poniedziałek, 29 września 2025



Północnokoreański przywódca Kim Ir-sen kalkulował, że sytuacja międzynarodowa była niezwykle sprzyjająca. Licząca ponad pół miliona żołnierzy armia amerykańska pogrążała się w Wietnamie Południowym, który dla prezydenta Lyndona Johnsona miał absolutny priorytet. Od 21 stycznia wojska amerykańskie bronią się w Khe Sanh, nieopodal strefy rozgraniczającej Wietnam Południowy od Północnego, a niebawem 31 stycznia rozpocznie się wielka ofensywa Tet Viet Congu i regularnych wojsk północnowietnamskich. Atmosfera w Korei Południowej pozwala Korei Północnej na wyciągnięcie optymistycznych wniosków, gdyż rządy gen. Parka nie cieszył się popularnością.

I jak się okazało najbardziej zmilitaryzowana strefa zdemilitaryzowana DMZ bynajmniej nie jest nie do sforsowania. Tak zwany Incydent 21 stycznia, bądź nalot na Blue House (Błękitny Dom, nazwa siedziby prezydenta Republiki Korei) zakończył się całkowitym fiaskiem. Dla Korei Południowej a także jej sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi miało to daleko idące pozytywne konsekwencje.

W czerwcu 1957 r. odbyło się kolejne już spotkanie Międzynarodowej Komisji Rozjemowej (Military Armistice Committee, MAC), której skład tworzy pięciu przedstawicieli z Dowództwa Narodów Zjednoczonych (United Nations Command, UNC) oraz taka sama liczba reprezentantów Koreańskiej Armii Ludowej (Korean People’s Army, KPA) i chińskich sił Ludowej Armii Ochotniczej (People’s Volunteer Army, PVA). Znajdujące się pod faktycznym dowództwem amerykańskim UNC oznajmia jednoznacznie, iż nie czuje się związane paragrafem 13b z Porozumienia o zawieszeniu broni z 1953 r. w aspekcie niesprowadzania na Półwysep Koreański nowych rodzajów broni.

Decyzja podyktowana była potrzebą wzmocnienia obrony Korei Południowej związanej z USA traktatem sojuszniczym z 1953 r., w której rządy sprawuje prezydent Rhee Syng-man. Czas jego urzędowania był niezwykle trudny. Targany niepokojami społecznymi na tle gospodarczym i politycznym i bynajmniej nie wolny od wpływów komunistycznych kraj bardzo powoli podnosi się ze zniszczeń wojennych. Ale też i prezydent Rhee nie jest wolny od tendencji autorytarnych. Korea Południowa od czasu obowiązywania w USA strategii zawartej w NSC-68 czyli faktycznie od 1950 r. jest jednym z najważniejszych elementów amerykańskiej strategii powstrzymywania komunizmu w regionie Azji-Pacyfiku. W konsekwencji USA rozmieszczają na terytorium Korei Południowej broń nuklearną, m. in. pociski Honest John, pociski manewrujące Matador oraz działa atomowe. Są to środki prewencyjne mające zapobiec ewentualnej nowej agresji Północy i wydaje się, że adekwatne do zagrożenia. Jednak Korea Północna dostosuje się do nowej sytuacji i zmieni taktykę działania.

W 1967 r. weszło w życie dwustronne porozumienie zawarte między Koreą Południową a Stanami Zjednoczonymi dotyczące statusu amerykańskich sił zbrojnych stacjonujących w Korei tzw. Status of Forces Agreement (SOFA). Nie tylko, że precyzowało ono warunki stacjonowania wojsk amerykańskich na terytorium Korei Południowej, ale było wyraźnym sygnałem ugruntowania amerykańskiej obecności w tym kraju. W latach 1966-1967 ich liczba kształtowała się na poziomie 47-55 tys., i została zwiększona w następnych dwóch latach odpowiednio do 62 i 66 tys.

Zdając sobie sprawę ze znaczenia broni nuklearnej Kim Ir-sen nakazał rozpoczęcie badań w tym kierunku zaraz po podpisaniu zawieszenia broni. Był jednak zdany na własne siły, gdyż ani Związek Sowiecki ani Chiny nie zgodziły się udzielić mu pomocy w tej materii, toteż progres mógł zanotować dopiero na początku lat 70-ch. Dla Korei Północnej decyzja UNC godziła nie tylko w porozumienie o zawieszeniu broni, ale przekształcała Półwysep Koreański w amerykańską strefę atomową i definitywnie niweczyła plany ewentualnej nowej wojny ofensywnej.

Tymczasem Kim Ir-sen podjął decyzję o przesunięciu sił konwencjonalnych bliżej DMZ, co miałoby obniżyć stopień zagrożenia nuklearnego ze strony USA i Korei Południowej. 10 grudnia 1962 r. przedstawił Komitetowi Centralnemu Koreańskiej Partii Robotniczej (Korean Worker’s Party, KWP) nową taktykę polegającą na przejściu na operacje o charakterze nieregularnym, czyli wojnę o niskim natężeniu zakładającą działania partyzanckie, dywersyjne a także propagandowe i agitacyjne zakładając osiągnięcie punktu kulminacyjnego do końca 1967 r. a więc wraz z zakończeniem realizacji Planu Siedmioletniego.

Planom tym sprzyjała sytuacja międzynarodowa jak i w samej Korei Południowej. Od marca 1965 r. trwała eskalacja wojny w Wietnamie Południowym, gdzie Ameryka angażowała coraz większe siły. Korea Północna wspomagała Wietnam Północny od 1966 r. nie tylko finansowo, ale i militarnie, a symboliczny, aczkolwiek istotny z propagandowego punktu widzenia udział północnokoreańskiej eskadry myśliwskiej z zadaniem ochrony strefy powietrznej nad Hanoi miał świadczyć o bliskich relacjach między dwoma komunistycznymi państwami. W tym samym czasie w wojnę w Wietnamie zaangażowała się Korea Południowa wysyłając swój 50-tysięczny kontyngent zbrojny.

Wietnam nie tylko, że ogniskował uwagę ówczesnego świata, ale pozwalał na zastosowanie taktyki wojny o niskim natężeniu na Półwyspie Koreańskim bez poważniejszych konsekwencji, tym bardziej, że Pyongyang pozostawał w przekonaniu, że inicjatywa leży po jego stronie.

Równie sprzyjająca wydawała się sytuacja w Korei Południowej. Park Chung-hae przejął władzę w 1961 r. w wyniku zamachu stanu obalając demokratycznie wybranego prezydenta Yun Bo-seona kończąc tym samym krótki okres demokracji. Wygrana w wyborach prezydenckich 1963 r. zapewniała mu legalizację władzy, a wybory prezydenckie i parlamentarne 1967 r. praktycznie wyeliminowały opozycję. Wdrażane z żelazną konsekwencją, ale i bardzo dotkliwe społecznie reformy gospodarcze wywoływały sprzeciw często wyrażający się w formie gwałtownych protestów i demonstracji. Oburzenie w kręgach liberalnych, ale też i wśród zwykłych obywateli budziła polityka normalizacji relacji z Japonią, z którą podpisano porozumienie o nawiązaniu stosunków dyplomatycznych w czerwcu 1965 r. Od lutego do czerwca kraj był widownią fali masowych protestów.

Korea Północna była również świadoma, że w Korei Południowej nie istniał żaden plan zwalczania infiltracji i działań wywrotowych, a ewentualne działania odwetowe ze strony Seulu wymagały porozumienia i akceptacji ze strony generała Charlesa Bonesteel, pod którego dowództwem znajdowały się siły UNC oraz United States Forces Korea (USFK), który nie chciał naruszać porozumienia o zawieszeniu broni. Nie oznacza to, by Korea Południowa nie odpowiadała na prowokacje. Były to jednak działania doraźne prowadzone bądź to przez siły zbrojne, policyjne bądź wywiad lub kontrwywiad. Bonesteel zidentyfikował obszary taktyki defensywnej przeciwko północnokoreańskim prowokacjom, która sprowadzała się do wzmocnienia DMZ, ochrony wód terytorialnych oraz przeciwdziałania ewentualnym aktom wojny partyzanckiej w głębi kraju. Wspólnie z prezydentem Park Chung-hae nadał jej ramy strukturalne – Instrukcja prezydencka nr 18, ale dopiero pod koniec 1967 r.

Kim Ir-sen dysponował zatem następującymi argumentami: 1. Priorytet wojny w Wietnamie, który kierował uwagę Stanów Zjednoczonych w stronę Półwyspu Indochińskiego, 2. Niestabilna sytuacja gospodarcza i polityczna w Korei Południowej, 3. Ugruntowanie obecności wojsk amerykańskich w Korei Południowej oraz 4. Nazbyt późne opracowanie Instrukcji prezydenckiej nr 18.

(...)

6 października podczas zjazdu Koreańskiej Partii Robotniczej Kim Ir-sen nakazał przejście do fazy realizacji operacji infiltracyjnych i prowokacji. Była to tak zwana druga wojna koreańska obejmująca czasokres od 1966 do 1969 r. W samych latach poprzedzających Incydent 21 stycznia liczba aktów przemocy w strefie granicznej wzrosła ponad ośmiokrotnie od 42 w 1966 r. do 360 w 1967 r., zanotowano przy tym ponad sto incydentów z użyciem broni automatycznej i małokalibrowej. W ich wyniku śmierć poniosło 63 żołnierzy amerykańskich i południowokoreańskich a 190 osób zostało rannych. Wszystko to było przygrywką do operacji styczniowej w 1968 r.

defence24.pl


Były prokurator generalny, minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro został w poniedziałek zatrzymany przez policję w celu doprowadzenia na przesłuchanie przed komisją śledczą ds. Pegasusa. Zatrzymanie odbyło się, gdy tylko polityk wyszedł z samolotu, którym przyleciał z Brukseli do Warszawy.

Ziobro, który ok. godz. 10.30 wylądował na Lotnisku Chopina, został zatrzymany po wyjściu na schody samolotu. Odjechał nieoznakowanym policyjnym radiowozem.

Na poniedziałek na godz. 10.30 zaplanowano przesłuchanie Zbigniewa Ziobry przed komisją śledczą ds. Pegasusa. Sąd wyraził zgodę na doprowadzenie polityka na posiedzenie komisji. To dziewiąta próba przesłuchania Ziobry. Policjanci realizujący nakaz doprowadzenia nie zatrzymali go w poniedziałek w jego domu w Jeruzalu (woj. łódzkie). Ziobro przyleciał do Warszawy z Brukseli. Jego zdaniem, komisja jest nielegalna.

PAP


Według polskiego ministra obecna wojna najprawdopodobniej zakończy się tak jak I wojna światowa. - Jedna albo druga strona wyczerpie zapasy (potrzebne) do jej kontynuowania - dodał.

Podkreślił, że Putin rozpoczął wojnę, kierując się bardzo optymistycznymi założeniami. - Myślał, że w Kijowie dojdzie do przewrotu, że zajmie to trzy dni, że Ukraińcy przyjmą ich z otwartymi ramionami, bo są tylko zagubionymi Rosjanami. Wszystkie te założenia okazały się błędne. Więc jest pogrążony w wojnie, która niszczy rosyjską przyszłość, która już spowodowała milion zabitych i rannych - powiedział Sikorski.

Według niego Putin nie może przyznać się do błędu przed samym sobą ani przed Rosjanami.

- Takie kolonialne wojny zazwyczaj trwają około dziesięciu lat. Kończą się tylko wtedy, gdy agresor uznaje, że nie może wygrać. I zazwyczaj kończy je strona, która ich nie zaczynała - kontynuował wicepremier.

Przypomniał, że Rosja przegrała wiele wojen, a wszystkie je łączy to, że dopiero po ich zakończeniu w Rosji zaszły reformy. - Więc przegrana Rosji w tej wojnie byłaby dobra nie tylko dla Ukrainy i Europy, ale też dla Rosji - ocenił Sikorski.

PAP


Wiceprezydent USA J.D. Vance potwierdził w niedzielę, że Stany Zjednoczone rozważają sprzedaż pocisków Tomahawk Ukrainie. W wywiadzie dla Fox News stwierdził też, że Rosja musi się "obudzić" i dostrzec, że jej ofensywa utknęła. Wiceprezydent mówił również o możliwym porozumieniu pokojowym w Gazie.

Vance potwierdził wcześniejsze doniesienia prasy oraz słowa prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, który powiedział, że poprosił Trumpa o sprzedaż Tomahawków, na co otrzymał odpowiedź "popracujemy nad tym".

- Tak jak powiedział prezydent, przyglądamy się temu. Z pewnością przyglądamy się szeregowi wniosków od Europejczyków - powiedział Vance w niedzielnym wywiadzie dla Fox News. Zaznaczył, że ostateczną decyzję w sprawie podejmie sam prezydent, kierując się interesem Stanów Zjednoczonych.

- Pozwolę, by prezydent o tym mówił, ale wiem, że prowadzimy o tym rozmowy dosłownie w tej minucie - dodał wiceprezydent.

Pytany o zwrot w retoryce Trumpa i jego stwierdzenie, że Ukraina może odzyskać swoje ziemie okupowane przez Rosję, Vance stwierdził, że wynika to ze zmieniających się realiów na polu bitwy.

- Jedną z rzeczy, które naprawdę podziwiam w podejściu prezydenta do całego tego konfliktu, i szczerze mówiąc, wszystkich wysiłków dyplomatycznych administracji, jest to, że jest ono bardzo mocno osadzone w rzeczywistości - powiedział polityk. - A to, co dzieje się teraz, jak to określił prezydent, to fakt, że Rosja jest w impasie. Zabijają mnóstwo ludzi. Sami tracą mnóstwo ludzi i nie mają zbyt wielu korzyści terytorialnych. Prezydent więc przygląda się sytuacji. Mówi: spójrzcie, rosyjska gospodarka jest w ruinie. Rosjanie niewiele zyskują na polu bitwy. Najwyraźniej nadszedł czas, aby wysłuchali jego żarliwej prośby, aby zasiedli do stołu i poważnie porozmawiali o pokoju - dodał.

Vance zaznaczył, że Rosjanie "muszą się obudzić i zaakceptować rzeczywistość", że ich ataki nie przynoszą żadnych skutków.

Podczas wywiadu z Fox News Vance odniósł się również do zapowiedzi Trumpa dotyczących rychłego zawarcia porozumienia pokojowego w Strefie Gazy. Wiceprezydent wyraził optymizm, choć stwierdził, że wciąż możliwe jest wykolejenie się rozmów na ostatniej prostej. Vance stwierdził, że celem USA jest uwolnienie zakładników Hamasu, wyeliminowanie Hamasu jako zagrożenia dla Izraela i umożliwienie dotarcia pomocy humanitarnej dla Palestyńczyków. Stwierdził też, że prezydent chce, by Strefa Gazy i Zachodni Brzeg Jordanu były zarządzane przez Palestyńczyków.

Sam Trump, który już w piątek sugerował, że porozumienie zostało osiągnięte, w niedzielę dodatkowo podsycał nadzieję na przełom.

"Mamy realną szansę na WIELKOŚĆ NA BLISKIM WSCHODZIE. WSZYSCY SIĘ ZGADZAJĄ, BY ZROBIĆ COŚ WYJĄTKOWEGO, PO RAZ PIERWSZY W HISTORII. ZROBIMY TO!!!" - napisał prezydent na swoim portalu społecznościowym Truth Social. W poniedziałek Trump spotka się z premierem Izraela Benjaminem Netanjahu.

PAP


Dziennik "Washington Post" ocenił, że 21-punktowy plan pokojowy dla Strefy Gazy przedstawiony przez prezydenta USA Donalda Trumpa otwiera "drogę do utworzenia państwa palestyńskiego". Zakłada on m.in. zawieszenie broni i uwolnienie żyjących zakładników w ciągu 48 godzin.

Zgodnie z dokumentem, którego kopię zdobył waszyngtoński dziennik, projekt zakłada zniszczenie ofensywnego arsenału Hamasu, amnestię dla bojowników akceptujących pokojowe współistnienie oraz zapewnienie bezpiecznego przejścia dla tych, którzy zdecydują się na wygnanie.

Izrael miałby uwolnić 250 więźniów skazanych na dożywocie oraz 1700 mieszkańców Strefy Gazy zatrzymanych po 7 października 2023 roku, a także przekazać szczątki 15 zmarłych mieszkańców Strefy Gazy w zamian za każde zwrócone szczątki izraelskiego zakładnika. Pomoc humanitarna miałaby natychmiast napłynąć do Strefy Gazy, choć dokument nie precyzuje, kto realizowałby i finansował te działania.

Władzę w Strefie Gazy sprawowaliby tymczasowo "wykwalifikowani Palestyńczycy i eksperci międzynarodowi", nadzorowani przez nowy organ międzynarodowy, podczas gdy Autonomia Palestyńska przechodziłaby proces reform w celu ostatecznego przejęcia nad nią kontroli.

USA "będą również współpracować z partnerami arabskimi i międzynarodowymi w celu utworzenia tymczasowych Międzynarodowych Sił Stabilizacyjnych, które będą natychmiast rozmieszczane i nadzorować bezpieczeństwo w Strefie Gazy", podczas gdy siły palestyńskie będą szkolone. Siły Obronne Izraela będą "stopniowo przekazywać okupowane terytorium Strefy Gazy" - stwierdza dokument. Ostatecznie Izraelczycy całkowicie się wycofają, z wyjątkiem nieokreślonej "obecności perymetrycznej".

Plan zapewnia, że żaden mieszkaniec Strefy Gazy nie zostanie zmuszony do jej opuszczenia, a ci, którzy to zrobią, będą mogli powrócić. Dokument zawiera również zobowiązanie Izraela do nieokupowania ani nieanektowania Strefy Gazy oraz do zaprzestania ataków na Katar, uznając jego rolę jako mediatora.

"Washington Post" przypomina, że ani Izrael, ani Hamas nie zaakceptowały jeszcze liczącego nieco ponad trzy strony planu, który amerykańscy urzędnicy przedstawili ostatnio rządom regionu i państw sojuszniczych podczas spotkań na wysokim szczeblu w Organizacji Narodów Zjednoczonych.

W nawiązaniu do nowej propozycji, prezydent Trump ocenił: "Być może mamy porozumienie w sprawie Strefy Gazy. Jesteśmy bardzo blisko… Myślę, że to porozumienie pozwoli nam odzyskać zakładników. To będzie porozumienie, które zakończy wojnę".

Dokument ostrożnie stwierdza, że po przeprowadzeniu wszystkich przewidzianych reform rozwojowych i politycznych "w końcu powstaną warunki dla wiarygodnej ścieżki do państwowości palestyńskiej, którą uznajemy za aspirację narodu palestyńskiego". Stany Zjednoczone "nawiążą dialog między Izraelem a Palestyńczykami, aby uzgodnić horyzont polityczny umożliwiający pokojowe i dostatnie współistnienie".

PAP