz

(...)

W dłuższej perspektywie nie ma pełnej alternatywy dla portów czarnomorskich. Z pewnością dojdzie do większego wykorzystania portów dunajskich (przede wszystkim w Izmaile i Reni), jednak mają one ograniczoną przepustowość. W szczytowych miesiącach 2023 r. eksportowano przez nie blisko 3 mln ton towarów, z czego ok. 80% przypadało na produkcję rolną. Przeważająca część zboża płynęła barkami do Konstancy w Rumunii, gdzie była przeładowywana na większe statki. Dodatkowo do rumuńskiego portu trafiały dostawy transportem kolejowym i drogowym (z południowej Ukrainy), dzięki czemu w 2023 r. przeładowano tam rekordową ilość 14 mln ton ukraińskiego zboża. Po uruchomieniu w 2023 r. korytarza czarnomorskiego (zob. Ukraina: sukces nowego korytarza czarnomorskiego) znaczenie tych portów wyraźnie spadło, z racji droższej i bardziej skomplikowanej logistyki w porównaniu z portami Wielkiej Odessy (Odessa, Piwdennyj i Czarnomorsk – zob. mapa). Ogółem w 2025 r. przeładunki w ukraińskich portach czarnomorskich wyniosły 73,3 mln ton, podczas gdy dunajskie zaledwie 8,9 mln ton. Obecnie dodatkowym problemem jest rekordowo niski poziom Dunaju, przez co barki tracą do 60% ładowności.

Ewentualne wykorzystanie portów bałtyckich (Polska, Litwa, Niemcy) wiąże się z ograniczeniami logistycznymi, gdyż przy większych odległościach transport drogowy jest nieopłacalny dla zbóż, a ponadto generuje duże zatory na drogach i przejściach granicznych. Poza tym przepustowość kolei jest ograniczona zarówno po polskiej, jak i po ukraińskiej stronie granicy. W ostatnich latach powstały wprawdzie nowe terminale na styku toru normalnego i szerokiego na granicy z Polską, a światowi armatorzy oceaniczni, tacy jak Maersk i MSC, zwiększyli swoją obecność na zachodniej Ukrainie. Jednak przełomem może się okazać dopiero finalizacja rozbudowy toru normalnego (europejski standard 1435 mm) z Mościsk do Skniłowa pod Lwowem, którą zaplanowano na 2027 r., lecz najprawdopodobniej się ona opóźni. Barierą dla transportu kolejowego pozostaje uciążliwa współpraca z ukraińskim monopolistą UZ (Ukrzaliznycia), który przejawia trudności przy wyznaczaniu slotów dla przewozów. Dodatkowo PKP LHS (PKP Linia Hutnicza Szerokotorowa), operator linii szerokotorowej ciągnącej się od Hrubieszowa na granicy z Ukrainą do Sławkowa na Śląsku, zmagała się w ostatnich latach z problemami w negocjacjach ze stroną ukraińską, utrudniającymi stabilne funkcjonowanie połączenia.

(...)

Kijów zapewne wznowi w Brukseli zabiegi o zniesienie embarga (Polska, Węgry) i systemu licencyjnego (Rumunia, Bułgaria, Słowacja) na import produkcji rolnej z Ukrainy, jeśli ruch statków nie zostanie w najbliższym czasie wznowiony. Wprowadzony w 2023 r. zakaz sprowadzania zbóż i nasion roślin oleistych miał dla Ukrainy ograniczone znaczenie, gdyż zbiegł się z ponownym otwarciem trzech portów czarnomorskich. Ewentualne cofnięcie embarga może ponownie doprowadzić do zalania państw sąsiedzkich ukraińską produkcją rolną, jak miało to miejsce w latach 2022–2023, kiedy to do Polski, Węgier, Słowacji i Rumunii trafiło 8,5 mln ton zboża.

osw.waw.pl


Putin stwierdził, że opiera się przede wszystkim na informacjach z oficjalnych źródeł, ale analizuje cały zakres informacji, które otrzymuje, aby wyciągnąć swoje ostateczne wnioski. Putin poinformował, że dostaje informacje od rosyjskich dowódców, żołnierzy, służb specjalnych i urzędników. Putin zauważył, że są też „blogerzy”, których czasami czyta, twierdząc, że niektórzy blogerzy (...) produkują dobrą robotę, podczas gdy inni realizują tylko własne interesy. Putin twierdził, że informacje z nieokreślonych grup publicznych są również czasami przydatne, ale mogą obejmować „śmieci informacyjne” i być „niebezpieczne” dla tych, którzy nie mają „podstawowego zrozumienia... obecnych wydarzeń”. Rosyjscy milblogerzy od dawna skarżą się, że rosyjscy dowódcy i urzędnicy kłamią na temat rosyjskich postępów na polu bitwy. ISW zaobserwowało wcześniej wyciekową mapę rosyjskiego ministerstwa obrony (MoD) z kwietnia 2026 r. zawierającą mocno przesadzone rosyjskie roszczenia na pierwszej linii frontu w zachodnim obwodzie zaporoskim, na przykład. Rosyjski milblogger twierdził 28 lipca, że sytuacja dla sił rosyjskich jest tylko pozytywna w kierunku Ołeksandrówki, ale że „sprawy są gorsze” w innych obszarach frontu, nawet gdy ukraińscy urzędnicy rzadziej informują o ukraińskich sukcesach na polu bitwy. Inny rosyjski milblogger odpowiedział, stwierdzając, że rosyjscy dowódcy wielokrotnie wysyłali jednostki szturmowe na misje w oparciu o niedokładne zrozumienie linii frontu, zakładając, że rosyjscy żołnierze są blisko ukraińskich pozycji, które mają zaatakować, gdy w rzeczywistości są jeszcze nawet cztery kilometry dalej. Kreml w szczególności kooptował kilku wybitnych milblogerów, którzy akceptują i promują sfabrykowaną przez Kreml narrację o tak rozległych rosyjskich postępach, kwestionując stopień, w jakim konsumpcja przez Putina źródeł „blogerskich” poprawia jego zrozumienie rzeczywistej sytuacji na polu bitwy. 

understandingwar.org

poniedziałek, 27 lipca 2026



W 2017 roku w oficjalnym dyskursie zaczęła pojawiać się kwestia potrzeby przywrócenia prawdy historycznej dotyczącej Kuropat oraz stalinowskich represji z lat 1920–1940. Przypomnę, pod koniec lat 80. białoruscy działacze społeczni i naukowcy, na czele z Zenonem Poźniakiem, ujawnili prawdę o wydarzeniach, które miały miejsce w Kuropatach pod Mińskiem w drugiej połowie lat 30. Pod koniec lutego 2017 roku w redakcji państwowej białoruskiej gazety „SB-Belarus Segodnia” zorganizowano okrągły stół poświęcony pamięci o Kuropatach i ofiarach stalinowskich represji. Ówczesny redaktor Paweł Jakubowicz w publikacji, która ukazała się na łamach gazety, napisał: „niektórzy ludzie z uporem, jak mówią, godnym lepszego zastosowania, zaczęli uważnie szukać «faktów», które powinny przekonać wszystkich, że organy NKWD nie mają nic wspólnego z masowym cmentarzem w Kuropatach, że to podobno dzieło nazistów. A jeśli tak, to po co się martwić? Opinia publiczna, naukowcy, eksperci musieli włożyć wiele pracy, ale ustalić prawdę. A prawda była taka, że leśne uroczysko Kuropaty jest miejscem pochówku ofiar straszliwych represji politycznych”. Inny uczestnik redakcyjnego spotkania, ówczesny pierwszy zastępca przewodniczącego KGB, generał-major Ihar Sierhijenka, oświadczył, że w latach 1920–1950 na terytorium Białorusi represjonowano 235,5 tysiąca osób. „Te sprawy znajdują się w Centralnym Archiwum KGB i archiwach zarządów obwodowych. Z tej liczby 176 tysięcy osób zostało zrehabilitowanych” – powiedział generał. Najważniejszym ustaleniem spotkania była decyzja o konieczności utworzenia znaku pamięci w Kuropatach.

Jednym z zadań pseudohistorycznej fundacji pod kierownictwem Diukowa była walka z badaniami nad historią stalinowskich represji na terytorium republik postsowieckich. W 2017 roku na Białoruś po raz pierwszy przyjechała Natalia Selukina, prawa ręka Diukowa. Zgodnie z oficjalnym przekazem brała wówczas udział w konferencji zorganizowanej przez białoruskich komunistów. W rzeczywistości jednak Fundacja Pamięć Historyczna już wcześniej działała na rzecz zapobiegania rozpowszechnianiu prawdy historycznej o represjach na Białorusi. W 2017 roku kwestia ta zaczęła się wymykać spod kontroli Moskwy. W Kuropatach przeprowadzono duże akcje w ramach uporządkowania terenu, w których uczestniczyli członkowie prorządowych organizacji młodzieżowych i parlamentu Białorusi. Raporty o tym były publikowane we wszystkich mediach państwowych. Już w marcu Alaksandr Łukaszenka, komentując sytuację, oświadczył: „poleciłem stworzyć schludny, nie gigantyczny pomnik. Teraz trwa konkurs. Zrobimy ten pomnik, być może coś w formie małej kaplicy”.

Wtedy Pamięć Historyczna rozpoczęła działania, które – zgodnie z terminologią sowieckich służb specjalnych – można określić „aktywnymi”. Rosyjscy ideolodzy, dowiedziawszy się, że administracja Łukaszenki zleciła naukowe badania nad Kuropatami, natychmiast włączyli się do tego procesu. W rosyjskich czasopismach naukowych publikowano artykuły, w których informowano, że liczba ofiar represji w Kuropatach nie wynosiła 250 tysięcy, ale 7–8 tysięcy osób. Wkrótce rosyjscy propagandyści przekazali niezbędne materiały władzom białoruskim.

Równolegle Diukow i jego współpracownicy przygotowali zbiór dokumentów z historii represji stalinowskich w Białoruskiej SRR w latach 1937–1938. W rezultacie rosyjskim pseudohistorykom działającym pod przykrywką rosyjskich służb specjalnych udało się utrwalić na Białorusi „wyobrażenie o skali represji sowieckich, które odpowiadało interesom Rosji”. W listopadzie 2018 roku w Kuropatach pojawił się oficjalny państwowy znak pamięci. Ostatecznie jednak władze białoruskie nie uznały skali tragedii represji stalinowskich na Białorusi.

To był dopiero początek destrukcyjnej działalności Fundacji. Rosyjscy manipulatorzy przygotowali i wydali szereg książek, które miały wpłynąć na pogorszenie stosunków Białorusi z Ukrainą i krajami bałtyckimi. Po aneksji Krymu przez Rosję, Mińsk otwarcie zdystansował się od rosyjskiej interpretacji tych wydarzeń. Trzeba było zmusić białoruskie władze do użycia antyukraińskich akcentów. W marcu 2018 roku w stolicy odbyła się prezentacja zbioru dokumentów Zabójcy Chatyni. 118. ukraiński batalion policji bezpieczeństwa na Białorusi, 1943–1944. Dobór materiałów miał służyć nie tyle ukazaniu zbrodni kolaborantów, ile stworzeniu paraleli między wydarzeniami II wojny światowej a współczesną Ukrainą.

W 2019 roku Fundacja wydała zbiór dokumentów NKWD w Zachodniej Białorusi. Głównym przesłaniem tej publikacji był postulat, że „pracownicy NKWD zapewniali bezpieczeństwo funkcjonowania lokalnych organów administracji, objęli ochroną najważniejsze obiekty gospodarcze, przedsiębiorstwa przemysłowe i instytucje, nie dopuszczali do przejawów kradzieży, rozboju i grabieży, stworzyli warunki do przeprowadzenia wyborów i pracy Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Białorusi w Białymstoku”. Jak widać, akcent został przeniesiony z represyjnej polityki systemu bolszewickiego na terenach byłych województw północno-wschodnich II RP, przyłączonych we wrześniu 1939 roku do BSRR, na „czysto administracyjną pracę i wykonanie rozkazu”. Po obejrzeniu okładki książki niezależni badacze i miłośnicy białoruskiej historii liczyli, że znajdą w niej fragmenty spraw karnych ofiar stalinowskich czystek przeprowadzonych w latach 1939–1941 na wspomnianym terytorium. Liczyli na prawdę o losie 3870 obywateli polskich, którzy najprawdopodobniej zostali zamordowani przez NKWD na Białorusi (w Kuropatach i nie tylko). Ta polityka represyjna pokazuje istotę pracy NKWD na nowych terytoriach BSRR. Prawda historyczna nie leży w interesie rosyjskich pseudohistoryków z Pamięci Historycznej i ich kuratorów z rosyjskich służb specjalnych. 

new.org.pl

Iran zapowiedział gotowość do zawieszenia ataków, jeśli USA powstrzymają swoje wrogie działania. Efekt? Wyraźny spadek cen ropy naftowej. Europejska baryłka ropy Brent potaniała o 4,50 proc. i spadła z okolic 100 dolarów przed weekendem do 87,59 dol. w poniedziałek o 6:30. Amerykańska ropa WTI osunęła się do poziomu 84,83 dolara, co oznacza spadek ceny aż o 5,22 proc.

O tym, że Iran wstrzyma ataki, jeśli to samo zrobią Stany Zjednoczone poinformował Reuters, który powołał się na wysokiego rangą urzędnika bliskowschodniego kraju. USA wstrzymały bombardowania po tym, jak  doradcy prezydenta Donalda Trumpa ostrzegli go, że armii brakuje realnych celów i wyrazili obawy o zmniejszające się zapasy broni USA. 

gazeta.pl


Białoruskie służby od 2021 roku były oskarżane o przerzucanie przez granicę migrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki do państw takich jak: Łotwa, Litwa oraz Polska. Zdaniem służb Mińsk chciał w ten sposób zdestabilizować wschodnią flankę NATO. "Tworząc sztuczny szlak migracyjny, wykorzystując cynicznie migrantów, Łukaszenka stara się destabilizować Polskę, Litwę i Łotwę, a także zmusić Unię Europejską do zniesienia sankcji nałożonych na reżim w Mińsku" - informowały polskie służby specjalne. 

Gwałtowny napływ ludności miała powstrzymać stalowa bariera o długości około 186 km i 5,5 metra wysokości, która została wybudowana w 2022 roku na granicy polsko-białoruskiej. Nie spodobała się Mińskowi, który argumentuje, że znajduje się ona na terenie Puszczy Białowieskiej.

Temat ten poruszył zastępca szefa Wydziału Współpracy Międzynarodowej Ministerstwa Zasobów Naturalnych i Ochrony Środowiska Białorusi, Jewgienij Korzun, który był obecny na 48. sesji Komitetu Światowego Dziedzictwa UNESCO w Korei Południowej - przekazała agencja BiełTa. Jego zdaniem zbudowane przez Polskę zabezpieczenie stanowi "zagrożenie dla całego ekosystemu Puszczy Białoruskiej". 

Korzun stwierdził, że Polska i Białoruś powinny podjąć dialog w tej sprawie. - Białoruś potwierdza niezmienną gotowość do wznowienia konstruktywnego dialogu na każdym forum i w każdym formacie w sprawie ochrony ekosystemów Puszczy. Uważamy, że współpraca na szczeblu technicznym powinna zostać niezwłocznie wznowiona - powiedział Korzun, cytowany przez BiełTa. 

Następnie zwrócił się do Komitetu i Sekretariatu z prośbą o wystąpienie w roli mediatora między Białorusią a Polską. - Jesteśmy przekonani, że pomoc Centrum Światowego Dziedzictwa pomoże wznowić kontakty eksperckie - powiedział Korzun. Na koniec białoruski przedstawiciel podkreślił, że "przyroda nie zna granic".

gazeta.pl


Magda pracowała jeszcze mniej, gdy zatrudniła się w dziale księgowym w dużej firmie, ale to dlatego, że żadnych obowiązków nigdy nie dostała. Miała ją wdrażać koleżanka, ale nie chciała. Wolała wszystkim zajmować się sama. Przez prawie dwa lata praca zajmowała więc Magdzie pięć minut dziennie. Rano sprawdzała kilka faktur, co mogłyby robić młodsze, mniej kompetentne od niej księgowe, a potem szła do pracy w ogrodzie. Zastrzeżenie do jej pracy zgłosił ktoś tylko raz, po dziewięciu miesiącach, gdy zostało zauważone, że od dwóch godziny miała status "nieaktywna". Magda zainwestowała więc 25 zł w sticka, który wsadzony do portu USB przez cały dzień delikatnie symuluje ruchy myszką. Więc uwag co do wykonywania pracy nie było.

— Są ludzie, którym taka nie-praca nie przeszkadza przez całe życie, ale dla mnie było to frustrujące. Byłam po trzydziestce i wciąż zastanawiałam się, co będzie ze mną dalej — mówi. Czuła się źle nie rozwijając się, odstając, biorąc pieniądze za nic, kiedy inni pracują.

Czy jej przełożeni wiedzieli, że Magda nic nie robi? Oczywiście. Ale dawali jej do zrozumienia, by lepiej cieszyła się, że może bimbać. Dla Magdy było to jednak toksyczne, w końcu zmieniła więc pracę.

W innej pracy widziała, że dzieje się to samo. Ona sama miała wtedy zajęć nawet za dużo, ale widziała wokół osoby, dla których pracy nie było. To było przed pandemią, wszyscy przychodzili do biura, więc musieli nauczyć się jak wyglądać na zajętych. Chodzili z segregatorami pod pachą albo wpychali się na nie swoje zebrania, z których w końcu ktoś ich wyganiał. Jej własna szefowa wciąż znikała na tajemnicze spotkania, przesiadywała na stołówce albo zamykała się w łazience. Inny szef produkował prezentacje, z których wynikało, że nie rozumiał, czym zajmuje się zespół. — Co ciekawe, ci najlepiej symulujący pracę najczęściej awansowali. Pozory wygrywają — mówi. Z jej obserwacji wynika, że w korporacjach pracownicy albo pracę udają albo są wyzyskiwani. Managerowie nie potrafią bowiem właściwie rozdzielić pracy, ponieważ sami często dostali stanowisko z przypadku.

onet.pl\Forbes


Wojska rosyjskie zniszczyły wszystkie stacje benzynowe na trasie między miastami Połtawa i Charków na północnym wschodzie Ukrainy - powiadomił w poniedziałek deputowany do charkowskiej rady obwodowej Ołeksandr Skoryk.

- Obecnie wszystkie stacje benzynowe na trasie (...) od Charkowa do Połtawy zostały całkowicie zniszczone - powiedział przedstawiciel regionalnych władz na antenie stacji telewizyjnej Espreso.tv.

Długość trasy samochodowej między tymi dwoma miastami wynosi 143 km. Polityk zaapelował do kierowców, którzy się tam wybierają, by jechali z zapasem paliwa.

Zapewnił jednocześnie, że mimo zniszczeń infrastruktury paliwowej nie można dziś mówić o kryzysie w tej branży.

- W Ukrainie zniszczonych zostało ponad 200 stacji benzynowych, z czego ponad 80 w Charkowie i obwodzie charkowskim. Ale kryzysu nie ma. Żyjemy, walczymy, wojujemy - oznajmił Skoryk. 

PAP


MSZ Iranu oskarżyło Kijów o chęć rozszerzenia wojny po tym, jak w piątek ukraiński dron trafił w statek na Morzu Kaspijskim - podał Reuters. Iran twierdzi, że jednostka była cywilna i w ataku zginęła jedna osoba. Szef irańskiej dyplomacji ostrzegł w niedzielę, że ten atak nie może pozostać bez odpowiedzi.

"Zełenski zaatakował irański okręt handlowy, zabijając marynarza" - napisał minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Aragczi na platformie X. Oskarżył też ukraińskiego przywódcę o działanie na rozkaz Izraela.

Aragczi podkreślił, że "ten atak nie może pozostać bez odpowiedzi". Dodał, że takie stanowisko przedstawił też w rozmowach telefonicznych z szefową unijnej dyplomacji Kają Kallas i rosyjskim ministrem spraw zagranicznych Siergiejem Ławrowem.

MSZ Iranu wezwało w sobotę w następstwie tego ataku charge d'affaires Ukrainy w Teheranie. To zdarzenie irańskie MSZ określiło mianem "wrogiego i przestępczego ataku".

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski przekazał w sobotę, że siły ukraińskie uderzyły w cele na Morzu Kaspijskim, w tym "jednostki transportujące sprzęt wojskowy z Iranu i okręt wojenny".

Reuters zwrócił uwagę, że ostra reakcja irańskich władz zbiegła się w czasie z kolejną wypowiedzią Zełenskiego. W opublikowanym w sobotę wieczorem nagraniu wideo prezydent Ukrainy oznajmił, że Rosja pomaga Iranowi w atakowaniu amerykańskich obiektów wojskowych na Bliskim Wschodzie i państw Zatoki Perskiej. Według ukraińskiego prezydenta, Rosja ma przekazywać Iranowi zdjęcia satelitarne, które mogą służyć m.in. do oceny irańskich uderzeń.

PAP

niedziela, 26 lipca 2026



Uporządkujmy zatem fakty:

1. W PiS nastąpił rozłam na zlecenie Donalda Tuska.
2. Partia Brauna jest na rękę Tuskowi, Braunem można straszyć - czyli też jakby na zlecenie Tuska.
3. Hołownia politycznie zdezintegrowany - wiadomo, Tusk.
4. Lewica słaba. Kto za tym stoi? Tak, też on.
5. PSL pod progiem - Tusk.
6. Konfederacja - tu chyba najmniej, ale pamiętajmy, że wg Zandberga to przez rządy Tuska Polacy głosują na skrajną prawicę.

Proszę Państwa, 
przedstawiam nowego Genialnego Stratega. 
Jarosław zdetronizowany.

x.com/Vojtekus

sobota, 25 lipca 2026



Według oficjalnego stanowiska Waszyngtonu naloty są karą za złamanie rozejmu przez Iran, po tym jak na początku lipca siły Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej ostrzelały trzy tankowce przepływające cieśniną Ormuz. Ich kapitanowie nie uzyskali autoryzacji irańskiej administracji i pomimo licznych wezwań nie zaprzestali tranzytu. Na dwóch z trzech trafionych jednostek wybuchły pożary. Był to najbardziej brutalny z serii incydentów, jakie miały miejsce od końca czerwca. Korpus pokazał, że bez jego zgody o bezpiecznej żegludze nie ma mowy.

W optyce Teheranu działanie to było uprawnione, a wynikało bezpośrednio z postanowień punktu piątego memorandum o porozumieniu (MoU), przekazującego kontrolę administracyjną nad Ormuzem Iranowi i Omanowi. Biały Dom widział sprawy inaczej: Ormuz miał pozostać otwarty, a żegluga nim nieograniczona. Ostrzelane jednostki płynęły południową trasą, tzw. omańską, będącą poza irańską jurysdykcją. Ta różnica interpretacyjna stała się pierwotną przyczyną wznowienia nalotów. Jednakże im dłużej one trwają, tym bardziej skomplikowana staje się sytuacja. 

Po celach wojskowych zlokalizowanych w rejonie cieśniny, Amerykanie przenieśli uwagę na infrastrukturę krytyczną i transportową. Zniszczono mosty i trasy kolejowe w pobliżu portowego Bandar Abbas, rażono instalacje energetyczne, a według agencji Tasnim nawet stację odsalania wody. Iran odpowiadał symetrycznie, najpierw atakiem na amerykańskie bazy wojskowe, następnie na infrastrukturę państw Zatoki, a wreszcie zamknął cieśninę. Reakcją USA była nie tylko blokada irańskich statków, ale także wszystkich, które chciałyby zawinąć do irańskich portów.

Mamy więc klasyczny przykład wymiany ciosów, wet za wet. Wydaje się jednak, że taktyka ta nie przynosi rozstrzygnięcia. Waszyngton twierdzi, że naloty miały zdegradować irańskie zdolności ofensywne, a przede wszystkim uniemożliwić nękanie statków w cieśninie. Iran nadal jednak atakuje, szukając kolejnych płaszczyzn nacisku. Amerykańskie dowództwo utrzymuje, że Ormuz jest otwarty, jednakże armatorzy nie chcą podejmować ryzyka. Przyjęta przez Teheran taktyka skupia się na spowodowaniu jak największej liczby ofiar wśród amerykańskiego personelu wojskowego, przy jednoczesnej presji ekonomicznej na resztę świata.

(...)

Według niepotwierdzonych doniesień agencji Reuters, kolejnym celem po bazach wojskowych stały się bliskowschodnie placówki CIA. Analitycy podejrzewają, że ich lokalizacje przekazane zostały przez Rosjan, którzy mieli także pomagać w modyfikacjach irańskich dronów Szahid. Z kolei jemeńscy Huti wprowadzili blokadę cieśniny Bab al-Mandab, za cel biorąc wyłącznie statki saudyjskie. Równoległa blokada obydwu regionalnych „wąskich gardeł” transportowych to as w rękawie Teheranu, którego dotąd jeszcze nie używał. Pojawiają się doniesienia, że irańskie pociski balistyczne mają dzisiaj znacznie lepszą celność niż w pierwszej fazie konfliktu. Podejrzewa się, że ich modernizacja mogła odbyć się dzięki pomocy Chin.

Na razie z tej fazy konfliktu wyłączeni pozostają Izraelczycy. Biały Dom kategorycznie wykluczył możliwość udziału izraelskich sił zbrojnych w bombardowaniach Iranu, a sam Teheran unika prowokowania Izraela. Punktem spornym Jerozolimy i Waszyngtonu pozostaje wojna w Libanie. Przy okazji wizyty prezydenta Libanu Josepha Aouna w Białym Domu, Donald Trump zapewnił swego gościa o trwającym wycofywaniu się sił izraelskich z południa kraju. W dniu spotkania IDF miały przekazać armii libańskiej kontrolę nad terenem tzw. strefy pilotażowej, pierwszego z uzgodnionych sektorów. Gdy jednak jej jednostki zbliżyły się do pozycji izraelskich, zostały ostrzelane. Rząd Benjamina Netanjahu próbuje za wszelką cenę nie dopuścić do wygaszenia konfliktu. Mówił o tym wiceprezydent J.D. Vance w jednym z wywiadów.

(...)

Tymczasem amerykańskie zasoby przeciwlotnicze nie zostały odbudowane po poprzednim etapie wojny i wkrótce po raz kolejny staną się krytycznie niskie. Chodzi tutaj głównie o efektory do systemów Patriot. Z tego powodu, po raz pierwszy od wielu lat, armia złożyła zamówienie na pociski PAC-2 GEM-T. To wersja uboższa w stosunku do nowocześniejszych PAC-3 MSE, ale zwiększająca pulę dostępnych środków. Problemem pozostają też zbliżający się termin wyborów połówkowych w USA, tzw. midterms, i rosnące ceny ropy. Brak szybkiego rozstrzygnięcia wojny pozbawi Republikanów szans na zwycięstwo, a to oznacza wzrost prawdopodobieństwa kolejnego impeachmentu Donalda Trumpa. Iran o tym wie, przekonany jest więc, że przetrzyma tę próbę sił nie idąc na jakiekolwiek ustępstwa. 

ukladsil.pl

piątek, 24 lipca 2026



🚨🚨🚨Ekspresowa ocena aktualnej sytuacji w sprawie rozłamu w PiS (model RFIM SoMe).

To zdarzenie ma asymetryczne skutki: krótkoterminowo silniej szkodzi PiS, natomiast dla Morawieckiego jest jednocześnie wyzwaniem i szansą na polityczne usamodzielnienie. Model opiera ocenę na fakcie odejścia ponad 30 parlamentarzystów, publicznym oskarżeniu Morawieckiego o przygotowywanie podziału partii oraz zapowiedzi jego odrębnej konferencji.

⏩Konsekwencje dla PiS
Łączny impakt sieciowy: –78/100

1️⃣ Utrwalenie obrazu partii w fazie rozpadu
W sieci samo odejście tak licznej grupy będzie interpretowane nie jako zwykły konflikt personalny, ale jako dowód utraty zdolności do utrzymania organizacji. 

Najsilniejszą narracją będzie:
🔴„Kaczyński nie dominuje już na prawicy”.
Prawdopodobieństwo dominacji tej interpretacji: 72%.

2️⃣Przesunięcie debaty z programu na sukcesję
Przez najbliższe dni PiS będzie przedstawiany przede wszystkim jako partia walczących frakcji. Tematy programowe zostaną wyparte przez pytania:
kto przejmie schedę po Kaczyńskim,
ilu kolejnych polityków odejdzie,
czy klub parlamentarny się rozpadnie,
kto zachowa struktury terenowe.

🔴 RFIM ocenia prawdopodobieństwo zdominowania przekazu PiS przez temat konfliktu na 87%.

3️⃣ Osłabienie marki „silnej i zdyscyplinowanej partii”
Jednym z podstawowych zasobów wizerunkowych PiS była zdolność utrzymywania dyscypliny. Publiczne ultimatum zakończone odejściem ponad 30 osób tworzy obraz decyzji, która nie przywróciła jedności, lecz potwierdziła rozłam. Jarosław Kaczyński przedstawił niepodpisanie deklaracji jako świadomą decyzję posłów i oskarżył środowisko Morawieckiego o udział w planie podziału partii.

4️⃣Konsolidacja twardego elektoratu
PiS może częściowo ograniczyć straty narracją:
„partia została oczyszczona”,
„Morawiecki od dawna budował konkurencję”,
„lojalność wobec ugrupowania była ważniejsza niż ambicje jednostek”.
Ta narracja będzie skuteczna głównie wśród najbardziej lojalnych sympatyków. W całej dyskusji RFIM szacuje jej udział na około 21–27%.

⚖️Bilans dla PiS

Prognozowany efekt:
24–72 godziny ➡️ bardzo silnie negatywny
1–4 tygodnie ➡️negatywny, zależny od kolejnych odejść
2–6 miesięcy ➡️od umiarkowanie negatywnego do krytycznego

Największym zagrożeniem nie jest samo odejście posłów, lecz powstanie trwałej alternatywy politycznej po prawej stronie. Jeżeli grupa Morawieckiego pozostanie spójna i utworzy rozpoznawalny projekt, długoterminowy wpływ negatywny na PiS wzrośnie znacząco.

⏩Konsekwencje dla Mateusza Morawieckiego
Łączny impakt sieciowy: +12/100
To wynik mieszany: wzrost podmiotowości i widoczności, ale jednocześnie bardzo wysokie ryzyko przypisania mu odpowiedzialności za rozbicie partii.

Dominujące skutki

1️⃣ Morawiecki staje się pełnoprawnym liderem własnego obozu.
Do tej pory mógł być przedstawiany jako jedna z frakcji wewnątrz PiS. Po odejściu kilkudziesięciu posłów sieć zacznie traktować go jako samodzielny ośrodek polityczny.

🔴Najbardziej korzystna narracja:
„Morawiecki jako pierwszy realnie przeciwstawił się Kaczyńskiemu”.
Szacowany udział tej narracji: 29–35%.

2️⃣Wysokie ryzyko etykiety „zdrajcy”.
Wśród sympatyków PiS dominować będzie interpretacja, że Morawiecki przedłożył osobiste ambicje nad jedność ugrupowania. Wypowiedzi polityków PiS już wzmacniają przekaz, że jego środowisko przygotowywało odejście wcześniej, a spór był prezentem dla przeciwników partii. (WP Wiadomości)
Prawdopodobieństwo dominacji negatywnej oceny Morawieckiego w elektoracie PiS: 76%.

3️⃣Krótkoterminowy skok zainteresowania.
Morawiecki będzie przez kilka dni centralną postacią polskiej dyskusji politycznej. Każdy element jego odpowiedzi — nazwa nowego projektu, lista nazwisk, stosunek do Kaczyńskiego — będzie generował osobną falę komentarzy.

RFIM przewiduje: wzrost obecności Morawieckiego w dyskusji: +150–250% względem typowego dnia, bardzo wysoką viralność jego pierwszego wystąpienia: 91/100, utrzymanie podwyższonego zainteresowania: 5–10 dni.

4️⃣Test wiarygodności przywódczej
Sieć szybko przejdzie od emocji związanych z buntem do pytań:
🟠czy ma nazwiska i struktury,
🟠czy posiada własny program,
🟠czy odejście było przygotowane,
🟠czy potrafi przyciągnąć wyborców spoza PiS.

Brak natychmiastowej, spójnej narracji obniży jego impakt w ciągu kilku dni. Samo stowarzyszenie podkreślało wcześniej brak planu budowy alternatywnej partii, a Morawiecki przedstawiał Kaczyńskiemu propozycje kompromisu. To tworzy ryzyko niespójności: sieć może pytać, czy rozłam był zamierzony, czy wymuszony.

⚖️Bilans dla Morawieckiego

Prognozowany efekt:
24–72 godziny ➡️ wzrost widoczności, bilans lekko dodatni,
1–4 tygodnie ➡️ silnie zależny od komunikacji i jedności grupy,
2–6 miesięcy ➡️ bardzo wysoka wariancja: sukces albo marginalizacja.

Najbardziej prawdopodobny rozkład ocen Morawieckiego:
Ambitny polityk odpowiedzialny za rozłam ➡️34%
Lider nowej, bardziej umiarkowanej prawicy ➡️27%
Ofiara walki frakcyjnej i decyzji Kaczyńskiego ➡️22%
Polityk bez realnej przyszłości poza PiS ➡️17%

‼️Wniosek końcowy
PiS ponosi natychmiastową i jednoznaczną stratę wizerunkową. Morawiecki otrzymuje szansę, ale jeszcze nie odnosi zwycięstwa.

Model RFIM ocenia prawdopodobieństwo następujących scenariuszy:

🔴PiS pozostaje główną partią prawicy, ale jest trwale osłabione ➡️43%
🟠Powstają dwa konkurencyjne, średniej wielkości ośrodki ➡️31%
🟡Projekt Morawieckiego szybko traci znaczenie ➡️19%
⚪️Morawiecki przejmuje dominację na prawicy ➡️7%

Pewność oceny RFIM: 66%. Jest to prognoza reakcji i narracji sieciowych, a nie pomiar bieżących publikacji ani prognoza wyniku wyborczego.

x.com/MarcinDuma


Demografowie od dawna opisują transformację demograficzną jako proces, w którym modernizacja najpierw obniża śmiertelność, a następnie płodność. Schemat ten, wywiedziony głównie z obserwacji krajów zachodnich, uchodził za uniwersalny, choć nigdy nie sprawdzono go w skali globalnej. Nowe badanie Kenjiego Itao z Uniwersytetu Tohoku, opublikowane w Evolutionary Human Sciences, wypełnia tę lukę i odsłania strukturę prostszą, niż można się było spodziewać.

Autor przeanalizował dane z 237 krajów i terytoriów z lat 1800–2020. Pobrał je z Human Mortality Database oraz Wydziału Statystyki ONZ. Zamiast współczynnika dzietności skupił się na współczynniku urodzeń (liczbie urodzeń na tysiąc osób rocznie) oraz oczekiwanej długości życia przy urodzeniu. Gdy naniósł obie wielkości na wspólny wykres dla wszystkich krajów i lat, punkty ułożyły się wzdłuż dwóch wyraźnych krzywych.

Badanie metodą regresji segmentowa wskazało pojedynczy punkt zmiany około 1950 roku. Przed tą datą iloczyn współczynnika urodzeń i długości życia pozostawał w przybliżeniu stały, na poziomie odpowiadającym rocznemu wzrostowi populacji rzędu jednego procenta. To Faza I, której towarzyszy wysoka umieralność dzieci, a mechanizmem sprawczym jest presja zasobowa opisana w klasycznym modelu Malthusa – populacja rośnie w stałym tempie, dopóki nie napotka granic zasobów.

Po 1950 roku wzorzec się zmienia. Współczynnik urodzeń zaczyna maleć wykładniczo wraz ze wzrostem długości życia, a stałą jest inna kombinacja obu zmiennych. Fazę II cechuje niska umieralność dzieci oraz stabilny wzrost PKB per capita, a nie liczebności populacji. Odpowiada to „nowoczesnej fazie wzrostu” z jednolitej teorii wzrostu (Unified Growth Theory) oraz temu, co demografowie nazywają drugą transformacją demograficzną. Inaczej mówiąc, w Fazie I rządzi presja populacyjna i wzrost w stałym tempie dyktowany przez iloczyn współczynnika urodzeń i długości życia (im dłużej ludzie żyją, tym proporcjonalnie mniej dzieci się rodzi). W Fazie II współczynnik urodzeń mnoży się nie przez samą długość życia, a przez funkcję wykładniczą długości życia. Faza ta jest kompromisem między liczbą dzieci a inwestycją w ich edukację, co z natury daje szybszy spadek dzietności niż w Fazie I.

Kraje nie podążają tymi ścieżkami jednakowo. Szwecja i Włochy przebyły całą Fazę I, zanim po osiągnięciu punktu przecięcia obu krzywych przeszły do Fazy II. To wzorzec klasyczny dla Zachodu. Mjanma szła tą samą drogą z opóźnieniem sięgającym niemal stulecia, a Iran czy Kenia – gdy zaczęła spadać u nich dzietność – niemal od razu weszły na ścieżkę Fazy II, z pominięciem etapu maltuzjańskiego, co sugeruje wpływ zachodnich wzorców kulturowych i instytucjonalnych. Interesujący jest tu przykład Iranu, gdzie jeszcze ok. 1979 roku współczynnik dzietności wynosił ponad 6, a kilkanaście lat później spadł do około 2. Nietypowym przykładem jest Finlandia, która przeszła Fazę I, później nastąpił gwałtowny wzrost długości życia i dzietności, a następnie weszła w Fazę II. Ten sam obraz tłumaczy powojenny baby boom: kraje opuszczające Fazę I przejściowo zyskiwały jednocześnie wyższą płodność i dłuższe życie, zanim ustabilizowały się na krzywej Fazy II.

Mechanizm przejścia wyjaśnia prosty model ekonomiczny. Rodzina dzieli ograniczone zasoby między liczbę dzieci a inwestycję w ich edukację, traktowaną jako sposób na wzrost przyszłej produktywności potomstwa. Dopóki długość życia jest niska, optymalna jest rezygnacja z edukacji na rzecz liczby dzieci – tutaj mamy regularność Fazy I. Gdy długość życia przekracza pewien próg, dłuższe życie zawodowe sprawia, że inwestycja w edukację nagle się opłaca, a strategia przesuwa się ku mniejszej liczbie lepiej wykształconych dzieci – co odtwarza spadek płodności właściwy Fazie II. Model podpowiada też, że obniżenie kosztów edukacji, a nie ograniczanie jej zakresu, mogłoby pozwolić rodzinom przeznaczać więcej zasobów na dzieci bez rezygnacji ze standardów kształcenia.

Praca Itao porządkuje teorie transformacji demograficznej. Presja populacyjna, kompromis między liczbą dzieci a ich edukacją oraz transmisja kulturowa wzorców zachodnich okazują się wyjaśnieniami komplementarnymi, z których każde dominuje na innym etapie tego samego procesu.

kopalniawiedzy.pl

czwartek, 23 lipca 2026



Oglądamy właśnie na żywo, jak partia, która przez 8 lat bezwzględnie trzęsła państwem, potyka się o własne nogi i popełnia polityczne seppuku rozłożone na raty. I to za pomocą narzędzia, które w założeniu miało dać jej nieśmiertelność.

W 2024 r. Nowogrodzka wymyśliła sprytny manewr. Skoro Mateusz Morawiecki był już politycznie zużyty, wystawiono Karola Nawrockiego z wygodną metką "kandydata obywatelskiego". Plan był cyniczny, ale z ich perspektywy logiczny: wsadzić go do Pałacu, podpiąć pod partyjnego pada (jak A. Dudę w 2015) i z tylnego siedzenia wygodnie dotrwać do wyborów parlamentarnych w 2027 r.

Cóż... Inżynierowie z PiS-u przeliczyli się o kilometry. Nawrocki wygrał o włos, ale z tego zwycięstwa zrozumiał jedną kluczową rzecz - jego mandat pochodzi z bezpośredniego poparcia zradykalizowanych wyborców, a nie z biurka prezesa na Nowogrodzkiej. Więc po wejściu do Pałacu zaczął grać wyłącznie na siebie.

Zamiast łagodzić kurs po wyborach, prezydent drastycznie podkręcił retorykę wojny kulturowej. Przesunął okno Overtona mocno w prawo, kompletnie ignorując polityczne potrzeby dawnego obozu władzy. W ten sposób zaserwował PiS-owi podwójny krwotok, który bezpośrednio doprowadził nas do dzisiejszego nocnego ultimatum i ostatecznego rozłamu partii:

1. Ewakuacja centrum. Radykalizujący prezydent sprawia, że umiarkowany elektorat ucieka, nie chcąc brać udziału w wiecznej, skrajnej wojnie ideologicznej. Skrzydło Morawieckiego nagle traci tlen, argumenty i rację bytu. 

2. Katalizator skrajności. Gdy debata staje się tak radykalna, twardy elektorat szybko orientuje się w sytuacji i zaczyna szukać oryginału, a nie ugładzonej partyjnie, obciążonej 8 latami afer podróbki.

I tu na biało wjeżdża skrajna prawica, ale z ostrym podziałem łupów. Konfederacja wygodnie się rozsiada i poszerza swój własny elektorat, podczas gdy Konfederacja Korony Polskiej z chirurgiczną precyzją odsysa z PiS-u ten najtwardsze sieroty po Macierewiczu z szurskim zabarwieniem. Zgarniają to wszystko ZA DARMO, spijając śmietankę ze sztucznie pompowanego przez Nawrockiego napięcia, bez grama odpowiedzialności za ostatnie 8 lat afer i zużycia władzą.

Eksperyment z "kandydatem obywatelskim" okazał się najbardziej toksycznym produktem w historii PiS. Zamiast zjednoczyć obóz pod parasolem silnego prezydenta, Nawrocki stał się klinem, który uderzył prosto w architekturę partii.  

Implozja partii na własne życzenie, gdzie sterydem przyspieszającym destrukcję okazał się ich własny "zwycięzca".

x.com/widzimysiejutro

środa, 22 lipca 2026



W czerwcu 2017 roku nadawanie rozpoczęła uruchomiona przez Fratrię telewizja wPolsce.pl. Udostępniały ją niektóre sieci kablowe. Nazwa stacji nieprzypadkowo była podobna do nazwy serwisu internetowego. – Wpolityce.pl był internetowym silnikiem dla telewizji wPolsce.pl – tłumaczy Piotr Barełkowski, który pracował przy uruchamianiu wPolsce.pl. – Pierwsze zasięgi i pierwsze rozpoznawalne materiały udało nam się stworzyć dzięki współpracy z serwisem wPolityce.pl – dodaje Barełkowski.

Programy wPolsce.pl to były głównie tzw. gadające głowy. Prowadzący w swoim gronie lub z politykami, głównie PiS, wychwalali tę partię i atakowali jej przeciwników oraz krytyków. Oglądalność szorowała po dnie. Udział w rynku telewizyjnym wahał się w okolicach 0,03 proc. Niska oglądalność nie była jednak problemem, bo w czasach rządów PiS do Fratrii szerokim strumieniem płynęły pieniądze ze spółek skarbu państwa, a Michał i Jacek Karnowscy stawali się ludźmi majętnymi, choć jak mówią ich znajomi – ten drugi bardziej. Ze sprawozdań finansowych składanych do Krajowego Rejestru Sądowego wynika, że w 2019 roku zysk netto spółki Fratria wyniósł 3,1 mln zł, w 2020 – 7,1 mln zł, w 2021 – 4,6 mln zł, w 2022 – 4 mln zł, w 2023 – 6,8 mln zł. Niemal w całości kwoty te były wypłacone udziałowcom w formie dywidendy. Do 2023 roku z samych tylko dywidend bracia Karnowscy otrzymali łącznie ponad 5 mln zł.

Zmiana władzy pod koniec 2023 roku spowodowała zakręcenie kurka z pieniędzmi od państwowych spółek. Fratria przeżyła tąpnięcie finansowe. Rok 2024 zamknęła bolesną stratą 17,5 mln zł. W porównaniu z 2023 rokiem przychody spółki spadły o 33,7 proc., do 27,4 mln zł. Wpływy z reklam wyniosły 18,5 mln zł i były o 45,4 proc. niższe niż rok wcześniej. Do tego Fratria miała 34,6 mln zł zobowiązań długoterminowych, z czego 14,6 mln zł to kredyty i pożyczki.

(...)

Zmiana władzy miała też jednak dobre strony dla prawicowych telewizji. Po tym, jak propagandyści z czasów rządów PiS musieli zniknąć z TVP, do przejęcia byli widzowie przyzwyczajeni do serwowanej im w mediach publicznych od 2016 roku propagandy. Fratria wystartowała w wyścigu po tych widzów. Zmieniono nazwę telewizji wPolsce.pl na wPolsce24, a Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji wydała koncesję na nadawanie naziemne kanału z multipleksu MUX8. Ściągano też gwiazdy propagandy. Michał Adamczyk, który w TVP był prezenterem „Wiadomości” i szefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, został dyrektorem programowym Wpolsce24 oraz prowadzącym codzienny serwis informacyjny tej stacji. Serwis nazwano „Wiadomości”, tak jak główny program propagandowy TVP, z którego nazwy nowe władze telewizji publicznej zrezygnowały. Pora emisji „Wiadomości” – 19.30, tak samo jak w TVP. I propaganda w formie oraz treści przypominająca standardy wprowadzone w TVP w 2016 roku, gdy prezesem telewizji publicznej został Jacek Kurski.

(...)

Fratria w komunikatach chwaliła się, że oglądalność wPolsce24 rośnie nawet o kilkaset proc. Nie dodawano jednak, że są to wzrosty ze śladowych poziomów. Z danych Nielsen Media wynika, że w sierpniu 2025 roku udział w rynku telewizyjnym kanału Fratrii w grupie ogólnej widzów powyżej czwartego roku życia wyniósł 1,67 proc. W porównaniu z tym miesiącem 2014 roku był to wzrost z 0,33 proc. Tylko że wcześniej to Telewizja Republika przejęła znaczną większość widzów TVP. Republika zaliczyła wzrost z 3,78 proc. do 6,67 proc., stając się drugą telewizją pod względem udziału w rynku – wyprzedzał ją tylko TVP 1. Natomiast kanał wPolsce24 w sierpniu był na 12. miejscu w tym rankingu, za TVP Info.

press.pl


Do potajemnego spotkania niemieckich polityków z wysłannikami rosyjskiego przywódcy Władimira Putina doszło 13 lipca w hotelu Four Seasons w stolicy Azerbejdżanu Baku - przekazał tygodnik "Die Zeit". 

W skład nieoficjalnej delegacji niemieckiej weszli były szef sztabu kanclerz Angeli Merkel, Ronald Pofalla, oraz były gubernator Brandenburgii, Matthias Platzek. Z kolei w skład delegacji rosyjskiej wchodzili Walerij Fadiejew, przewodniczący Rady Prezydenckiej ds. Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego i Praw Człowieka, oraz Wiktor Zubkow, prezes zarządu Gazpromu.
 
Tygodnik uznał spotkanie za "szczególnie problematyczną formę podtrzymywania stosunków niemiecko-rosyjskich w czasie wojny w Ukrainie". Redakcja przypomniała, że od 2024 r. w Baku doszło do wielu takich kontaktów. 

Zwrócono uwagę na fakt, że uczestnicy posługują się terminem "Dialog Petersburski", który funkcjonował w przeszłości jako platforma rozmów, ale w 2022 r. został zlikwidowany przez niemiecki rząd. Tę formę stworzył w 2001 r. ówczesny kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder i Putin.

Dodano, że uczestnikami ze strony rosyjskiej są osoby, które znajdują się na liście osób niepożądanych w UE, co oznacza, że Platzeck i Pofalla torpedują politykę Brukseli, zmierzającą do izolowania Rosji. Jak podkreślono, zdaniem niemieckich służb specjalnych celem Rosji jest wpływanie w ten sposób na działania Berlina.

polsatnews.pl

wtorek, 21 lipca 2026



W poprzednich analizach wskazywałem na rozbudowę Federalnej Służby Ochrony (FSO), wzrost jej etatu o co najmniej jedną piątą i przekazanie jej kompetencji operacyjnych zastrzeżonych dotąd dla Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB).

Ten wątek ma dziś swoje domknięcie personalne. Nie chodzi o to, że gabinety śledcze zostały obsadzone ludźmi FSO w sensie dosłownym, gdyż dotyczy to głównie byłych funkcjonariuszy. Chodzi o coś skuteczniejszego. Sieć wychowanków FSO przejęła zawór kadrowy nad całym aparatem przymusu Federacji Rosyjskiej.

Bardzo ciekawe i znamienne jest, że od niedawna Aleksiej Diumin, były zastępca szefa ochrony prezydenta służący kiedyś pod Zołotowem, dziś pomocnik prezydenta i sekretarz Rady Państwa, kieruje również prezydencką komisją kadrową decydującą, które teczki nominacyjne w ogóle trafiają na biurko Putina.

Drugi eks-ochroniarz Putina, Dmitrij Mironow, jako pomocnik prezydenta odpowiada za kadry struktur siłowych. W mojej ocenie, ale nie tylko mojej, ta sieć byłych funkcjonariuszy FSO działa jak sieć „czyścicieli" i „nadzorców kadrowych" wysyłanych kolejno do MSW, FSB, prokuratury federalnej i regionalnej.

Trzeci z tego środowiska, Zołotow, dowodzi Rosgwardią, która na początku 2026 roku uzyskała rangę trzeciego sztabu generalnego.

Oznacza to, że ludzie, którzy przez dwadzieścia lat nosili za prezydentem teczkę i parasol, dziś decydują, kto będzie nosił rosyjskie pagony.W systemie personalistycznym taka konfiguracja bije każdą dywizję. 

Diumin formalnie niczym nie dowodzi i to jest jego największa siła, ponieważ nie można go oskarżyć o budowanie armii przeciw komukolwiek. On trzyma zawór. A w państwie, w którym wszystko jest kadrą, zawór kadrowy jest bronią o większej sile rażenia niż jakakolwiek struktura z własnym sztandarem.

(...)

Miecz Damoklesa nie wisi nad jednym urzędnikiem Administracji Prezydenta. Wisi nad całym pokoleniem beneficjentów starego systemu, a włos, na którym go zawieszono, trzymają ludzie z jednej służby, którzy przez ćwierć wieku stali za plecami pryncypała i nauczyli się od niego najważniejszego, że władza w Rosji nie należy do tego, kto najgłośniej mówi, tylko do tego, kto obsadza stanowiska.

Pozdrawiam i dziękuję.

x.com/Maciej_Korowaj